Aktywa

Miałem kiedyś kolegę, zapalonego motocyklistę. Po najechaniu na tył auta wyleciał w powietrze, a gdy upadł, głową uderzył o krawężnik. Przeżył, ale jest dziś głęboko upośledzonym kaleką. A mógłby wyjść z wypadku bez większego szwanku, gdyby w czasie lotu nie spadł mu niezapięty kask; odpowiednio zabezpieczona głowa doznałaby wówczas mniejszych obrażeń. BHP przy prowadzeniu jednośladów jest niezwykle ważne – motocykl nie ma stref zgniotu, kurtyn, poduszek. Zabezpieczyć się całkiem nie sposób – ryzyko zawsze pozostanie duże – ale można starać się ochronić najbardziej narażone na urazy części ciała. Kaskiem i kombinezonem, rozsądną jazdą na sprawnym motocyklu.

Nie potrafię wskazać, jakim motocyklem jest Polska, ale wiem, że droga, którą się porusza, jest piekielnie niebezpieczna. Dziś położenie geograficzne czyni nas państwem przyfrontowym – trzymając się motocyklowej analogii, ruch koło nas jak na autostradzie. A zjazdu nie ma.

No więc nie wiem, co to za maszyna, ale widzę, że kask i kombinezon naszego motocyklisty są „takie se”. Trochę oldskulowe i szpanerskie, 40 lat temu nawet nowoczesne, dziś jednak pozbawione podstawowych właściwości. Nie na te prędkości, nie na tę gęstość ruchu, poobijane, przetarte.

Snuję porównanie nie bez powodu. Od wtorku obserwuję wysyp wypowiedzi na temat jakości naszej obrony przeciwlotniczej. O ile nie oburzają mnie wątpliwości laików, o tyle do szału doprowadzają wynurzenia pseudoekspertów. Dziennikarzy i drugoliniowych polityków lamentujących nad stanem OPL. Pierwszych mam za niemądrych – za chwilę wyjaśnię, dlaczego. Najpierw jednak odpowiem, z jakiego powodu drugich uważam za hipokrytów. Otóż kiepska kondycja naszej obrony przeciwlotniczej nie wzięła się znikąd. Ostatnie zaniedbania w tym zakresie – autorstwa Antoniego Macierewicza – istotnie, obciążają obecny rząd. Lecz o tym, że sprawnej OPL potrzebujemy „na wczoraj”, wiadomo od ponad 20 lat. Zaniedbania, machanie ręką na problem nieszczelnego parasola, to zasługa całej klasy politycznej, od lewa do prawa. Kilku kolejnych rządów, działających w myśl zasady, że „jakoś to będzie…”.

Nie będzie. Bez parasola zmokniemy. Chowanie się pod czaszą sojuszników to półśrodek, bo ani ona dość szeroka, ani wiecznie rozpostarta. Musimy mieć własny parasol – koniec-kropka.

Tyle że nawet wtedy i tak oberwiemy deszczem, bo gdzieś pozostaniemy odsłonięci. I tu wracam do motocyklisty (wybaczcie to skakanie po analogiach, ale tak mi prościej). OPL jest jak wspomniane atrybuty kierowcy jednośladu – kask i kombinezon. Tak jak motocyklista nie jest w stanie zabezpieczyć całego ciała przed skutkami upadku, tak kraj nie zapewni sobie skutecznej obrony przeciwlotniczej dla 100 procent własnego terytorium. Motocyklista chroni głowę, państwo kluczowe części „ciała” – stolicę (gdzie mieści się „mózg”), duże skupiska ludności, elementy krytycznej infrastruktury (ważne fabryki, rafinerie, porty itp.) czy zgrupowania wojsk. I fajnie by było, gdyby motocykle miały na przykład katapulty (albo inny system ratunkowy), kraje zaś funkcjonowały w realiach „jeden powiat-jedna bateria antyrakiet”. Czysto teoretycznie to możliwe, praktycznie nieosiągalne. Bateria Patriotów na powiat to gwarancja niemal szczelnego nieba – tyle że powiatów mamy w Polsce 308, a pojedyncza bateria kosztuje niemal 2,5 mld dol. Kto za to zapłaci? Kto wyprodukuje? Jak pogodzić rozłażące się w przeciwnych kierunkach porządki – z jednej strony wymóg szybkości dostaw, z drugiej, rozłożoną w czasie odpłatność za sprzęt? To wyzwania nierozwiązywalne nie tylko dla nas, ale i zasobniejszych krajów. USA też nie ochronią całości swojego terytorium, tak jak miliarder-motocyklista nie kupi super-hiper maszyny z gwarancją „niezabijalności”. Pozostaje inwestować w jak najlepsze kaski, kombinezony, naramienniki, nakolanniki i co tam jeszcze może się przydać przy szorowaniu po asfalcie. Pozostaje inwestować w dobrą punktową OPL.

