Reinterpretacje

Ostatnim ministrem komunikacji II RP był niejaki Juliusz Ulrych – pułkownik WP, piłsudczyk, zwolennik sanacji i niezła kanalia (zainteresowanych odsyłam do lektury źródeł w tzw. sprawie Józefa Wójcika). Urzędnik ten we wrześniu 1939 roku był odpowiedzialny za ewakuację kolejową – wywózkę z terenów przygranicznych urzędników państwowych i ich rodzin. Tym sposobem historia tego pana splata się z historią mojej rodziny.

Pradziadek pracował w Dyrekcji Okręgowej Kolei w Toruniu – i 4 września 1939 roku, wraz z żoną i dwójką nastoletnich dzieci, wsiadł do pociągu, który ruszył w kierunku Kowla na Wołyniu. Ewakuacja była obligatoryjna, nie dało się z niej „wypisać”. Jak się później okazało, wiązała się nie tylko z koszmarem podróży pod ogniem niemieckich samolotów, które za nic miały cywilny charakter transportu. Wunderlichowie dotarli do Wołynia, gdzie zetknęli się z ukraińską przemocą – na długo przed pogromami z 1943 roku. Ale też ryzykowali w inny sposób – niemieckie władze okupacyjne postanowiły bowiem ukarać uciekinierów (zarówno tych ze zorganizowanych, jak i spontanicznych ewakuacji), konfiskatą opuszczonych nieruchomości. Moja rodzina uniknęła tego losu i gdy pod koniec 1939 roku wróciła do Torunia, mieszkanie wciąż na nią czekało. Pradziad miał bohaterską kartę z czasów służby w Reichswerze na froncie zachodnim I wojny światowej – i to uratowało bliskich przed wywłaszczeniem.

Bombardowanie stacji kolejowej w Kowlu to jedno ze wspomnień, które przekazała mi Babcia. Z przerażającą plastycznością opisywała podniebne „akrobacje” pilotów Sztukasów. „Od tamtej chwili musieliśmy sobie radzić sami” – mówiła. Zaplecze ewakuacji przestało działać, dziesiątki tysięcy ludzi rozproszyły się, szukając schronienia i pomocy na własną rękę. „Moi” trafili na jakąś wołyńską wieś, której nazwy, niestety, nie poznałem.

I tu znów wracamy do pana Ulrycha. 8 września ewakuacja kolejkowa została zatrzymana. Nie tylko nie odbierano ewakuowanych, którzy dotarli do punktów zbornych. Liczne składy kończyły drogę w środku trasy, nierzadko gdzieś w polu. Tego samego dnia w Chełmie, podczas spotkania z pracownikami resortu komunikacji, pan minister oznajmił, że „ma w dupie całą ewakuację”. Sam, z rodziną, był bezpieczny, a 17 września – jak większość sanacyjnej władzy – dał nogę do Rumunii. Niemniej zauważmy – 8 września i „mam w dupie”. Sytuacja Polski była wówczas dramatyczna, ale nie beznadziejna. Tymczasem już wówczas rzekoma sprawność i determinacja administracji okazały się fikcją. „Radźta se sami” i „jakośtambędzizm” w najczystszej formie.

Zupełnie jak dziś. Też mamy wojnę – z podstępnym wirusem. Też umieramy tysiącami. I tak jak w schyłkowej II RP, również mamy władzę, która rzekomo troszczy się o obywateli. A tak naprawdę ma nas w dupie – bo nie liczy się nasze życie i zdrowie, a chęć zachowania władzy, co oznacza tragiczne w skutkach ukłony w stronę antyszczepów i ich politycznej reprezentacji.

