Dom

Według danych ONZ z końca lata b.r., na świecie było 6,3 mln ukraińskich uchodźców. Najwięcej – 4,1 mln – przebywało w krajach Unii Europejskiej, połowa z tej grupy w Niemczech i Polsce (kolejno 1,15 ml i 970 tys.). W rosji znalazło się mniej niż pół miliona uchodźców.

Dodatkowo ponad 5 mln osób miało status uchodźców wewnętrznych, czyli nadal przebywających na terenie Ukrainy, ale z dala od swoich domów.

W sumie po 24 lutego 2022 roku miejsca stałego pobytu opuściło 16 mln Ukraińców, czyli ponad 40 proc. przedwojennej populacji Ukrainy (nie licząc mieszkańców terenów okupowanych po 2014 roku).

Od tego czasu do domów wróciło 4,8 mln osób, spośród nich 1,1 mln z zagranicy.

Taka jest skala dramatu, jaki rosja zafundowała Ukrainie.

Wojna trwa, więc Polaków mogą dziwić decyzje Ukraińców o powrocie do ojczyzny i w rodzinne strony. Skąd ta potrzeba? – zastanawiamy się.

– Uwielbiam słońce, a u was często padało – mówi Ola, którą spotkałem w Myrosznikiwce, wiosce położonej nieopodal wyzwolonego jesienią zeszłego roku Chersonia. – Żartuję – kobieta uśmiecha się serdecznie. – Prawda jest taka, że tęskniłam za mamą i nie potrafiłam przestać się o nią martwić.

Ola spędziła w Polsce rok, wróciła, gdy pognano rosjan za Dniepr. Cztery jej siostry nadal przebywają zagranicą.

– Jest ciężko, bo nie ma pracy – przyznaje. – Okupanci zniszczyli fabrykę nakrętek, ukradli całe wyposażenie kurzej fermy, w której pracowało kilkaset osób z okolicy. Mama wyjeżdżać nie chce, nie ma sił na tułaczkę, więc na pewno zostanę tak długo, jak będę jej potrzebna.

– Chciałbyś wrócić do Polski?

– Dobrze mi u was było, ale dom to dom. Cały czas mam nadzieję, że życie wróci do normy, że wojna się skończy, a ja nie będę musiała wyjeżdżać.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Moja rozmówczyni. W tle inni mieszkańcy wioski. Zdjęcie wykonałem podczas dystrybucji „humanitarki” (pakietów z chemią gospodarczą), które na miejsce dostarczyło Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM). 12 mln mieszkańców Ukrainy, brutalnie zubożonych przez wojnę, potrzebuje dziś regularnego wsparcia. Ot, ruski mir w praktyce…/fot. własne

Papryczki

Aleksandra uciekła z Cyrkun zaraz na początku rosyjskiej okupacji. Dotarła do Połtawy, tam, u rodziny, spędziła trzy miesiące. W domu został mąż; nie chciał uciekać, porzucać domostwa na pastwę żołdaków putina i szabrowników.

Okupanci opuścili podcharkowską wieś 25 maja 2022 roku, dwa dni później Aleksandra wróciła do Cyrkunów.

– Połowa chałup leżała w gruzach – wspomina. – Ale nasz dom ocalał, nawet nie był draśnięty, a i mężowi nic się nie stało. Bałam się, na ile starczy nam tego szczęścia, bo rosjanie cały czas wioskę ostrzeliwali.

29 lipca ub.r. rakieta upadła w pobliżu domu Aleksandry. Konstrukcja budynku nie ucierpiała, ale dach został solidnie poszatkowany gradem odłamków.

– To nic – myślałam sobie. – Grunt, żeby się chłopcom złe nie przytrafiło. My jakoś sobie damy radę.

Dwaj synowie Oli służą w wojsku; każdy z nich był już, i zapewne jeszcze będzie, na pierwszej linii walk. Czasem zadzwonią, czasem coś napiszą i choć nigdy się nie skarżą, Aleksandra swoje wie.

– Chłopcom na pewno jest trudniej niż nam tu – kobieta na moment przymyka oczy.

W oddali słychać wybuch, potem kolejny; rosyjska artyleria nie próżnuje.

– Kiedy wreszcie dadzą nam spokój? – Ola kręci głową.

Ale zaraz uśmiecha się serdecznie.