O czym pojęcia nie mają dziennikarze-specjaliści, załamujący dłonie nad tym, co wydarzyło się w Przewodowie.

Śmierć dwóch osób to oczywiście tragedia. Nie będę się powtarzał i pisał o okolicznościach, w jakich do niej doszło. Na użytek tego wpisu trzeba tylko przypomnieć, że pocisk upadł tuż za linią graniczną (mniej niż 10 km), w gminie, w której gęstość zaludnienia jest jedną z najniższych w Polsce. Gdzie poza liniami energetycznymi (jakich wszędzie w Polsce pełno) nie ma żadnych elementów krytycznej infrastruktury. Po co to wyliczam? Bo jestem przekonany, że nawet gdybyśmy dysponowali najbardziej „wypasioną” OPL, ta rakieta i tak spadłaby, gdzie spadła. Właśnie dlatego, że w gminie Przewodów nie ma czego bronić.

„Eksperci” powołują się na wzorcowy przykład izraelskiej Żelaznej Kopuły, która potrafi „zdjąć” 90 procent atakujących cały kraj rakiet. Tylko że zapominają (?) o istotnych szczegółach.

Po pierwsze, Izrael jest piętnaście razy mniejszy od Polski; to obszar jednego naszego województwa, gdzie stosunkowo łatwo nasycić teren obroną przeciwlotniczą.

Po drugie, wysoka skuteczność bierze się nie tylko z efektywności kinetycznych elementów systemu, ale i z wydajności/szybkości komputerów balistycznych. Wyliczają one trajektorie nadlatujących pocisków i te, których kurs uznany zostaje za niezagrażający, są przez Kopułę ignorowane. Dotyczy to nawet 80 procent wystrzeliwanych na Izrael rakiet, które spadają na terenach niezamieszkałych bądź takich, gdzie mówiąc kolokwialnie, ni-ma nic (nie ma nic ważnego). Do pozostałych 20 procent wysyła się antyrakiety, które „zdejmują” 9 na 10 celów. Izraelskie straty w ludziach biorą się właśnie z tego, że coś się zawsze przebije, no i z tego, że niekiedy te zignorowane rakiety jednak kogoś zabijają. Bo przypadkiem (jak panowie z Przewodowa) jacyś pechowcy znaleźli się w miejscu upadku pocisku.

Po trzecie, tajemnica sukcesu Kopuły zawiera się również w zagrożeniu, które system zwalcza. A stanowią je proste rakiety, pozbawione sterowania, lecące do celu torem balistycznym, łatwym do wyliczenia. Zaawansowane pociski i rakiety – manewrujące w górę, w dół, na boki, tak, że nie da się obliczyć, dokąd zmierzają, wyrzucające wabiki, które zwodzą antyrakiety – to już zupełnie inny poziom trudności. By uzyskać tak wysoki wskaźnik skuteczności (te 90 procent), należałoby strzelać do wszystkiego, co znajduje się w powietrzu, dla pewności po kilka razy.

I tak dochodzimy do kwestii wydolności OPL, której granice wyznacza z jednej strony prędkość załadunku wyrzutni, z drugiej, ekonomiczna kalkulacja, przekładająca się na zawartość magazynów i decydująca o tym, kiedy powiemy „dość!”. Antyrakiety kosztują dziesiątki tysięcy dolarów za sztukę. Warto te koszty ponosić, gdy bronimy swoich najcenniejszych aktywów. Do których z pewnością nie należą przygraniczne pola, gdzie ryzyko uśmiercenia człowieka jest tak prawdopodobne jak statystyczna możliwość porażenia piorunem.

—–

Szanowni, wracam po tygodniowym banie do bieżących relacji na FB. Gdybym znów tam zamilkł, pamiętajcie, że możecie mnie czytać na blogu, na Patronite, zajawki materiałów pojawią się też na moich kontach na Twitterze i Instagramie.

A jeśli chcecie mnie w pisaniu wesprzeć, będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nz. Start antyrakiety S-300/fot. Ministerstwo Obrony Ukrainy

Pech

Z mgły nad Przewodowem wyłania się obraz, który w języku dyplomacji można by określić mianem „niezręcznej sytuacji”. Bo wychodzi na to, że spadła u nas rakieta wystrzelona przez Ukraińców. Co nam to mówi w kontekście naszej obrony przeciwlotniczej, co oznacza dla relacji polsko-ukraińskich i polsko-rosyjskich, jakich kroków NATO należy się spodziewać?

