Zaskoczenie

Rano z Kijowa zaczęły napływać hiobowe wieści. Wydawało się, że doszło do gigantycznej katastrofy, wywołanej kolejnym rosyjskim ostrzałem rakietowym. Przejrzyjcie sobie przedpołudniowe nagłówki portali i internetowych wydań gazet – wybrzmiewa z nich GROZA.

Szczęśliwie nie było tak źle – owszem, doszło do kolejnego bandyckiego napadu, ale zakres zniszczeń i strat w ludziach (kilka osób rannych) okazał się niewielki. Skąd więc panika, którą napędzili sami kijowianie i przebywający w ukraińskiej stolicy przedstawiciele mediów?

Z zaskoczenia. System alarmowy włączył się w ostatniej chwili – tuż przed uderzeniem rakiet. Obrona przeciwlotnicza zaspała?

Nie, rosjanie użyli pocisków hipersonicznych Cyrkon. Nie mam jasności, ile rakiet znalazło się w powietrzu, Ukraińcy raportują zestrzelenie dwóch, ale jedno z udokumentowanych zniszczeń jest na tyle rozległe, że musiało powstać na skutek bezpośredniego uderzenia; nie od spadających odłamków. Wedle rosyjskich źródeł, wystrzelono sześć rakiet, oczywiście wszystkie „dosięgły celu”.

Dosięgły czy nie, nadleciały nad Kijów z kilkukrotną prędkością dźwięku. Dlatego czas na reakcję był tak krótki.

Cyrkony odpalono z okupowanego Krymu. Co do zasady to broń przeciwokrętowa, wystrzeliwana z wyrzutni pokładowych jednostek morskich. Ale można jej też użyć w trybie ziemia-ziemia/ziemia-morze. Wedle rosyjskiej propagandy, Cyrkony to „anałoga w miru niet”. Niesamowicie precyzyjne i nie-ze-strze-li-wal-ne.

Jeśli rosjanie chcieli dziś zniszczyć podmiejską chałupinę, to niemal im się udało – jeden z pocisków zrobił gigantyczny lej tuż obok niepozornych podkijowskich zabudowań. Wątpię, by chciano trafić w taki obiekt, sami rosjanie twierdzą, że zamierzali zniszczyć budynki zajmowane przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy. No to przynajmniej z jedną rakietą im „nie pykło”; tyle w kwestii niesamowitej precyzyjności.

Co zaś się tyczy drugiego atutu – no jednak Cyrkony są zestrzeliwalne, na co Ukraińcy przedstawiają dowody w postaci wraków (wybuchające pociski defragmentaryzują się znacznie bardziej niż te, które „zdjęto z powietrza” przy użyciu antyrakiet; dlatego udostępnione mediom fotografie wyglądają wiarygodnie). Musimy pamiętać, że „hipersoniki” – choć większość dystansu pokonują z ogromną szybkością – w ostatniej fazie lotu muszą mocno zwalniać; wówczas mają prędkość typową dla „zwykłych” pocisków manewrujących. Dlatego dobry system OPL może sobie z nimi poradzić.

A Ukraińcy mają w Kijowie Patrioty. Znów więc rosyjska wunderwaffe okazała się nie taka „wunder” w konfrontacji z zachodnim systemem uzbrojenia. Co warto podkreślić – nienajmłodszej daty, wszak ukraińskie Patrioty prezentują poziom sprzed kilkunastu lat.

PS. Gdy dotarły pierwsze doniesienia z Kijowa, od wielu z Was dostałem wiadomość w stylu „mszczą się za zamach, skurwysyny”. Nie ulegajmy tej narracji, bo de facto działamy na korzyść neosowieckiej propagandy. Która jako akt zemsty, uzasadnionej, będzie teraz przedstawiać każdy rosyjski atak. Tymczasem to nic nowego – moskale już kilka dni temu zaczęli zmasowane ostrzały. Kontynuują je nie dlatego, że Ukraińcy dali im rzekomo pretekst do zemsty. Strzelaliby i bez „Krokusa”. Strzelają, bo są barbarzyńcami. I terrorystami.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Fragment Cyrkona.