Dlaczego łączę obie historie? Bo wiem, że prędzej czy później pojawi się pokusa „racjonalizacji”, „spojrzenia z dystansu”, co będzie sprzyjać rehabilitacji osób, które na rehabilitację nie zasługują. Dziś nie ma już w zasadzie ciągłości w postaci „żywej pamięci” z czasami II RP. Pojawiają się zatem (zawsze pojawiały, ale teraz o to łatwiej) opinie usprawiedliwiające tak szybkie załamanie się struktur państwowych we wrześniu 1939 roku. Bo „niespotykana skala agresji”, bo „blitzkrieg”, bo „V kolumna”, bo „państwo przygotowywało się do wojny na wschodzie, a nie na zachodzie”, bo „fatalna sytuacja geopolityczna”, itp., itd. I to samo będzie z oceną działań podjętych przez władze III RP w czasach pandemii – gdy miną już „polityczne emocje”, „czas pozwoli na bardziej adekwatne spojrzenie”, lockdowny będą historią, a nie teraźniejszością. Obawiam się całego wysypu racjonalizacji – że „ostatecznie nie było tak źle, bo inni mieli gorzej”, że pandemia „wpisała się w czas natężonej politycznej walki”, że „społeczeństwo wyparło zagrożenie dla własnego zdrowia psychicznego, na co administracja, po prostu, nie mogła znaleźć odpowiednich metod”.

A chuja tam.

Jakoś Niemcy byli w stanie jeszcze w kwietniu 1945 roku realizować wypłaty dla urzędników państwowych, choć świat w stopniu nieporównywalnym z doświadczeniem września ‘39 walił im się na łby. Jakoś inne kraje potrafią poradzić sobie z antyszczepami, dramatycznie redukując statystyki umieralności. Coś jest w naszej polskiej kulturze organizacyjnej, w naszej percepcji państwa i jego powinności, co sprzyja bylejakości, porzuceniu odpowiedzialności, wspomnianemu „jakośtambędzizmowi”. Sklejam więc klamrą obie historie i zastanawiam się, czy my w ogóle zasługujemy na odrębną państwowość? Czy do niej dorośliśmy?

Nz. Skład PKP z czasów 20-lecia międzywojennego/fot. domena publiczna

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Prymusi

Lotniskowiec USS Theodore Roosevelt zawinął do wietnamskiego portu w Da Nang 5 marca 2020 r. Część spośród liczącej 4,8 tys. członków załogi zeszła wówczas na ląd. Kilku oficerów zakwaterowano w jednym z miejscowych hoteli, gdzie – jak się wkrótce okazało – przebywały także osoby zarażone Covid-19. Kurtuazyjna wizyta trwała cztery dni, marynarzy, którzy mieli kontakt z chorymi, poddano izolacji po powrocie na pokład. Mimo to 22 marca służby medyczne Roosevelta wykryły pierwszy przypadek koronawirusa. W następnych dniach sprawy potoczyły się błyskawicznie. Niezależnie od potężnych rozmiarów okrętów, załogi atomowych lotniskowców żyją na małych przestrzeniach, w nieustannym ścisku. To idealne warunki do rozprzestrzeniania się wirusa, którego ostatecznie zdiagnozowano u niemal 1,3 tys. załogantów. Kilkudziesięciu marynarzy wymagało hospitalizacji, jeden zmarł. 41-letni starszy podoficer Charles Thacker Jr. był pierwszą ofiarą covidu, pozostającą w służbie czynnej w siłach zbrojnych USA.

Flota na czele

Ofiarą pokładowej epidemii padł również dowódca Roosevelta kpt. Brett Crozier. Gdy choroba atakowała kolejnych podwładnych, Crozier zdefiniował zagrożenie jako niepotrzebne – wszak nie toczyły się działania zbrojne – narażanie życia i zdrowia całej załogi. Oczekiwał więc od przełożonych ewakuacji części personelu, by móc kontynuować rejs. Jego list w tej sprawie – poza admiralicją – dostał się także w ręce dziennikarzy. 31 marca 2020 r. „San Francisco Chronicle” opublikowała treść depeszy, co wywołało natychmiastową reakcję dowództwa floty. Lotniskowiec zacumował w Guam, marynarzy wyokrętowano (pozostawiając jedynie szkieletową obsadę), a kapitana pozbawiono dowództwa. Crozier schodził z mostka, żegnany przez podwładnych wiwatami i oklaskami. Ta reakcja nie powstrzymała pełniącego obowiązki sekretarza marynarki Thomasa Modly’ego – który niebawem odwiedził Roosevelta – przed nazwaniem kapitana „zbyt naiwnym lub zbyt głupim” na dowodzenie jednostką. Nieco później Modly przeprosił i ustąpił ze stanowiska, Croziera przeniesiono do służby na lądzie. USS Theodore Roosevelt odzyskał sprawność bojową dopiero po dwóch miesiącach.