O kondycji tej części naszej armii, która odpowiada za powietrzny parasol, pisałem całkiem niedawno – odsyłam do lektury tekstu pt.: „Parasol”. Rekapitulując – nasze niebo wciąż pozostaje dziurawe, choć jesteśmy na dobrej drodze, by to zmienić. Tym niemniej trzeba na to kilkunastu lat. Zatem fakt, że coś do nas przyleciało, nie powinien być wielkim zaskoczeniem. Ale…

Ale mówimy o rejonie nadgranicznym, gdzie znajdują się stałe urządzenia obserwacyjne (radary), na bieżąco monitorujące sytuację w powietrzu nad zachodnią częścią Ukrainy. Ów nadzór jest po 24 lutego liczniejszy, bo po pierwsze, dodatkowo latają wzdłuż granicy samoloty rozpoznawcze (nie 24/24 h, ale dość często), po drugie, jako że południowo-wschodnia Polska jest hubem logistycznym, przez który idzie pomoc dla Ukrainy, Amerykanie rozmieścili tam wyrzutnie antyrakiet Patriot, co daje kolejne stacje radarowe. Innymi słowy, wszystko, co lata po drugiej stronie granicy – nad Lwowem, Łuckiem, Iwano-Frankiwskiem i innymi ukraińskimi miastami – „świeci się” u nas od momentu startu czy wejścia w przestrzeń. Niezależnie czy jest to rosyjskie czy ukraińskie.

Jest więc dla mnie oczywistą oczywistością, że widzieliśmy też – na naszych, natowskich radarach – rakietę, która spadła w Przewodowie. Śledzono ją od początku do końca. Dlaczego zatem nie została zestrzelona?

Po pierwsze, nie mamy jasności, czy nie została zestrzelona. Świadkowie na miejscu – sugerując się dwoma wybuchami – mówią o dwóch rakietach; może ta druga to antyrakieta, która zdjęła ukraiński pocisk? Trafiony S-300 – jego szczątki – spadły następnie niefortunnie na obiekt, gdzie byli ludzie, wywołując pożar.

Nie przywiązuję się do tego scenariusza, gdyż bardziej prawdopodobny wydaje mi się inny – że ukraińskiej rakiecie pozwolono do nas wlecieć. Pojawiła się ona w przestrzeni powietrznej RP na dosłownie dwie sekundy, upadła 10 km od granicy, na terenie jednej z najsłabiej zaludnionych gmin w Polsce. Czasu na reakcje było zatem niewiele, właściwie to go nie było, bo jako NATO nie bierzemy czynnego udziału w wojnie i nie strącamy rakiet nad terytorium Ukrainy. Reguły tej nie łamiemy zwłaszcza gdy ryzyko ewentualnych szkód wywołanych przez intruza jest minimalne – a tak było w tym przypadku. Pech chciał, że pocisk spadł akurat na miejsce, gdzie przebywali ludzi – w morzu „bezludzia”. Gdyby z wyliczonej przez komputery balistyczne trajektorii wynikało, że rakieta uderzy w coś większego/grubszego, zapewne zostałaby zestrzelona. Inna sprawa, że w całej tej sytuacji – trwającej kilkadziesiąt sekund! (miejmy tego świadomość) – należało zakładać, że pocisk po nietrafieniu w cel – rosyjską rakietę – ulegnie samolikwidacji. I tu znów pojawiają się wątpliwości – bo może samolikwidator zadziałał, ale już nad Polską? Stąd pierwszy wybuch, poprzedzający wtórną eksplozję na ziemi (wywołaną spadającymi szczątkami; mam na myśli pożar paliwa, wybuch niezdetonowanej głowicy czy samozapłon oparów, do tragedii doszło bowiem w suszarni zbóż).

Niezależnie od tego, jaki przebieg na finale miały sprawy, z całą stanowczością należy podkreślić – winni są rosjanie. To ich kolejny barbarzyński atak rakietowy na ukraińskie miasta – w tym na przygraniczny Lwów – wywołał reakcję miejscowej obrony przeciwlotniczej. Reszta to splot niefortunnych okoliczności, które nie powinny skutkować zmianą nastawienia wobec Ukrainy i Ukraińców. Ukraiński pocisk nie opuściłby wyrzutni, gdyby nie było takiej potrzeby. Jakiekolwiek reakcje muszą zatem iść w kierunku dalszego sekowania rosji i rosjan. Tak długo, jak długo będą prowadzić swoją zbrodniczą wojnę (a w wymiarze politycznym i ekonomicznym – dopóki nie powetują wywołanych strat i zniszczeń).

