Doświadczenie

W całej politycznej awanturze o przekazanie Ukrainie pocisków do wyrzutni Patriot wielu z nas umyka jeden niezwykle istotny fakt. Dziś to właśnie Ukraina jest światowym laboratorium wykorzystania tego systemu obrony przeciwlotniczej. Żadne inne państwo nie używa Patriotów z taką intensywnością, przeciwko tak wymagającemu przeciwnikowi i w tak zmiennych warunkach pola walki. Każdy kolejny rosyjski atak to dla ukraińskich żołnierzy nie tylko walka o życie własnych obywateli, lecz także kolejne doświadczenia, które zmieniają sposób wykorzystania broni przeciwlotnicznej. Doświadczenia, z których – wcześniej czy później – skorzystają wszyscy użytkownicy Patriotów, również Polska.

Patriot nie jest systemem nowym. Od ponad czterech dekad pozostaje podstawą obrony przeciwlotniczej Stanów Zjednoczonych i wielu państw sojuszniczych. Nigdy wcześniej nie był jednak wykorzystywany w wojnie o takiej skali i intensywności. Od wiosny 2023 roku ukraińskie baterie regularnie odpierają zmasowane ataki z użyciem pocisków balistycznych Iskander-M, rakiet aerobalistycznych Kindżał oraz pocisków manewrujących Ch-101, Kalibr i Iskander-K. Rosjanie nieustannie modyfikują taktykę, zwiększają liczbę jednocześnie odpalanych środków napadu powietrznego, stosują wabiki i próbują przeciążyć ukraińską obronę. Ukraińcy odpowiadają tym samym – ciągłym doskonaleniem procedur, zmianami sposobu rozmieszczania baterii i coraz bardziej oszczędnym gospodarowaniem niezwykle cenną amunicją.

Są w tym niedościgłymi mistrzami, co przez kontrast najlepiej pokazały wydarzenia sprzed kilku miesięcy na Bliskim Wschodzie. Podczas wojny z Iranem amerykańskie baterie Patriot prowadziły niezwykle intensywne działania, odpierając kolejne fale ataków rakietowo-dronowych. Według szacunków w ciągu kilku tygodni zużyto ponad 800 pocisków przechwytujących, których wartość liczona była w miliardach dolarów. Te 800 sztuk to równowartość rocznej produkcji i co najmniej jedna czwarta amerykańskich zapasów. Odpowiednik tego, co do tej pory – przez ponad trzy lata – dostała z Zachodu Ukraina. Trzy lata odpierania ataków lotniczej i rakietowej potęgi versus kilka tygodni walki z bieda-przeciwnikiem; to z takim zestawieniem mamy tu do czynienia. Oczywiście, Ukraina poniosła wiele spektakularny porażek, tracąc na skutek ataków powietrznych np. istotną część infrastruktury energetycznej, niemniej – jako państwo – zachowała zdolność do dalszego prowadzenia operacji obronnej. Tymczasem drastyczne zużycie amunicji OPL przez siły zbrojne USA i sojuszników stało się jednym z czynników, które zmusiły Donalda Trumpa do zaniechania działań zbrojnych wymierzonych w Iran.

Ten konflikt uświadomił wojskowym coś, o czym wcześniej mówiono głównie w analizach – nawet najbogatsza armia świata nie dysponuje nieograniczonymi zapasami amunicji do systemów obrony powietrznej. Produkcja nowoczesnych interceptorów pozostaje kosztowna i czasochłonna, a w warunkach długotrwałego konfliktu tempo ich zużycia może przewyższać możliwości przemysłu.

W takich realiach kluczowego znaczenia nabiera nie tylko liczba posiadanych rakiet, ale także sposób ich wykorzystywania. Każdy pocisk wystrzelony niepotrzebnie oznacza stratę zasobu, którego szybko nie da się odtworzyć. Ukraińcy zrozumieli to szybciej niż ktokolwiek inny. Wiedzą, że nie mogą pozwolić sobie na luksus prowadzenia ognia według najbardziej zachowawczych procedur. Muszą szukać rozwiązań pozwalających osiągnąć ten sam efekt przy mniejszym zużyciu amunicji, stale modyfikować taktykę i wyciągać wnioski z każdej rosyjskiej salwy. W efekcie zdobywają doświadczenie, którego nie da się odtworzyć na żadnym poligonie ani podczas ćwiczeń.