– Dobrze że jesteście – ściska moje ramię. „Wy” to Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM), fundacja, z którą współpracuję, która w pocharkowskich wioskach remontuje uszkodzone domostwa. Nie czuję się uprawniony, by przyjmować wyrazy wdzięczności, mówię, że to przecież ukraińscy wolontariusze wykonali fizyczną część prac, ja tylko o tym piszę, robię zdjęcia. Aleksandra macha ręką na moje wątpliwości i znika w budyneczku gospodarczym. – Weź – wręcza mi pełną reklamówkę. – Weź chociaż papryczki – tak bardzo chce się jakoś odwdzięczyć.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Moja rozmówczyni/fot. własne

„Dziedzictwo”

– Tam – Nadieja wskazuje palcem pobliski ogródek. – Tam go pochowałyśmy. Dziurę w ziemi wygrzebałyśmy, trumny nie było, więc zawinęłyśmy zwłoki w kołdrę. Dopiero po wyzwoleniu i po ekshumacji był pogrzeb jak trzeba i ciało sąsiada trafiło na cmentarz.

Worek jedzenia

Wieś Cyrkuny – położona na północ od Charkowa, nieopodal rosyjskiej granicy – wpadła w ręce najeźdźców już pierwszego dnia inwazji.

– Przez kilka tygodni zabraniali nam wychodzić z domów – wspomina Nadieja, 67-letnia emerytowana nauczycielka. – Jeśli ktoś łamał zakaz, strzelali. No i szybko zaczęli nas w domach „odwiedzać” – moja rozmówczyni uśmiecha się smutno. – Któregoś razu był silny ostrzał, strzelali nasi po rosyjskich pozycjach. Schowałam się w piwniczce, gdy ucichło, wychodzę i widzę żołnierza z dwoma workami jedzenia. Był kwiecień, wieś od dawna przejadała zapasy. Sklepy od 24 lutego nie działały, rosjanie nie dostarczali żadnych produktów. Sami nie mieli co jeść, więc zaczęli okradać mieszkańców. Ten, który do mnie przyszedł, zabrał mi ostatnie słoiki z kiszonkami. Zastąpiłam mu drogę…

– Bała się pani?

– Nie, byłam zdesperowana. Pytam łobuza, co by zrobił, gdyby do jego matki przyszedł rabuś. Nie odpowiedział, próbował mnie wyminąć. Chwyciłam za torby, chciałam je wyrwać. Puścił jedną, pchnął mnie, uniósł karabin. „Strzelaj!”, wrzasnęłam. „No już!”. Zabrakło mu odwagi. Odszedł i zostawił mi jeden worek.

A później zmarł sąsiad („chorował onkologicznie, zabił go brak leków”) i Nadieja z sąsiadką uznały, że nic ich już w Cyrkunach nie trzyma. Nauczycielka owdowiała jeszcze przed wojną, nim ta nastała, zmarł także jej syn. Sąsiadka, po śmierci męża, była równie samotna.

– Wzięłam psa, mały bagaż. Zaplotłyśmy z przyjaciółką białe wstążki na ramionach, bo tylko tak oznakowane mogłyśmy wyjść na zewnątrz. I ruszyłyśmy w drogę.

Ta wiodła przez rosję, bo na wolne terytoria Ukrainy okupanci miejscowych nie puszczali. Nadieja trafiła do Polski, stamtąd do zachodniej Ukrainy. Gdy Cyrkuny wyzwolono, wróciła do domu. Ceglany klocek – w przeciwieństwie do budynku gospodarczego trafionego z wyrzutni Grad – przetrwał. Miał, nadal ma, „jedynie” podziurawiony odłamkami dach.

„Taki ze mnie ślimak”

Halinie z pobliskich Ruskich Tiszek tyle szczęścia nie dopisało.

– Miałam dom, całe siedemdziesiąt cztery metry. Przyleciała rakieta z rosji i nie mam domu – 68-latka wzrusza ramionami.

Okupanci stali we wsi przez kilka miesięcy, potem – gdy armia ukraińska odrzuciła ich za państwową granicę – regularnie ostrzeliwali miejscowość z artylerii. Także z użyciem pocisków z białym fosforem. W Tiszkach co drugi dom leży w gruzach, nie sposób znaleźć posesji, która by nie ucierpiała. Na domiar złego wycofujący się rosjanie zaminowali rozległe obszary wsi. Miejscowi wiedzą, gdzie nie chodzić, przyjezdnych o zagrożeniu informują dwujęzyczne (ukraińsko-rosyjskie) wbite w ziemię tabliczki. Saperzy oczyścili jedynie najczęściej używane trakty i nieliczne zamieszkałe domostwa; reszta wsi musi poczekać. W podobnej sytuacji są setki wyzwolonych ukraińskich miejscowości. Szacuje się, że aż 170 tys. km kw. Ukrainy wymaga obecnie rozminowania i uprzątnięcia wojennych śmieci – to obszar odpowiadający powierzchni więcej niż połowy Polski.

– Ale po moim podwórku możecie chodzić, jest bezpiecznie – Halina, dla lepszego efektu bije laską w ziemię.