Rak

Ta noc w Ukrainie nie należała do spokojnych – rosjanie przeprowadzili potężny atak rakietowo-dronowy. Celem nie był znakomicie broniony Kijów, ale – po raz pierwszy od wielu miesięcy – obiekty infrastruktury energetycznej.

Łącznie za cel obrano co najmniej 15 takich instalacji, w tym Dnieprzańską Elektrownię Wodną (DEW) w Zaporożu (pokrywającą 10 proc. zapotrzebowania Ukrainy na energię elektryczną) i drugą największą w kraju elektrociepłownię TEC-5 w Charkowie. Rakiety uderzyły też w obiekty w Krzywym Rogu, Chmielnickim, w obwodach winnickim i iwano-frankiwskim.

Gdy piszę te słowa, w wielu miejscach w Ukrainie brakuje prądu.

Na szczęście nie doszło do przerwania tamy DEW, co oznaczałoby kolejną gigantyczną katastrofę. Obiekt nie jest w najlepszym stanie technicznym – co stwierdzono na długo przed pełnoskalową inwazją – ale z drugiej strony należy pamiętać, że projektowano go tak, by przetrwał uderzenie małej głowicy jądrowej.

Wedle źródeł ukraińskich, rosjanie użyli do ataku ponad 150 pocisków manewrujących, rakiet balistycznych i dronów kamikadze. Obrońcy raportują zestrzelenie 92 z nich, w tym niemal wszystkich szahidów i pocisków manewrujących. Niestety, przebiły się hipersoniczne kindżały – siedem sztuk – oraz balistyczne iskandery (12) i S-300/400 (22). Na kindżały Ukraińcy mają odpowiedni bat – wyrzutnie Patriot – ale te zaangażowane są do obrony stolicy. O zestrzeliwaniu rakiet balistycznych, które atakowały przede wszystkim przygraniczny Charków, nie było mowy – dystans, jaki mają do pokonania pociski, jest na tyle krótki, że uniemożliwia efektywną reakcję ukraińskiej OPL.

—–

Dzisiejszy atak jest drugim – po wczorajszym, wymierzonym w Kijów – w którym użyto bombowców strategicznych Tu-95; to one wystrzeliły pociski manewrujące. Trzy dni temu pisałem, że Tupolewy od dłuższego czasu nie pojawiają się na teatrze działań, zatem teraz należy stwierdzić, że po 44 dniach nieobecności wróciły do akcji. Czy na dłużej? To zależy od tego, z czym mieliśmy dziś do czynienia.

Mogła to być zemsta za ukraińskie ataki na rosyjskie rafinerie. Operacja jednorazowa (choć nie da się wykluczyć, że nawet w takim scenariuszu będzie miała kilka odsłon), nastawiona na wywołanie efektu mrożącego czy (ujmując rzecz z perspektywy rosyjskiej) „otrzeźwienia” – coś w stylu „jeśli nie przestaniecie atakować naszych rafinerii, zniszczymy wam elektrownie”.

Ale nie da się wykluczyć, że rosjanie zaczęli właśnie kolejną kampanię wymierzoną w ukraińską energetykę, na wzór tej z zimy 2022 i 2023 roku. Dlaczego dopiero teraz? Moim zdaniem dwie możliwe odpowiedzi zasługują na uwagę.

Po pierwsze, moskale świadomie przeczekali Ukraińców, ich obronę powietrzną. Dziś może ona mniej niż jeszcze kilka miesięcy temu – i nie chodzi tylko o utracone „po drodze” wyrzutnie i radary. W debacie publicznej poświęconej Ukrainie nagminnie podnosi się kwestię pocisków artyleryjskich, ich braku; o identycznej sytuacji dotyczącej antyrakiet mówi się już znacznie mniej. Tymczasem o ile amunicja artyleryjska ma kluczowe znaczenie dla zapewniania trwałości linii obronnych, o tyle jej odpowiednik przeciwlotniczy jest absolutnie niezbędny dla zachowania dobrej kondycji zaplecza. Tak w wymiarze technicznym – gdy idzie o rozmaite instalacje – jak i czysto ludzkim, dotyczącym morale społeczeństwa. Zapasy najcenniejszych zachodnich antyrakiet szybko się kurczą, tych posowieckich zresztą również. A widoków na znaczące uzupełnienia nie ma. Agresorzy doskonale zdają sobie z tego sprawę. Ograniczonymi atakami z ostatnich tygodni zmusili Ukraińców do dalszego „wystrzeliwania się” i pogłębiania deficytów. Przy tej okazji odnowili gotowość bojową (części) bombowców i mimo trudności wynikłych z sankcji, powiększyli zapas rakiet i pocisków manewrujących. Dziś są gotowi uderzyć mocniej w słabszego przeciwnika.