W wymiarze wojskowym incydent rakietowy zmusza nas, NATO, do korekty postępowania. Do strzelania do rosyjskich rakiet jeszcze nad terytorium Ukrainy. Ukraińcy na pewno nie będą mieli nic przeciwko, a putlera skręci z bezsilności…

—–

Szanowni, przypominam, że z powodu banu na FB (zostało jeszcze 20 h) możecie mnie czytać na blogu, na Patronite, zajawki materiałów pojawią się też na moich kontach na Twitterze i Instagramie.

A jeśli chcecie mnie w pisaniu wesprzeć, będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nz. Miejsce upadku rakiety i wywołane przez nią zniszczenia/fot. PSP

Parasol

Kilkanaście dni temu na poligonie w Toruniu odbyła się prezentacja pierwszych bojowych elementów systemu antyrakietowego Patriot, który Polska zamówiła w Stanach Zjednoczonych w 2018 r. Obecni na miejscu Andrzej Duda i Mariusz Błaszczak przekonywali, że wdrożenie patriotów pozwoli stworzyć „unikalne w Europie warunki bezpieczeństwa”.

Gdzie nam do Niemców…

Ta ostrożna w gruncie rzeczy opinia nie stanęła na przeszkodzie rządowym mediom i części komentatorów. Jeden z nich, doradca prezydenta RP prof. Andrzej Zybertowicz, stwierdził w publicznym radio, że już w tej chwili „jesteśmy na innym, wyższym poziomie zabezpieczenia naszego kraju” niż europejskie państwa (jak Niemcy, Norwegia czy Wielka Brytania), planujące stworzenie „europejskiej tarczy przeciwlotniczej i przeciwrakietowej” (ang. European Sky Shield). Do tej pory patologiczne samochwalstwo dotyczące rzekomych – a po prawdzie w najlepszym razie przyszłych – możliwości obronnych Rzeczpospolitej, pozostawało domeną ministra Błaszczaka. To on zwykł mówić w trybie dokonanym („kupiłem”) o zamiarach modernizacyjnych, czyniąc to dla marketingowo-politycznego zysku. Przekonywanie o wyższych niż np. niemieckie zdolnościach przeciwlotniczych RP wywindowało ów absurd na kolejny poziom.

Przyjrzyjmy się bowiem patriotom, które mają zapewnić ochronę nieba na średnich odległościach (ok. 100 km). Niemcy – kraj o kilkanaście procent większy od Polski – dysponują 12 bateriami systemu Patriot. Najstarsze pochodzą z końca lat 80. XX w., ale wszystkie są na bieżąco modernizowane, by pozostać w służbie do połowy lat 30. Gdy przed kilkunastu laty ustalano założenia programu „Wisła” – dotyczącego rakiet o zasięgu patriotów – przyjęto, że Polska potrzebuje dziewięciu baterii (każda ma osiem wyrzutni), żeby zapewnić sobie odpowiednie pokrycie. W 2018 r. zakupiono dwie baterie patriotów, sześć kolejnych chcielibyśmy nabyć do 2028 r. W sprawie tej szóstki jesteśmy na etapie wstępnym – nadal czekamy na odpowiedź Amerykanów, czy i kiedy są gotowi nam je sprzedać. Z siódmej brakującej baterii zrezygnowano, zakładając, że lepsze parametry nowych radarów pozwolą na oszczędności (dotąd wydaliśmy na patrioty 4,75 mld dol.). Dwie, których elementy zademonstrowano na toruńskim poligonie, są dopiero integrowane z funkcjonującym systemem OPL. O ich gotowości będzie można mówić w przyszłym roku. Gdzie nam zatem do Niemców?

Z morza w powietrze

– Stan polskiej obrony przeciwlotniczej jest zły – nie pozostawia złudzeń dr Michał Piekarski z Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego. – Patrioty są przykładem wzmocnienia, ale to dopiero początek drogi. Dziś o naszym potencjale – poza tym na najniższym piętrze – decydują zestawy Kub, Newa i Osa. Skuteczne ponad 40 lat temu, gdy rzeczywiście były szczytem techniki. Tymczasem potrzeby w zakresie ochrony wojska i infrastruktury krytycznej są ogromne…

Piekarski, specjalizujący się w tematyce militarno-morskiej, jako jedne z najważniejszych obiektów wskazuje porty, instalacje przesyłowo-wydobywcze oraz bałtyckie farmy wiatrowe. Jak zauważa, Bałtyk jest przy tym obszarem, z którego może wyjść atak lotniczy i rakietowy, co przywodzi go do wniosku, że za sensownością inwestycji w duże okręty bojowe stoi też konieczność zwiększenia możliwości OPL.

