Archiwa tagu: PiS

Nieufność

Moim rozmówcą jest dr hab. Michał Wróblewski – socjolog i filozof z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, profesor tamtejszej uczelni. Pracownik naukowy Łukasiewicz-Centrum Oceny Technologii. Zajmuje się m.in. socjologią medycyny; obecnie prowadzi projekt ewaluacji programu szczepień przeciwko COVID-19 oraz badania nad aktywizmem smogowym. Na początku września br. wydał wraz z dr hab. Łukaszem Afeltowiczem, prof. AGH, książkę pt.: „Socjologia epidemii. Wyłaniające się choroby zakaźne w perspektywie nauk społecznych”.

– Pamiętam początek pandemii i zaskoczenie, które temu towarzyszyło. Tymczasem w książce stawiacie tezę, że COVID-19 nie był „czarnym łabędziem” – pojawiającym się nagle zjawiskiem. Czy naprawdę dało się go przewidzieć?

– Wirusolodzy już od jakiegoś czasu mówili o zagrożeniu. W wielu artykułach naukowych sprzed 2019 r. wskazywano na bardzo duże ryzyko wybuchu pandemii na mokrym targu w Chinach.

– Targu, gdzie trzymane, zabijane i sprzedawane są zwierzęta, często dzikie, uważane za przysmaki w Południowo-Wschodniej Azji.

– Zgadza się. Były też przepowiednie Billa Gatesa, który w serii wykładów ostrzegał, że świat powinien przygotować się na kolejną pandemię. Mieliśmy zatem ekspercką wiedzę i kanały komunikacyjne, którymi trafiała ona do szerszych kręgów odbiorców. Mieliśmy też, mamy, nowoczesny w sensie socjologicznym świat, tak skonstruowany, że wręcz sprzyja rozwojowi pandemii.

– Na przykład wysoką mobilność społeczną.

– Ale też inne skutki globalizacji, jak przeobrażenia przyrody, jej dewastacje. No i nie zapominajmy, że pandemie i epidemie przetaczają się przez świat regularnie. Wraz z COVID-19 równolegle w Afryce wybuchła epidemia Eboli.

– Przejeżdżałem w sąsiedztwie obszarów objętych kwarantanną z powodu Eboli. Źle reaguję na sam dźwięk tego słowa…

– I nic w tym nadzwyczajnego. Lęk przed chorobą zakaźną jest naturalnym zjawiskiem. A to skłania do stwierdzenia, że zachowania społeczne podczas pandemii COVID-19 – takie jak symptomy paniki czy teorie spiskowe – również nie miały w sobie nic zaskakującego.

– Nim do tego wrócimy, skupmy się na mobilności. Hiszpankę rozwlekli po świecie wracający z frontów I wojny światowej żołnierze. Gdyby wcześniej nie wyjeżdżali, nie byłoby – jak mówią niektóre szacunki – nawet 100 mln ofiar tej grypy. Kiedyś, gdy żyliśmy w małych, zamkniętych strukturach, pandemie nam nie dokuczały.

– Historycznie, czy prehistorycznie rzecz ujmując – nie dokuczały. Lecz proszę pamiętać, że pandemia i epidemia to wyłącznie nazwy sposobu rozprzestrzeniania się chorób zakaźnych. Te ostatnie zaś występowały, tyle że nie rozprzestrzeniały się w modelu epidemicznym, były „zamknięte” na jakimś obszarze. W związku z czym szybko znikały. Choroba – jej wirusy czy bakterie – nie przetrwa bez żywicieli. Im mniejsza pula tych ostatnich, tym szybciej kończy się epidemia. Dla przykładu, odra potrzebuje 3 tys. żywicieli rocznie, co oznacza, że populacja, w której się rozwija, musi liczyć 300 tys. osób.

– Sporo. Znacznie poniżej tego pułapu lokowały się społeczności pierwotne.

– Model epidemiczny wyłonił się wraz z osiadłym trybem życia. Przejście od wspólnot zbieracko-łowieckich do rolniczych wiązało się ze współzależnymi procesami – wzrostem liczby ludności i udomowieniem zwierząt hodowlanych. W kontekście chorób istotne są dwa czynniki – nie dość, że było nas więcej, to za sprawą regularnego kontaktu ze zwierzętami, staliśmy się podatni na ich wirusy. Większość chorób zakaźnych ma odzwierzęcą etiologię.

– Choroby przyczyniły się do zmiany struktur społecznych.

– Wciąż się przyczyniają. To po pandemii hiszpanki powstał zalążek przyszłej Światowej Organizacji Zdrowia, to ona sprawiła, że w wielu krajach powołano ministerstwa zdrowia. Ale świadomość ryzyka, jakie niosą ze sobą stłoczenie i choroby zakaźne, pojawiła się wcześniej. A już w XVIII w. kwestia zdrowia populacyjnego odgrywała bardzo ważną rolę i wymusiła na przykład zmiany architektoniczne. Zaczęto przebudowywać miasta, by były bardziej przewiewne, powstawały systemy kanalizacyjne, ogólnodostępne szpitale itp. Nasilenie tych procesów nastąpiło wraz z uprzemysłowieniem, kiedy życie obywateli stało się rodzajem kapitału. Dla dobra produkcji ów kapitał winien żyć dostatecznie długo i w dobrej kondycji. To w takich okolicznościach tworzyły się zalążki dzisiejszych powszechnych systemów ochrony zdrowia.

– Wróćmy do covidu. Nasze początkowe przerażenie, które z czasem zmieniło się w obojętność, też dało się przewidzieć?

