Bundesplan

Jeszcze kilka lat temu była to opowieść o armii niedofinansowanej, kadrowo wydrążonej i – co może najważniejsze – funkcjonującej w państwie, które z wojskowością nie chciało mieć zbyt wiele wspólnego. Dziś Bundeswehra znów ma ambicje rosnąć – i to nie tylko w sensie budżetu czy liczby nowoczesnych systemów uzbrojenia, ale przede wszystkim ludzi. Najnowsze niemieckie plany zakładają stworzenie do połowy przyszłej dekady sił zbrojnych liczących – łącznie z rezerwą – nawet 460 tys. żołnierzy.

To istotna zmiana. Niemcy nie mówią już wyłącznie o „lepszej armii”, ale o armii większej – zdolnej do prowadzenia działań na dużą skalę, także w scenariuszu wojny konwencjonalnej w Europie.

Problem w tym, że między deklaracją a rzeczywistością rozciąga się przepaść, której nie da się zasypać ani pieniędzmi, ani politycznymi deklaracjami. I to właśnie ona będzie kluczowa dla odpowiedzi na pytanie, czy mamy do czynienia z realnym przełomem, czy raczej z kolejną – tym razem bardziej ambitną – wersją niemieckiej „armii na papierze”.

Co Niemcy właściwie ogłosili

Punktem wyjścia jest nowa strategia wojskowa RFN – dokument, który porządkuje kierunki rozwoju Bundeswehry w realiach pełnoskalowej wojny w Europie. To ważne, bo jeszcze niedawno niemieckie planowanie opierało się raczej na założeniu udziału w operacjach ekspedycyjnych niż przygotowaniu do konfliktu symetrycznego o dużej intensywności.

W tym kontekście pojawia się liczba, która robi największe wrażenie: do 460 tys. żołnierzy – przy czym mówimy tu o całości systemu, a więc nie tylko o wojskach operacyjnych, lecz także o rozbudowanej rezerwie. Rdzeń mają stanowić siły zawodowe liczące około 260 tys. ludzi, uzupełniane przez nawet 200 tys. rezerwistów. To konstrukcja podporządkowana nowym wymaganiom NATO, które po rosyjskiej agresji na Ukrainę wyraźnie przesunęły akcent z „jakości i mobilności” na „masę i zdolność do długotrwałego prowadzenia działań”.

Zmiana dotyczy też samego modelu pozyskiwania żołnierzy. Niemcy nie ogłaszają powrotu do klasycznego poboru, ale wyraźnie odchodzą od czysto ochotniczego systemu. W jego miejsce pojawia się rozwiązanie pośrednie: obowiązkowa kwalifikacja wojskowa i próba zbudowania szerokiej bazy danych o potencjalnych rekrutach. Młodzi ludzie – przede wszystkim mężczyźni – mieliby obowiązek przekazywania informacji o stanie zdrowia, predyspozycjach i gotowości do służby, co pozwoliłoby państwu lepiej „zmapować” zasób, którym dysponuje.

To model inspirowany rozwiązaniami stosowanymi m.in. w Szwecji i Norwegii, gdzie formalnie istnieje pobór, ale w praktyce do służby trafia jedynie wyselekcjonowana część rocznika. Różnica polega jednak na tym, że w niemieckim wydaniu system ten pozostaje – przynajmniej na razie – narzędziem ewidencji, a nie realnego przymusu. Berlin buduje mechanizm, który w teorii mógłby posłużyć do szybkiego zwiększenia liczebności armii, ale unika jednoznacznej odpowiedzi, czy i w jakich warunkach byłby gotów z niego skorzystać.

To zastrzeżenie jest kluczowe. Bo bez politycznej decyzji o sięgnięciu po bardziej zdecydowane środki – a więc de facto o powrocie do jakiejś formy obowiązkowej służby – nawet najlepiej zaprojektowany system rekrutacyjny pozostanie narzędziem zarządzania niedoborem, a nie jego rozwiązaniem. Na dziś wygląda więc na to, że coś rzeczywiście drgnęło, ale skala tej zmiany wciąż nie odpowiada ambicjom zapisanym w dokumentach.

Problem nr 1 – ludzie

Jeśli niemieckie plany gdzieś się rozstrzygają, to właśnie tutaj. Bo niezależnie od tego, jak ambitne będą strategie i jak duże środki finansowe trafią do Bundeswehry, ostatecznie wszystko sprowadza się do jednego: czy znajdą się ludzie gotowi założyć mundur.

Punkt wyjścia nie jest optymistyczny. Bundeswehra liczy dziś niespełna 185–186 tys. żołnierzy w służbie czynnej, a więc wyraźnie mniej niż zakładane jeszcze niedawno 203 tys. etatów. Innymi słowy, system już teraz funkcjonuje z istotnym niedoborem – rzędu kilkunastu tysięcy ludzi – i to w sytuacji, gdy mówimy o armii znacznie mniejszej niż ta planowana.

W wielu obszarach problem nie dotyczy zresztą samej liczby żołnierzy, lecz ich struktury. Brakuje specjalistów, podoficerów, ludzi z doświadczeniem technicznym – czyli tych, których nie da się „wyprodukować” szybko i masowo. To właśnie te braki najmocniej uderzają w realną zdolność jednostek do działania.

Do tego dochodzi kwestia tempa. Nawet przy rosnącej liczbie zgłoszeń – co Berlin chętnie podkreśla – dynamika zmian jest zbyt niska, by w rozsądnym czasie zbliżyć się do poziomu deklarowanego w planach. To nie jest kwestia jednego czy dwóch roczników, ale całych lat systematycznej pracy, której efekty będą widoczne dopiero w dłuższej perspektywie.

Największym ograniczeniem pozostaje jednak czynnik trudniej mierzalny: kontekst społeczny. Niemcy są państwem, które przez dekady konsekwentnie odchodziło od myślenia o wojsku jako istotnym elemencie życia publicznego. Zawieszenie poboru w 2011 roku było tylko formalnym domknięciem procesu, który zaczął się znacznie wcześniej. Dziś próba jego odwrócenia napotyka na bariery nie tyle instytucjonalne, co mentalne.