– Planowane do zbudowania w ciągu najbliższych kilkunastu lat fregaty „Miecznik” byłyby poważnym wzmocnieniem – przekonuje. – Jeden okręt to mobilna stacja radarowa i jednocześnie bateria rakiet o zasięgu powyżej 50 km, która dodatkowo może zająć pozycje daleko od wybrzeża i tam zwalczać samoloty, rakiety i drony. Ponadto mobilność okrętów daje nam wysunięte oczy i uszy – a więc wiadomość o zagrożeniu nadejdzie wcześniej. Zasięg radarów jest bowiem zależny od ich położenia.

Obecne możliwości przeciwlotnicze marynarki dobrze ilustruje niby-korweta „Ślązak”, którą przed zagrożeniem z powietrza chronią… naramienne wyrzutnie rakietowe. Słabość obnażają też obrazki z poligonu MW, gdzie nadal odbywają się ćwiczenia z użyciem armat przeciwlotniczych S-60 – może nie beznadziejnych, bo wyposażonych w nowy system kierowania ogniem, ale pochodzących z połowy ub.w.

Docelowo będzie dobrze

Zmagania w Ukrainie udowodniły wysoką skuteczność produkowanych w Mesko ręcznych wyrzutni przeciwlotniczych Grom/Piorun. Nie wiadomo, ile zestawów i rakiet posłano na wschód – mówi się, że połowę zapasów WP. Braki jednak mają być uzupełniono z naddatkiem poprzez zakup w najbliższych latach 3,5 tys. rakiet i 600 mechanizmów startowych. Pioruny użytkowane są w wojsku także w formie mobilnych platform, zintegrowanych z 23-milimetrowymi armatami – taki zestaw nosi nazwę Pilica, pierwsze pojawiły się w linii pod koniec 2020 r. Pioruny, w dowolnej konfiguracji, zapewniają ochronę wspomnianego przez dr Piekarskiego „najniższego pietra” – rażą cele lotnicze do zasięgu 5 km. Zdolności docelowych w tym zakresie jeszcze Polska nie uzyskała, ale dramatu nie ma.

Gorzej wygląda sytuacja z obroną krótkiego zasięgu (do 40 km) – tu wciąż bazujemy na sprzęcie poradzieckim. Warto jednak zauważyć, że jeszcze w kwietniu br. podpisano umowę z brytyjską firmą MBDA UK na dostawę baterii pocisków kierowanych CAMM i wyrzutni iLauncher (wartość kontraktu to 1,5 mld zł). Pierwsza z dwóch jednostek ogniowych trafi do nas jeszcze w tym roku, kolejna na początku następnego. Jednostka to trzy wyrzutnie zdolne do odpalenia 24 rakiet przechwytujących. Wszystkie można kontrolować jednocześnie, naprowadzając je na 24 oddzielne cele. Mówimy zatem o ogromnym skoku jakościowym, bowiem obecnie nasza OPL na krótkim dystansie używa systemów jednokanałowych, pozwalających kierować tylko jednym pociskiem na pojedynczy cel. Docelowo w ramach programu „Narew” Wojsko Polskie ma pozyskać 23 baterie krótkiego zasięgu. Plan jest ambitny, gdyż zakłada częściową polonizację – wyposażenie baterii w nasze radary i rakiety produkowane na licencji – a to wszystko do końca dekady.

I wreszcie mamy średni zasięg, do czasu wdrożenia patriotów nie obsługiwany przez rodzimą OPL (rodzimą, bowiem po 24 lutego na terenie RP rozmieszczono co najmniej dwie baterie systemu Patriot należące do armii USA). Tu, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, docelowe zdolności osiągniemy na początku lat 30. O zbudowaniu całego wielowarstwowego systemu będzie można mówić jeszcze później – gdy wszystkie jego elementy zostaną zintegrowane, także z samolotami F-35, których dostawy zaczną się na przełomie 2025/26 r. i potrwają pięć lat.

Delegowanie kompetencji

A i wówczas – najszybciej w połowie lat 30., kiedy piloci trzydziestek piątek osiągną gotowość operacyjną – nasz parasol będzie miał dziurę. European Sky Shield – inicjatywa niemieckiego kanclerza, która spotkała się z chłodnym przyjęciem polskich władz – zakłada budowę zdolności także na wypadek ataku pociskami balistycznymi zdolnymi do przenoszenia głowic jądrowych. Dlaczego ignorujemy takie ryzyko? Odpowiedzią wcale nie musi być „niemieckosceptyczność” PiS-u czy zgoda na wspomnianą dziurę. Rakiety, o których mowa, należy strącać ponad atmosferą ziemską, a takie możliwości będzie miała amerykańska baza w Redzikowie. Być może zatem chodzi o pomysł oddelegowania części kompetencji na barki sojuszników.