– W momencie, kiedy zagrożenie jest nowe, bardziej rezonuje. A na początku dyskutowaliśmy o czymś nieznanym. Potem zaś pojawiły się dramatyczne doniesienia z Włoch, które uświadomiły nam, że mamy do czynienia ze zjawiskiem bardzo niebezpiecznym. Reakcja była silna, włącznie z panic buying, czyli wykupywaniem towarów ze sklepów. Z niezwykłą jak na polskie warunki dyscypliną, zaakceptowaliśmy lockdown. Fakt, iż szybko się zamknęliśmy, wpłynął na dalszy bieg wydarzeń. Diabeł nie okazał się taki straszny, no a później przyszły wakacje. W międzyczasie oswoiliśmy się z zagrożeniem i do głosu doszły inne czynniki. Gdy podczas jesiennej fali przeprowadzałem z kolegami badania na potrzeby książki, wyszło nam, że większość Polaków nie wierzy w oficjalne statystyki i uważa je za wyolbrzymione.

– Z czego to wynika?

– Pandemia obnażyła naszą nieufność do państwa i jego instytucji. I to na różnych poziomach – nie ufamy rządowi, politykom, ale nie wierzymy też lekarzom. 61% badanych zadeklarowało, że najbardziej w kwestiach zdrowia ufa rodzinie, a jedynie 29%, że medykom. Najprostsze wytłumaczenie każe widzieć w tym skutki dobrej kondycji zabobonu i naszego zamknięcia na oświeconą, ekspercką wiedzę. Być może tak jest, ale tylko do pewnego stopnia. Istotniejsze, moim zdaniem, są negatywne doświadczenia, które jako społeczeństwo mamy z systemem ochrony zdrowia. I które pandemia jeszcze pogłębiła. Teraz jeszcze lepiej widzimy, że ów system nie działa, a to sprzyja nieufności. Wpadki z raportowaniem – te znikające i pojawiające się zgony – tylko problem pogłębiły. A dodajmy do tego niespójną komunikację…

– … „odwoływanie” pandemii, potem strasznie jej skutkami.

– Niedotrzymywanie zasad przez rząd, który ustala kryteria „narodowej kwarantanny”, a później nonszalancko je ignoruje. Mówienie o szczepieniach jako o „ostatniej prostej”, gdy wiadomo, że to wcale nie jest ostatnia prosta. Takich zgrzytów komunikacyjnych było mnóstwo, ba, wciąż dochodzą kolejne.

– Jak choćby triumfalizm, widoczny w telewizji publicznej. Czy władze RP mają powód do zadowolenia, bo „wzorcowo walczą z pandemią”?

– Absolutnie nie.

– A na tle innych państw?

– Wyjdę ze skóry socjologa i odpowiem jako zatroskany obywatel – państwo polskie zawiodło w walce z pandemią. Mniej więcej do jesieni zeszło roku nieźle sobie radziliśmy. Metody były toporne, ale skuteczne. Lecz już wówczas niewystarczające, bo nie wykorzystaliśmy czasu między wiosenną mikrofalą zachorowań, a jesiennym dramatem. Widać to najlepiej na przykładzie Sanepidu.

– Na barki instytucji, która dotąd zajmowała się badaniem jakości oleju do smażenia frytek, złożono zarządzanie pandemią w skali całym kraju.

– I której, mimo kilku miesięcy oddechu, kompletnie do tej roli nie przygotowano. Na przykład nie zbudowano tracingu – systemu do śledzenia kontaktów społecznych osób zakażonych – niezwykle ważnego dla sprawnego zarządzania pandemią.

– Zaś w wymiarze prawnym owo zarządzanie odbywało się za pomocą rozporządzeń.

– A rozporządzenia nie dają możliwości egzekwowania wszystkich obostrzeń. Sądy masowo uchylały kary administracyjne dla przedsiębiorców, którzy otwierali swoje interesy, a świadomi bezkarności obywatele nie nosili maseczek. Państwo – cytując prezesa Kaczyńskiego – w pełni objawiło swój imposybilizm.

– Nadal go ujawnia w kwestii szczepień.

– Program okazał się dobrze przygotowany logistycznie. Nie było większych problemów do momentu, gdy wyszczepiliśmy wszystkich chętnych. Ale od kilku tygodni zaczynamy dramatycznie odstawać od wskaźników wyszczepialności w innych krajach Unii. Rząd tymczasem się miota, unika rozwiązań, które wprowadzili Francuzi, Włosi, a ostatnio Niemcy.

– Zasada kija i marchewki.

– Nie jestem zwolennikiem przymusu szczepień covidowych. Nie dlatego, że mamy problem z naturą szczepionek, tylko uważam, że to byłoby kontrproduktywne rozwiązanie. Zrodziłoby jeszcze większy opór nieprzekonanych. Natomiast model francuski, gdzie certyfikat szczepienia umożliwia wstęp do teatru, kina, restauracji itd., jest w mojej ocenie bardzo dobry. Tą drogą powinniśmy iść.

– Lejąc wodę na młyn zwolennikom teorii spiskowych, którzy w powszechnej immunizacji widzą same zagrożenia.

– Teorie spiskowe pojawiały się przy każdej większej epidemii. Przy okazji dżumy mówiło się o spisku żydowskim, zawiązanym w Toledo. Generalnie, idee antysemickie często łączą się z teoriami spiskowymi, choroby zakaźne są tutaj jednym z przykładów takiego związku. Patrząc z socjologicznego punktu widzenia, teorie spiskowe są jak mity. To opowieści, które mają wyjaśnić coś, co jest nieuchwytne, trudne do zrozumienia, a zarazem ważne dla danej społeczności.

– Owa pragmatyczność często idzie w parze z absurdalnością.