Dlatego nawet najlepiej zaprojektowany system kwalifikacji czy ewidencji nie rozwiązuje podstawowego problemu. Może pomóc lepiej zarządzać dostępnym zasobem, ale nie sprawi, że ten zasób nagle się powiększy. A bez wyraźnego zwiększenia liczby ludzi wszystkie pozostałe elementy reformy – od struktur po uzbrojenie – będą funkcjonować w warunkach permanentnego niedoboru.

Innymi słowy: Bundeswehra nie ma dziś problemu z tym, jak planować rozwój. Ma problem z tym, kim ten rozwój miałby zostać zrealizowany.

Problem nr 2 – system

Nawet gdyby przyjąć, że problem ludzi uda się przynajmniej częściowo opanować, pozostaje kwestia, która w niemieckim przypadku wraca jak refren: zdolność państwa do przekuwania decyzji politycznych w realne efekty. Bo Bundeswehra nie funkcjonuje w próżni – jest odbiciem systemu, który ją tworzy i utrzymuje.

Ten system od lat zmaga się z własnymi ograniczeniami. Rozbudowana biurokracja, skomplikowane procedury i ostrożność decyzyjna sprawiają, że procesy – od zakupów sprzętu po zmiany organizacyjne – trwają dłużej, niż wynikałoby to z deklarowanych priorytetów. Problem polega na tym, że w warunkach gwałtownie pogarszającego się środowiska bezpieczeństwa czas staje się zasobem równie krytycznym jak pieniądze czy ludzie.

Dobrym przykładem tej opieszałości są programy modernizacyjne. Zakup myśliwców F-35 Lightning II dla Luftwaffe został wprawdzie politycznie „przepchnięty” stosunkowo szybko po 2022 roku, ale już wcześniejsze projekty – jak modernizacja bojowych wozów piechoty Puma – przez lata zmagały się z problemami technicznymi i proceduralnymi, które ograniczały ich realną dostępność. W efekcie sprzęt formalnie wprowadzony do służby nie zawsze przekładał się na zdolność bojową jednostek.

Podobnie wygląda kwestia gotowości. Jeszcze niedawno głośnym echem odbijały się informacje o brygadach deklarowanych do sił szybkiego reagowania NATO, które miały poważne braki w wyposażeniu i musiały „pożyczać” sprzęt z innych jednostek, by osiągnąć wymagane wskaźniki. To nie był problem jednorazowy, lecz raczej ilustracja szerszego zjawiska.

To napięcie widać szczególnie wyraźnie w zestawieniu ambicji z realiami. Z jednej strony Berlin mówi o budowie najsilniejszej armii konwencjonalnej w Europie i zdolności do wystawienia dużych, w pełni ukompletowanych związków taktycznych. Z drugiej – rzeczywistość, w której część jednostek od lat funkcjonuje poniżej stanów etatowych, a proces ich uzupełniania postępuje wolniej, niż zakładają plany.

Nie chodzi przy tym wyłącznie o sprzęt czy finansowanie. Kluczowa jest zdolność całego aparatu państwowego do działania w trybie, który można by nazwać „wojennym” – szybkim, elastycznym, nastawionym na efekt. Tymczasem niemiecki model zarządzania, sprawdzający się w warunkach stabilności, znacznie gorzej radzi sobie z presją czasu i koniecznością podejmowania ryzyka.

Dlatego pytanie o rozbudowę Bundeswehry jest w istocie pytaniem szerszym: nie tylko o to, czy Niemcy chcą mieć większą armię, ale czy są w stanie zreformować mechanizmy państwa w taki sposób, by tę armię rzeczywiście zbudować. Bo bez tej zmiany nawet najbardziej ambitne plany pozostaną w dużej mierze deklaracją.

Problem nr 3 – pieniądze i czas

Na pierwszy rzut oka ten obszar wydaje się najmniej problematyczny. Po 2022 roku Niemcy uruchomiły dodatkowe finansowanie dla sił zbrojnych, a wydatki obronne wyraźnie wzrosły. Bundeswehra przestała być w tym sensie „ubogim krewnym” dużych armii NATO.

Tyle że pieniądze rozwiązują tylko część problemu – i to niekoniecznie tę najtrudniejszą. Bo o ile sprzęt można kupić, o tyle zdolności wojskowe trzeba zbudować. A to oznacza czas liczony nie w miesiącach, lecz w latach.

Dotyczy to zwłaszcza ludzi. Nawet gdyby dziś udało się znacząco zwiększyć napływ kandydatów, proces ich wyszkolenia, wdrożenia do jednostek i zbudowania realnych kompetencji zajmie całe lata. Jeszcze dłużej trwa tworzenie kadry podoficerskiej i specjalistycznej, bez której żadna armia nie jest w stanie funkcjonować na wyższym poziomie gotowości.

Podobnie jest z infrastrukturą i strukturami dowodzenia. Rozbudowa koszar, poligonów, zaplecza logistycznego czy systemów szkoleniowych to przedsięwzięcia, które mają własną dynamikę i nie poddają się politycznemu przyspieszeniu. Można zwiększyć budżet, ale nie da się skrócić wszystkich procesów administracyjnych, inwestycyjnych i szkoleniowych bez ryzyka spadku jakości.

W niemieckiej debacie pojawia się czasem argument, że część problemów można „obejść” dzięki nowym technologiom – automatyzacji, cyfryzacji czy wykorzystaniu sztucznej inteligencji. To jednak w dużej mierze narracja polityczna. Technologia może zwiększać efektywność, ale nie zastąpi masy, szczególnie w scenariuszu konfliktu o dużej intensywności.

Dlatego zasadniczym ograniczeniem pozostaje czas. Niemcy próbują nadrobić kilkadziesiąt lat relatywnego zaniedbania w ciągu jednej dekady. To ambitne, ale obarczone wysokim ryzykiem rozczarowania. Bo nawet przy sprzyjających warunkach efekty tej transformacji będą przychodziły stopniowo – i z dużym opóźnieniem względem politycznych oczekiwań.