Nie oznacza to oczywiście, że Ukraińcy odkryli jakiś „tajny sposób” na wykorzystanie Patriotów. Oznacza natomiast, że każdego dnia uczą się używać tego systemu skuteczniej. Analizują skuteczność przechwyceń, zachowanie rosyjskich pocisków, wpływ zakłóceń radioelektronicznych, optymalne rozmieszczenie wyrzutni czy współpracę Patriotów z innymi elementami obrony powietrznej. Taka wiedza nie pozostaje wyłącznie w Ukrainie. Trafia do producentów, instruktorów, ośrodków szkoleniowych i armii wszystkich państw korzystających z tego systemu. Także do Polski, która dopiero buduje własne kompetencje związane z eksploatacją Patriotów. Trzeba „tylko” z niej skorzystać (co Amerykanom przyszło po niewczasie…).

Dlatego dyskusja o przekazaniu Ukrainie kilku czy kilkunastu pocisków Patriot nie powinna sprowadzać się wyłącznie do prostego rachunku strat i zysków. Oczywiście, każda rakieta ma swoją wartość, a obowiązkiem polskich władz jest przede wszystkim dbanie o bezpieczeństwo własnego państwa. Ale bezpieczeństwo nie zależy wyłącznie od liczby interceptorów zgromadzonych w magazynach. Równie ważne są wiedza, doświadczenie i umiejętność wykorzystania ich w najbardziej efektywny sposób. Bo nawet największe zapasy kiedyś się skończą, a podaż zawsze będzie ograniczona. Doświadczenie zaś pozostanie.

Jeśli za kilka lat podobnego zagrożenia doświadczy Polska, nasi żołnierze będą korzystać nie tylko z efektów własnego szkolenia, lecz także z doświadczeń zdobytych przez ukraińskie załogi. W tym sensie wsparcie Ukrainy nie jest wyłącznie pomocą udzielaną sojusznikowi. Jest również inwestycją we własne bezpieczeństwo.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Niemieckie Patrioty w Rumunii/fot. Bundeswehr

Trzeci

28 lutego 2026 roku Stany Zjednoczone rozpoczęły kolejną wojnę na Bliskim Wschodzie. Dziś, gdy obowiązuje kruche zawieszenie broni, pytanie nie dotyczy już tego, kto zadał więcej ciosów – na poziomie taktycznym sytuacja jest klarowna. Znacznie istotniejsza jest odpowiedź na pytanie: kto na tej wojnie zyskał strategicznie. Przy czym w tej układance nie chodzi tylko o USA i Iran, ani nawet o Izrael. Do roli największego beneficjenta urastają bowiem Chiny.

Zacznijmy od kluczowej kwestii – USA wciąż dysponują największą i najbardziej zaawansowaną machiną wojskową świata, ale nie prowadzą gospodarki wojennej. Produkcja uzbrojenia, zwłaszcza precyzyjnego – od pocisków Tomahawk po rakiety systemów obrony powietrznej – jest dostosowana do czasu pokoju: stabilna, przewidywalna, ale relatywnie powolna.

To oznacza, że każda wojna, nawet zakończona rozejmem, zostawia po sobie nie tylko polityczne i militarne skutki, lecz także coś znacznie bardziej namacalnego: puste magazyny. A w globalnej rywalizacji z Chinami to właśnie stan tych magazynów może mieć znaczenie większe niż wynik pojedynczej operacji na Bliskim Wschodzie.

Rachunek w liczbach

Pierwsze szacunki dotyczące zużycia amunicji przez USA w trakcie wojny z Iranem pokazują skalę, która jeszcze niedawno pozostawała poza wyobraźnią planistów operacyjnych. W ciągu kilkudziesięciu dni działań bojowych amerykańskie siły zbrojne wystrzeliły ponad 1000 pocisków manewrujących Tomahawk. Dla porównania – roczna produkcja tych pocisków w ostatnich latach oscylowała wokół 200–300 egzemplarzy. Oznacza to, że w trakcie jednej kampanii zużyto równowartość kilku lat produkcji.

Jeszcze wyraźniej widać to na przykładzie systemów obrony powietrznej. Według dostępnych szacunków wykorzystano od 1500 do 2000 interceptorów – w tym rakiet systemów Patriot i THAAD. Tymczasem produkcja rakiet PAC-3 MSE, stanowiących podstawę amerykańskiej obrony przeciwrakietowej, wynosiła dotąd około 500–600 sztuk rocznie, przy czym znaczna część trafiała do sojuszników. A zatem w ciągu kilku tygodni zużyto równowartość co najmniej dwóch–trzech lat produkcji jednego z kluczowych komponentów systemu obrony powietrznej.