– Zgoda, co wcale nie oznacza, że ten, kto wierzy w teorie spiskowe, musi być głupi. Współcześnie mamy do czynienia z czymś, co socjologia nazywa „kulturą konwergencji”. Upraszczając, to sytuacja, w której za jakąś wizją nie stoi pojedynczy tekst, a treści rozproszone w różnych mediach. Mogą to być blogi, memy, filmy na You Tube, cokolwiek – innymi słowy, cały konglomerat treści, na zgłębianie którego trzeba czasu i niemałych kompetencji poznawczych. Współczesne teorie spiskowe zakorzenione są właśnie w takich środowiskach. Mnogość „nośników” i źródeł sprzyja przekonaniu, że to zweryfikowana, pełnoprawna wiedza.

– Skoncentrujmy się na Polakach. Od 2014 r. rośnie w nas skłonność do myślenia spiskowego. Co gorsza, na tle innych narodów europejskich wypadamy tu znacznie gorzej…

– Więc działają u nas prężnie ruchy antyszczepionkowe – co jest zarazem przyczyną (jedną z wielu), i skutkiem tej podatności.

– We Włoszech również działają. We Francji i w Niemczech też.

– Ale tylko w Polsce, może poza Włochami, są silnie obecne w mediach mainstreamowych i mają przełożenie na świat polityki, czego przykładem Grzegorz Braun. Skutkuje to dużym wpływem na debatę publiczną, większym niż w innych krajach UE. Nie zapominajmy też, że teorie spiskowe są narzędziem wojny informacyjnej. Polska zaś, z uwagi na położenie, jest bardziej narażona na ataki. Dość wspomnieć, że szkodliwa w skutkach debata na temat szczepionki Astra-Zeneca, było mocno sterowana z rosyjskich kont w mediach społecznościowych.

– Czy wzrost podatności na teorie spiskowe może mieć związek ze Smoleńskiem? Narracja wokół rzekomego zamachu doprowadziła do zmiany politycznej, ale ważniejszym – w mojej ocenie – był fakt akceptacji absurdu jako narzędzia w walce politycznej. Brednie Macierewicza płynęły mainstreamem, na tyle często, że część Polaków w nie uwierzyła, a większość zaakceptowała teorie spiskowe jako element „normalności”.

– Rzeczywiście, Smoleńsk był próbą legitymizacji myślenia spiskowego w celach politycznych. Trudno powiedzieć, na ile jest to trwała zmiana, bo proszę zwróć uwagę, że o „zamachu” już się teraz nie mówi.

– Ale stworzono ramy interpretacyjne, które w tej chwili wypełniają się innymi treściami.

– Tak może być.

– Sytuację pogarsza fakt, że duża część elit politycznych obozu władzy, jest, delikatnie mówiąc, naukowo-sceptyczna.

– Wrócę na chwilę do Smoleńska i do zastosowanej wówczas techniki legitymizacji teorii zamachu przy pomocy dyskursu pseudo-eksperckiego. Gdy większość ekspertów mówiła o wypadku komunikacyjnym, druga strona sięgnęła po „swoich” fachowców – profesorów, doktorów, inżynierów. Outsiderów, ale z formalnymi tytułami, co miało uprawdopodobnić ich twierdzenia. Zaryzykuję tezę, że Smoleńsk mógł podważyć w oczach niektórych wiarygodność nauki jako takiej. Być może przyczynił się do tego, że niektórzy z nas dziś z łatwością podważają tezy najwybitniejszych specjalistów. Czy to samo czyni rząd? Nie mówimy o monolicie, nie chcę więc uogólniać. Osoby bezpośrednio odpowiedzialne za zarządzanie pandemią z pewnością nie wykazują sceptycyzmu wobec nauki. Natomiast prawdą jest, że mamy w Polsce polityków – z prezydentem na czele – którzy taką postawę ujawniają.

– Formalnie to głowa państwa…

– I symboliczne implikacje są bardzo poważne. Niezależnie od tego, czy jest to wyraz głębokiego przekonania, czy gra pod publiczkę, skutki są realne. Politycy kształtują dyskurs publiczny w o wiele większym stopniu niż zwykli ludzie.

– Źle zarządzają pandemią, w związku z czym mamy największą liczbę dodatkowych zgonów w Europie. A mimo to słupki poparcia radykalnie się nie zmieniają. Śmiercionośny wirus nie pcha ludzi na ulice w proteście przeciwko dyletantom z rządu. Co się dzieje?

– Moim zdaniem, ma to związek z naszym myśleniem o państwie. Zdjęliśmy z niego masę obowiązków, w kontekście pandemii nie mamy wielkich oczekiwań.

– Pokłosie 30 lat wychowania do neoliberalizmu…

– Zmiany neoliberalne miały u nas poważny wymiar świadomościowy. Przyzwyczailiśmy się do tego, że nie możemy wymagać za wiele od państwa, że musimy dbać sami o siebie. Pochodną neoliberalnych zmian była polityki oszczędności i zaciskania pasa, co przełożyło się na wymiar instytucjonalny. Doszło do procesu „zwijania się” ochrony zdrowia i narzucenia jej rynkowych ram. Dla mnie to kuriozum – mówienie o tym, że szpital ma zarabiać. Szereg analiz pokazuje, że neoliberalne zarządzanie instytucjami publicznymi nie działa, prowadzi do degradacji różnego rodzaju usług – i z tym właśnie mieliśmy do czynienia po 1989 r. I do takiego świata się przyzwyczailiśmy.

– Czy można zaryzykować stwierdzenie, że gdyby nie nasz eksperyment neoliberalny, poradzilibyśmy sobie lepiej z pandemią?

– Gdybyśmy nie myśleli o instytucjach publicznych w kategoriach rynkowych, to one, moim zdaniem, funkcjonowałyby lepiej. Co nam mówi wskaźnik dodatkowych zgonów? Ano to, że infrastruktura – szpitalna, medyczna, ratownicza – w pewnym momencie przestała dobrze funkcjonować. Wyszły lata zaniedbań, braku inwestycji, odwrócenia się państwa od podstawowych potrzeb obywateli.