Czy to się może udać? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do tego materiału. Zastanawiam się w nim również, czy niemieckie plany stanowią zagrożenie dla Polski. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nastolatki

Jak przyznaje Michael Waltz, doradca Donalda Trumpa ds. bezpieczeństwa narodowego, prezydent-elekt przygotowuje się do spotkania z putinem. Zdaniem Waltza, wygaszenie wojny nie jest możliwe bez dialogu z Kremlem. „Wszyscy wiedzą, że to musi zakończyć się dyplomatycznie”, ocenił polityk w rozmowie z telewizją ABC.

Doradca mówił też o wyzwaniach stojących przed Ukrainą. W ocenie Waltza, by powstrzymać rosyjskie natarcie i tym samym wzmocnić pozycję negocjacyjną, Kijów powinien obniżyć wiek mobilizacyjny z 25 do 18 lat. „Nie chodzi tylko o broń, amunicję i wydawanie nowych czeków. Ważne jest ustabilizowanie frontu, abyśmy zaczęli osiągać jakieś porozumienie”, mówił amerykański kongresmen.

Trudno się z nim nie zgodzić w ostatniej kwestii – stabilizacja frontu ma kluczowe znacznie. Nie dlatego, że rosjanie prą do przodu jak szaleni, a ukraińska obrona się pruje; z taką sytuacją nie mamy i nie będziemy mieli do czynienia. Rzecz w tym, że rosyjskie punktowe pełzanie po pierwsze, daje Moskwie nadzieję, że w którymś momencie uda się ruszyć z kopyta (bo Ukraińcy wreszcie pękną), po drugie, pozwala realizować ograniczone cele spec-operacji, w tym przypadku tworzy perspektywę przejęcia w ciągu kilku miesięcy kontroli nad całym obwodem donieckim. I po trzecie wreszcie, kolejne zdobycze – jakkolwiek symboliczne – dają iluzję sprawczości i siły rosji oraz jej armii. Na Kremlu kalkulują, że świat się na to nabierze i będzie naciskał na Kijów, by kończył wojną nawet na niekorzystnych dla siebie warunkach. Tak czy inaczej, sytuacja w której inicjatywa operacyjna należy do rosjan, usztywnia Moskwę. Zabetonowanie frontu na całej jego długości urealniłoby postawę i oczekiwania Kremla, co faktycznie działałoby na korzyść Ukrainy.

Ale czy droga do tego wiedzie poprzez mobilizację kilkuset tysięcy nastolatków?

—–

Nim odpowiem na to pytanie, pozwólcie na garść osobistych refleksji oraz odrobinę historii.

Stosunkowo późno zacząłem zajmować się reportażem wojennym – gdy pierwszy raz poleciałem do Iraku i Afganistanu miałem 28 lat. I już wówczas towarzyszyło mi wrażenie, że jestem starszy od większości żołnierzy, z którymi pracowałem. Dotyczyło to Polaków i Amerykanów – tych ostatnich nawet bardziej, wszak w szeregach US Army i USMC służyło sporo nastolatków, zaniżających średnią wieku. W naszej armii, jej ekspedycyjnej „nóżce”, było ich jak na lekarstwo; przeciętny „misjonarz” z WP miał wtedy 26 lat. Dekadę później, gdy kończyłem aktywną fazę swojej iracko-afgańskiej „przygody”, byłem już „dziadem” pełną gębą, jeżdżąc na patrole z ludźmi, spośród których część mogłaby być moimi synami.

„Ukraina” początkowo wpisywała się w ten schemat – dla wielu żołnierzy byłem „starszym panem”, choć z drugiej strony, to właśnie w Donbasie w 2015 roku po raz pierwszy zetknąłem się z równolatkami, którzy służyli jako szeregowi żołnierze, nie oficerowie. W kolejnym roku „dziadki” w szeregach ZSU były już normą – młodsi przestali garnąć się do wojska, zapał dla walki o wschodnie rubieże gasł. Jednocześnie Kijów utrzymywał przymusowy pobór, ale wojenkomaty przymykały oko na coraz popularniejszy proceder, w ramach którego do odbycia służby w Donbasie w miejsce synów stawiali się 40-paroletni ojcowie.

„Pełnoskalówka” znów wypełniła koszary młodzieżą z ochotniczego zaciągu, lecz dziś – pod koniec trzeciego roku wojny – nie ma już śladu po tym wzmożeniu. 20-30-latkowie w armii służą, stanowią jej niebagatelną część. Sporo jest też dzieciaków-ochotników, ale to nie zmienia faktu, że obecnie przeciętny żołnierz ZSU liczy sobie 43 lata.

—–

Zostawmy Ukrainę i współczesność.

„Miałem 16 lat, gdy ojciec pozwolił mi iść”, „Właśnie skończyłem 17 lat…”, „Miałem 16 lat…”, wspominają weterani brytyjskiej armii, którym dane było walczyć w I wojnie światowej. Ich relacje zebrane przez Imperial War Museums zostały użyte w doskonałym dokumencie Petera Jacksona pt.: „I młodzi pozostaną” (ang. tytuł: „They shall not grow old”). Słyszmy je w zwiastunie filmu, spuentowane słowami starszego kolegi z okopu (nie wiem, czy to oryginalne głosy z archiwum historii mówionej czy kwestie odczytywane przez aktorów): „Kiedy przyszli, byli przerażonymi dziećmi. A mieli z nich być żołnierze”. Trudno o bardziej poruszające wyznanie, mnie szarpie ono niezmiennie, choć film Jacksona ma już kilka lat.