Podobne proporcje pojawiają się w odniesieniu do uzbrojenia lotniczego. Produkcja pocisków JASSM, wykorzystywanych przez bombowce i samoloty taktyczne, jeszcze niedawno wynosiła około 500–700 sztuk rocznie. Tymczasem wystrzelono ich niemal tysiąc.

W analizach takich ośrodków jak CSIS (Center for Strategic and International Studies) mowa jest o tym, że odtworzenie stanów magazynowych zajmie od 3 do nawet 6 lat – szczególnie w przypadku najbardziej zaawansowanych efektorów, wymagających skomplikowanych komponentów i ograniczonych zdolności produkcyjnych.

Najważniejszy teatr

W amerykańskim planowaniu strategicznym Bliski Wschód od lat nie jest już teatrem pierwszego wyboru. Tym obszarem jest dziś Indo-Pacyfik – przestrzeń, w której koncentruje się rywalizacja ze strategicznym przeciwnikiem, czyli Chinami. To tam, a nie w Zatoce Perskiej, rozstrzyga się realny układ sił w XXI wieku.

Dlatego każda liczba dotycząca zużycia amunicji w wojnie z Iranem ma swój drugi kontekst – pytanie, ile tych samych środków pozostało do dyspozycji w scenariuszu konfliktu wokół Tajwanu.

Symulacje prowadzone przez CSIS pokazują, że w przypadku wojny o Tajwan kluczowe znaczenie mają dokładnie te same kategorie uzbrojenia, które zostały intensywnie wykorzystane na Bliskim Wschodzie: pociski dalekiego zasięgu, środki rażenia precyzyjnego, a przede wszystkim systemy obrony powietrznej i przeciwrakietowej.

W jednym z analizowanych scenariuszy amerykańskie siły zbrojne zużyją znaczną część zapasów pocisków dalekiego zasięgu w ciągu pierwszych 7–10 dni konfliktu. W przypadku niektórych typów uzbrojenia tempo to będzie jeszcze wyższe, lecz za każdy razem przyniesie ten sam skutek: zapasy zmaleją szybciej, niż możliwe będzie ich uzupełnianie.

A dodajmy do tego inny czynnik, istotny przy hipotetycznym konflikcie o Tajwan: geografię. Odległości będą wielokrotnie większe niż w przypadku operacji prowadzonych przeciwko Iranowi. Amerykańskie lotnictwo operuje z baz w Japonii, na Guamie czy – w scenariuszach awaryjnych – z jeszcze dalszych lokalizacji. Marynarka działa na rozległych akwenach, gdzie linie zaopatrzenia są rozciągnięte do granic możliwości. To oznacza, że każda operacja jest nie tylko bardziej wymagająca logistycznie, ale również bardziej kosztowna w sensie zużycia zasobów.

Dochodzi do tego kwestia rotacji sił. Grupy lotniskowcowe, które brały udział w operacjach na Bliskim Wschodzie, nie mogą zostać natychmiast przerzucone na Pacyfik w pełnej gotowości bojowej. Okręty wymagają przeglądów, załogi odpoczynku, a sprzęt – konserwacji. To proces liczony w tygodniach i miesiącach, nie w dniach.

W efekcie powstaje luka, której nie widać na pierwszy rzut oka. Na papierze Stany Zjednoczone wciąż dysponują globalną projekcją siły. W praktyce jednak ich zdolność do natychmiastowego i intensywnego działania w Indo-Pacyfiku może być ograniczona – nie przez brak technologii, lecz przez wcześniejsze zużycie zasobów.

Pytanie, co zrobią z tym Chiny?

„Poligonowe doświadczenie”

Z perspektywy Pekinu wojna USA–Iran jest arcyciekawym studium przypadku. Pokazuje tempo zużycia amerykańskich zasobów, ograniczenia przemysłowe i – co równie ważne – sposób, w jaki Waszyngton reaguje na kryzysy: szybko, nierozważnie, kosztem własnej „głębi strategicznej”.

To obserwacja, która dla Chin ma znaczenie większe niż jakiekolwiek deklaracje polityczne. Bo chińska strategia nie opiera się na wygrywaniu pojedynczych wojen, a na przetrwaniu dłużej niż przeciwnik i wejściu do gry w momencie, który jest dla niego najmniej korzystny.