– Może obywatele by się otrząsnęli, gdyby zgonów było więcej?

– Trudno wyznaczyć jakąś cienką czerwoną linię, zwłaszcza że mieliśmy w najnowszej historii bardziej śmiercionośne pandemie.

– No tak, o hiszpance, przed covidem, mało kto pamiętał. Dlaczego ludzkość niemal wymazała ten dramat z pamięci? Czy to kwestia traumy i mechanizmu wyparcia?

– Nieodległym tłem dla hiszpanki było inne wydarzenie – I wojna światowa, która pochłonęła dziesiątki milionów ofiar. I to ona zogniskowała pamięć społeczną. Zauważmy też, że choć media pisały wówczas o pandemii, to jednak nie było tak licznych jak dziś narzędzi do utrwalania treści, przede wszystkim mediów społecznościowych. No i świat był trochę inny – ludzie generalnie umierali na choroby zakaźne, tego rodzaju śmierci stanowiły oczywisty element krajobrazu społecznego.

– COVID-19 pojawił się w czasie, kiedy nam – na Zachodzie – wydawało się, że już pokonaliśmy choroby zakaźne.

– Tymczasem duża część globu wciąż zmaga się z gruźlicą, malarią, dyzenterią; rocznie umierają z tego powodu miliony ludzi. Ale faktycznie, w naszej chacie z kraja niewiele się dzieje, może więc covid rzeczywiście stanie się doświadczeniem pokoleniowym. A może przyćmią go kolejne pandemie, którym będzie sprzyjać ocieplenie klimatu.

– Dziękuję za rozmowę.

—–

Nz. Prof. Michał Wróblewski/fot. Andrzej Romański

Wywiad (w skróconej wersji) opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 38/2021

Abramsy

Czyli jednak bierzemy amerykańskie Abramsy. Chciałoby się rzec „a nie mówiłem!?”, ale słabo u mnie z satysfakcją. Widzę tu bowiem przede wszystkim „geniusz” pisowskiej strategii – a korzyści niewiele.

Kupimy tych czołgów 250 – pozornie sporo, ale i tak o 500 za mało, by mówić o pełnej wymianie parku i całkowitej unifikacji. Na więcej nas nie stać, bo to sprzęt koszmarnie drogi – już za te ćwierć tysiąca, z pakietem logistycznym, zapłacimy ponad 23 mld złotych. Wiele, za stosunkowo niewiele, ale dość, by elektorat uwierzył, że władza troszczy się o bezpieczeństwo państwa. Zresztą, zawsze można powiedzieć, że te 250 sztuk to dopiero początek. Pouczająca w tym zakresie jest pisowska narracja dotycząca zakupu systemu Patriot. Podpisaliśmy umowę na dwie baterie, potrzebujemy minimum dziewięciu, zestawy dotrą do nas za kilka lat – a pośród „ciemnego ludu” i tak panuje przekonanie, że problem „dziurawego nieba” został już załatwiony. Przecież minister Błaszczak mówi „kupiłem”. To samo będzie mówił, stając na tle potężnego Abramsa.

A wojsko tymczasem będzie się głowić, jak obsłużyć trzy „rodziny” sprzętu pancernego, bo już dziś, przypominam, mamy dwie – poradziecką i niemiecką.

Co dalej z naszym przemysłem? Eksploatacja Abramsów nie przełoży się na jego zdolności – Amerykanie nie dzielą się w tym przypadku technologią. Najpewniej – co sugerują niedawno podpisane przez PGZ kontrakty – naszej pancernej zbrojeniówce pozostanie obsługa poradzieckiego złomu i nieudolna, ślimacząca się modernizacja niemieckich Leopardów – jeszcze parę lat można na tym pociągnąć. W praktyce oznacza to dalsze topienie pieniędzy w utrzymywanie „rodziny” czołgów T-72/PT-91 – trumien na gąsienicach, których miejsce jest w muzeach, nie zaś w jednostkach liniowych. Ale kto bogatemu zabroni?

Bo tak naprawdę nie o zdolności armii tu chodzi. Poza wymiarem propagandowym, na wewnętrzny użytek, jest jeszcze inna funkcja, również wynikająca z polityki krajowej. PiS, świadom własnej erozji, ucieka do przodu. Zamierza nam dokręcić autorytarną śrubę, czego lexTVN najlepszym przykładem. Ale Waszyngtonowi może się to nie spodobać, czasy Trumpa mamy już za sobą. Ryzyko pomrukiwania zza Oceanu jest tym większe, że obecne władze RP mają już sporo na sumieniu. Zburzenie trójpodziału władzy, olewanie wyroków sądów, zamachy na wolność słowa – w Stanach to zbrodnie. Przewiny, na które amerykańska administracja może przymknąć oko, jeśli obiecamy jej – i tamtejszemu przemysłowi – wielomiliardowe zakupy. Tak, moim zdaniem, kalkulują pisowcy.

Czy im się uda? Mądrzejsi ode mnie twierdzą, że jeśli dalej będziemy szli w stronę autorytaryzmu, Kongres zablokuje nawet już podpisane umowy. I wówczas nie tylko nie będzie Abramsów, ale i Patriotów, Himarsów i F-35. Oczywiście, jankesi nie takim zbójom opychali broń. Mogą zatem wykazać się finansowym pragmatyzmem, w myśl starej Kissingerowskiej zasady: skurwysyny, ale nasze skurwysyny. Sprzedać, co chcemy kupić, dbając przy tym, by nadwiślańscy dranie nie przekroczyli „cienkiej czerwonej linii”.