Historia kolejnej wielkiej wojny również pełna jest przykładów walczących „dzieciaków” – dość wspomnieć harcerskie oddziały biorące udział w Postaniu Warszawskim. Czy mniej znaną w Polsce anglosaską percepcję pierwszej fazy operacji „Overlord”; znamienne są tu pełne troski wspomnienia Winstona Churchilla o „kwiecie młodzieży”, rzuconym na normandzkie plaże. I owszem, wielu żołnierzy Szarych Szeregów miało 18-19 lat (a nie brakowało młodszych), wielu amerykańskich chłopców, którzy polegli na Omaha, ledwie skończyło dwudziestkę. Wspomniani wcześniej młodziutcy żołnierze armii brytyjskiej przeżyli okopową rzeź i dorośli, gdy wielu ich rówieśnikom zabrakło tego szczęścia (łączne straty Brytyjczyków podczas I wojny to niemal milion ludzi). Te fakty mogą nas utwierdzać w przekonaniu, że udział nastolatków w dużych wojnach to norma. Udział tak, bywa, że i liczny, co nie zmienia faktu, że przeciętny wiek żołnierza pozostaje „nienastolatkowy”. Na jednego brytyjskiego dzieciaka, który trafił do Francji po 1914 roku, przypadało dwóch starszych kolegów liczących sobie co najmniej 39 lat (czyli formalnie, w czasach pokoju, będących w wieku, który zwalniał ze służby wojskowej za granicą). Stąd brała się średnia wieku poddanych korony walczących z Niemcami, wynosząca 26 lat.

26 lat – tyle miał przeciętny Amerykanin posłany na wojnę w Europie czy na Pacyfiku w latach 1941-45.

Trzy czwarte niemieckich strat osobowych z czasów II wojny światowej to mężczyźni w wieku 20-45 lat.

—–

Iluzja masowego udziału nastolatków w wojnie to jedno, inna kwestia, na którą warto zwrócić uwagę, to zmiany kulturowe, do jakich doszło na przestrzeni ostatnich stu lat. Bez wchodzenia w zbędne szczegóły, próg wejścia w dorosłość znacznie się podniósł. Ów proces – jako pochodna m.in. zamożności, technologicznej i organizacyjnej wydajności (a więc także jakości medycyny), humanistycznego namysłu zależnego od zakresu wolności osobistej jednostki, oraz wielu innych zmiennych – nie postępował równomiernie. Pozostając na gruncie koniecznych uogólnień – zachód Europy dał swoim dzieciakom dłuższą młodość szybciej niż wschód. Tym niemniej podstawy dla zmian pozostały takie same: żyjąc dłużej i lepiej, wydłużamy nie tylko starość, ale i okres „przygotowania do życia”. Dotyczy to zarówno bogatej Holandii, jak i biednej Ukrainy. I nie chodzi tylko o „jakąś tam filozofię”, ale o całe instytucjonalne instrumentarium – mój pradziad skończył cztery klasy szkoły powszechnej i „stał się” dorosłym, ja w pełni uczyniłem to dopiero po studiach.

Niektórzy się na to zżymają, drwią z kruchości młodzieży, tylko po co? „Kijem Wisły nie zawrócisz”, głosi popularne powiedzenie. Wydłużona młodość to obiektywna rzeczywistość, ba, fakt, iż nastała, bardziej winien nas cieszyć niż martwić, wszak mówimy o efekcie wzrastającego komfortu życia. Chłopak u progu dorosłości może być doskonałym żołnierzem – sporo ochotników to potwierdza, sam poznałem kilku takich wojskowych w Iraku, Afganistanie i w Ukrainie. Ale mnóstwo badań młodzieży – prowadzonych w wielu krajach, także w Ukrainie – nie pozostawia wątpliwości, że współczesny 18-latek nie jest tak dojrzały, jak jego odpowiednik sprzed 50 czy 100 laty. Nie ma w sobie tyle hardości, hartu, takiej odpowiedzialności. Nie ma, bo mieć nie musi, choć oczywiście na składowe kondycji wpływają też negatywne czynniki, jak choćby epidemie coraz to nowych uzależnień.

—–

No dobrze, to po co tam, gdzie zachowany jest pobór, „w kamasze” idą 18-19-latkowie? – mógłby spytać ktoś. Nie po to, by wysyłać ich na wojnę – odpowiem nieco prowokująco. W najświeższej historii konfliktów zbrojnych tylko jeden kraj zdecydował się masowo ekspediować „dzieciaki” na front. Działo się to podczas wojny w Wietnamie – w USA obowiązywał wówczas przymusowy pobór i to w oparciu o ten mechanizm dokonywała się wymiana personelu w Indochinach. „Wsad” dla kolejnych rotacji stanowiły kolejne roczniki 19-letnich Amerykanów, którzy trafiali „na teatr” po kilkunastotygodniowym szkoleniu. W praktyce oznaczało to rzucanie do walki oddziałów w większości składających się z niedoświadczonych poborowych – i tak rok do roku, przez większość interwencji. Jak to się dla Ameryki skończyło, dobrze wiemy.

Skądinąd podobny błąd popełnili w Afganistanie sowieci, ale skala ich zaangażowania ustępowała tej amerykańskiej w Wietnamie. Doświadczenie wojny nie było zatem tak powszechne dla kolejnych roczników sowieckich poborowych, po prawdzie zaś, pozostawało marginalne – stąd podkreślenie wyjątkowości działań USA w Indochinach.

Idźmy dalej – o sile armii izraelskiej nie stanowią aktualnie służący 18-19-latkowie z poboru. Potencjał i renomę tej formacji budują rezerwiści – 20-30-40-latkowie (obu płci), którzy odsłużyli „zetkę”, a później przechodzili cykliczne szkolenia odświeżające i zgrywające.

Do czego zmierzam? Ano do stwierdzenia, że pobór „późnych” nastolatków to rozwiązanie na czas pokoju. Wpisujące się w instytucjonalny porządek społeczeństw (post)industrialnych. Gdyby wojsko chciało „pochwycić” rekruta w jego szczytowej fizycznej formie, pobór dotyczyłby 25-latków. Ale we wspomnianym porządku to o kilka lat za późno. Nastolatek kończy „bazową” edukację, a jeszcze nie zaczyna pracy – to właściwy moment, by oddał państwu należną posługę. 18-19-letni rekrut nie ma żadnych zobowiązań – wobec rodziny (zwykle jest bezdzietny, bez stałego związku) czy pracodawcy – a zarazem jest już na tyle fizycznie i psychicznie dojrzały, by ponieść trudy służby i nauczyć się podstawowych żołnierskich kompetencji.

