Opieka

Żołnierze coraz odważniej mówią o stresie, lęku i traumie, i coraz częściej szukają pomocy, także u psychologów. Wizyta w gabinecie przestaje być powodem do wstydu, a armia uczy się dbać o psychikę swoich ludzi.

Zmiana nie dokonała się z dnia na dzień, ale widać ją wyraźnie – kontakt żołnierzy z psychologami wychodzi ze strefy tabu, zmieniając się w coraz bardziej oczywisty element dbania o siebie. To przesunięcie akcentów, które za murami koszar latami było trudne do wyobrażenia, ma konkretne źródła.

„W 2019 roku, gdy zaczynałam pracę, sytuacja wyglądała inaczej”, wspomina ppor. Sylwia Biardzka, psycholog z 18 Dywizji Zmechanizowanej. „Żołnierze obawiali się psychologa, o psychiatrze już nie wspominając. Zmiany przyszły wraz z pandemią. Izolacja, rozłąka z rodziną – to były dla wielu bardzo trudne doświadczenia. Wtedy moja praca polegała na tym, że dzwoniłam do żołnierzy i pytałam: co słychać, jak się czują, czego potrzebują. I nagle się okazało, że rozmowa ze mną jest dla nich ważna. A potem przyszła wojna w Ukrainie. Nawet doświadczeni żołnierze zaczęli pytać: czy to normalne, że ja – w mundurze od dwudziestu lat – boję się tego, co może nastąpić? Oczywiście, że było to normalne, ale ta diagnoza musiała wybrzmieć. Ulga, jaką przynosiła, przekonywała żołnierzy do kontaktu z psychologiem”, dodaje specjalistka.

To, co wydarzyło się w wojsku, nie jest zjawiskiem oderwanym od szerszego kontekstu. W ostatnich latach w całym społeczeństwie zmieniło się podejście do zdrowia psychicznego – korzystanie z pomocy psychologa czy psychiatry przestaje być jednoznacznie kojarzone ze słabością. Potwierdzają to dane: liczba wizyt u specjalistów rośnie dynamicznie (w 2024 roku o ponad 60 proc. rok do roku), zaś doświadczenie terapii deklaruje już ok. 20 proc. dorosłych Polaków. A żołnierze nie funkcjonują w próżni: mają rodziny, dzieci, znajomych mierzących się z własnymi problemami, szukających wsparcia, mówiących o terapii. Widzą też konsekwencje jej braku – w historiach przemocy, załamań, tragedii, które przebijają się do opinii publicznej. To wszystko sprawia, że psycholog przestaje być kimś „od problemów, do których się nie przyznajemy”, a zaczyna być kimś „od spraw, które trzeba załatwić”.

A przecież armia ma jeszcze własny bagaż doświadczeń. Misje w Iraku i Afganistanie wiązały się z ogromnym obciążeniem psychicznym żołnierzy. Brakuje zbiorczych danych na ten temat, ale szacuje się, że co najmniej kilkuset weteranów przypłaciło te doświadczenia objawami zespołu stresu pourazowego [post-traumatic stress disorder, PTSD], na co wojsko nie mogło pozostać obojętne. Ale nawet bez wojny służba w armii wiąże się z dużymi obciążeniami, co sprawia, że siły zbrojne nie mogą funkcjonować bez systemu opieki psychologicznej. Systemu, przed którym konflikt w Ukrainie stawia kolejne wyzwania, pokazując, że odporność psychiczna staje się jednym z kluczowych elementów zdolności bojowej.

Aktywna obecność

Zmiany, jakie zaszły w zakresie opieki psychologicznej, nie sprowadzają się tylko do tego, że żołnierze zaczęli częściej sięgać po pomoc. Widać je także w roli, jaką pełni w jednostce psycholog. Jeszcze niedawno kojarzony głównie z sytuacjami kryzysowymi, dziś coraz częściej funkcjonuje jako ktoś obecny w codziennym życiu pododdziału. „Jesteśmy w tym środowisku razem z żołnierzami”, mówi Anna Chacewicz, psycholog z 1 Warszawskiej Brygady Pancernej. „To nie jest tak, że widzimy się raz w tygodniu w gabinecie, w jakiejś odseparowanej przestrzeni. Zdarza się, że ktoś po prostu podchodzi do mnie i zaczyna rozmowę. Czasem to jest zwykłe »co słychać«, a czasem coś poważniejszego. Ta granica jest płynna, ale to właśnie dzięki temu taki kontakt w ogóle się pojawia. Gdybyśmy byli tylko ludźmi »od problemów«, wielu z żołnierzy nigdy by do nas nie trafiło”, podkreśla specjalistka.

Ta obecność nie ogranicza się do czekania na żołnierza, który zapuka do drzwi. Coraz częściej oznacza wychodzenie do niego – dosłownie. „Umówiłem się z dowódcą, że raz w tygodniu idę do pododdziałów, sprawdzam, co u nich słychać”, relacjonuje Marcin Tymoszuk, psycholog z 18 Batalionu Rozpoznawczego. „Dzięki temu oni wiedzą, że jestem obecny, że mogą do mnie przyjść. I wtedy rzeczywiście przychodzą – nie dlatego, że muszą, tylko dlatego, że wcześniej już się spotkaliśmy, pogadaliśmy, zbudowała się jakaś relacja między nami”. W tym modelu psycholog widzi żołnierzy nie tylko w sytuacji, kiedy mają problem, ale także w ich codziennym funkcjonowaniu. I może wychwycić to, co w klasycznej, gabinetowej relacji łatwo umyka. Zmiany nastroju, narastające napięcie, wycofanie, które nie są jeszcze powodem do formalnej interwencji, ale mogą być pierwszym sygnałem, że coś zaczyna się dziać. „Ktoś mniej się odzywa, jest bardziej nerwowy, unika ludzi. Gdy jesteśmy na miejscu, możemy zareagować wcześniej, zanim problem się rozwinie. Bo najgorsze, co można zrobić, to czekać, aż ktoś sam powie, że sobie nie radzi. Bardzo często on tego nie powie”, podkreśla Tymoszuk.