Wbrew utyskiwaniom, pieniądze na Abrmasy się znajdą. Właśnie rusza gigantyczny unijny projekt odbudowy pokowidowej. Polska będzie jednym z jego największych beneficjantów, co oznacza zwolnienie jakiejś części środków budżetowych, które przy braku kasy z Brukseli należałoby zainwestować w pokiereszowaną gospodarkę. Na zakup więc wystarczy. A co z utrzymaniem? A kto będzie się tym przejmował za kilkanaście lat?

Tymczasem za dwa lata odbędą się wybory. Pierwsze czołgi dotrą do Polski w przyszłym roku, od razu w dużych liczbach. Stacjonować będą na wschodzie kraju, w składzie 18. Dywizji, która powstała za PiS-u. Budowa WOT się ślimaczy, nawet po obniżeniu kryteriów zdrowotnych, ale do 2023 roku powinna się zakończyć. „Uabramsowiona” 18. Dywizja stanie się – przynajmniej na papierze i na wizji – najsilniejszym związkiem taktycznym WP. Będzie zatem PiS mógł użyć w kampanii wyborczej argumentu znaczącego wzmocnienia armii. „Proszę bardzo, oto dwa gotowe produkty” – powiedzą. A że de facto modernizacja odbywa się wyspowo i chaotycznie (rozproszone i homeopatyczne zakupy, zamiast skupienia się na 2-3 dużych programach), i w sposób niezgodny z wymaganiami współczesnego pola walki (WOT)? „Ciemny lud” nie takie łykał kawałki.

Na pocieszenie pozostaje świadomość, że Rosjanie zmuszeni zostaną uwzględnić te nasze Abramsy w swoich planach. W razie W zniszczą je, jak wszystko, ale po stronie ewentualnych kosztów będą musieli dopisać kolejne cyferki.

—–

Fot. Mój Abrams jest lekki jak piórko… A wspominam o tym, bo waga nowych czołgów dla WP rozpala emocje entuzjastów i przeciwników zakupu. I choć należę do tych drugich, gwoli rzetelności wspomnę, że amerykański system metryczny nieco różni się od tego, używanego w Polsce. Waży więc „za ciężki Abrams dla Polaka” owszem, 73 tony, ale po naszemu to 66,5. Czyli niewiele więcej niż najnowsze wersje niemieckich Leopardów.

Piąstka

Teoretycznie jesteśmy potęgą – mamy czołgów niemal tyle, ile Francja i Niemcy razem wzięte. Ponad 750 sztuk (uwzględniając zasoby Agencji Mienia Wojskowego – 900) robi wrażenie – do czasu, aż zdamy sobie sprawę z jakości sprzętu. Tylko 249 maszyn – zbudowane w Niemczech Leopardy – to pojazdy względnie nowoczesne, bądź rokujące status po modernizacji. 232 czołgi PT-91 od biedy mogłyby się jeszcze przydać na współczesnym polu walki. Reszta, czyli wyprodukowane na radzieckiej licencji T-72, mimo prób reanimacji nadają się jedynie do podtrzymania procesu szkolenia.

Czołgi przez lata nie miały dobrej prasy – zbyt wielu specjalistów twierdziło, że wraz z zakończeniem zimnej wojny stały się przeżytkiem. W NATO tym łatwiej było przyjąć taką perspektywę, że prowadzone przez Sojusz konflikty nie angażowały ciężkich jednostek lądowych. Z Serbią poradzono sobie za pomocą lotnictwa, w górzystym Afganistanie prym wiodły dwa-trzy razy lżejsze kołowe transportery opancerzone. Znikło też, jak się wydawało, zagrożenie konfrontacji w Europie. Otrzeźwienie przyszło wraz z 2014 rokiem. Wojna na wschodzie Ukrainy dowiodła, że bez czołgów wciąż nie sposób przełamywać linii obronnych przeciwnika. Obnażyła również naiwność założenia, że Moskwa nie będzie już dążyć do odzyskania dawnych stref wpływu. W efekcie natowscy planiści musieli uznać wschodnią flankę Sojuszu za zagrożoną, zwłaszcza w obliczu pośpiesznej odbudowy sił zbrojnych Federacji, w której modernizacja wojsk pancernych odgrywa bodaj najważniejszą rolę.

„Ława ruskich tanków”

Doktryna obronna Rzeczpospolitej przewiduje dla Wojska Polskiego dwa zasadnicze zadania – opóźnianie rosyjskiego natarcia w międzyrzeczu Bugu i Wisły oraz przeprowadzenie kontrofensywy znad linii królowej polskich rzek. Ów plan opiera się na wielu założeniach, wedle jednego z nich do zwalczania czołgów świetnie nadają się inne czołgi – stąd relatywnie duża liczba maszyn w parku sprzętowym WP. I choć wizję „ławy ruskich tanków” sunącej przez polskie równiny od lat pielęgnują politycy od lewa do prawa, ich lęki z rzadka przekładają się na wzmacnianie potencjału militarnego. Celuje w tym szczególnie PiS, które istotną część własnej potęgi zbudowało na antyrosyjskiej retoryce. Pisowska wierchuszka niby problem rosyjskiego zagrożenia widzi i niby coś z nimi robi. Przykład wojsk pancernych jak w soczewce skupia te niby-działania, będące w istocie umiejętnym piarem, któremu towarzyszy organizacyjno-techniczna nieudolność i brak wyobraźni.