Lotniskowiec to jeden z filarów amerykańskiej potęgi. Dopłynie niemal wszędzie, a jego arsenał – wraz z potencjałem towarzyszącej mu grupy – przewyższa możliwości militarne niejednego państwa. Z faktu, iż niewidzialny gołym okiem „przeciwnik” wyeliminował z akcji tak potężną jednostkę, Marynarka Wojenna USA wyciągnęła odpowiednie wnioski. Jak donosi „Washington Post”, w drugim tygodniu października br. aż 90% personelu US Navy miało za sobą pełen cykl szczepień przeciwko Covid-19. Marynarzy, którzy przyjęli co najmniej jedną dawkę, było z kolei 98%. Dla porównania, w całej populacji Stanów Zjednoczonych te statystki wyglądają następująco: 57 i 66%. Na tle prymusów z floty gorzej wypadali przedstawiciele lotnictwa i armii – w obu rodzajach sił zbrojnych w pełni zaszczepionych było 81% wojskowych. Korpus Piechoty Morskiej (USMC) mógł się pochwalić 77-proc. współczynnikiem wyszczepialności. I na tym koniec dobrych wieści, bowiem w przypadku rezerwy armii oraz Gwardii Narodowej statystki odstawały in minus od średniej populacyjnej i nie przekraczały 40%.

Szczepienia na rozkaz

W Stanach – jak w wielu innych krajach – gros opiniotwórczych środowisk używa do opisu pandemii typowo wojennej narracji. I nic w tym dziwnego – covid zabił do tej pory ponad 700 tys. Amerykanów, więcej, niż wyniosła liczba ofiar wojny secesyjnej, najkrwawszego konfliktu w historii USA. Ów zabieg drażni członków ruchów antyszczepionkowych, zwłaszcza po tym, jak stracili największego zwolennika w postaci Donalda Trumpa (który pomimo denialistycznych poglądów, sam szczepionkę przyjął). Przekłada się bowiem na postępowanie obecnej administracji, traktującej pandemię jako realne i poważne zagrożenie. W sierpniu br. Pentagon – działając na podstawie dekretu Joe Bidena – poinformował 2,1 mln żołnierzy, że szczepienia stają się obowiązkowe, zwolnienia będą udzielane z rzadka, a ci, którzy odmówią zabezpieczenia, zostaną ukarani. Rodzajom sił zbrojnych wyznaczono terminy dla osiągnięcia pełnej immunizacji. Część mija wraz z początkiem listopada, ale gwardzistom i rezerwistom pozostawiono wolną rękę aż do czerwca 2022 r.

Niewykluczone jednak, że okres ten ulegnie skróceniu wobec tak powszechnej obstrukcji w szeregach Gwardii. Pandemia, niepokoje społeczne i wojskowe zaangażowanie Waszyngtonu na całym świecie powodują, że gwardziści – jakkolwiek nie wchodzą w skład regularnego wojska – są masowo powoływani do służby. „Ludzie w mundurach nie mogą stanowić zagrożenia epidemiologicznego” – grzmią krytycy tak długiego odroczenia. W tym kontekście niepokojąca wydaje się sytuacja w Korpusie Piechoty Morskiej. Marines mają czas do końca listopada, ale to najbardziej „zalatana” część amerykańskiej armii. Ponadto średnia wieku w Korpusie jest najniższa w całych siłach zbrojnych, służy tam mało kobiet oraz niewielki odsetek osób z wykształceniem wyższym. Zdaniem specjalistów, sprzyja to większej otwartości na idee antyszczepionkowe. Co więcej, nieustanne zaangażowanie w misje wymaga odpowiedniej kondycji, której często towarzyszy przekonanie o doskonałym zdrowiu, niewymagającym „niepotrzebnych” szczepionek. Czy w obliczu tych czynników USMC dołączy do prymusów z floty? A może będziemy świadkami masowych zwolnień z tej elitarnej formacji?