Ale czy jest z czym wejść? I tak, i nie. W wymiarze czysto militarnym Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza w ciągu ostatnich dwóch dekad przeszła transformację, która nie ma precedensu we współczesnej historii.

Marynarka wojenna Chin jest dziś największa na świecie pod względem liczby okrętów. Pekin systematycznie rozwija zdolności antydostępowe (A2/AD), oparte na rakietach takich jak DF-21D czy DF-26, zdolnych do rażenia celów na dużych odległościach – w tym potencjalnie amerykańskich lotniskowców.

Równolegle rośnie potencjał przemysłowy. W przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych Chiny dysponują zdolnością do szybkiego zwiększania produkcji, co w warunkach długotrwałego konfliktu może mieć znaczenie kluczowe. Ale…

Chińska armia nie prowadziła pełnoskalowej wojny od dekad. Ostatnim konfliktem o większej skali była wojna z Wietnamem w 1979 roku – doświadczenie odległe i w niewielkim stopniu przekładalne na współczesne realia. Oznacza to, że znaczna część zdolności operacyjnych Chin została sprawdzona wyłącznie w ćwiczeniach i symulacjach. To różnica fundamentalna w porównaniu z USA, które przez ostatnie trzy dekady prowadziły niemal ciągłe operacje bojowe.

„Armia jedynaków”

Dochodzi do tego problem systemowy, rzadziej obecny w analizach czysto militarnych, ale coraz częściej podnoszony w badaniach społecznych i strategicznych: struktura demograficzna chińskich sił zbrojnych. Pokolenie dzisiejszych chińskich żołnierzy to w dużej mierze efekt wieloletniej polityki jednego dziecka. W praktyce oznacza to, że znaczna część rekrutów to jedyni synowie w swoich rodzinach.

W chińskim modelu społecznym – pozbawionym rozbudowanego systemu zabezpieczeń społecznych w europejskim rozumieniu – to właśnie dzieci odpowiadają za opiekę nad starzejącymi się rodzicami. Ten obowiązek ma nie tylko wymiar ekonomiczny, ale również kulturowy, w dodatku bardzo silny – możemy tu mówić wręcz o imperatywie. W konsekwencji pojawia się napięcie, które trudno zmierzyć, ale którego nie sposób zignorować: wysokie straty osobowe mogą mieć w Chinach znacznie większy koszt społeczny niż w państwach Zachodu. Z perspektywy planowania wojskowego oznacza to potencjalne ograniczenie gotowości do prowadzenia wojny wyniszczającej – takiej, która wymaga akceptacji dużych strat. Innymi słowy: Chiny budują armię zdolną do walki, ale jednocześnie funkcjonują w systemie społecznym, który może tę walkę ograniczać.

Taki stan rzeczy narzuca władzom w Pekinie cierpliwość – nieangażowanie się w walkę, jeśli ryzyko strat jest zbyt wysokie. Ale – tu czas na kolejne zastrzeżenie – skoro po stronie amerykańskiej pojawia się okres przejściowy, związany z odbudową zapasów, to czy Pekin nie widzi w tej sytuacji okna możliwości?

Dwa scenariusze

Symulacje prowadzone przez CSIS pokazują, że ewentualny konflikt o Tajwan byłby ekstremalnie kosztowny dla obu stron – także dla Stanów Zjednoczonych. W wielu wariantach wojny Amerykanie tracą znaczną część lotnictwa i marynarki, nawet jeśli ostatecznie powstrzymują chińską inwazję. To kluczowy punkt odniesienia. Jeśli nawet „pełne” zdolności USA nie gwarantują szybkiego i taniego zwycięstwa, to każde ich osłabienie działa na korzyść Pekinu.

Z tej perspektywy można zarysować dwa przeciwstawne scenariusze…

Jakie? Piszę o tym w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Amerykański niszczyciel rakietowy podczas ćwiczebnego wystrzelenia pocisku Tomahawk/fot. US Navy, domena publiczna

Przesaturowani?