Ważne, żeby później miał sposobność je odświeżać i rozwijać.

Ważne, żeby w razie wybuchu wojny, pobór zastąpić mobilizacją – również przymusem, ale obejmującym równolegle, w tym samym czasie, kilkanaście czy kilkadziesiąt roczników byłych i obecnych poborowych.

To rozłożenie wysiłku ważne jest także z innego powodu – czysto demograficznego. 20-30-40-latkowie zazwyczaj mają rodziny i dzieci. Ich wkład w reprodukcję – a więc także w przetrwanie danej wspólnoty – już się dokonał, „późni” nastolatkowie wybory i decyzje w tym zakresie najczęściej mają przed sobą. Jest zatem w interesie przywódców – zwłaszcza stojących na czele krajów na wojnie – zadbanie, by ten rezerwuar demograficzny zachować w jak najliczniejszej postaci i jak najlepszej kondycji.

To podstawowa przesłanka, jaką kierują się władze Ukrainy po 2022 roku. To „walka o przyszłość po wojnie” stoi za decyzjami o ustaleniu względnie wysokiego, dolnego progu mobilizacji. Dziś wyznacza go 25. rok życia, jeszcze niedawno mobilizacja dotyczyła mężczyzn od 27. roku życia wzwyż.

—–

No ale Ukraina nie radzi sobie z uzupełnianiem strat i odbudową potencjału armii – słychać zewsząd takie opinie. A gdyby rzeczywiście ludzi brakowało, sięganie po młodzież byłoby uzasadnionym działaniem.

Zgoda, tyle że deficyt siły żywej w wielu jednostkach na froncie nie jest problemem wynikłym z braku rekruta na zapleczu. Armia ukraińska liczy dziś ponad 900 tys. żołnierzy, we wszystkich formacjach mundurowych służy ponad 1,3 mln ludzi. Kontyngent rosyjski w Ukrainie to 600 tys. żołnierzy, łącznie w konflikt zaangażowanych jest 800 tys. rosjan. Mówiąc wprost, Kijów nie potrzebuje kolejnych rzesz mundurowych, ale bardziej efektywnego sposobu wykorzystania tych żołnierzy, których już zmobilizowano.

ZSU nie staną się silniejsze od powołania nowych brygad-wydmuszek, mających tylko ludzi i niewiele sprzętu. Nie służą im źle zorganizowane rotacje frontowych oddziałów i generalnie obniżająca się jakość dowodzenia. Nie robią dobrze sowieckie nawyki części oficerów, skutkujące praktyką „mięsnych szturmów” czy organizowane coraz częściej na „odwal się” szkolenie nowowcielonych. Najważniejszym wyzwaniem, przed jakim stoi Ukraina u progu 2025 roku, jest reorganizacja systemu dowodzenia i logistyki, nie zaś powoływanie kolejnych młodszych roczników.

Ale załóżmy, że Kijów ugnie się przed żądaniem trumpistów. Na dziś Ukraina ma 100 tys. zdolnych do służby 18-latków. Jak wylicza Ołeksander Kowalenko, ukraiński analityk militarny, z takiej masy ludzi udałoby się sformować 125 batalionów. By ten wysiłek „miał ręce i nogi”, żołnierzom należałoby zapewnić… 1,4 tys. czołgów, ponad cztery tysiące wozów bojowych i półtora tysiąca sztuk artylerii. Skąd wziąć tyle sprzętu?

Dla porządku dodam – do tej pory USA zdecydowały się przekazać Ukrainie 31 czołgów.

A „gołe” bataliony, rzucone do strefy walk, wyginęłyby w 3-4 miesiące. I raczej nie byłby to sposób na stabilizację frontu. Na demograficzną katastrofę już owszem…

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Tomaszowi Krajewskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu i Monice Rani. A także: Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Adamowi Cybowiczowi, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Bognie Gałek, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Piotrowi Rucińskiemu, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie i Grzegorzowi Dąbrowskiemu.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Wiktorowi Łanosze i Bernardowi  Afeltowiczowi (za „wiadra” kawy) oraz Czytelnikowi o nicku Rav.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

Osoby zainteresowane nabyciem mojej ostatniej pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Nz. szkolenie nowych rekrutów/fot. SzG ZSU

Rezerwy

Wiosną 2014 roku armia ukraińska okazała się strukturalnie niewydolna. Wraz z początkiem „operacji antyterrorystycznej” (ATO) do walki nadawało się tylko sto z ponad siedmiuset ukraińskich czołgów, jakoby pozostających w linii. A z dwóch i pół tysiąca maszyn zapasu mobilizacyjnego miażdżąca większość (80-90 proc.) niszczała pod chmurką, wcześniej ogołocona z co cenniejszego osprzętu, sprzedanego za granicę. Żołnierze nie mieli nowoczesnych hełmów i kamizelek, często wręcz brakowało dla nich butów czy innego podstawowego ekwipunku.

Wojsko potrzebowało aż sześciu tygodni, by zebrać minimalne siły – dopiero na początku maja podjęto pierwszą siłową próbę odzyskania Słowiańska, na dobre ATO ruszyła pod koniec tego miesiąca. „W połowie marca po drogach Donbasu zaczęły jeździć pierwsze powolne, smutne kolumny wojskowego sprzętu. Ukraińska armia ściągała siły do obrony wschodnich granic przed rosyjską agresją. Widok przestarzałych, zaniedbanych czołgów i ciężarówek wyprodukowanych w czasach ZSRR rzucał niewesołe światło na stan sił zbrojnych oraz ich zdolność do prowadzenia działań militarnych. Państwo było zdegradowane korupcją i nieefektywnym zarządzaniem, a stan armii odpowiadał ogólnej sytuacji gospodarczej kraju”, piszą Denys Kazanski i Maryna Worotyncewa, autorzy książki pt. „Jak Ukraina traciła Donbas”. Polecam jej lekturę wszystkim, którzy chcieliby zrozumieć przyczyny i przebieg wydarzeń skutkujących powstaniem tzw. ludowych republik.