Drugie z wyjaśnień zakłada, że odnawianie możliwości flotylli bombowców i ciułanie rakiet nie odbywało się przy okazji, a było bezpośrednim powodem odroczenia kampanii.

W obu przypadkach fakt, iż po drodze „stracono” zimę – a więc korzyść w postaci większej dotkliwości dla ukraińskich cywilów pozbawionych prądu i ogrzewania – może być skalkulowanym kosztem odroczenia. Ale może też być stanem pożądanym przez rosjan. „Wyrazem dobrej woli”, jak w opowiastce o Stalinie, który mógł złorzeczące na niego dziecko zabić, a tylko dał mu klapsa. Od dłuższego czasu z terytoriów okupowanych nie napływają masowo informacje o rosyjskim bestialstwie, ba, jest coraz więcej doniesień o malejącej opresyjności reżimu. Przypadek? Dowód na większą „szczelność” informacyjną? Być może, ale nie da się też wykluczyć, że mamy do czynienia ze zmianą filozofii postępowania. Niekoniecznie humanitaryzmem, raczej kuglarsko-bandycką ofertą typu „będę bił mniej, jeśli przestaniesz stawiać opór”.

—–

A propos bicia – prawdopodobnie Ukraińcy dostali też w plecy od swoich. „Financial Times” donosi, że Stany Zjednoczone naciskają na Ukrainę, by wstrzymała ataki z użyciem dronów na rafinerie w rosji. Wedle Waszyngtonu, ataki powodują wzrost cen ropy, co bardzo źle odbierane jest przez zwykłych Amerykanów. A mamy w USA rok wyborczy…

Nie wiem, na ile wiarygodne są doniesienia FT, ale co do zasady to solidna redakcja. Faktem jest, że w 2024 roku ceny ropy wzrosły o 15 proc., do 85 dol. za baryłkę. Wiem też, że wbrew potocznym wyobrażeniom popularnym w Polsce, Amerykanie nie różnią się od wyborców z innych krajów – i głosują portfelem. Pogorszenie własnych finansów kojarząc z polityką rządu, co istotnie, może stanowić zagrożenie dla reelekcji Joe Bidena.

Z dostępnych danych wynika, że dotąd zaatakowano 11 rosyjskich rafinerii, odpowiedzialnych za produkcję 126 mln ton paliw i smarów. Teoretycznie rosjanie mogą wyprodukować rocznie 300 mln ton tych produktów, ale realnie jest tego o kilkadziesiąt mln ton mniej, bo nie da się utrzymać w ciągłym ruchu wszystkich przedsiębiorstw. Porażone przez Ukraińców rafinerie pracują dalej, choć w mocno ograniczonym zakresie. Problem jest na tyle poważny, że rosja na pół roku zawiesiła sprzedaż paliwa za granicę. Moskwa ma ogromne rezerwy – w tej chwili to ponad 350 mln ton – więc sama federacja szybko „nie wyschnie”. Lecz jeśli Ukraińcy nie odpuszczą, przedłużający się brak rosyjskich paliw może doprowadzić do poważniejszych zawirowań w światowej gospodarce.

Co przywodzi mnie do refleksji, że rosja jest niczym rak, który zajął takie obszary, że usunięcie trefnych komórek wiąże się z ogromnym ryzykiem śmierci dla całego organizmu. Radykalne terapie istnieją, ale lekarze, niestety, wolą nie ryzykować.