Gdy Stany Zjednoczone i Izrael uderzyły na Iran, ten w odpowiedzi wysłał w powietrze drony i rakiety. Nad Bliskim Wschodem zaroiło się od relatywnie prostych i tanich konstrukcji, których zestrzeliwanie wymagało użycia jednych z najdroższych systemów obrony powietrznej na świecie. W komentarzach szybko pojawiła się teza, że Zachód wpadł we własną pułapkę: jego model prowadzenia wojny opiera się na niewielkiej liczbie niezwykle zaawansowanych i kosztownych systemów, które mogą zostać przeciążone przez masowe uderzenia znacznie tańszych środków.

Ten obraz jest jednak tylko częścią prawdy. Wydarzenia ostatnich tygodni nie pokazują załamania zachodniej strategii, lecz raczej przypominają o czymś dobrze znanym z historii konfliktów zbrojnych. W epoce dronów i rakiet wojna ponownie okazuje się starciem potencjałów przemysłowych. Na pierwszy plan wysuwa się wydolność zaplecza produkcyjnego oraz zdolność do jego ochrony.

—–

Argumentem najczęściej przywoływanym przez zwolenników tezy o słabości Zachodu jest arytmetyka kosztów. Irańskie drony uderzeniowe z rodziny Szahed kosztują od kilkudziesięciu do około stu tysięcy dolarów. Tymczasem pojedynczy pocisk systemu Patriot to wydatek rzędu trzech–czterech milionów dolarów, a w praktyce często odpala się więcej niż jedną rakietę.

W pierwszych dniach konfrontacji na Bliskim Wschodzie dysproporcja ta była szczególnie widoczna. Systemy obrony powietrznej państw regionu oraz sił amerykańskich zużyły w krótkim czasie setki rakiet Patriot – według części szacunków ponad osiemset w ciągu kilku dni. Dla porównania Ukraina w trakcie całej wojny z rosją otrzymała około sześciuset takich pocisków.

Na pierwszy rzut oka wygląda to jak idealna strategia dla państwa dysponującego tańszą technologią: produkować duże liczby relatywnie prostych dronów i rakiet, zmuszając przeciwnika do wydawania wielokrotnie większych pieniędzy na ich zestrzeliwanie.

Taki model działania rozwijają dziś państwa, które nie mają przewagi technologicznej nad Zachodem. Iran, ale także rosja, inwestują w masową produkcję prostych systemów – dronów uderzeniowych, tanich pocisków manewrujących i rakiet balistycznych krótszego zasięgu. Kluczową rolę odgrywa tu skala ataku.

Jeśli nad celem pojawia się kilkadziesiąt lub kilkaset obiektów lecących z różnych kierunków, obrona powietrzna musi reagować natychmiast i zużywa ogromne ilości amunicji. Nawet jeśli większość celów zostanie zestrzelona, napastnik może osiągnąć efekt w postaci wyczerpywania zapasów przeciwnika.

—–

Masowe ataki Iranu stworzyły wrażenie, że obrona powietrzna państw regionu została wystawiona na wyjątkowo trudną próbę. Jednak ich rezultaty były znacznie mniej spektakularne niż sama skala uderzeń. Zdecydowana większość pocisków została przechwycona przez wielowarstwowy system obrony, w którym uczestniczyły zarówno Patriot i THAAD, jak i zestawy krótszego zasięgu oraz lotnictwo.

Nie oznacza to jednak, że ataki były całkowicie nieskuteczne. Część środków napadu powietrznego przedarła się przez obronę. W Abu Zabi dron uderzył w kompleks przemysłowy związany z sektorem energetycznym, wywołując pożar instalacji. W Dubaju eksplozje spowodowały uszkodzenia w rejonie zabudowy portowej i magazynowej.

W jednym z przypadków irański pocisk trafił w element infrastruktury obrony powietrznej – radar wczesnego ostrzegania AN/TPY-2 przy bazie lotniczej Al Dhafra w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Trafienie nie sparaliżowało jednak systemu – pozostałe sensory i stanowiska dowodzenia przejęły jego funkcje.

Nie udało się również osiągnąć najważniejszych celów militarnych. Irańskie uderzenia nie zniszczyły kluczowych baz lotniczych ani infrastruktury, od której zależy obecność wojsk USA i ich sojuszników w regionie. W Izraelu rakiety spadły w rejonie baz Nevatim i Ramon, lecz nie doprowadziły do ich wyłączenia z działania.

Ataki pokazały więc, że żadna obrona powietrzna nie jest całkowicie szczelna. Jednocześnie potwierdziły, że nowoczesne systemy są w stanie neutralizować zdecydowaną większość zagrożeń.