Kultura samowystarczalności

Bo tuż za widoczną zmianą – rosnącą otwartością na pracę z psychologiem – wciąż funkcjonuje coś przeciwnego: bariery, które sprawiają, że wielu żołnierzy po pomoc jednak nie sięga. Nie dlatego, że jej nie potrzebuje, ale dlatego, że przez długi czas nie jest w stanie uznać takiej potrzeby. To napięcie między dostępnością a gotowością dobrze opisują specjaliści pracujący z weteranami. „Wsparcie zaczyna się w drugim człowieku”, podkreślał płk dr Jarosław Świstak z Centrum Leczenia Weteranów Działań poza Granicami Kraju w Wojskowym Instytucie Medycznym – Państwowym Instytucie Badawczym. „Ale żeby do niego doszło, ktoś musi zrobić pierwszy krok”, mówił podczas posiedzenia parlamentarnego zespołu ds. weteranów, które odbyło się w połowie kwietnia 2026 roku. Z tym pierwszym krokiem bywa jednak trudno, także za sprawą silnej kultury samowystarczalności. Przekonania, że trzeba sobie poradzić samemu, że proszenie o pomoc to ostateczność. W warunkach służby taka postawa jest czymś naturalnym, wręcz koniecznym. „Samodzielność, odporność i zdolność działania pod presją są w wojsku wartościami podstawowymi”, zwraca uwagę dr hab. Justyna Klingemann, socjolog zdrowia i medycyny z WIM – PIB. „Problem pojawia się wtedy, gdy te same cechy zaczynają działać przeciwko człowiekowi – utrudniając mu rozpoznanie własnych ograniczeń i przyjęcie pomocy”.

Społeczny kontekst w tym nie pomaga – w Polsce, mimo postępujących zmian kulturowych, wciąż popularne jest przekonanie, że problemy psychiczne są czymś, co należy ukrywać. „Przykładowo uzależnienie postrzegane jest nie jako poważna choroba, która wiąże się z ogromnym cierpieniem i wymaga wsparcia, ale jako coś, co należy piętnować, przejaw słabości”, rekonstruuje potoczne wyobrażenia Justyna Klingemann. W środowisku wojskowym, gdzie znaczenie ma ocena, zaufanie, pozycja w grupie, taka stygmatyzacja może mieć szczególnie silne konsekwencje. Oznacza bowiem realne ryzyko utraty wiarygodności – w oczach przełożonych, kolegów, a często także w ocenie samego siebie. „Nakładają się na to jeszcze kulturowe normy tradycyjnie rozumianej męskości”, dodaje Klingemann. „Zgodnie z nimi trzeba być twardym, nie okazywać słabości, nie mówić o emocjach, nie zawracać innym głowy swoimi problemami. To jest silnie zakorzenione, zarówno w kulturze wojskowej, jak i szerzej, w społeczeństwie, tymczasem wyrażanie uczuć to przecież też akt odwagi”.

W efekcie dochodzi do bagatelizowania objawów, odsuwania rozmowy, prób przeczekania. „Mężczyźni rzadziej mówią o swoich problemach i rzadziej szukają pomocy”, mówi Klingemann. „Częściej próbują radzić sobie sami, a jednym ze sposobów regulowania napięcia staje się alkohol lub inne substancje psychoaktywne”. W takich okolicznościach decyzja o sięgnięciu po pomoc nie zapada w momencie, w którym pojawia się problem, a dopiero wtedy, gdy nie sposób go już ukryć – przed sobą i przed innymi.

Dostępny antydepresant

Ten mechanizm – odkładania, wypierania, prób poradzenia sobie samemu – dobrze widać w historiach weteranów z Iraku i Afganistanu. Piotr Kurpas wrócił z drugiej zmiany misji w Iraku, mając za sobą udział w patrolach i konwojach oraz wspomnienie samobójczego ataku na bazę w Al-Hilli. Widok ludzkich szczątków przemieszanych z fragmentami wraku samochodu pułapki wrył mu się w pamięć szczególnie. Kurpas przez długi czas nie nazywał tego, co czuł, żadnym słowem. Po prostu zaczął unikać tłumów i nieutwardzonych dróg, trzymał się tylko sprawdzonych tras. Napięcia gromadziły się w nim tygodniami, aż wystarczała iskra, by wybuchnąć. Alkohol pojawił się jako ucieczka od gonitwy myśli. Bliscy mówili, że przesadza, pije za dużo. Przez długi czas nie przyjmował tego do wiadomości. „Stawałem okoniem, zakładałem maskę twardziela”, przyznaje. „Dopiero partnerka, która konsekwentnie wierciła mi dziurę w brzuchu, nakłoniła mnie do spotkania z psychologiem”.

Rolę najbliższych, którzy pierwsi widzą zmianę, podkreśla inna historia. „Mąż mówił, że wszystko jest w porządku, że sobie radzi. A ja widziałam, że w nocy się rzuca, ma koszmary, a za dnia sięga po alkohol”, opowiada Aneta Cichosz, żona weterana III zmiany PKW Irak. Joanna Szymańska, której partner zaliczył w sumie trzy misje, wspomina o drżeniu rąk. „To przychodziło, gdy mąż się denerwował. Wcześniej takich objawów nie miał…”.

Szymon Mutwicki po powrocie z Afganistanu został sam – minął się z żoną, którą wyjechała do pracy za granicę. On tymczasem przywiózł do domu bagaż niechcianych emocji. „Zaczęło się 14 sierpnia 2007 roku, od patrolu, w którym zginął kpt. Łukasz Kurowski”, wspomina. „Mogłem po tym wydarzeniu od razu wracać do kraju, ale zostałem, czułem, że powinienem dokończyć misję”, opowiada. Już następnego dnia zaczął żałować tej decyzji. „Dopadał mnie paniczny strach”, relacjonuje. „Każdy mijający samochód wyglądał jak wóz zamachowców, każdy człowiek na drodze był zagrożeniem. Przez miesiąc spałem po dwie–trzy godziny dziennie”. W kraju nie było lepiej, za to w sklepiku nieopodal domu na półce stał „najbardziej dostępny antydepresant”, jak Szymon nazywa alkohol. Przez dwa miesiące pił do nieprzytomności i budził się z podwójnym kacem. „Ten moralny był chyba większy niż fizyczny”, opowiada. Pewnego piątku stanął przed lustrem – nieogolony, w dresie, który włożył w poniedziałek – i po raz pierwszy pomyślał, że potrzebuje pomocy. „Poszedłem do psychiatry i tam usłyszałem, że sam nie dam sobie rady”.