Ps. W maju zeszłego roku sporo mówiło się o odkryciu naukowców z Uniwersytetu Stanforda. Mniejsza już o diabelnie skompilowane szczegóły, rzecz sprowadza się do ustalenia, że komórki rakowe można zmienić w komórki zwalczające raka. W kontekście analogii brzmi to obiecująco…

—–

Szanowni, choć współpracuję z kilkoma redakcjami, piszę głównie dzięki wsparciu Czytelników. Tradycyjnie więc polecam Waszej uwadze moje konto na buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

…lub profil na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. Dnieprzańska Elektrownia Wodna tuż po ataku/fot. DEW

PS. Przypominam o możliwości nabycia mojej ostatniej książki pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” w specjalnej edycji z autografem – wystarczy kliknąć w ten link.

Kilka dni temu rozmawiałem o wojnie w Ukrainie, „Alfabecie…”, prorosyjskiej narracji w Polsce z Bożydarem Pająkiem – zapraszam Was do odsłuchania tej rozmowy.

Upośledzanie

Wielu z Was zapewne pamięta, że przebieg linii frontu we wschodniej Ukrainie można było odtworzyć w oparciu o lokalizacje pożarów. Widzianych z kosmosu, rejestrowanych przez satelity, mapowanych przez amerykańską NASA w czasie rzeczywistym. Odczyty z wiosny i lata 2022 roku charakteryzowały się dużą liczbą czerwonych punktów, z których każdy oznaczał pojedyncze ognisko. Ich nagromadzenie pokrywało się z miejscami styku wojsk, a skala wynikała m.in. z pory roku oraz charakteru i intensywności prowadzonych działań. Mówiąc wprost, łatwiej było wtedy wzniecić ogień, miało się co palić i było czym podpalać. W tamtym okresie rosjanie stosowali strategię walca artyleryjskiego – strzelali dziennie po 40-60 tys. pocisków (Ukraińcy nawet 10 razy mniej), usiłując tym sposobem zmiażdżyć pozycje obrońców. Każdy wybuch to potencjalny pożar, co przy tak wielkim zużyciu środków bojowych musiało skutkować „ścianami ognia”.

Późnym latem 2022 roku liczba pożarów w obszarze walk zaczęła spadać i proces ten trwa do dziś. Wpis ilustruje odczyt pożarowy z terytorium Ukrainy wykonany dziś przed południem. Za żadne skarby nie da się w oparciu o przedstawione dane wyrysować linii frontu.

Zarazem wiemy, że walki wciąż są intensywne. Ba, straty ponoszone przez obie strony znacząco przewyższają te, z którymi mieliśmy do czynienia przez większość pełnoskalowego konfliktu. Od kilku dni są mniejsze niż w ostatnich tygodniach, lecz i tak ponadprzeciętnie duże.

Jak to wytłumaczyć?

Front pozostaje statyczny – tam, gdzie rosjanie ostatnio odnieśli jakieś sukcesy, odepchnęli Ukraińców o kilka-kilkanaście kilometrów. W praktyce oznacza to, że linia bezpośredniego styku przesunęła się co najwyżej na dotychczasowe bezpośrednie zaplecze frontu, i tak wcześniej „obrabiane” przez artylerię. Co miało się tam spektakularnie zapalić, już się zapaliło.

No i jednak zimą trudniej wzniecić pożar.

Ale to kwestie wtórne, najważniejsza bowiem jest zmiana sposobu prowadzenia walki. Obie strony strzelają dziś z artylerii znacznie rzadziej niż w szczycie artyleryjskiego walca czy ukraińskich nawał z czasów ofensywy na Zaporożu. Istotna część zadawanych sobie strat to skutek masowego używania dronów, jednostkowo efektywniejszych niż klasyczna artyleryjska amunicja. Dronów, których nie ma aż tak wiele jak pocisków (w sensie, nie jest to dziennie po kilkadziesiąt tysięcy sztuk), w których wykorzystuje się mniejsze ładunki i które przeznaczone są do mocno punktowych uderzeń, bardzo często w pojedynczych żołnierzy. O wielkie pożary przy tym znacznie trudniej.

—–

Choć to front pozostaje najważniejszą areną wymiany ciosów, niezwykle ważne rzeczy dzieją się na jego zapleczu. Na razie stanowią jedynie dopełnienie wysiłków obu stron, ale w którymś momencie mogą okazać się znacznie istotniejsze. I Ukraińcom, i rosjanom chodzi bowiem o upośledzenie zdolności uderzeniowych przeciwnika.