Do książki wrócę przy innej okazji, a teraz skupmy się na wyjściowej diagnozie: Ukraina, zwłaszcza w czasach Wiktora Janukowycza, była para-państwem. Strukturą, która zdawała się istnieć tylko po to, by grupy oligarchiczne mogły czerpać z jej zasobów. A taka organizacja, choć dysponująca wszelkimi cechami normalnej państwowości, nie potrzebowała silnej armii. Ba, w interesie wszystkich uczestników polityczno-biznesowej gry było osłabianie wojska – bo a nuż któryś z oligarchów mógłby z jego pomocą zdobyć przewagę.

W takich okolicznościach na arenę zmagań z separatystami i armią rosyjską wkroczyły jednostki ochotnicze. Formowane naprędce, na fali patriotycznego wzmożenia, finansowane z publicznych zbiórek i kieszeni bogatych biznesmenów. Ci ostatni dostrzegli bowiem w batalionach jedyny efektywny sposób na zachowanie porządku w rejonach, gdzie prowadzili swoje interesy. Przykładem takich kalkulacji i działań może być Ihor Kołomojski, który żelazną ręką – przy pomocy „dobrowolców” – popędził zwolenników separacji z Dniepropietrowska, zanim miasto na dobre ogarnęła rebelia. Formalnym przypieczętowaniem tych starań była funkcja gubernatora obwodu dniepropietrowskiego, jaką Kijów powierzył „królowi sektora bankowego” (który ostatecznie trafił do pudła, ale to już zupełnie inna historia).

Na prawdziwym froncie formacje ochotnicze nie radziły już sobie tak dobrze. Brutalna lekcja kotła iłłowajśkiego, gdzie doszło do konfrontacji z regularnymi oddziałami armii rosyjskiej, obnażyła słabości „dobrowolców” – przede wszystkim słabe wyszkolenie i wyposażenie. Z czasem jednak oddziały ochotników okrzepły i nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że ograniczenie terytorialnej ekspansji rewolty to w dużej mierze ich zasługa. Innymi słowy, mogło być gorzej, ale mogło też być lepiej – gdyby wysiłek obronny państwa w kluczowym momencie mogła podjąć silna armia, a nie pospolite ruszenie. Wtedy sukcesem nie byłoby zahamowanie, a zdławienie prorosyjskiej rebelii.

—–

Zostawmy Ukrainę i przenieśmy się w alternatywną przyszłość – do rzeczywistości wykreowanej przez twórców filmu „Ludzkie dzieci” (tytuł oryginalny Children of Men; obraz miał premierę w 2006 roku, dziś można go obejrzeć na platformach streamingowych).

Jego akcja rozgrywa się w 2027 roku, w dystopicznych realiach, w których ludzie (z niewiadomych przyczyn) stracili zdolność prokreacji. Od 18 lat nie urodziło się ani jedno dziecko, a świat ogarnięty jest chaosem. Wielka Brytania pozostaje jednym z niewielu krajów, gdzie wciąż funkcjonuje rząd, ale i ją targają rozruchy i rebelie. Wojsko brutalnie pacyfikuje wszelkiej maści buntowników – częścią filmu jest kilkunastominutowa sekwencja ataku na budynek zajęty przez domniemanych terrorystów. To skądinąd doskonała batalistyka, ale ja nie o tym.

W szturmowanym obiekcie znajdują się główni bohaterowie, wśród nich młodziutka Kee, która okazuje się świeżo upieczoną matką. Gdy sekret wychodzi na jaw, widok noworodka działa niczym czarodziejska różdżka – ludzie przestają się zabijać. Kee z maluchem przy piersi mija zszokowanych wojskowych, wydostając się ze śmiertelnej pułapki. W tym czasie widzowie przyglądają się twarzom żołnierzy. Scenarzyści doskonale zadbali o szczegóły uniwersum „Ludzkich dzieci”, w bezpłodnym świecie mamy więc armię podstarzałych mundurowych. Mężczyzn w istotnej większości u kresu swoich najwyższych fizycznych możliwości. Uzbrojonych po zęby w nowoczesny sprzęt, a i tak tworzących armię bez przyszłości, wszak pozbawioną dopływu „świeżej krwi”.

—–

A teraz do rzeczy. Koncept armii bez przyszłości – w „Ludzkich dzieciach” stanowiący dopełnienie i logiczny skutek ponurego klimatu niechybnego końca – nie jest li tylko filmowym wymysłem. Dość przyjrzeć się Wojsku Polskiemu. Jak wynika z analiz Fundacji AD ARMA, WP (podobnie jak inne europejskie armie), dramatycznie się starzeje. Polski rekrut ma już średnio 30 lat, mediana żołnierza w służbie czynnej to prawie 40 lat, a rezerwisty 50! 15 lat temu przeszliśmy na model niedużej, zawodowej armii i zawiesiliśmy zasadniczą służbę wojskową (ZSW). To oznacza, że najmłodsi absolwenci „zetki” mają dziś 36 lat i wedle klasycznych wojskowych kryteriów przekroczyli graniczny wiek (35 r.ż.) przydatności jako rezerwiści. A musimy pamiętać, że w ostatnich latach funkcjonowania ZSW „w kamasze” szedł niewielki odsetek męskiej populacji, że masowe szkolenia ustały w latach 90. Stąd bierze się ów średni wiek rezerwisty, stąd wreszcie estymacja, z której wynika, że w razie mobilizacji po 2030 roku zabraknie rezerw osobowych na potrzeby sił zbrojnych RP.