—–

Podobne wnioski płyną z Ukrainy, która od 2022 roku jest celem rosyjskiej kampanii uderzeń przy użyciu dronów Szahed, rakiet manewrujących i pocisków balistycznych. W wielu falach ataków nad ukraińskimi miastami pojawiały się jednocześnie dziesiątki, a czasem ponad sto celów powietrznych.

Na początku wojny oznaczało to ogromne zużycie najdroższych efektorów obrony powietrznej. Systemy Patriot, NASAMS czy IRIS-T projektowano przede wszystkim do zwalczania rakiet, a nie do codziennego strącania tanich dronów. Gdy rosja zaczęła używać Szahedów masowo, szybko stało się jasne, że taka obrona byłaby ekonomicznie nie do utrzymania.

Ukraińcy odpowiedzieli pragmatycznie, budując wielowarstwowy system obrony. Najdroższe rakiety wykorzystuje się przeciw najtrudniejszym celom, a drony zwalczają inne środki – mobilne zespoły z karabinami maszynowymi, artyleria przeciwlotnicza, systemy walki elektronicznej oraz drony przechwytujące. W efekcie koszt zniszczenia pojedynczego Szaheda jest dziś wielokrotnie niższy niż na początku wojny.

Ta lekcja pokazuje, że masowe użycie tanich dronów nie musi prowadzić do ekonomicznej katastrofy po stronie obrońcy. Kluczowe jest właściwe rozłożenie środków: drogie systemy przeciw najgroźniejszym zagrożeniom, tańsze przeciw celom prostszym.

Jednocześnie doświadczenia z Ukrainy przypominają o jeszcze jednej rzeczy. Nawet najlepsza obrona nie zatrzyma przeciwnika, jeśli ten może bez przeszkód produkować kolejne tysiące dronów i rakiet. Dlatego równie ważne staje się niszczenie zaplecza – fabryk, magazynów i infrastruktury logistycznej.

—–

I tu znów wracamy na Bliski Wschód. Obrona powietrzna jest tylko pierwszą linią reakcji na irańskie ataki. Równolegle Amerykanie i Izraelczycy prowadzą uderzenia na zaplecze przeciwnika. Celem nie jest jedynie zestrzelenie kolejnej fali pocisków, lecz ograniczenie liczby tych, które w ogóle będą mogły zostać wystrzelone.

Uderzenia objęły magazyny oraz obiekty przemysłowe. W zachodnim Teheranie zniszczono zakład powiązany z Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej produkujący elementy pocisków ziemia–ziemia, a w prowincji Alborz trafiono instalację wytwarzającą materiały do paliwa rakietowego. Zniszczono również fabrykę produkującą komponenty dronów Szahed oraz liczne mobilne wyrzutnie rakiet.

Według danych amerykańskiego dowództwa CENTCOM w pierwszych dziesięciu dniach operacji siły USA zaatakowały ponad pięć tysięcy celów na terytorium Iranu.

Logika tych działań nie jest nowa. Już w czasie II wojny światowej aliancka strategia bombardowań koncentrowała się na niszczeniu przemysłu i infrastruktury przeciwnika. Zmieniły się narzędzia, ale zasada pozostaje ta sama – o wyniku konfliktu decyduje nie tylko obrona przed kolejnym atakiem, lecz także zdolność do niszczenia zaplecza przeciwnika.

Nie zmienia to jednak faktu, że po stronie amerykańskiej i izraelskiej konieczna jest adaptacja wniosków płynących z wojny w Ukrainie. Masowe użycie tanich dronów sprawia, że opieranie obrony wyłącznie na najdroższych efektorach byłoby finansowo trudne do utrzymania. Dlatego większą rolę będą musiały odegrać tańsze środki: artyleria przeciwlotnicza, systemy walki elektronicznej, drony przechwytujące czy rozwijane obecnie systemy laserowe. Bez takiej wielowarstwowej obrony nawet najbardziej zaawansowane armie szybko wyczerpią zapasy – a wraz z nimi możliwości działania.

Ten tekst, w bardziej rozbudowanej wersji, opublikowałem na łamach portalu TVP.Info – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Wyrzutnia Patriot, zdjęcie ilustracyjne/fot. US Army, domena publiczna

Osobliwości

W historii wojskowości ostatnia doba zapisze się jako czas wyjątkowych wydarzeń. Pozwólcie, że Wam o nich napiszę.