Ci drudzy koncentrują się na płytkim zapleczu – do 40-50 km w głąb ukraińskiego terytorium. Ma to postać coraz częstszych i coraz lepiej skoordynowanych ataków na najcenniejsze dla Ukraińców zasoby – zachodnie systemy artylerii dalekonośnej, mobilne stanowiska obrony przeciwlotniczej, radary, „złapane” podczas bazowania śmigłowce i samoloty. Dość powiedzieć, że w ostatnich tygodniach rosjanom udało się zniszczyć co najmniej dwie wyrzutnie Patriot, jedną Himars, kilka radarów, kilka śmigłowców i samolotów, kilkanaście sztuk – a wedle niektórych źródeł ponad 20 – samobieżnych armato-haubic, w tym polskich Krabów.

Co gorsza, Ukraińcy wydają się być bezradni wobec tych ataków – rosjanom udało się zabezpieczyć pracę własnych dronów rozpoznawczych. Zapuszczają się one w miejsca dotąd niedostępne (czy bardzo trudno dostępne), a po zlokalizowaniu wartościowych celów, bez przeszkód przekazują informacje do centrów dowodzenia. W których również doszło do istotnej jakościowej zmiany – rosjanie ewidentnie skrócili łańcuch decyzyjny, delegując uprawnienia do użycia pocisków typu Iskander czy S-300 na poziom taktyczny. W takich okolicznościach nawet kilkuminutowy postój namierzonej przez ruskich ukraińskiej techniki staje się bardzo ryzykowną czynnością (nieprzesadnie precyzyjnej rosyjskiej broni trudno byłoby zniszczyć cel w ruchu, ale ze stacjonarnym radzi sobie nieźle).

Względnie bezpieczna strefa straciła zatem ów atut i bez zniwelowania rosyjskich środków walki radio-elektronicznej (WRE), zabezpieczających pracę dronów, Ukraińcy skazani będą na stopniowe wytracanie „rodowych sreber”.

Ale i Ukraińcy solidnie dopiekają rosjanom. Na głębokim zapleczu atakując ich rafinerie. W sumie rosja ma kilkanaście takich zakładów, jedna trzecia stała się już celem ukraińskich dronów. Rafinerie to wąskie gardło rosyjskiej gospodarki – to one przetwarzają ropę w paliwo napędowe oraz smary, i to w nich przez ostatnie dwie dekady poczyniono wiele inwestycji w oparciu o zachodnie technologie. Zakłady pracują, ale w razie poważnych awarii i uszkodzeń, w realiach reżimu sankcyjnego trudno będzie przywrócić ich sprawność. Z czego Ukraińcy doskonale zdają sobie sprawę i co już – przy obecnej skali wyrządzonych szkód – wywołało niedobory benzyny w rosji. Oczywiście, rosyjskie wojsko będzie ostatnim podmiotem, które dotknie ewentualny kryzys i potrzeba racjonowania paliw i smarów, niemniej przy odpowiedniej ukraińskiej determinacji nie jest to niemożliwy scenariusz. Jak wpłynąłby na zdolność sił inwazyjnych nietrudno sobie wyobrazić.

W kontekście zabiegów zmierzających do upośledzenia zdolności przeciwnika, warto wspomnieć o ukraińskich uderzeniach w rosyjskie lotnictwo frontowe. Te bowiem – o czym już pisałem – po wielu miesiącach taktycznej impotencji, podjęło próbę przejęcia inicjatywy. Od listopada ub.r. byliśmy świadkami coraz bardziej zmasowanych ataków lotniczych, w trakcie których rosjanie używali bomb szybujących, bardzo skutecznie „masakrując” nimi ukraińskie pozycje obronne. To dlatego Ukraińcy podjęli decyzję o podciągnięciu w strefę przyfrontową zaawansowanych systemów OPL, do tej pory używanych do obrony miast (głównie Kijowa). Samoloty rosjan zaczęły spadać, włącznie z maszynami wczesnego ostrzegania A-50. Obok dwóch zestrzelonych „pięćdziesiątek”, Ukraińcy zniszczyli również maszynę tego typu bazującą w zakładach naprawczych, które stały się celem dronów. Na przestrzeni kilku tygodni rosja straciła więc jedną trzecią aktywnej flotylli A-50, w tym dwa najnowocześniejsze i najsprawniejsze samoloty.