Element służby

Za tym, co widać w historiach weteranów, kryją się konkretne mechanizmy psychologiczne. Nie chodzi tylko o trudne wspomnienia, ale o sposób, w jaki organizm reaguje na skrajne doświadczenia. „Najprościej mówiąc, mózg nie wie, że zagrożenie się skończyło”, tłumaczy Bartosz Cichocki, przyjaciel i wolontariusz Fundacji SPRZYMIERZENI z GROM. „Nadal działa tak, jakby ono trwało. Jest w ciągłej gotowości, reaguje szybciej i intensywniej. Rzecz w tym, że to, co w warunkach zagrożenia było potrzebne, po powrocie do codzienności zaczyna przeszkadzać”, wyjaśnia Cichocki, który jako psycholog prowadzi konsultacje dla podopiecznych Fundacji, w tym weteranów. Pojawiają się objawy, które dla wielu żołnierzy są trudne do zrozumienia. Problemy ze snem, drażliwość, wybuchy złości, unikanie ludzi czy miejsc, które mogą się z czymś kojarzyć. „Wystarczy bodziec – dźwięk, zapach, sytuacja – i człowiek wraca do traumatycznego momentu”, relacjonuje nasz rozmówca. „Czasem na ułamek sekundy, czasem na dłużej”.

Jednocześnie – jak podkreślają specjaliści – nie każda reakcja na trudne doświadczenie musi skutkować rozwinięciem zespołu stresu pourazowego. „Sam fakt przeżycia sytuacji zagrożenia nie musi się wiązać z PTSD”, zwraca uwagę Małgorzata Rymkiewicz, psycholog do niedawna pracująca w armii, obecnie w policji. „Bardzo dużo zależy od tego, jakie ktoś ma zasoby, jakie wsparcie, w jakich warunkach wraca do normalnego funkcjonowania”. To ważne zastrzeżenie, bo pokazuje, że PTSD nie jest doświadczeniem zarezerwowanym wyłącznie dla żołnierzy czy uczestników misji. Może dotyczyć każdego, kto znalazł się w sytuacji skrajnego stresu – ofiar przemocy, wypadków czy katastrof.

Istnieją jednak grupy, które ze względu na charakter swojej pracy są na takie doświadczenia szczególnie narażone. „Żołnierze stanowią jedną z nich”, podkreśla ppor. Sylwia Biardzka. „I to nie tylko w kontekście misji bojowych. Choćby służba na granicy wiąże się z długotrwałym napięciem i podwyższonym ryzykiem utraty zdrowia, a nawet życia. Mamy też doświadczenia z pandemii, kiedy żołnierze wspierali służby medyczne i ratunkowe. Wchodzili do miejsc, gdzie były ofiary, dla wielu z nich stanowiło to pierwszy kontakt ze śmiercią. Co się dzieje!?, pytali. Nie ma wojny, a ludzie masowo umierają… To był ogromny szok”. Jak zaznacza Biardzka, takie doświadczenia często nie są od razu rozpoznawane jako coś, co może mieć długofalowe konsekwencje. „Nie jest tak, że ktoś wychodzi z takiej sytuacji i mówi: to mnie zmieniło. Emocje odkładają się w głowie. Wracają w snach, w reakcjach na różne sytuacje. I dopiero z czasem zaczynają stanowić problem”. W tym sensie PTSD nie jest „koszmarem z przeszłości”, związanym wyłącznie z misjami w Iraku czy Afganistanie. Jest realnym elementem współczesnej służby – również tej, która nie wiąże się bezpośrednio z wojną.

Dalszą część tego tekstu – czołówki majowego numeru „Polski Zbrojnej” – znajdziecie pod tym linkiem. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Nocny patrol podczas misji w Afganistanie/fot. Adam Roik, Combat Camera DORSZ

Szabrownicy

17 września, wieczorem, poprosiłem Was o pomoc. Chodziło o danie odporu wzbierającej fali fejków, dotyczących śmierci oficera Wojska Polskiego. Ppłk Konrad Barnaś, szef sztabu 12 Bazy Bezzałogowych Statków Powietrznych, zmarł 12 września, po długiej, nieuleczalnej chorobie. Odszedł w hospicjum, gdzie spędził ostatnie tygodnie życia. Gdy pięć dni później informacja o jego śmierci pojawiła się w mediach, rozpętało się szaleństwo. Co rusz ktoś sugerował, że to nieprzypadkowy zgon, że pułkownika zabito, bo za dużo wiedział. Szybko pojawiły się sugestie, że śmierć Barnasia ma związek z dronami, które w nocy z 10 na 11 września przyleciały do nas… no właśnie, przyleciały z rosji, ale w teoriospiskowej narracji podważono ów fakt. Zmarły wiedział, skąd „tak naprawdę” wystartowały bezpilotniki – i musiał zginąć. W najbardziej pojechanych interpretacjach budowano opowieść o spisku władz Ukrainy i Polski, które wspólnie dokonały dronowego ataku pod obcą flagą. Zwalenie winy na rosję miało wciągnąć nasz kraj w wojnę, na czym rzekomo bardzo zależy obecnym władzom Rzeczypospolitej. Barnaś, z racji zajmowanego stanowiska (tu drony, tam drony, wiadomo…), wszedł w posiadanie niewygodnej wiedzy i resztę historii już znacie. Ale było też mnóstwo „stonowanych” sugestii typu „nie wiem, ale mi to śmierdzi”. Podejrzana miała być nie tylko koincydencja z wydarzeniami z nocy z 10 na 11 września, ale i milczenie ministerstwa obrony, które o śmierci pułkownika nie poinformowało opinii publicznej.

Wieczorem 17 września ten ściek insynuacji zmieniał się w rwący potok. Poinformowałem zatem Czytelników o rzeczywistych okolicznościach śmierci ppłk Barnasia i poprosiłem o udostępnianie tej informacji. Poza oczywistą potrzebą odkłamania sytuacji, stały za tym motywy nieco bardziej osobiste; uczciwość wymaga, bym Was o tym poinformował.