Wydajemy wielkie pieniądze na modernizacje, kupujemy masę nowoczesnego sprzętu, a wciąż nie dbamy o podstawowy parametr – o rozbudowę rezerw. Naprawdę nie ma większego znaczenia, czy WP czasu pokoju będzie liczyć 200 czy 300 tys. żołnierzy – istotniejsze jest to, czy w razie wojny będziemy w stanie w ciągu kilku tygodni wystawić 600-700-tysięczną armię. Nie tylko odpowiednio wyposażoną, ale i wyszkoloną. Raz jeszcze to podkreślę – wyszkoloną; taką, której żołnierze powołani z rezerwy nie będą musieli uczyć się rzemiosła od podstaw, a wystarczy im kilkudniowe wdrożenie. Nie da się tego zrobić bez powrotu do poboru i obowiązkowej „zetki”. I oczywiście, nie mówię o symulowanym szkoleniu, a o solidnie wykonanej robocie. Potrafimy „w te klocki” – kilka tygodni temu czytałem opracowanie z West Point, którego autorzy zachwycali się nad metodami i efektami szkolenia, jakie ukraińscy żołnierze przechodzą w polskich ośrodkach po 2022 roku.

A propos Ukraińców – choć przykład „dobrowolców” z początkowej fazy konfliktu na Wschodzie niesie pozytywny przekaz, jest też ostrzeżeniem. Zdolności obronne państwa nie mogą opierać się o inicjatywy obywateli. O przekonanie, że „jakoś to będzie”, że i Polacy w razie potrzeby masowo włożą mundury. Patriotyczne wzmożenie to klucz do sukcesu mobilizacji, ale kluczem do zwycięstwa na polu bitwy są kompetencje – tak całej armii, jak i pojedynczego żołnierza. O które trzeba zadbać w czasie pokoju, masowo szkoląc 19-20-latków. Spójrzmy znów na Wschód – po obu stronach linii frontu mamy nadreprezentację „dziadków w mundurach”. Istnieje masa uprawnionych wyjaśnień klinczu, w jakim znajdują się obie armie – przeciętny wiek żołnierzy i związane z nim fizyczne ograniczenia to jedna z najważniejszych przyczyn.

—–

Dziękuję za lekturę i udostępnienia! Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, piszę w istotnej mierze dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Tomaszowi Krajewskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu i Monice Rani. A także: Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Adamowi Cybowiczowi, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Bognie Gałek, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Piotrowi Rucińskiemu, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie i Grzegorzowi Dąbrowskiemu.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Piotrowi Klasińskiemu, Michałowi Baszyńskiemu oraz Czytelnikowi o nicku Krzychoo.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

Osoby, które chciałby nabyć najnowszą pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilka innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu. Polecam się w perspektywie świąt i podchoinkowych prezentów!

Nz. Screen z „Ludzkich dzieci”.

„Niezdolni”

Wczorajszy post poświęcony percepcji strat ponoszonych w Ukrainie – w którym stwierdzam, że rosjanie nadzwyczaj wstrzemięźliwie reagują na rzeź własnej armii – wymaga uzupełnienia. I niestety nie są to dobre wiadomości.

Najpierw, tytułem wprowadzenia, zacytuję Iwana Krastewa. W lipcu 2022 roku ów znakomity politolog udzielił wywiadu „Newsweekowi”. Zapytany o intencje putina, odparł: „(…) on nie jest zainteresowany terytorium, tylko ludnością. Ma obsesję demograficzną. (…) Jest przekonany, że dla przetrwania w nowym świecie rosja potrzebuje mężczyzn i kobiet Ukrainy. Bo dla niego Ukraińcy są rosjanami. Unifikacja historycznej rosji z Ukrainą i Białorusią to jego obsesja numer jeden”.

Podzielam ów pogląd z zastrzeżeniem, że nie chodzi o obsesja samego putina. Wchłonięcie Ukrainy i wynarodowienie jej ludności to dla wielu rosyjskich decydentów i przedstawicieli elit „ostatnia deska ratunku”. W przeciwnym razie rosji grozi rewolucja kulturowa, związana ze spadkiem liczby etnicznie rosyjskiej i prawosławnej ludności na rzecz muzułmanów z Kaukazu i Azji Centralnej.

A więc to również z tego powodu zaczęła się pełnoskalowa wojna. 2014 rok rozochocił rosjan – zapragnęli raz jeszcze sięgnąć do atrakcyjnego ukraińskiego i słowiańskiego rezerwuaru ludnościowego. Wówczas, po aneksji Krymu, populacja rosji wzrosła o dwa miliony osób, w większości o „pożądanych cechach kulturowych”. Rosyjskojęzyczność Ukraińców ze wschodnich obwodów i bliskość kulturowa z całą resztą dawały nadzieję na kolejny bezproblemowy zastrzyk „sił witalnych”.

„Z deszczu pod rynnę”, rosja bowiem wpakowała się w jeszcze większe kłopoty demograficzne. Paradoksalnie może to być jednym z powodów wciąż obserwowanej determinacji Kremla. W takim ujęciu skala ubytków podbija stawkę – rosyjskie elity mogą czuć się jeszcze bardziej skazane na konieczność pozyskania ukraińskiego „wsadu”, bo tylko w taki sposób można szybko powetować koszmarne wojenne straty. A taka refleksja wyklucza scenariusz rychłego zakończenia konfliktu – to pierwsza zła wiadomość.

—–

Druga dotyczy możliwości mobilizacyjnych Ukrainy. Jeszcze kilka tygodni temu sądziłem, że władzom w Kijowie zabraknie zasobów do odtwarzania armii dopiero za kilka lat. Optymizm brał się z wyników przeprowadzonej niedawno obowiązkowej rejestracji rekrutów – ujawniła ona, że w kraju żyje ponad 3 mln mężczyzn w wieku poborowym, dotąd nieobjętych mobilizacją. Przy obecnej intensywności działań zbrojnych taki zasób wystarczyłby na trzy do pięciu lat, bez sięgania po drastyczny środek w postaci powoływania większej liczby kobiet oraz dzieci i starców.

Niestety coraz częściej mówi się, że z tych trzech milionów tylko niewielka część nadaje się do noszenia broni. Takie głosy płyną z ukraińskiej armii, na razie nieoficjalnie. MON je dementuje, ale zakres realizacji planu mobilizacyjnego – w wielu obwodach nieprzekraczający 20 proc., choć winien być 2-3 razy większy – zdaje się potwierdzać te opinie. Prawdopodobnie sprawnych i zdrowych mężczyzn jest w Ukrainie więcej, ale na skutek praktyk korupcyjnych liczba „niezdolnych do służby” znacząco się multiplikuje. Wzywani do komend uzupełnień poborowi masowo przedstawiają zaświadczenia, z których wynika, że cierpią na choroby uniemożliwiające służbę: gruźlicę, HIV czy wirusowe zapalenie wątroby.