Zacznijmy od niemieckich (kupionych w 2002 i 2013 r.) Leopardów. To sprzęt z lat 80., ale o dużym potencjale modernizacyjnym. Wymagały jej przede wszystkim starsze egzemplarze, typu 2 A4, których Polska nabyła 142 sztuki. Wykonawcę – Polską Grupę Zbrojeniową – wybrano w grudniu 2015 r. Do końca 2020 r. wojsko miało otrzymać 128 przebudowanych do standardu 2PL czołgów, kolejne 14, w ramach tzw. opcji, trafiłoby do jednostek w 2021 r. Umowa z PGZ – zdominowaną przez menadżerów „dobrej zmiany” – opiewała na kwotę 2,4 mld zł. Po pięciu kolejnych aneksach wzrosła o 900 mln zł, a oficjalny czas realizacji kontraktu wydłużył się o dwa lata, głównie za sprawą niedoszacowanych kosztów i problemów we współpracy z niemieckim kooperantem. Do końca minionego roku PGZ przekazała armii… 12 Leopardów 2PL, w bieżącym będzie to 18 maszyn. Na realizację całości zobowiązania w ciągu najbliższych trzech lat nie ma szans – wojsko dostanie ostatnie 2PL w 2025 r., co oznacza, że modernizacja zaplanowana na pięć lat, potrwa dekadę.

Odwód symboliczny

Co więcej, zwracane armii Leopardy, mimo istotnych zmian in plus – wzmocnieniu pancerza, modyfikacji armaty i zastosowaniu nowoczesnych przyrządów optoelektronicznych – nadal posiadają przestarzałe radia. Dopiero kilka dni temu Inspektorat Uzbrojenia poinformował o zakończeniu prac analitycznych w sprawie łączności dla wozów Leopard 2PL, co daje nadzieje na nieodległy zakup i montaż nowych radiostacji. Tym sposobem dopiero co zmodernizowane wozy zostaną poddane kolejnej modernizacji. Już samo wyobrażenie ponownego oddania przemysłowi kilkudziesięciu maszyn jeży włos na głowach wojskowych. Przed pięciu laty 10. Brygada Kawalerii Pancernej przekazała wykonawcy kontraktu połowę ze swoich 128 czołgów. Zamiast wracać systematycznie do linii, rozmontowane wozy stały w halach fabrycznych Bumaru, a ich brak dezorganizował proces szkolenia jednego z najważniejszych związków taktycznych WP.

Po prawdzie oberwała wówczas cała 11. Lubuska Dywizja Kawalerii Pancernej, której 10. Brygada jest częścią. Przewidziana jako odwód, z przeznaczeniem do wykonania kontruderzenia, miała „jedenasta” wszystkie Leopardy należące do WP. Ponad setka najnowszych 2 A5 jeździła w barwach 34. Brygady Kawalerii Pancernej. Wchodzącą w skład dywizji 17. Wielkopolską Brygadę Zmechanizowaną wyposażono z kolei w transportery Rosomak. Siła ognia i mobilność tych trzech brygad czyniła z 11. LDKPanc. potężny związek taktyczny, jeden z najsilniejszych w Europie. Aż pojawił się Antoni Macierewicz i jego koncepcja przesunięcia najlepszych polskich czołgów na wschód. I tak połowa wozów 34. BKPanc. trafiła pod Warszawę, do stacjonującej w Wesołej 1. Warszawskiej Brygady Pancernej. Z dala od tworzonego przez kilkanaście lat zaplecza logistycznego i szkoleniowego. Dość powiedzieć, że dopiero teraz – po czterech latach – ukończono w Wesołej budowę garaży dla Leopardów. Na otarcie łez pancerniacy z 34. BKPanc. otrzymali zdezelowane T-72. Potencjał 11. LDKPanc. został „rozwodniony”, a jej odwodowy charakter stał się w dużej mierze symboliczny.

Pudrowanie zamiast modernizacji

Do innej symboliki, również związanej z leciwymi „teciakami”, odwoływał się w lipcu 2019 r. Mateusz Morawiecki. Ogłaszając wówczas z pompą program modyfikacji czołgów T-72, mówił o „historycznej chwili”. – Mamy do czynienia z kolejnym milowym krokiem do odbudowy potencjału polskiej armii – zapewniał premier. Specjaliści zanosili się śmiechem, choć był to śmiech przez łzy. Owym milowym krokiem ma być bowiem – poza remontami silników (bądź wymianą na nowe, ale gorsze, wyprodukowane w Bośni) i odmalowaniem kadłubów – wymiana części przyrządów celowniczych, nawigacyjnych i obserwacyjnych, a także zainstalowanie łączności cyfrowej (tu rzecz warta podkreślenia – lepszej niż w 2PL). Wszystko za 1,75 mld zł., co wedle zapewnień rządu pozwoli na objęcie pracami 300 czołgów (de facto będzie ich o kilkadziesiąt mniej). Ostatnie zmodyfikowane T-72 (warto zwrócić uwagę, że PGZ i wojsko nie używa określenia „modernizacja”), trafią do jednostek w 2025 r. W tym przypadku harmonogram dostaw raczej nie zostanie zakłócony – zakres prac nie jest tak rozległy, jak w przypadku Leopardów, no i Bumar pracuje na „swoich” czołgach, wyprodukowanych w tej fabryce.

Inna kwestia to sensowność projektu. Gen. Waldemar Skrzypczak, pancerniak i były dowódca Wojsk Lądowych, przytoczył w tym kontekście słowa swojego nieżyjącego następcy, gen. Tadeusza Buka, nazywając modyfikację T-72 „pudrowaniem g…a”. Bartłomiej Kucharski, ekspert w zakresie broni pancernej, dziennikarz magazynu „Wojsko i Technika” twierdzi, że dużo lepszym rozwiązaniem byłaby głęboka modernizacja wozów. – Rosjanie robią to z powodzeniem, czyniąc z „nowych” T-72 bardzo niebezpieczną broń – przekonuje. – Niestety, mówimy tu o kosztownych zabiegach, takich jak wymiana armaty, silnika, zastosowanie nowoczesnego systemu kierowania ogniem i zupełnie nowej amunicji. A to tylko „najgrubsze” kwestie – zastrzega. Przy tak rozumianej modernizacji 1,75 mld zł wystarczyłaby na przebudowę kilkudziesięciu egzemplarzy, no i wymagałaby współpracy zagranicznej. Polski przemysł nie dorobił się własnej armaty czołgowej – te zastosowane w rodzimychT-72 pochodzą ze Słowacji – tymczasem kontrakt na modyfikację „teciaków” spełnia też rolę kroplówki dla podupadłego giganta, jakim jest PGZ.