Nie ma śladu po emocjach

Spektakularnych zwolnień nie należy spodziewać się w Wojsku Polskim. Nie ma u nas szczepień na rozkaz – trudno zatem o podstawę prawną. Formalnie stosunek armii do sprawy reguluje decyzja gen. Rajmunda Andrzejczaka, szefa sztabu generalnego WP, z sierpnia br. Warunkuje ona udział w szkoleniach, kursach i misjach zagranicznych od posiadania certyfikatu immunizacji. De facto więc wojsko uniemożliwia normalnie funkcjonowanie tym, którzy bez wyraźnych przeciwskazań sprzeciwiają się przyjęciu preparatów ochronnych. Na początku roku – gdy Departament Kadr MON opuściło pismo o podobnym brzmieniu jak późniejsza decyzja szefa sztabu – pośród wojskowych zawrzało. „Pojawią się skutki uboczne i nie będziemy w stanie pełnić służby. Wylecimy z armii i co dalej? Kto weźmie odpowiedzialność za nasze zdrowie i sytuacje rodzin?” – pytano. I zwracano uwagę, że szczepienie na rozkaz załatwiłoby problem – odpowiedzialność przełożonych byłaby wówczas oczywista. I choć brzmiało to sensownie, trudno było oprzeć się wrażeniu, że wojskowi darzyli państwo polskie nieufnością. Zapewne nie bez znaczenia był w tym kontekście fakt, że w historiach rannych w Iraku i Afganistanie żołnierzy nie brakowało przykładów umywania rąk przez urzędników MON.

Dziś nie ma już śladu po tamtych emocjach. Jak wynika z informacji przekazanej nam przez Dowództwo Generalne, w pełni zaszczepionych jest obecnie 88% żołnierzy. Pierwszą dawkę zaś przyjęło 91% wojskowych.

– Szczepienia trwają, a różnice między rodzajami sił zbrojnych są niewielkie, rzędu procenta-dwóch – mówi ppłk Marek Pawlak. – Przygotowujemy się do szczepień dawką przypominającą – dodaje.

Dowództwu Generalnemu nie podlegają wojskowi z obrony terytorialnej, a tam sytuacja nie wygląda już tak dobrze. Co prawda w pełni zaszczepionych jest 85% kadry zawodowej, ale pośród ochotników (cywilów powoływanych do służby w razie potrzeby oraz na cykliczne ćwiczenia) odsetek ten nie przekracza 60%. Jak podkreśla płk Marek Pietrzak, rzecznik Wojsk Obrony Terytorialnej, proces szczepień trwa – i wkrótce należy spodziewać się lepszych wyników. Dla porządku odnotujmy, że pełen cykl szczepień przeszło zaledwie 51% wszystkich Polaków (dane z 14 października br.). Co sprawia, że mundurowi – nawet ci z WOT – wykazują się większą niż reszta społeczeństwa zapobiegliwością? Poza wspomnianą decyzją szefa sztabu, istnieją też inne czynniki.

– Jeśli ktoś miał wątpliwości, zwyciężył nawyk podporządkowania – twierdzi dr Grzegorz Winogrodzki z Katedry Technologii Informacyjnych i Mediów Wydziału Humanistycznego AGH, sam niegdyś wojskowy. – Poza tym środowisko mundurowe jest do szczepień przyzwyczajone, udział w misji zagranicznej wiąże się z przyjęciem kilku preparatów. Zwróćmy też uwagę na specyfikę służby, która wymaga stałego monitorowania stanu zdrowia, choćby po to, by stanąć do corocznego egzaminu z WF-u. Żołnierz nie powie, że nie był u lekarza przez ileś tam lat, bo to niemożliwe. Cywilom nierzadko się to zdarza. Częste kontakty owocują zaufaniem, co w przypadku szczepionek na covid mogło mieć znacznie. Zaufanie jest istotne także na innej płaszczyźnie. Jeśli podwładny nie ufa przełożonym, armii nie ma, nie jest w stanie funkcjonować. Więc jeśli dowódcy oczekują szczepień, sami się szczepią, to żołnierze idą ich śladem. No i nie zapominajmy o etosie – żołnierz ma być gotowy do poświęceń. Nawet jeśli boi się powikłań, zakładając mundur zgodził się narażać zdrowie i życie dla dobra innych.

—–

Szczepienia to wyraz zapobiegliwości/fot. autor

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 43/2021

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Sukces”

Ciekaw jestem, kiedy świat zauważy polskie sukcesy w walce z kowidem. I zarzuci nam, jak swego czasu Chinom, fałszowanie statystyk. Bo w istocie z czymś takim mamy do czynienia. Fałsz nie zawsze musi polegać na ręcznej interwencji w cyferki.