Refleksje na temat (nie)słuszności takiego rozwiązania wiodą nas do rozważań nad naturą zagrożeń. Dotąd było jasne, że boimy się rosji, ale wojna w Ukrainie ujawniła potiomkinowski charakter rosyjskiej armii. Dziś wiemy, że weszła ona do walki z niewielką liczbą precyzyjnych środków rażenia. Że braki w pociskach manewrujących i rakietach są nie do usunięcia bez dostępu do zachodnich technologii (systemów celowniczych, awionicznych, optoelektroniki; tego, czego rosyjski przemysł nie potrafi wyprodukować). Że rosyjskie lotnictwo zostało sparaliżowane przez operatorów ręcznych wyrzutni przeciwlotniczych. I że obecnie zmuszone jest sięgać po bieda-drony irańskiej produkcji, by terroryzować nimi ukraińskie miasta. Z niską skutecznością, bo Szahidy-136 okazały się łatwe do strącania. Tyle że planowanie wojskowe musi uwzględniać także przyszłe zagrożenia. A w WP i MON panuje przekonanie, że rosja nam nie podaruje upokorzenia doznanego w Ukrainie także za naszą sprawą. Że niezależnie od wyniku wojny odbuduje swój potencjał i będzie czekać na okazję. Political fiction? A kto 10 lat temu przewidywał krwawy konflikt między dwoma bratnimi jak się wydawało narodami?

—–

Nz. Skutki ataku przy użyciu irańskiego drona-samobójcy – Kijów, 17 października/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 44/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Pożeracz”

A więc wchodzimy w to. Za cztery lata pierwsi polscy piloci będą się szkolić na samolotach F-35, kilka lat później pierwsze maszyny wylądują w Polsce (egzemplarze przekazane nam w 2024 roku pozostaną w Stanach, gdyż tylko tam możliwe będzie przeprowadzenie niezbędnych szkoleń). Za kilkanaście lat – z pewnością już w kolejnej dekadzie – obie zakupione eskadry osiągną gotowość operacyjną.

Długo, bardzo długo, choć nie ma się co tu zżymać na pisowskich architektów umowy z USA. Wdrażanie nowoczesnych maszyn bojowych nie następuje z roku na rok. Mniej zaawansowane efy szesnaste „przeszczepialiśmy” na polski grunt przez niemal dziesięć lat. Warto wszak o tym wspomnieć, by zderzyć się z pobożnożyczeniowym myśleniem, zgodnie z którym 31 stycznia 2020 roku sytuacja militarna Polski uległa gwałtownej poprawie. Nie uległa, tak jak nie zmieniła się po zakupie systemu antyrakietowego Patriot czy baterii rakietowych Himars (zdolnych do rażenia celów na odległość do 300 km). Stanie się tak dopiero, gdy cały ten sprzęt trafi nad Wisłę i gdy zostanie z powodzeniem zintegrowany z pozostałymi elementami, składającymi się na rodzimą obronność.

Ideologizacja tematu

Nie zmienia to faktu, że podpisana dziś umowa na zakup 32 samolotów F-35, to początek nowej drogi w historii polskiej armii. Tylko czy drogi w dobrą stronę? Ano właśnie…

Zakup amerykańskich maszyn – jak niemal wszystkie istotne kwestie – z miejsca stał się elementem politycznej wojny, toczonej w naszym kraju między PiS-em a anty-PiS-em. Ta ideologizacja problemu sprawiła, że trudno dziś wypowiadać jakąkolwiek opinię na temat zasadności podjętej przez rząd decyzji, bez ryzyka posądzenia o brak obiektywności. Ponieważ istotna większość specjalistów zajmujących się kwestiami militarnymi już dawno temu została zakwalifikowana jako „krytycy władzy”, taki stan rzeczy de facto sprzyja PiS. Daje bowiem pretekst do stwierdzenia, że „cokolwiek byśmy nie zrobili, i tak będą mówić, że to źle” (i chyba nie sprzyja refleksji typu: „a może rzeczywiście z naszą polityką obronną jest coś nie tak?”). Ubolewając nad takim stanem rzeczy spróbuję, mimo wszystko, przekonać Was – zwłaszcza tych, którym bliżej do władzy – że efy trzydzieste piąte to zły wybór. Że to decyzja, która zaciąży na naszych możliwościach obronnych na lata – i z czasem odbije nam się czkawką.