Logistyczny horror

Co dalej? Polska potrzebuje od 600 do 800 nowoczesnych czołgów, by móc liczyć na skuteczność potencjału odstraszania. Optymiści są zdania, że z tym, co mamy, dociągniemy jakoś do połowy następnej dekady, kiedy na scenę wkroczą wozy kolejnej generacji. Pesymiści zwracają uwagę na lata zaniedbań i niepewność geopolityczną, za sprawą której znacznie łatwiej dziś o konflikt z Rosją. Jedni i drudzy nie mają wątpliwości, że polski przemysł zbrojeniowy nie jest w stanie samodzielnie zapewnić armii odpowiedniej konstrukcji. Dlatego należy niezwłocznie podjąć współpracę z zagranicą. Pomysłów jest kilka, w odniesieniu do niektórych wiadomo już, że się nie ziszczą. Przy pracach nad wspólnym czołgiem przyszłości nie chcą nas Niemcy i Francuzi. Z drugiej strony, zachęty płyną z Włoch i Hiszpanii – Polska w końcu, jakkolwiek przespała ostatnie dwie dekady, ma spore tradycje w produkcji broni pancernej. Własny produkt – czołg K2 – oferują nam Koreańczycy, deklarując zarazem chęć współpracy nad platformą kolejnej generacji. W MON rozważa się też zakup nowych Leopardów – taką drogę wybrali niedawno Węgrzy. Jednak, jak wynika z nieoficjalnych informacji, coraz większą popularnością cieszy się opcja amerykańska.

Chodzi o czołgi M1 Abrams, od 40 lat podstawowe maszyny US Army. „Używki”, nowych bowiem Amerykanie już nie produkują. Wbrew pozorom, żaden złom, a wyciągnięte z magazynu skorupy, poddane rozległej renowacji i zmodernizowane do poziomu, który czyni Abramsy jedną z najgroźniejszych broni świata. Gdzie więc tkwi haczyk? Amerykańskich kolosów nie da się w nieskończoność ulepszać, więc za kilkanaście lat mogą nie sprostać nowym rodzajom wozów. Polacy mogą zapomnieć o produkcji licencyjnej, nawet wybranych elementów – Amerykanie nie zwykli dzielić się tajemnicami. Korzyści dla przemysłu będą więc zerowe (ewentualnie niewielkie), nakłady zaś – dla budżetu MON – gigantyczne, zwłaszcza że najbliższe centrum serwisowe znajduje się… za oceanem. Dodajmy do tego koszt jednostkowy (ok. 12,5 mln dol.) i potężne zużycie paliwa (150 l/10 km). A to nie wszystko. – Abramsy mają krótką armatę, która dobrze współpracuje z amunicją uranową. Ale Amerykanie nikomu jej nie sprzedają – zauważa Kucharski. – Zagraniczni kupcy mogą liczyć na pociski wolframowe. Ich skuteczność jest o kilkanaście procent niższa, bo wolfram lubi prędkość, a więc i długą lufę. No i jest jeszcze kwestia wagi M1, która w nowych wersjach przekracza 72 tony. Taką nośność ma tylko kilkanaście procent mostów w Polsce, a w północno-wschodniej części kraju, na najbardziej prawdopodobnym obszarze działań, ich występowanie jest szczególnie rzadkie.

Abramsy w WP to logistyczny horror także z innego powodu – budżet jest w fatalnym stanie, między bajki więc można włożyć pomysły o kupnie dużej liczby czołgów. W efekcie mielibyśmy do czynienia z jednoczesną eksploatacją wozów kilku standardów – poradzieckich T-72, ich ulepszonej w latach 90. wersji PT-91, niemieckich Leopardów 2 A5, spolonizowanych 2PL i amerykańskich M1. Jak to wszystko scalić w jeden sprawnie funkcjonujący system? Nad tym polityczni patroni wojska pewnie się nie zastanawiają. Dla nich liczy się efektowna fotka na tle potężnej maszyny.

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 17/2021

Nz. T-72 podczas ćwiczeń Anakonda 2010. Kilka lat później te maszyny trafiły do 10 BKP/fot. Marcin Ogdowski

Cios

Trump, póki co, dopina swego – Pentagon ogłosił już oficjalnie, że redukuje amerykański kontyngent w Niemczech o jedną trzecią, czyli 12 tysięcy żołnierzy. Przy tej okazji ujawniając, że żaden z tych wojskowych nie trafi do Polski. Nie zyskamy zatem kosztem Niemiec, na co liczyli politycy PiS. Większość wycofywanych oddziałów wróci do domu, część zostanie przeniesiona na południe Europy.

To kolejny bolesny cios w NATO, zadany mu przez Trumpa. Nie ma on bowiem racji, zarzucając Berlinowi wykorzystywanie USA. Jego podwładni w Niemczech realizują zadania znacznie wykraczające poza ewentualną obronę RFN. W istocie tworzą logistyczną matrycę, która po uzupełnieniu posiłkami zza oceanu pozwoli na realizację zobowiązań wobec całej sojuszniczej wspólnoty, będąc jednocześnie gwarantem amerykańskiej obecności w Europie. Jej osłabienie oznacza de facto wejście na ścieżkę izolacjonizmu i marginalizacji kraju mającego ambicje globalnego mocarstwa.