Dlaczego to takie ważne? To zarazem pytanie o powody ukraińskiej determinacji, by zniszczyć jak najwięcej A-50. Najprościej rzecz ujmując, maszyny te „widzą” 2-3 razy dalej niż zwykłe samoloty bojowe. „Prowadzą” więc po kilka-kilkanaście myśliwców/szturmowców, zapewniając im odpowiednią świadomość sytuacyjną. W realiach tej wojny zagrożeniem dla rosyjskich pilotów nie są ukraińskie samoloty – bo tych jest jak na lekarstwo – a zaawansowane systemy OPL. A skoro sensory A-50 pozwalają dojrzeć wystrzeloną rakietę wcześniej niż radar maszyny myśliwskiej/szturmowej, posiadanie sprawnych „pięćdziesiątek” – swoistych aniołów-stróżów – staje się wręcz nieodzowne.

Lecz tu dochodzimy do miejsca, w którym zabiegi Ukraińców konfrontowane są z aktywnością rosjan. Gdzie kluczowe staje się ukraińskie zaplecze frontu, owa przestrzeń głęboka na 40-50 km. Jeśli Ukraińcy chcą zestrzeliwać rosyjskie samoloty, muszą pchać w ten obszar swoje najlepsze – najprecyzyjniejsze i posiadające największy zasięg – systemy OPL. Jeśli rosjanie chcą to zagrożenie zniwelować, muszą wspomniane systemy zniszczyć. „Przy okazji” polując też na inne wartościowe cele. Póki działają w „bąblu WRE”, póty odnoszą sukcesy.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Arkowi Drygasowi, Jakubowi Łysiakowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi, Michałowi Strzelcowi, Joannie Marciniak i Andrzejowi Kardasiowi. A także: Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Maciejowi Ziajorowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Sławkowi Polakowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Adamowi Cybowiczowi, Jakubowi Dziegińskiemu i Jarosławowi Grabowskiemu.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Kamilowi Zemlakowi, Tomaszowi Biniszkiewiczowi i Arkadiuszowi Wiśniewskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o książce mowa – gdybyście chcieli nabyć „Alfabet…” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Screen z aplikacji FIRMS.

(Nie)obecni

Jednym z ostatnich akordów bitwy o Awdijiwkę były zmasowane rosyjskie naloty na ukraińskie pozycje. Przez co najmniej dziesięć dni rosjanie zrzucali po sto i więcej bomb na ruiny i okolice niewielkiego miasteczka (równanego z ziemią i przez artylerię). Takiej intensywności użycia lotnictwa taktycznego w tej wojnie dotąd nie notowano, zwłaszcza na tak wąskim odcinku frontu.

Wnioski? Pierwszy jest oczywisty – Awdijiwkę miano zdobyć za wszelką cenę, niezależnie od kosztów ludzkich i technicznych.

Drugi wiąże się z możliwościami rosyjskiego lotnictwa, które przez pierwszych kilkanaście miesięcy wojny w Ukrainie było wielkim nieobecnym na polu bitwy. Nasycenie środkami obrony przeciwlotniczej – przede wszystkim przenośnymi wyrzutniami rakietowymi krótkiego zasięgu – uczyniło strefę (przy)frontową niezwykle niebezpieczną dla samolotów. Niedostatek dalekonośnej i precyzyjnej amunicji tylko uwypuklił problem. Wojska lądowe zasadniczo musiały radzić sobie bez wsparcia sił powietrznych. Aż rosjanie wpadli na pomysł kreatywnego zastosowania starych bomb lotniczych. Obarczoną wielkim ryzykiem konieczność zrzucania ładunków nad celem – a więc w zasięgu rażenia systemów OPL – wyeliminowano poprzez doposażenie bomb w skrzydła i prosty system nawigacji. Tak powstały bomby szybujące, zrzucane z samolotów daleko za linią frontu. Mają one zasięg nawet do 70 km (jeśli zwolni się je z wysokości 12 tys. metrów), poruszają się lotem ślizgowym, kierując na zaprogramowane wcześniej współrzędne. Ich celność jest taka sobie – najlepsza na dystansie 10-15 km – ale i po prawdzie rosjanie nieszczególnie ów parametr fetyszyzują. Po pierwsze z uwagi na ogromne zapasy starych bomb, po drugie, z powodu pokaźnej masy samych ładunków (nawet półtonowe głowice). Bomby mają burzyć duże obiekty – jeśli jest ich dużo i są duże, precyzja schodzi na plan dalszy.