Ma rację Andrzej Duda, mówiąc, że F-35 to najlepszy i najnowocześniejszy samolot na świecie. Rosyjskie próby doścignięcia Amerykanów w tym obszarze jak na razie nie przyniosły zadowalających skutków. Jakby się kremlowska propaganda nie spinała, w rzeczywistości Su-57 nie dorasta do pięt najnowszemu efowi. Dość powiedzieć, że po dwudziestu latach prac Rosjanie nadal mają kłopot z silnikiem, który pozwalałby ich maszynie zachować cechy „niewidzialności”. O jego energetycznej wydajności nie wspomnę. Być może za jakiś czas Amerykanie będą musieli się mierzyć z chińskimi odpowiednikami myśliwca piątej generacji, lecz póki co mamy tam do czynienia z konstrukcjami w fazie prototypowej. Zaawansowanej, ale wciąż relatywnie dalekiej od wdrożenia do linii.

Co zamiast „trzydziestki piątki”

A zatem istotnie, użytkując F-35 wejdziemy do „pierwszej ligi”. Tylko po co? Czy my naprawdę chcemy mierzyć się z rosyjską obroną przeciwlotniczą (najlepszą na świecie – warto podkreślić) i atakować cele znajdujące się głęboko za liniami wroga? Wówczas „niewidzialność” „trzydziestki piątki” rzeczywiście okaże się poważnym atutem. A może jednak nasza doktryna ma charakter obronny i zadaniem polskiego lotnictwa byłoby wsparcie oddziałów na lądzie i niezbędne do tego wywalczenie przewagi w powietrzu, bezpośrednio nad teatrem działań wojennych? Pytanie ma rzecz jasna charakter retoryczny i jasne jest, że mamy się bronić, nie zaś atakować. A do tego niepotrzebny jest samolot piątej generacji, chyba że byłby to inny amerykański cud techniki – F-22 Raptor. Stworzony do „wymiatania nieba” z wrogich maszyn, absolutnie bezkonkurencyjny w swojej kategorii. Rzecz jednak w tym, że Stany Zjednoczone nigdy i nikomu go nie sprzedały, a gigantyczne koszty utrzymania Raptora sprawiły, że po wdrożeniu do linii 180 maszyn, zawieszono jego produkcję.

Jeśli nie F-22 to co? Biorąc pod uwagę charakter wyzwań – konieczność zestrzelenia jak największej liczby rosyjskich maszyn czwartej generacji – sprawdziłby się na polskim niebie F-15. Jak nazwał go jeden z moich kolegów, głęboko osadzonych w tematyce lotniczej, swoista „ciężarówka na rakiety”. Niezbudowany w technologii stealth, wywodzący się jeszcze z czasów głębokiej zimnej wojny, ale wielokrotnie modernizowany. Co więcej, używany już w konfrontacjach z maszynami proweniencji radzieckiej, w trakcie których niemal zawsze dowodził swojej wyższości.

Lecz, niestety, drogi. I będący zupełnie inną maszyną niż użytkowany u nas z powodzeniem F-16. A musimy pamiętać, że samolot to skomplikowana maszyneria, wymagająca całej, nie mniej skomplikowanej technologii, związanej z zapewnieniem odpowiedniego zaplecza. Tak – już bez niepotrzebnego rozważania innych typów myśliwców – dochodzimy do najsensowniejszej z polskiej perspektywy opcji. Mówiąc wprost, lepiej byłoby kupić znacznie więcej (koło 50 sztuk) najnowszych wersji F-16, a pozostałe w służbie Jastrzębie zmodernizować do ich poziomu. Z uwagi na nasze doświadczenie w eksploatacji, proces wdrażania kolejnych maszyn byłby szybszy, doraźny efekt odstraszania bardziej realny i zgodny z potrzebami sił zbrojnych. Przede wszystkim zaś – byłoby taniej.

„Pożeracz” budżetu MON

Bo koszty to kolejna istotna kwestia. Kupno F-35 i odpowiedniego pakietu (szkolenia, dodatkowe wyposażenie, amunicja) wiąże się z koniecznością wydania 18 mld złotych. Dużo, a będzie jeszcze więcej. Rocznie na utrzymanie flotylli efów szesnastych wydajemy około miliarda złotych – „trzydziestki piątki” będą kilka razy droższe. Niewykluczone, że 32 maszyny będą „zjadać” 1/10 budżetu Ministerstwa Obrony Narodowej. Problem w tym, że wojsko potrzebuje inwestycji właściwie we wszystkich obszarach, gdzieś więc zabraknie. Obecny rząd chwali się co prawda, że w ciągu najbliższych piętnastu lat wydamy na modernizację ponad 500 mld złotych, tyle że to suma wyższa od zsumowanej kwoty całych budżetów MON w tym czasie. A co z wydatkami osobowymi (które stanowią niemal połowę kwot przeznaczanych na obronność)? Co z pieniędzmi na szkolenia, na zakup paliw, amunicji itd.?