12 września byłem w Mirosławcu, w 12 Bazie; razem z operatorem z „Polski Zbrojnej” zamierzaliśmy zrealizować materiał na temat działalności jedynej w naszej armii jednostki wyposażonej w bezzałogowce Bayraktar. Temat klepnąłem na redakcyjnym kolegium miesiąc wcześniej, jeszcze w sierpniu z dowódcą Bazy ustaliliśmy konkretny termin wizyty.

Byliśmy w hangarze, gdzie trzymane są bezzałogowce, gdy płk Jacek Janowski, zwierzchnik Konrada Barnasia, otrzymał telefon o śmierci swojego szefa sztabu. Jacek – znamy się jeszcze z Afganistanu, więc będę też używał takiej formy – stał akurat przed kamerą, właśnie kręciliśmy jedną z „setek”. Odszedł na bok, by odebrać połączenie, a po chwili wrócił wyraźnie poruszony. Wyjaśnił nam, co się stało; gotowi byliśmy przerwać nagranie, ale dowódca Bazy zapewnił, że możemy działać dalej. Założył tylko przyciemniane okulary, by nie było widać załzawionych oczu. „Wybaczcie, straciłem nie tylko podwładnego, ale i dobrego kumpla”, tłumaczył, choć wcale nie musiał, bo przecież dobrze rozumieliśmy w czym rzecz.

Popołudniu – po kilku godzinach spędzonych z personelem Bazy – znów spotkaliśmy się z Jackiem, tym razem w jego gabinecie. Pułkownik czekał na żonę Konrada Barnasia, która miała przyjechać do jednostki i zabrać rzeczy zmarłego męża. Znów był poruszony, a ja cholernie mu współczułem. Wiedziałem, że to rutynowa procedura, wiedziałem, że takie są obowiązki dowódcy, ale wiedziałem też, że nie chciałbym być w jego skórze. „Brzemię dowodzenia”, przyszła mi do głowy ta fraza, zasłyszana niegdyś w jakimś wojennym filmie. „No ale to Jacek, twarda sztuka”, pomyślałem sobie. „Chłop po zestrzeleniu nad Irakiem wrócił do latania (na śmigłowcu Mi-24); kto ma sobie dać radę w trudnych sytuacjach, jak nie on”, z taką refleksją opuszczałem biuro, mijając się w drzwiach z żoną zmarłego.

Widok jej znękanej twarzy wrócił, gdy kilka dni później natknąłem się na cytowane wyżej wysrywy. Przypomniałem sobie smutnego Jacka, poruszonego młodego porucznika i jego kolegów, gdy dowiedzieli się o śmierci Barnasia. Te niestworzone historie biły w pamięć o zmarłym oficerze i już z tego powodu były niestosowne, ale zdałem sobie sprawę, że pokrzywdzonych jest więcej. Że spotkałem tych ludzi, że byłem świadkiem ich emocjonalnych reakcji – i że także z tego powodu nie powinienem milczeć.

Stąd mój apel do Czytelników.

Ale to nie koniec tego wpisu, cała sytuacja bowiem wymaga komentarza, gdyż dobrze ilustruje znacznie szersze zjawisko. Zacznijmy od przypomnienia definicji „użytecznego idioty”, wieloosobowego podmiotu będącego kluczowym narzędziem Rosji w prowadzonej przeciwko nam wojnie hybrydowej. „Użyt-idioci” to uczestnicy wymiany informacji propagujący korzystne dla Moskwy narracje. Niekoniecznie (a po prawdzie to z rzadka) prorosyjscy, za to pielęgnujący przydatne rosjanom resentymenty (antysemityzm, ukrainofobię, antyamerykanizm, niechęć do demokracji, świata zachodnich wartości itp.), zwolennicy teorii spiskowych lub zwyczajni atencjusze lubujący się w odzewie, jaki generują udostępniane przez nich treści. Są wśród także cyniczni gracze, dla których atencja to kapitał – rozumiany dosłownie jako mechanizmy „monetyzujące treści” czy pośrednio jako sposób na budowanie politycznych wpływów. Tak czy inaczej, dla szeroko definiowanego zysku tacy ludzie gotowi są podać dalej największą brednię. Nawet jeśli skutkiem jest dezawuowanie instytucji państwa polskiego, co w przypadku polityków nadaje ich czynom wyjątkowo amoralnego charakteru.

Co podkreślam, gdyż po pierwsze, teorie spiskowe wokół śmierci ppłk Barnasia to dobry przykład pożywki, na której wyrasta nieufność do armii i państwa, bo przecież „oni coś ukrywają!”. Po drugie, w tym konkretnym przypadku głos zabrali także politycy (działający otwarcie, bądź kryjący się za rzekomo społecznikowskimi profilami), dla których „sprawa Barnasia” stała się wygodnym pretekstem, by przywalić w politycznych konkurentów. Nie będę łobuzów reklamował z nazwiska (łatwo te treści znaleźć, jeśli komuś na tym zależy), ale dla ilustracji zjawiska przywołam komentarz jednego z nich: „wrócił Tusk, znikają ludzie”. Nie mógł się drań – jeden z drugim – powstrzymać. Jak szabrownik, u którego złodziejski instynkt bierze górę nad instynktem samozachowawczym. W tej analogii nasz złodziejaszek wychodzi na miasto, nad którym szaleje huragan, i kradnie cegły z muru oddzielającego miejscowość od kipiącego morza. „Przecież jak wezmę kilka, konstrukcja nie runie, a ja będę miał z czego dokończyć swój dom. Zresztą może wiatr ucichnie, morze się uspokoi i nic złego w mieście się nie wydarzy”, kalkuluje taki drań. Rozumiecie przenośnię? Burzą jest rosja, wiara w instytucje murem, polsko-polskie napierdalanki – i szerzej, patrząc już poza politykę, wszystkie działania, w których nie możemy się powstrzymać, by „dowalić”, „wykorzystać”, „zabłysnąć” czy „zmonetyzować” – rozbieraniem jego fragmentów. Może nic się nie wydarzy i jakoś to będzie – a co, jeśli nie?

Z czym zostaniemy, jeśli uwierzmy, że władza przeciw nam spiskuje, a armia zabija swoich oficerów? Gdzie będziemy, jeśli generalnie przestaniemy ufać w nasze instytucje, ba, stracimy zaufanie do innych, skoro „wszyscy kłamią” i „każdy ma coś do ukrycia”? Jaka będzie nasza społeczna odporność na zewnętrze zagrożenia, gdy tak naprawdę nie będziemy już społeczeństwem, a masą żyjących w tłumie odludków?