W nocy z 3 na 4 marca br. zatopiona została irańska fregata IRIS Dena. Co ciekawe, do zdarzenia nie doszło na Bliskim Wschodzie, ale na Oceanie Indyjskim, około 40–44 mil morskich na południe od Galle na Sri Lance. Pentagon potwierdził, że jednostka została trafiona przez amerykański atomowy okręt podwodny.

Fregata – z załogą liczącą około 140–180 marynarzy – wracała z Indii, gdzie uczestniczyła w międzynarodowym przeglądzie flot oraz ćwiczeniach morskich MILAN w Visakhapatnam. Po trafieniu okręt wysłał sygnał alarmowy, a następnie zatonął; na miejsce skierowano siły ratownicze Sri Lanki. Według wstępnych danych uratowano kilkudziesięciu marynarzy (m.in. 32 przewieziono do szpitala w Galle), natomiast ponad 100 członków załogi uznano za zaginionych, a część ciał odnaleziono podczas akcji poszukiwawczej.

Amerykański sekretarz obrony potwierdził, że okręt został zatopiony torpedą, podkreślając, że był to pierwszy przypadek bojowego zatopienia wrogiej jednostki przez amerykański okręt podwodny od czasów II wojny światowej, a zarazem pierwsze na świecie takie zdarzenie od momentu zatopienia argentyńskiego krążownika ARA General Belgrano przez brytyjski okręt podwodny w 1982 roku (podczas wojny o Falklandy).

—–

Drugim wydarzeniem o wyjątkowym charakterze była walka powietrzna nad Teheranem, podczas której izraelski myśliwiec F-35I „Adir” zestrzelił irański samolot szkolno-bojowy Jak-130.

Do incydentu doszło dziś nad ranem, gdy izraelskie lotnictwo prowadziło kolejną falę uderzeń na cele wojskowe w stolicy Iranu i jej okolicach. Według komunikatu izraelskich sił zbrojnych maszyna irańska próbowała przechwycić jedną z formacji uderzeniowych; została jednak zestrzelona przez F-35I jeszcze nad obszarem metropolitalnym Teheranu.

Wydarzenie ma znaczenie historyczne z kilku powodów. Po pierwsze, jest to pierwsze w historii bojowe zestrzelenie załogowego samolotu przez myśliwiec F-35, który dotąd używany był głównie do uderzeń na cele naziemne i misji uderzeniowo-rozpoznawczych. Po drugie, był to pierwszy przypadek od około czterech dekad, gdy izraelskie lotnictwo zestrzeliło w powietrzu załogowy samolot przeciwnika – poprzednio miało to miejsce w 1985 roku, gdy izraelskie F-15 strąciły syryjskie MiG-23 nad Libanem.

Sam Jak-130 jest rosyjskim samolotem szkolno-bojowym zdolnym do przenoszenia uzbrojenia i wykonywania zadań lekkiego wsparcia, ale w konfrontacji z myśliwcem piątej generacji jego możliwości bojowe są wyraźnie ograniczone.

—–

Na marginesie tych wydarzeń pojawiła się jeszcze jedna historia, która – jeśli się potwierdzi – dobrze pokazuje specyfikę sił zbrojnych państw Zatoki Perskiej. Gdy przed dwoma dniami nad Kuwejtem utracono trzy amerykańskie F-15, pierwsze doniesienia wskazywały, że maszyny padły ofiarą kuwejckich baterii Patriot.

Dziś zaczęły pojawiać się informacje sugerujące inny przebieg zdarzeń – według nich amerykańskie samoloty miały zostać omyłkowo zestrzelone przez kuwejckiego F/A-18. W części relacji pojawia się informacja, że pilot „Horneta” był Amerykaninem służącym kontraktowo w kuwejckim lotnictwie, wcześniej pilotem US Navy. Nie byłoby to nic nadzwyczajnego: armie takich państw jak Kuwejt, Katar czy Zjednoczone Emiraty Arabskie od lat w dużym stopniu opierają się na zagranicznych specjalistach – zarówno instruktorach, jak i pilotach – ponieważ niewielkie społeczeństwa tych krajów mają ograniczone zasoby kadrowe, a jednocześnie dysponują bardzo nowoczesnym sprzętem wymagającym wysokich kwalifikacji. W przeszłości w siłach powietrznych państw Zatoki latali m.in. Amerykanie, Brytyjczycy czy Australijczycy, często byli piloci wojskowi zatrudniani na kontraktach szkoleniowych lub operacyjnych.