No więc wraz z „odkryciem” szybujących bomb (techniki znanej moskalom wcześniej, ale z jakiegoś powodu licznie zastosowanej dopiero w drugim roku wojny), rozhulało się rosyjskie lotnictwo, co w pobliżu Awdijiwki przybrało już postać bezkarności. Czyli zupełnie nowej dla tego konfliktu jakości.

Jakości, na występowanie której Ukraińcy na dłuższą metę pozwolić sobie nie mogą. Więc nie siedzą z założonymi rękoma.

Odwrót ZSU z Awdijiwki osłaniany był przez któryś z najefektywniejszych/najlepszych systemów OPL, będących w dyspozycji armii ukraińskiej. Najprawdopodobniej przez Patrioty bądź SAMP/T-y, zdolne razić cele na odległość powyżej 100 km. Tak czy inaczej, w weekend spadły łącznie cztery rosyjskie samoloty Su-34/35. Dziś, już bez związku z bojami o Awdijiwkę, zestrzelono kolejne dwie maszyny. W przypadku trzech strąceń mamy wiarygodne potwierdzenia z kilku rosyjskich źródeł, co do pozostałych bezpieczniej uznać zestrzelenia za prawdopodobne. W najkorzystniejszym dla Ukraińców ujęciu – przy sześciu strąceniach – łączne rosyjskie straty przekroczą 400 mln dolarów, mowa bowiem o najnowszych i najlepszych w parku maszynowym agresora samolotach.

Nosicielach bomb szybujących.

Czy bolesna strata, nade wszystko jednak świadomość obecności „na teatrze” niebezpiecznego i skutecznego systemu OPL z „długimi rękoma”, znów sparaliżuje rosyjskie lotnictwo? Przekonamy się już niebawem. Wiele zależy od tego, na jak długo i jak licznie Ukraińcy delegowali na front zachodnie wyrzutnie, dotąd używane głównie do ochrony Kijowa. Jeśli rzeczywiście transfer sprzętu odbył się kosztem możliwości stołecznej obrony powietrznej, bez dwóch zdań mamy do czynienia z „gościnnym występem”. Ale jeśli jest inaczej – w Ukrainie pojawiły się kolejne baterie zachodnich systemów – to ich obecność w strefie (przy)frontowej może się okazać nową i stałą jakością.

Czy to w ogóle możliwe? Prezydent Zełenski ujawnił niedawno, że do kraju dotarły dwa nowe systemy „zdolne zestrzelić wszystko”. Nie dodał, czy chodzi o broń amerykańską czy zachodnioeuropejską, czy stało się to w ramach wcześniejszych pakietów pomocowych (część asortymentu zawsze trafia w późniejszym terminie), czy chodzi o jakieś nowe zobowiązanie. Bazując na tych wcześniejszych, zeszłorocznych, w 2024 roku w Ukrainie powinno się pojawić co najmniej pięć dodatkowych baterii Patriot i ich europejskich odpowiedników. W obliczu bieżących kłopotów ZSU coś z tego zasobu mogło(by) trafić na front, a nie do obrony zaplecza.

Ukraińcy są bowiem w defensywie, rosjanie kontynuują natarcie w kilku punktach od charkowszczyzny po Zaporoże. Z ich aktywności wyłania się czytelny obraz intencji – moskale zamierzają wymazać zeszłoroczne zdobycze terytorialne Ukraińców, w miarę możliwości uszczknąć też coś z tego, co ZSU urwały im latem i jesienią 2022 roku. Spieszą się, chcąc wykorzystać aktualne ukraińskie słabości – niedostatki rezerw i amunicji artyleryjskiej, do soboty wydawało się, że również braki w dalekonośnej OPL. Bombami szybującymi rosjanie ofensywy nie wygrają, ale ich masowe użycie powiększa ukraińskie straty i w którymś momencie mogłoby się okazać kluczowe w przełamaniu frontu.