Nie potrafię przestać o tym myśleć, stąd też ten mój wpis.

Z uwagi na to, co robię, często pytają mnie, czy nie boję się, że wybuchnie wojna. To pytanie ma dwa wymiary – jeden związany z ryzykiem, drugi egzystencjalny. W pierwszym idzie o prawdopodobieństwo; nie będę się teraz nad tym rozwodził, poruszam bowiem tę kwestię regularnie, na użytek tego wywodu napiszę tylko, że moim zdaniem, inwazja rosji na Polskę jest mało realnym scenariuszem. Jeśli zaś idzie o wątek egzystencjalny, zwykle odpowiadam, że nie bez powodu przez lata zajmowałem się korespondencją wojenną; trudno mnie przestraszyć, a wizja ruskich czołgów i dronów nie jest czymś, co mnie paraliżuje. Gdyby stała się rzeczywistością, przyłączę się do ludzi, którzy będą rosjan zabijać – nie wiem, na ile będę w tym efektywny, ale na pewno się postaram. Koniec-kropka.

Jednak skłamałbym, gdybym napisał, że nie ma we mnie lęku, który czasem mnie paraliżuje.

Kilka lat temu wydałem powieść pt.: „Stan wyjątkowy” – w jej finale rosjanie niemal bez walki zajmują połowę Polski, a w niektórych miejscach wita się ich wręcz entuzjastycznie. Mam do tej książki mieszany stosunek, bo z jednej strony ów scenariusz był niezwykle prawdopodobny – w uniwersum „Stanu…” Polska zmaga się z koszmarną pandemią, dużo gorszą, niż ta z rzeczywistości, co skutkuje częściowym rozkładem struktur społecznych i państwowych. Taki kraj łatwo się atakuje… Z drugiej jednak, owa łatwość wydawała mi się, wciąż wydaje, nieco obrazoburcza. No bo jak to, my nie walczymy? Mimo różnych defetystycznych interpretacji nastrojów społecznych – co rusz obecnych w naszej publicystyce – ja w gruncie rzeczy nadal obstaję przy wizji, że w razie potrzeby, jako państwo i społeczeństwo, damy w ryj, komu trzeba.

Ale co, jeśli się mylę? Przecież mierzymy się z czymś znacznie gorszym niż tamta pandemia, z chorobą, która toczy nasze procesy poznawcze, ogłupia, nastawia wrogo wobec swoich. Z zakażeniem, którego trudno się pozbyć, bo przekazywać je dalej, to mieć doraźne korzyści. Nasi wrogowie o tym wiedzą – prowokują więc i wykorzystują nadarzające się okazje, by szerzyć wszelkiej maści dezinformacje. A one nas zmieniają i w którym momencie może się okazać, że na tyle mocno, że nie będzie już komu stawać do walki. Bo czego tu bronić, skoro nie ma żadnej świętości i żadnej wspólnoty?

Tego naprawdę się boję.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Odporność

Wróćmy do rozmowy, jaką kilka tygodni temu odbyłem z prof. Michałem Wróblewskim, socjologiem i filozofem z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Wywiad dotyczył odporności społecznej, ukazał się w miesięczniku „Polska Zbrojna”, którego majowy numer wciąż jest w sprzedaży.

By zachęcić Was do lektury całości, podrzucam fragment – ciekawy także w kontekście bieżących okołowyborczych debat na temat kondycji polskiego społeczeństwa.

„(…)

Marcin Ogdowski: Wróćmy do braku zaufania wobec instytucji i tego, że nauczyliśmy się brać sprawy w swoje ręce. To taka siła w słabości…

Michał Wróblewski: Nie jesteśmy przyzwyczajeni, że państwo nas w czymś wyręczy, więc w razie kryzysu potrafimy się szybko i oddolnie zmobilizować. Owszem, to wspaniała cecha, ale tej opartej na emocjach skłonności do pojedynczych zrywów towarzyszy szybkie przepalanie entuzjazmu. Widać to w stosunku do Ukraińców. Niewydolne państwo nie zaabsorbowałoby takich tłumów uchodźców – wiedzieliśmy to i wzięliśmy ich pod własne dachy. Obsłużyliśmy transfer milionów ludzi w istotnej mierze energią nie instytucji, a społecznego entuzjazmu. Z którego dziś niewiele zostało. Zamiast tego mamy coraz bardziej negatywny stosunek do przybyszów zza wschodniej granicy, a triumfy święci kłamliwa narracja, że „tamci zabierają nam socjalne przywileje”.

Politycy również jej ulegają, zamiast wyjść z rzetelną kampanią informacyjną. Dlaczego?

Nasza klasa polityczna ma skłonność do „płynięcia z nurtem”. Nie do urabiania pewnych kwestii, a do absorbowania tego, co jest, co przynosi rzeczywistość. Łatwiej jest wejść w buty „ukrainosceptyków”, niż zrobić dużą kampanię informacyjną, odwrócić dyskurs i zmienić przekonania opinii publicznej. Ta mała podmiotowość polityków to zarazem jeden z czynników, który osłabia naszą społeczną odporność.

(…)

Jak to opisane przez nas społeczeństwo zachowałoby się w obliczu poważnego kryzysu, gdyby na przykład zagrożona była integralności państwa polskiego?

Sądzę, że przez pierwsze miesiące mielibyśmy powtórkę z pandemii – wielkie emocjonalne poruszenie i dużą mobilizację społeczną. Ludzie by się organizowali w grupy samopomocy, wstępowali do armii, wolontariacko pomagali żołnierzom. Widzieliśmy to w Ukrainie, i teraz też widzimy, co się dzieje, gdy trzeba działać na dłuższą metę. W Ukraińcach coś się wypaliło. U nas – jeśliby państwo nie przejęło zaniedbanych wcześniej powinności, samorzutnie realizowanych przez obywateli – zapewne byłoby tak samo.

Część z nas pewnie by z kraju wyjechała…

Cóż, jesteśmy dziś społeczeństwem bardzo mobilnym i dużo zamożniejszym. Wielu z nas ma rozbudowane sieci kontraktów rodzinnych i towarzyskich za granicą. Byłoby za co i gdzie uciekać.

Coś bardziej optymistycznego?