Polacy nie chcą robić testów. Potwierdzają to masowo lekarze-interniści, którzy kierują chorych z objawami na badania. Mamy już dość pandemicznych obostrzeń, boimy się ich ekonomicznych skutków. Tymczasem „trafienie” oznacza 10-dniową izolację i o tydzień dłuższą kwarantannę dla członków rodziny. Lepiej więc „nie wiedzieć”, nie mówić, przechorować w normalnym rygorze czy nawet przechodzić z nadzieją, że samo wyjdzie. Przecież miażdżąca większość chorych nie odczuwa konsekwencji zakażenia w jakiś dramatyczny sposób.

Z poziomu jednostki jest to zatem działanie racjonalne (mniejsze zło), ale z poziomu wspólnoty już nie. Tu bowiem mamy do czynienia z kumulacją złych, indywidualnych wyborów. Wirus nie znika, wciąż z nami jest. Groźniejszy, bo wymykający się statystykom, co utrudnia lokalizację jego ognisk. Ognisk, które musimy namierzać, by móc wirusa zwalczać.

Co robi w takiej sytuacji odpowiedzialna władza? Zmienia strategię walki. Zastępuje nieefektywny już model nowym. W przypadku kowidowej prewencji najlepiej sprawdza się masowe testowanie. Doświadczenia prymusów walki z COVID-19 najlepszym tego dowodem. Objawowy czy nie, musisz wykonać test i powtórzyć go w określonym czasie. Przez takie sito trudno prześliznąć się nieświadomym chorym i tym, którzy chorobę ukrywają.

Oczywiście, to kosztowny zabieg, ale będący w zasięgu budżetu takiego państwa jak Polska.

Co tymczasem robi rząd RP? Ano ogłasza, kolejne już (!), zwycięstwo w walce z pandemią. Kilkukrotny spadek liczby wykrywanych zakażeń, istotny spadek liczby zgonów – i to w ciągu zaledwie kilku dni. Yes, yes, yes, Polska mistrzem świata, wygraliśmy! A specjaliści pukają się w czoło i biją na alarm.

Władza tymczasem udaje, że tych alarmów nie słyszy.

Bo tak jej wygodniej. Bo rzekome zwycięstwo w walce z kowidem to nie tylko argument potwierdzający dobre zarządzanie. To również pretekst, by w ciągu najbliższych tygodni wykonać ukłon w stronę konserwatywnej części polskiego społeczeństwa, będącej bazą wyborczą PiS. „Jest lepiej, więc przygotujmy się i spędźmy święta bożego narodzenia tak, jak zawsze to robiliśmy” – wyborca rządzącej partii z pewnością doceni ów gest.

Ale natury nie da się oszukać. Kowidowe wykresy nam się wypłaszczą, nawet te, dotyczące wirusowych śmierci (brak rozpoznania COVID-19 oznacza, że taka informacja nie znajduje się w karcie zgonu). Ale ludzie umierać będą (zaś szpitale nie zrezygnują z dotychczasowych reżimów sanitarnych i polityki ograniczonej dostępności). Tak długo, jak kowid będzie się pośród nas panoszył, zliczony czy nie, będzie skutkował większą, bezwzględną liczbą zgonów. A tych jest w tej chwili w Polsce dwa razy więcej niż normalnie.

Tyle, ile było w 1944 roku. Tak wygląda prawdziwe oblicze „sukcesu Morawieckiego”…

—–

Nz. Ja już po. Wielkiego dramatu nie było, ale czasem musiałem się ratować „techniką”. Uważajcie na siebie!

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Koronawojna

Gdy zaczynała się wielka narodowa kwarantanna, w mojej bańce było jak na „Titanicu”. Tak, jakbyśmy poczuli, że zbliża się katastrofa, której nie da się uniknąć, a i z dużym prawdopodobieństwem przeżyć. „Bawmy się więc, bo co nam zostało?” – czytałem to hasło po wielokroć, wciąż zapraszany na kolejne e-imprezy.

Dziś nie ma już śladu tej specyficznie radosnej autodestrukcji. Gdzie się nie obejrzę, widzę zmęczenie, złość, niecierpliwość, a nawet rozgoryczenie. Statek nie zatonął i raczej nie zatonie. Dryfuje za to w Czerń, a załoga nie potrafi uruchomić silników. Społeczne i ekonomiczne skutki izolacji zaczynają nam coraz bardziej doskwierać. Przyszłość zaś napawać lękiem.