Dlatego Ukraińcy muszą trzymać rosyjskie suchoje na dystans.

PS. Nie dajmy się zwariować – na skutek obecnych działań i przy założeniu, że rosyjskie ataki się powiodą, przedmiotem „korekt” będzie procent, może półtora procenta terytorium Ukrainy. Taki jest zasięg i skala rosyjskiej ofensywy.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi, Michałowi Strzelcowi, Joannie Marciniak, Andrzejowi Kardasiowi i Irinie Wolańskiej. A także: Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Maciejowi Ziajorowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Sławkowi Polakowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu i Jakubowi Dziegińskiemu.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Łukaszowi Podsiadle, Michałowi Baszyńskiemu, Rafałowi Rachwałowi i Milenie Karlińskiej-Nehrebeckiej.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Su-35/fot. MOFR

Paliwo

Na szybciutko, bo praca nad książką wzywa (ale i tak wrzucę dziś wieczorem, najdalej jutro rano większy materiał).

Zakończył się kolejny duży rosyjski atak rakietowy na ukraińskie miasta. Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na dwie sprawy. Po pierwsze, Ukraińcy raportują zestrzelenie wszystkich 10 użytych przez rosjan hipersonicznych pocisków rakietowych Kindżał. Można mieć zastrzeżenia co do jakości ukraińskiej sprawozdawczości, ale w przypadku kindżałów Ukraińcy dokładają wszelkich starań, by udokumentować swoje sukcesy. Poza kwestiami typowo propagandowymi, może to mieć związek z tym, że z hipersonikami walczą amerykańskie patrioty, a rzetelna ocena skuteczności własnych systemów leży w interesie USA. Dodajmy przy tym, że kindżałowe anałogi-w-miru-niet mierzą się ze starszymi generacjami patriotów; tyle w kwestii rzekomej niezawodności raszystowskiej superbroni.

Druga sprawa ma związek z działaniami podjętymi w Polsce. Najpierw zacytuję komunikat Dowództwa Operacyjnego: „Informujemy, że obserwowana jest intensywna aktywność lotnictwa dalekiego zasięgu Federacji Rosyjskiej, która związana jest z wykonywaniem uderzeń na terytorium Ukrainy. W celu zapewnienia bezpieczeństwa polskiej przestrzeni powietrznej aktywowano dwie pary myśliwców F-16 oraz sojuszniczy tankowiec powietrzny. Około godziny 5.45 wystartowała amerykańska para stacjonującą w bazie w Łasku, a około godz. 6.15 polska para z bazy w Krzesinach”.

Po co podnoszono F-16? Poza show of force, chodzi o bardzo pragmatyczny cel – rozpoznanie. Wykorzystanie radarów efów szesnastych do śledzenia ewentualnych zbłąkanych rakiet. Także ich zestrzelenia, gdyby zaszła taka konieczność (i doszło do wzrokowej identyfikacji celu).

A po co tankowiec? Po to, by samoloty maksymalnie długo przebywały w powietrzu. Nawet podczas pobierania paliwa, radary efów pozostają aktywne.

Tankowce są zatem niezbędnym elementem takich akcji – w gruncie rzeczy rutynowych, gdy za miedzą toczy się pełnoskalowy konflikt. Dziś nad Polskę przyleciał tankowiec z Wielkiej Brytanii. Udało się to spiąć w czasie (działania par myśliwskich i tankera), co nie zmienia faktu, że byłoby dużo prościej, gdyby maszyna tego typu stacjonowała w Polsce. Najlepiej była polska, czy należała m.in. do Polski. Niestety, Antoni Macierewicz – będąc ministrem obrony narodowej – wypisał nas z programu MRTT Fleet (ang. Multinational Multi-Role Tanker Transport), wielonarodowej flotylli tankowców/transportowców. Własnych samolotów też nie kupiliśmy, bo pieniądze na ten cel zostały przeznaczone na maszyny dla vipów.

A vipowska salonka paliwa nie poda.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Tanker podczas podawania paliwa/fot. Airbus