A proszę bardzo. Są obszary polityki, gdzie mamy kontynuację i gdzie istnieje społeczny konsensus. Zbroimy się – wydając na to gigantyczne sumy – a polska opinia publiczna nie ma z tym problemów. To pozytywny przykład adaptowania się do zmian wywołanych kryzysem, w tym wypadku agresywną polityką Federacji Rosyjskiej. Co ważne, wykazujemy przy tym dużą odporność na dezinformację. Na narrację, wedle której nasze wysiłki nie mają sensu, bo Rosjanie „i tak nas nakryją czapkami”.

Przywołani cały czas próbują nas do tego przekonać.

Ale Polacy tego nie kupują. I godzą się na ekstraordynaryjne wydatki.

To efekt naszych historycznych doświadczeń – starych traum, których nie chcemy powtórzyć?

Po części tak. Ale też faktu, że jesteśmy dość zamożnym społeczeństwem, które nie musi stawać przed alternatywą: albo będzie nam lepiej, ale będziemy zagrożeni, albo będziemy biedni, za to bezpieczni. Nie czarujmy się, intensywne zbrojenia zawsze odbywają się kosztem poziomu życia, ale ten najwyraźniej nie obniżył się w sposób, który byłby dokuczliwy. I Polacy się takiej perspektywy nie boją. Coraz bardziej czujemy siłę naszej gospodarki, dobrze pokazał to dyskurs wokół CPK. Ta masa głosów mówiących o tym, że jesteśmy już silnym podmiotem, a nie państwem na dorobku. Mnóstwo Polaków wierzy, że stać nas na centralny port komunikacyjny, na elektrownie atomowe, więc pewnie stać nas też na zbrojenia.

Czy podkreślanie tej siły i podmiotowości, nie byłoby elementem zaszczepiania odporności?

Oczywiście. Zwłaszcza że to nie byłaby żadna publicystyczna figura, a dyskurs oparty na twardych danych.

Dziękuję za rozmowę”.

—–

Dr hab. Michał Wróblewski (na zdjęciu), socjolog i filozof z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, profesor tamtejszej uczelni. Pracownik Instytutu Innowacji i Technologii Ł-ITECH. Prowadzi badania w obszarze socjologii środowiskowej oraz socjologii medycyny, zdrowia i choroby/fot. Andrzej Romański

Szanowni, odwiedźcie sklep Patronite, gdzie można nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

(Nie)pamięć

Kilka tygodni temu rozmawiałem z prof. Michałem Wróblewskim, socjologiem i filozofem z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Wywiad dotyczył odporności społecznej – zjawiska, które podobnie jak liczebność czy uzbrojenie armii, współdecyduje o przetrwaniu danej wspólnoty. Rozmowa właśnie ukazała się w miesięczniku „Polska Zbrojna” – zapraszam do saloników prasowych, gdzie znajdziecie majowy numer.

Papier to nie guma – z konieczności pierwsza część rozmowy nie weszła na łamy. A że owo wprowadzenie porusza bardzo ciekawą kwestię, podrzucam je w tym wpisie, licząc, że zachęci Was do lektury całego wywiadu.

Tymczasem sunę na północ, na spotkanie autorskie w Wolinie. Dobrego tygodnia Wam życzę!

*          *          *

– Zacznijmy od zjawiska, które zdaje się nie mieć związku z odpornością społeczną. Mam na myśli wyparcie z pamięci pandemii Covid-19. Nieodległego przecież dramatu, który Polskę kosztował ponad 200 tys. „nadmiarowych zgonów”. Mniej więcej tyle samo obywateli w twardym kinetycznym konflikcie straciła do tej pory Ukraina. Co się stało z naszymi wspomnieniami?

Wydaje mi się, że Ukraina „przykryła” doświadczenie pandemii. Płynnie przyszliśmy z jednego kryzysu w drugi, wybuch wojny na Wschodzie przekierował uwagę opinii publicznej. Ta koincydencja przypomina wydarzenia sprzed wieku – wtedy też konflikt zbrojny wyparł ze świadomości społecznej, na wiele kolejnych dekad, pandemię grypy hiszpanki. Jej niszczący przebieg został przyćmiony przez okrucieństwa I wojny światowej, śmierć milionów żołnierzy, fizyczne dewastacje, fakt, że trzeba było odbudowywać europejskie państwa i miasta.

– Więc Covid-19, jak hiszpanka, nie mógł zakorzenić się w pamięci z przyczyn od nas niezależnych. Ale chyba sami też w tym pomogliśmy?

– W moim przekonaniu nie przepracowaliśmy pamięci covidowej – zarówno na poziomie indywidualnym, jak i instytucjonalnym. Nie ma w nas dostatecznej refleksji nad tym, co się wtedy działo, na poziomie państwa brakuje odpowiedzialnej polityki pamięci. Było-minęło, zajęliśmy się innymi sprawami.

– Czy to skomasowany efekt wyparcia? A może instytucjonalne zaniechania?

Sądzę, że jedno i drugie. Wielu z nas nie chce sobie przypominać, jak wyglądały pierwsze tygodnie pandemii. Ile było wówczas strachu, niepewności, chaosu. Łatwiej o to, gdy w przestrzeni publicznej panuje „cisza”. Nie ma wystaw, pomników, ogrodów pamięci ofiar Covid-19, jakie powstają w Wielkiej Brytanii czy we Włoszech. Naturalna tendencja do wypierania nieprzyjemnych doświadczeń zostaje wzmocniona. W efekcie nikt nie zadaje niewygodnych pytań. A przecież państwo polskie nie spisało się w zarządzaniu kryzysowym w trakcie pandemii…

– Na początku byłyśmy prymusem, zwłaszcza we wprowadzaniu obostrzeń…

– …ale później było już coraz gorzej, a na końcu programu szczepień skandalicznie. Te wydarzenia stawiały w nienajlepszym świetle rządzących i moim zdaniem, to jeden z powodów, dla których nie skonstruowano polityki pamięci. Po co przypominać opinii publicznej o negatywnych rzeczach? A nuż pojawiłyby się niewygodne pytania – dlaczego nas tylu zginęło, dlaczego ochrona zdrowia tak kiepsko działała? Dlaczego nie podjęto pewnych działań prędzej? – itp., itd. No ale skoro my wypieramy, to takie pytania nie padają, co było politycznie wygodne.