Stan zdrowia da się zweryfikować, ale to wymaga czasu i mnoży koszty. No i nie rozwiązuje kwestii motywacji, wszak w ostatecznym rozrachunku i tak nie ma większego znaczenia, z jakich powodów rekrutów zabraknie – czy rzeczywiście ich nie będzie czy „tylko” nie będą chcieli walczyć. W obu przypadkach oznacza to klęskę ukraińskiej operacji obronnej.

Szczęściem w nieszczęściu, rosjanie też się zużywają. Cytowane wczoraj doniesienia „Wiorstki” o drastycznym skoku przeciętnego wieku poborowych dają nadzieję. Wszak mężczyznami w mocno średnim i starczym wieku wojny wygrać się nie da…

—–

Na dziś to tyle. Jako się rzekło, mało optymistycznie, ale przecież nie za robienie ściemy zyskuję Wasze zainteresowanie. Ufam, że i tym razem docenicie intelektualną uczciwość – piszę w istotnej mierze dzięki Wam, Waszym subskrypcjom i „kawom”. Potrzebuję ich dla dalszego funkcjonowania raportu, stąd prośba o wsparcie. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, „Międzyrzecze. Cena przetrwania” i „(Dez)informacji” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Szkolenie ukraińskich rekrutów, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

(Nie)sprawiedliwość

„A na wojnie świszczą kule, Lud się wali jako snopy, / A najdzielniej biją króle, / A najgęściej giną chłopy”, pisała przed laty Maria Konopnicka. Było, minęło? Niekoniecznie – wojny nadal w istotnej mierze prowadzone są rękoma najbiedniejszych warstw społecznych. Prawidłowość ta dotyczy również zmagań rosyjsko-ukraińskich. Strategie rekrutacyjne armii putina wymagają oddzielnego tekstu, ten chciałbym poświęcić cechom i skutkom ukraińskiego modelu mobilizacji.

Pełnoskalowa inwazja sprawiła, że siły zbrojne Ukrainy zwiększyły się niemal trzykrotnie – do 700 tys. ludzi. Choć szybko ogłoszono mobilizację, w pierwszych miesiącach wojny gros jej uczestników stanowili ochotnicy. Obywatelsko-patriotyczne wzmożenie objęło przedstawicieli wszystkich grup społecznych, była to więc armia na wskroś demokratyczna. Profesor stał w okopie z robotnikiem, przedstawiciel małego biznesu walczył ramię w ramię z rolnikiem.

Tyle że front dla obu stron okazał się „młynem”, pochłaniającym dziesiątki tysięcy ofiar miesięcznie.

Ochotnicy z pierwszego zaciągu ginęli, zostawali ranni, piekło wojny skutecznie zniechęcało więc kolejnych. W efekcie wraz z początkiem drugiego roku konfliktu wojsko ukraińskie odtwarzało stany osobowe już głównie poprzez przymusowy pobór.

Władze przyjęły założenie, że będą oszczędzać „najcenniejszy zasób demograficzny”, czyli młodzież. Z mobilizacji wykluczono zatem mężczyzn do 27. roku życia. Z tego powodu w okopach zaroiło się od 40- i 50-latków, którzy w normalnych warunkach uznawani są za osoby w sile wieku, jednak na wojnie to już „dziadkowie”.

Zmobilizowanie ich było łatwiejsze również ze względów formalnych, te roczniki bowiem widniały jeszcze w wojskowych kartotekach. Ewidencję rezerwistów zaniedbano, jak wiele innych powinności państwa ukraińskiego, w połowie lat dziewięćdziesiątych. Po 2014 roku zaczęto robić z tym porządek, co najszybciej szło w małych i średnich miejscowościach. To dlatego ich mieszkańcy stanowią dziś nadreprezentację w szeregach armii. Z kolei pośród wielkomiejskich rekrutów najwięcej jest pracowników dużych przedsiębiorstw i fabryk – zewidencjonowani przez pracodawców, zgromadzeni w dużej liczbie w jednym miejscu, stanowili idealny „cel” dla przedstawicieli „wojenkomitetów”.

Dodajmy do tego endemiczną ukraińską korupcję, która skaziła również proces rekrutacyjny. Z poboru można było się wykupić. Łapówki, w zależności od wielkości miejscowości, wahały się od kilku do kilkunastu tysięcy dolarów. Dla wielu była to cena zaporowa.

Organizacyjne i kryminalne uwarunkowania sprawiły, że armia ukraińska straciła dużo ze swej obywatelskości i demokratyczności. Koszty wojny – te najwyższe, związane ze śmiercią i ranami – w sposób nieproporcjonalny obciążyły biedną prowincję i najuboższe środowiska wielkomiejskie. Z identyczną sytuacją mamy do czynienia w rosji, tyle że tam nadal nie przekłada się to na społeczne niezadowolenie.

Tymczasem Ukraińcy coraz głośniej domagają się sprawiedliwego podziału kosztów wojny (…).

Jak? O tym przeczytacie w moim felietonie dla „Polski Zbrojnej” – oto link do całości artykułu.

Nz. Ukraiński żołnierz. „Dziadki” pojawiły się w okopach już podczas wcześniejszej fazy wojny – zmagań w Donbasie – tyle że wówczas nie było to aż tak masowe zjawisko. To zdjęcie zrobiłem wiosną 2016 roku na froncie pod Mariupolem/fot. własne

PS. Przypominam o nowej funkcjonalności mojego profilu na Patronite – chyba ciekawej. Pojawił się mianowicie sklep, a w nim „Alfabet…” w specjalnej edycji z autografem.

A gdybyście chcieli posłuchać, co mówiłem w audycji „Studnio wschodnie” Radia Lublin, zapraszam pod wskazany link.