Na nic nam się przyda F-35, jeśli nie zbudujemy „parasola ochronnego” – skutecznego systemu obrony przeciwrakietowej i przeciwlotniczej. Minister Błaszczak mówi: „kupiłem Patrioty”. Zgoda, tyle że zeszłoroczna transakcja dotyczyła zaledwie dwóch baterii, a potrzebujemy ich co najmniej osiem. Przypomnę: te dwie baterie kosztowały nas… 16 miliardów złotych.  A Patrioty to nie wszystko – nieba broni się na kilku poziomach, amerykańskie antyrakiety zapewniają ochronę tylko na jednym z nich (najwyższym).

A co z Marynarką Wojenną, która tonie? Wprowadzenie do służby upośledzonej korwety czy małego niszczyciela min w niewielkim stopniu podniosło jej wartość bojową. Co z lotnictwem wojsk lądowych? W tej chwili niemal trzy czwarte śmigłowców stoi bezczynnie, niezdolna do lotów, przede wszystkim z powodów technicznych. Utrącony przez Antoniego Macierewicza kontrakt na Caracale miał zostać zastąpiony zakupami amerykańskich maszyn, składanych w polskiej fabryce. Jak dotąd kupiono… cztery helikoptery, które dopiero za kilkanaście miesięcy zostaną skonfigurowane pod potrzeby wojsk specjalnych. Zamówiono też śmigłowce dla marynarki – kolejne cztery sztuki – których odbiór nastąpi za trzy lata. Warto przypomnieć – Caracali miało być 50, dziś służbę pełniłoby ponad trzydzieści sztuk.

Kilkanaście procent funkcjonalności

Mimo bombastycznych zapowiedzi, ślimaczy się modernizacja czołgów Leopard, do natychmiastowej wymiany nadaje się połowa parku czołgowego WP (maszyny typu T-72 i PT-91). Wszystkie transportery gąsienicowe, znajdujące się na stanie wojska, mają zwykle po 40 lat. Wprowadzane na wyposażenie samobieżne haubice Krab, to istotny skok jakościowy. Jednak nasza artyleria nadal pozostaje daleko w tyle za wiodącymi państwami NATO oraz potencjalnym przeciwnikiem – Rosją. Kupiony w zeszłym roku dywizjon Himars zabezpiecza w tym obszarze zaledwie jedną czwartą potrzeb. Za kolejne trzy – jeśli je kupimy – zapłacić trzeba będzie grubo ponad miliard złotych.

A mowa tylko o „najgrubszych” elementach programu modernizacji armii. No i nie wspomniałem dotąd o czymś, co w wojsku określane jest mianem środowiska sieciocentrycznego. Wyjątkowość platformy, jaką jest F-35, sprowadza się nie do jego uzbrojenia, awioniki czy wspomnianej „niewidoczności” (czy raczej niskiej widoczności). „Trzydziestka-piątka” to „bank informacji” zdolny współpracować z każdym dowolnym elementem sił zbrojnych – także tym najniższego szczebla. Zebrane przez niego informacje mogą posłużyć lepszemu wykorzystaniu zarówno batalionu czołgów, jak i pojedynczego wozu. Mogą wesprzeć działania brygady piechoty, jak i kilkuosobowej sekcji. Stanie się tak, jeśli w sieciocentryczny system wpięte będą nie tylko dowództwa wysokiego i średniego szczebla, ale też załogi pojedynczych wozów. I tak dochodzimy do sedna. Co zrobi z otrzymanym z F-35 pakietem danych dowódca 50-letniego wówczas czołgu T-72? Albo niewiele młodszego bewupa. Pierwszy z pojazdów ma wysłużoną i kiepską armatę, drugi nieprzydatne dziś działko i system rakietowy z lat 60 XX wieku. A zatem bez zapewniania właściwego środowiska, będziemy w stanie wykorzystać zaledwie kilkanaście procent potencjału efów trzydziestych piątych. Kupując je, stwarzamy poważne zagrożenie, że na zmianę tego środowiska stać nas nie będzie. I tak błędne koło się zamyka…

—–

Fot. John Nimmo, USAF, domena publiczna

Postaw mi kawę na buycoffee.to