– A może ta „niepamięć” to przejaw cynizmu? Covid zabrał głównie osoby starsze, w logice społecznego darwinizmu zbyteczne.

Jako społeczeństwo mamy ze starością problem, wypieramy ją, lekceważymy. Co jest pewnym paradoksem, zważywszy na konserwatywny rys naszej kultury, nastawionej na tożsamość i pamięć. No ale spójrzmy na poziom instytucjonalny – na kiepską kondycję Domów Pomocy Społecznej, na zapaść geriatrii, na brak polityki senioralnej. Na masę zaniedbań i niedobór regulacji, które przywodzą do wniosku, że państwo i społeczeństwo raczej nie myślą o potrzebach osób starszych. Co później przekłada się na sytuacje kryzysowe, w których cierpią ci najstarsi. Więc być może, gdybyśmy mieli do czynienia z innym wirusem, który atakuje inne grupy wiekowe, gdyby poczucie straty było dotkliwsze, to tego wyparcia byłoby mniej.

– Jest go tyle ile jest, porozmawiajmy o konsekwencjach.

– Zapominając o tym, że były, nie uczymy się na kryzysach. Kryzys nie tylko trzeba przetrwać, ale też dostosować instytucje, które go „przeżyły” i „pamiętają”, w taki sposób, by w przyszłości działały lepiej.

– Nie działają?

*          *          *

Odpowiedź wynika już wprost z tego, co do tej pory przeczytaliście, ale wywiad niesie też kilka optymistycznych wniosków, dotyczących kondycji naszego społeczeństwa. Jako się rzekło, przeczytacie go w najnowszym numerze „Polski Zbrojnej” – zapraszam do lektury, bo warto!

—–

Szanowni, odwiedźcie sklep Patronite, gdzie można nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Demografia

Istnieje wiele odpowiedzi na pytanie, dlaczego rosja napadła na Ukrainę. Iwan Krastew, znakomity bułgarski politolog, w lipcu 2022 roku udzielił wywiadu polskiej edycji tygodnika Newsweek. Zapytany o to, czego chce putin, odparł: „(…) on nie jest zainteresowany terytorium, tylko ludnością. Ma obsesję demograficzną. Od jakiegoś czasu powtarza, że gdyby nie rewolucja i II wojna światowa, rosja miałaby dziś 500 mln mieszkańców. (…) Jest przekonany, że dla przetrwania w nowym świecie, rosja potrzebuje mężczyzn i kobiet Ukrainy. Bo dla niego Ukraińcy są rosjanami. Unifikacja historycznej rosji z Ukrainą i Białorusią to jego obsesja numer jeden”. Obsesja nie tylko putina – dodam od siebie – wszak wchłoniecie Ukrainy i wynarodowienie miejscowej ludności to dla wielu rosyjskich decydentów i przedstawicieli elit, także intelektualnych, „ostatnia deska ratunku”. W przeciwnym razie rosji grozi rewolucja kulturowa, związana ze spadkiem liczby etnicznie rosyjskiej i prawosławnej ludności na rzecz muzułmanów z Kaukazu i Azji Centralnej.

Piszę o tym szerzej we właśnie przygotowywanej książce – do lektury której zapraszam Was już dziś (jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, „Zabić Ukrainę! Alfabet rosyjskiej agresji” ukaże się pod koniec lutego).

A skoro o demografii mowa, pozwólcie, że podzielę się kilkoma refleksjami. Zacznę od banału – demografia ma znaczenie dla wojennego wysiłku, co szczególnie dotyczy konfliktów długotrwałych, o wysokiej intensywności, jak ten prowadzony w Ukrainie. Fakt, iż na linii styku wojsk obie strony równoważą ilościowe potencjały, jak dotąd wystarczał Ukrainie do przetrwania. Rzecz w tym, że owo równoważenie na dłuższą metę będzie wyzwaniem nie do udźwignięcia. A to za sprawą rażącej dysproporcji w ludzkich zasobach mobilizacyjnych. W 2022 roku populacja Ukrainy liczyła 41 mln osób, według dostępnych danych, z końcem 2023 roku mieszkało w niej już tylko 29 mln ludzi. Brakujące 12 mln to przede wszystkim uchodźcy i mieszkańcy okupowanych terytoriów. Podstawowa baza rekrutacyjna została więc uszczuplona, a niekorzystna proporcja w odniesieniu do zasobów rosyjskich (143 mln ludzi) jeszcze się pogorszyła – w lutym 2022 roku wynosiła 1:3,5, w 2023 roku 1:5.

Mimo to kompletnie niezasadne pozostają twierdzenia o rzekomej niewyczerpalności rosyjskich rezerw, oparte głównie o wciąż żywą analogię z możliwościami ZSRR. Jeszcze przed wybuchem pełnoskalowej wojny rosjan było dużo mniej niż rosjanek – na każdą setkę kobiet przypadało mniej niż 90 mężczyzn. To wyjątkowo upośledzona proporcja (w Polsce wynosi ona 100:96 i nie odbiega od średniej dla rozwiniętych państw), która w praktyce oznaczała, że w rosji żyło nieco ponad 64 mln mężczyzn. Ilu z nich nadawało się do wcielenia? Według raportu ONZ World Population Prospects, w 2020 roku w federacji było 14,25 mln mężczyzn w wieku poborowym (18-40 lat). Wówczas przewidywano, że w 2025 roku liczba ta spadnie do 11,55 mln, a w 2030 roku do 11,23 mln. Po drodze wydarzyła się pandemia, która zabiła milion moskali (!), potem exodus potencjalnych rekrutów (500 tys.-1 mln mężczyzn), no i koszmarne starty na froncie (co najmniej 350 tys. zabitych i rannych). Z drugiej strony, mieliśmy zabieg administracyjny, polegający na podniesieniu górnej granicy wieku poborowego o pięć lat, co pozwoliło zniwelować ubytki.