Słynący z powściągliwości amerykańscy wojskowi nie komentują decyzji przełożonego. Ich głosem są oficerowie najwyższych rang, będący już poza służbą. Ben Hodges, były dowódca sił lądowych USA na kontynencie europejskim, nie bawi się w konwenanse. Już wiele tygodni temu uznał zamiary Trumpa za „prezent dla Kremla”. Tego typu opinie wyrażają również inni emerytowani generałowie, wśród których znalazł się sam Colin Powell – dawny szef Kolegium Połączonych Sztabów, najwyższy rangą dowódca US Army. Powell, sekretarz stanu z czasów pierwszej prezydentury republikanina Busha Juniora, zapowiedział wręcz małą woltę. Zarzucając Trumpowi rujnowanie polityki zagranicznej USA, wyznał, że w nadchodzących wyborach zagłosuje na kandydata Partii Demokratycznej, Joe Bidena. Za tymi słowami kryje się nadzieja na przegraną ubiegającego się o reelekcję prezydenta. Wówczas bowiem – wobec sprzeciwu demokratów na wyjście Amerykanów z Niemiec – sprawa sama się rozwiąże.

Tymczasem sondaże nie dają Trumpowi wielkich szans na zwycięstwo. Biden ma nad nim co najmniej 9, a w niektórych badaniach nawet 14 procent przewagi. Co więcej, dominacja demokraty utrzymuje się już od jesieni ubiegłego roku. Donald Trump-Przywódca nie sprostał wyzwaniu, jakim okazał się COVID-19, który do tej pory zabił niemal 150 tysięcy Amerykanów, a kilkanaście milionów – na skutek zamrożenia gospodarki – odesłał na bezrobocie. Nie przysłużyły mu się także nonszalanckie reakcje na masowe protesty po zabójstwie George’a Floyda, a zwłaszcza groźby użycia wobec cywilów armii. Amerykański prezydent podpadł też wojskowym swoją bezczynnością. Kilka tygodni temu „New York Times” ujawnił proceder, jakiego dopuszczały się rosyjskie specsłużby w Afganistanie. Rosjanie opłacali talibów, by ci atakowali i zabijali Amerykanów. Zdaniem gazety Trump wiedział o wszystkim od wiosny zeszłego roku – i nic nie zrobił. Biały Dom zaprzeczył prezydenckiej obstrukcji, co nie zmienia faktu, że na forach militarnych za oceanem o głowie państwa zaczęto pisać per „zdrajca”.

Amerykańskie wybory odbędą się w listopadzie. Tysięcy ludzi – żołnierzy i ich rodzin – nie da się wyprowadzić z Niemiec z miesiąca na miesiąc. Zwłaszcza że Pentagon – co jest sytuacją chyba dotąd niespotykaną w historii USA – jak tylko może, dystansuje się od głównodowodzącego. Z lekka torpedując rozmaite jego zalecenia.

Byle do jesieni.

Pozamiatane…

…czyli kilka refleksji po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich w Polsce.

To nie były uczciwe wybory – dość wspomnieć to, co wyczyniała publiczna rzekomo TVP, odebranie możliwości głosowania wielu Polakom przebywającym na emigracji, czy kulawy i sprzyjający nadużyciom mechanizm głosowania korespondencyjnego. Gdyby zastosować prawny rygoryzm, znalazłyby się setki powodów do unieważnienia wyników tej elekcji. Ale to droga donikąd. Z grubsza bowiem wiadomo, że „tamtych” jest mniej więcej tyle, co „nas”. Zwieralibyśmy się więc co rusz, niczym wielkie armie czasów okopowej wojny – bez szansy na decydujące rozstrzygnięcie.

Czasem trzeba odpuścić – pozwolić przeciwnikowi na taktyczne zwycięstwo. I robić swoje, niezależnie od tego, że „tamci” – wzmocnieni – będą teraz usiłowali jeszcze bardziej zmienić warunki gry na niekorzyść zwolenników demokracji. Szczęściem w nieszczęściu Polska nie jest aż tak niepodległa i niezależna, by PiS był w stanie zainstalować nam tu twardą autokrację. Trump polegnie w listopadzie, a i w Unii zaczynają widzieć, że czas rozmów już się skończył. Polityczna i finansowa presja zza oceanu i z Brukseli z pewnością przytemperuje zapędy pożal się boże reformatorów.

No i wciąż pozostaje „kryterium uliczne”, którego PiS boi się tak bardzo. Znamienne są w tym zakresie doświadczenia Trumpa, który zagroził protestującym Amerykanom użyciem wojska. Pentagon, i generalicja, kazały mu spadać, jasno pokazując, gdzie zaczyna się prezydencki szklany sufit. Ufam, że i u nas nikt narodu bronią zastraszał nie będzie. Co nie zmienia faktu, że po stronie obrońców demokracji potrzebna jest gotowość do mobilizacji – do wyjścia na ulice, gdy zagrożona będzie jakaś część naszej wolności.

Wyniki wyborów jasno pokazują, że to nie umiejętne zarządzanie państwem dało PiS kolejne zwycięstwo. Kaczyński i spółka zbudowali swe reduty pośród ludzi, których łatwiej przekupić, otumanić i oszukać. Do których prościej dotrzeć z przekazem opartym o różnego rodzaju lęki i uprzedzenia. Dane dotyczące wieku, wykształcenia i pochodzenia elektoratów nie pozostawiają w tym zakresie żadnych złudzeń. Nie obudziłem się dziś – od lat obserwuję te złe polskie -izmy oraz fobie, znam poznawcze uniwersa różnych społecznych klas. Smuci mnie jednak fakt, że w plebiscycie – a tym w istocie były wczorajsze wybory – dają one władzę populistom. Ich sukces to dla mnie powód do wstydu. Wstydu z powodu etnicznego pochodzenia…