A ta historia – jeśli się potwierdzi – ma dodatkowy smaczek. Piloci sił powietrznych (USAF) „od zawsze” rywalizują z lotnikami marynarki wojennej. Trójka zestrzelonych przedwczoraj Amerykanów była z tej pierwszej formacji, co w branży stało się powodem do żartów. „Oto US Nawy wysuwa się na prowadzenie”, orzekli złośliwcy. Inni dostrzegli, że skoro wszyscy uczestnicy niefortunnej walki powietrznej byli Amerykanami, „sprawa zostaje w domu, więc tak jakby jej nie było…”.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Irańska fregata widziana z amerykańskiego okrętu. To screen z udostępnionego filmu, na którym widać też moment trafienia okrętu.

Pech

Dotkliwa strata Amerykanów – jednego poranka spadły im trzy myśliwce F-15.

Maszyny rozbiły się na terytorium Kuwejtu. Nie był to efekt działania wrogiej obrony przeciwlotniczej – do zdarzeń doszło z dala od irańskich systemów uzbrojenia. Oficjalne źródła potwierdziły, że przyczyną był incydent typu „friendly fire”, czyli omyłkowy ostrzał w warunkach bojowych.

Ponoć Amerykanów trafiły kuwejckie Patrioty.

Co nam to mówi o sytuacji? Ano sporo o skali napięcia, tempie operacji i ogromnym zagęszczeniu w przestrzeni powietrznej. Nad rejonem działań operuje jednocześnie lotnictwo kilku państw, do tego dochodzą systemy obrony przeciwlotniczej, tankowce, samoloty wczesnego ostrzegania, drony. W tak nasyconym środowisku, przy wysokiej dynamice zdarzeń, rośnie ryzyko błędu identyfikacji. Historia pokazuje, że im większe tempo i bardziej złożona operacja, tym większe prawdopodobieństwo tragicznych pomyłek – nawet przy technologicznej przewadze jednej ze stron.

Najbardziej znaną analogią pozostaje operacja „Pustynna Burza” z 1991 roku. W trakcie tej kampanii koalicja utraciła łącznie 75 statków powietrznych (samolotów i śmigłowców), z czego około 38–39 w wyniku działań bojowych. Co najmniej 7–9 z tych strat było efektem ognia własnego. Oznacza to, że mniej więcej jedna piąta strat bojowych wynikała z „friendly fire”. Zwłaszcza w pierwszych dniach operacji dochodziło do napięć między systemami obrony powietrznej a lotnictwem uderzeniowym.

Dziś rano wszystkie załogi przeżyły. To efekt kilku czynników. Po pierwsze – solidnej konstrukcji F-15 i sprawdzonych procedur awaryjnych; maszyna wyposażona jest w bardzo skuteczne fotele katapultowe, pozwalające na ewakuację w szerokim zakresie parametrów lotu. Po drugie – „efy” posiadają zaawansowane systemy ostrzegania przed opromieniowaniem radarowym i nadlatującym pociskiem, które dają pilotowi bezcenne sekundy na decyzję. Po trzecie – w tym przypadku nie było to tak istotne, bo załogi spadały na sojusznicze terytorium, ale co do zasady, amerykańskie siły zbrojne mają znakomicie przetrenowane akcje ratownicze (Combat Search and Rescue); to standard nieosiągalny w innych armiach.

Kontrast widać na tle wojny rosyjsko-ukraińskiej. Gdy ukraińska obrona przeciwlotnicza, w tym systemy MIM-104 Patriot, zaczęła skutecznie razić rosyjskie samoloty, piloci często nie mieli czasu na bezpieczną ewakuację – zwłaszcza gdy maszyny były trafiane na małej wysokości lub w trakcie manewru bojowego. Różnice w taktyce, parametrach lotu, jakości systemów ostrzegania oraz w sprawności ratownictwa bojowego bezpośrednio przekładają się na przeżywalność załóg; w rosyjskim lotnictwie jest ona względnie niska.

Wracając zaś do sedna – tym razem obyło się bez ofiar wśród pilotów, ale sam fakt utraty trzech maszyn – i to nie od ognia przeciwnika – będzie miał znaczenie nie tylko operacyjne, ale i wizerunkowe. Trump pewnie machnie ręką, ale dla jego PR-owców to poważne wyzwanie.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. F-15/fot. USAF