Lecz nie zapominajmy o dwóch sprawach – po pierwsze, o niskiej kondycji zdrowotnej rosyjskiego społeczeństwa. Podrzucę Wam garść spośród statystyk, które zebrałem na potrzeby książki. I tak w 2019 roku 15-latek z rosji miał przed sobą krótsze życie niż jego rówieśnicy z 23 najbiedniejszych krajów na świecie. Prognozy z tamtego roku pokazywały też, że średnio jeden na czterech rosyjskich 20-latków umrze przed ukończeniem 60. roku życia. W Szwajcarii ryzyko niedożycia 60 lat, po osiągnięciu 20. roku życia, wyniosło jedynie 4 proc. W wyniku epidemii HIV/AIDS, alkoholizmu i fatalnej kondycji systemu opieki zdrowotnej śmiertelność w rosji była w latach 2005-2015 trzy razy wyższa wśród mężczyzn i dwukrotnie wyższa wśród kobiet niż w innych krajach o podobnym poziomie rozwoju społeczno-gospodarczego. Co roku z powodu nadużywania alkoholu umiera w rosji pół miliona osób. Ćwierć miliona zabrała dotąd epidemia HIV/AIDS. W 2021 roku liczba zakażonych wzrosła do półtora miliona. Od 2019 roku rosja ma drugą najwyższą liczbę przypadków HIV na 100 tys. mieszkańców. Ryzyko zarażenia się wirusem jest w tym kraju 42 razy wyższe niż w całej Unii Europejskiej. Ale rosjan masowo – w skali większej niż w innych rozwiniętych krajach – zabija też chociażby gruźlica (25 tys. zgonów rocznie; w Polsce, przy 38-milionowej populacji, umiera mniej niż 500 osób) oraz choroby wywołane paleniem i przyjmowaniem narkotyków. Te ostatnie w kraju putina są znacznie tańsze niż na Zachodzie. Już w 2021 roku – wtedy głównie na skutek pandemii – oczekiwana długość życia rosyjskich mężczyzn spadła z 68 (w 2019 roku) do 64 lat. Wojna bez wątpienia ów wskaźnik zaniży. Itp., itd.

Po drugie, pamiętajmy o tym że kilkunastomilionowa rzesza potencjalnych żołnierzy, to zbiór w istotnej mierze tożsamy z zasobem osób w wieku produkcyjnym. Rosyjska gospodarka jest nieefektywna, w wielu obszarach przestarzała, wciąż jednak opiera się o przemysł i usługi, które wymagają wykwalifikowanej siły roboczej. Gospodarka Związku Radzieckiego w 1941 roku – mimo wcześniejszej, intensywnej industrializacji – wciąż oparta była o rolnictwo, te zaś zmagało się z problemem ogromnego ukrytego bezrobocia. W realiach nadpodaży rąk do pracy, masowa mobilizacja kołchozowych chłopów nie wpłynęła na efektywność produkcji rolnej i gospodarki jako całości. Tymczasem rosja takich niewykorzystanych zasobów nie ma za wiele, nie może więc w nieskończoność ściągać kolejnych roczników mężczyzn do armii.

Niemniej może to robić dłużej niż Ukraina. Jesienią 2023 roku ukraińskie straty utrzymywały się na poziomie około 20 tys. miesięcznie – zabitych, rannych i z różnych powodów niezdolnych do walki. Rosyjskie w listopadzie 2023 roku dobiły do tysiąca zabitych i rannych dziennie. Nadal więc pozostawały wyższe od ukraińskich, co jest tendencją obserwowaną od początku wojny na pełną skalę. Niestety, taka proporcja, w której na trzech wyeliminowanych z walki rosjan przypada dwóch Ukraińców, pozostaje niekorzystna dla Ukrainy. Gdy zaczęła się inwazja, ukraińskich mężczyzn w wieku 18-60 lat objął zakaz opuszczania kraju. Istniały wyłączenia (na przykład dla ojców trójki dzieci), pojawiło się zjawisko nielegalnych wyjazdów, lecz i tak cztery piąte uchodźców stanowiły kobiety, dzieci i osoby starsze. Rząd w Kijowie nie publikuje danych o strukturze wieku i płci populacji zamieszkującej kontrolowany przezeń teren. Jednak założenie, że w 29-milionowej społeczności występuje nadreprezentacja mężczyzn, wydaje się prawidłowe. Ukraińcy dużo chętniej niż rosjanie rekrutują do wojska kobiety – stanowią one niemal 10 proc. personelu sił zbrojnych i w odróżnieniu od ruSS-armii, służą również w formacjach liniowych. Do czego zmierzam? Ano w mojej ocenie, ukraiński zasób potencjalnych rekrutów (i rekrutek), to 3,5-4 mln osób – bez sięgania po drastyczny środek w postaci mobilizacji dzieci, starców i dużej liczby kobiet. Sporo? Owszem, lecz wciąż dużo mniej od wroga. „Nadzabijaniem” rosjan w proporcji 3:2 tej słabości zniwelować się nie da.

Ponure dla Ukrainy konkluzje płynące z zestawienia potencjałów ludnościowych nie muszą być jednak wiążące. A klucz demograficzny wcale nie jest odpowiedzią na pytanie, kto przedłużającą się wojnę zwycięży. Dziesięciokrotnie mniejszy Wietnam ostatecznie pokonał USA w połowie lat 70., siły zachodniej koalicji – nominalnie mniejsze o połowę – rozniosły w pył wojska Saddama Husajna podczas drugiej „Pustynnej Burzy” w 2003 roku. Maleńki Afganistan upokorzył olbrzymie sowieckie imperium w latach 80., a 70-milionowe Niemcy hitlerowskie w dwa lata zawojowały kawał Europy, zamieszkały przez 150 mln ludzi (znam finał, ale załóżmy, że ta historia kończy się wiosną 1941 roku). Już po tych przykładach widzimy, że istotnych zmiennych jest więcej. Poza „masą demograficzną” liczy się przewaga technologiczna, organizacyjna, determinacja (rozumiana jako wola walki), baza przemysłowa czy wreszcie potężny sojusznik, który wcale nie musi angażować się wprost w działania wojenne, by mieć na nie istotny czy wręcz decydujący wpływ.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Irinie Wolańskiej, Joannie Marciniak, Andrzejowi Kardasiowi, Jakubowi Wojtakajtisowi Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu i Michałowi Strzelcowi. A także: Kacprowi Myśliborskiemu, Adamowi Cybowiczowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Łukaszowi Podsiadle, Adamowi Jaworskiemu i Arkadiuszowi Wiśniewskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Zdjęcie ilustracyjne, fasada domu w Chersoniu. Wiosna 2023 roku/fot. własne