Rodzi się sprzeciw wobec rygorów, mnożą żałosne teorie o pochodzeniu koronawirusa. Mądrzy ludzie, nawykli do funkcjonowania w intelektualnym reżimie przyczynowo-skutkowości, chcą dojrzeć sens „tego wszystkiego”. Człowiekowi, który musiał zamknąć dobrze prosperującą firmę, trudno przyjąć do wiadomości, że całe zamieszanie jest efektem przypadkowych mutacji niewidzialnych gołym okiem „zarazków”.

Ta niewidzialność tylko pogarsza problem. Gdyby za zamrożenie gospodarki i konieczność siedzenia w domach odpowiadały krążące nad naszymi miastami samoloty wroga, na swój sposób byłoby nam łatwiej. Nienawiść daje siłę, umacnia; koronawirusa nienawidzić się nie da. Można co najwyżej obdarzyć tym uczuciem „nośniki” choróbska, zakażonych, ale do tego etapu (na szczęście) jeszcze nie doszliśmy. Zagrożenie wielu z nas wciąż wydaje się cholernie abstrakcyjne.

Sprzyjają temu media i sama natura choroby, wymagająca izolowania chorych. Dramaty osób zakażonych – tych w najcięższym stanie – dzieją się poza naszymi oczami. Mimo zalewu koronatreści, większość z nich tak naprawdę nie zasługuje na uwagę. To medialna papka, bezwartościowe gówno, które w sposób naturalny zaczyna nas już odrzucać. To, co dzieje się po „brudnych stronach” szpitalnych oddziałów, dla większości pozostaje tabu.

Odzywają się w nas również atawistyczne odruchy, co widać w rosnącej akceptacji dla narracji typu: warto robić to wszystko, skoro zagrożone są przede wszystkim osoby w podeszłym wieku? W domyśle – już niepotrzebne, stanowiące balast dla współczesnych społeczeństw. COVID-19 to test dla czegoś, co nazywa się solidarnością społeczną. W praktyce sprowadza się on do odpowiedzi na pytanie: czy jestem gotowy/a na materialne perturbacje, będące ceną za ratowanie życia naszych rodziców, dziadków i pradziadków?

Jak zatem poświęcić wiele, nie poświęcając nikogo? Gdy wyjazdy na wojny stały się częścią mojej pracy, przyjąłem, że będąc „tam”, muszę sprowadzić swoje funkcjonowanie do najprostszych czynności. Oprzeć je o rutynę, w której nie ma miejsca na plany wykraczające poza następny dzień. I nawet wobec nich przyjąć strategię „na dwa uda” – uda się albo nie uda. A przy tym wszystkim nie dać się zabić i nie pozwolić, by z mojego powodu zginął ktoś inny.

Tak, będzie nam łatwiej, jak na koronawirusowe wyzwanie popatrzymy jak na wojnę. Komu trudno, niech pobudza wyobraźnię statystykami – te bowiem są już mocno wojenne. Ponad 170 tysięcy zmarłych, niemal 2,5 miliona zakażonych – tak wyglądają oficjalne dane na dziś. A wedle nieoficjalnych, samych zmarłych może być 5 do 10 razy więcej. A te liczby urosną – gros krajów, w tym niemal cała Afryka, szczyt zachorowań ma jeszcze przed sobą. Już więc mamy do czynienia z katastrofą. Właśnie na skalę wojny.

Co daje też nadzieję, bo po każdej wojnie następuje szybkie odbicie. Chęć do polepszenia warunków życia to nasza naturalna cecha. Możemy ją czasowo „zawiesić”, ale jako gatunek nigdy z niej nie zrezygnujemy. Zobaczycie, „jeszcze będzie przepięknie”…

PS. Ten i poprzedni wpis dzielą zaledwie tygodnie. A jednocześnie jakby całe lata świetlne. W tym czasie zmieniło się wiele, także moje postrzeganie zagrożenia związanego z epidemią i jej skutkami. Wcześniej nieco ją trywializowałem, dziś nabrałem do cholery większego respektu. Chyba nie jestem jedyny…

—–

Nosiłem na sobie już różne atrybuty wojenne, takich jak maseczki jeszcze nie/fot. własna

Postaw mi kawę na buycoffee.to