Staruszka mieszka teraz w budynku gospodarczym. Grad, który zniszczył domostwo, uszkodził też dach szopy – ale ten udało się naprawić. Wolontariusze wymienili również rachityczne okna na solidniejsze plastikowe okiennice. Dostarczyli burżujkę, zadbają o opał. – Mrozów się nie boję – Halina nie traci optymizmu.

Ani poczucia humoru – czarnego, pełnego autoironii.

– Co robiłam, gdy biła artyleria? – powtarza zadane pytanie.

Co? Tego dowiecie się z dalszej części tekstu. Opublikowałem go w portalu Interia.pl – link znajdziecie tu.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Jarosławowi Grabowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Marcinowi Pędziorowi, Sławkowi Polakowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani i Jakubowi Kojderowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Tomaszowi Szymczyszynowi, Łukaszowi Podsiadle, Zdzisławowi Żółtańskiemu i Joannie Marciniak.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Rosyjskie „dziedzictwo”…/fot. własne

Zające

– Ludzie u nas biedni, ale o swoje walczyć potrafią – przekonuje Oleh Pilipienko, wójt gminy Szewczenkowe w regionie mikołajowskim. Gdy zaczęła się rosyjska inwazja, Oleh – oficer rezerwy armii ukraińskiej – skrzyknął wokół siebie setkę sąsiadów. Chcieli jakoś włączyć się w wojenny wysiłek, zwłaszcza że rosjanie bardzo szybko pojawili się w ich okolicy. Bić się jednak nie było czym, ochotnicy postanowili zatem zbierać informacje o ruchach wojsk najeźdźcy. – Większość zgłoszeń trafiała do mnie, ja przekazywałem je armii – Pilipienko opowiada takim tonem, jakby chodziło o przetwarzanie danych do albumu krajoznawczego. Bez patosu, bez podkreślania bohaterstwa. Ot, normalna czynność wójta czasu wojny. – Ale szybko pojawiła się pokusa, by zaszkodzić moskalom na inne sposoby. Tak powstał pomysł użycia jeżyków – mężczyzna pokazuje zespawaną z trzech zaostrzonych prętów pułapkę na opony. – Sporo tego zrobiliśmy i rozrzuciliśmy – uśmiecha się szeroko.

„Druga armia świata” – za jaką chciała uchodzić ta rosyjska – jeździ na kiepskich chińskich oponach, zbyt słabych w konfrontacji z najeżonym żelastwem. Pilipienko skromnie mówi o „kilkudziesięciu” zatrzymanych rosyjskich wozach. Musiało być ich naprawdę sporo, bo najeźdźcy szybko zorientowali się, iż mają do czynienia ze zorganizowaną operacją i zaczęli polować na sabotażystów. Pilipienko wpadł w połowie marca minionego roku, po niespełna trzech tygodniach tej, jak mówi, małej partyzantki. Kolejne trzy miesiące spędził w rosyjskiej niewoli, którą opuścił po wymianie jeńców. W międzyczasie najeźdźcy zostali pokonani przez armię ukraińską i nie zapuszczali się już na tereny gminy. Oleh, wycieńczony po obozie, nie miał szansy na służbę w wojsku, wrócił więc do przedwojennej działalności.

– Żałujesz? – mam na myśli akcję z jeżykami.

– A skąd! – Oleh kręci głową. – Grunt, że napsuliśmy im krwi.

Przygotowania do zawieszenia przewodów. Wieś Szewczenkowe/fot. Marcin Ogdowski

Dziś Oleh ma zupełnie inne zmartwienia. Gmina Szewczenkowe jest jedną z trzech najbardziej zniszczonych gromad w obwodzie mikołajowskim. Sześć z dwudziestu jeden osad zamieniono w zgliszcza, w reszcie straty nie są tak dotkliwe, ale na tyle poważne, że dezorganizują normalne życie. We wsi Szewczenkowe przed wojną mieszkało 3,2 tys. osób, dziś jest ich 2 tys.

– Do końca kwietnia spodziewamy się wzrostu populacji do czterech tysięcy osób – wylicza Pilipienko. – Wracają starzy mieszkańcy, pojawiają się ludzie z innych terenów, także spoza gminy, którzy uciekają z miejscowości przyfrontowych. Tymczasem nadal mamy poważny problem z prądem i wodą – wójt wzdycha głośno.

W zasadzie to jeden i ten sam problem. Linie wysokiego i średniego napięcia doprowadzają prąd na obszar gminy, rzecz w tym, że dostępu do sieci pozbawione są lokalne wieże ciśnień. Niedziałające pompy sprawiają, że nie ma wody w gospodarstwach domowych, nie ma jej też w obiektach i urządzeniach niezbędnych do produkcji rolnej.

– Na szczęście mamy naszych elektryków – Pilipienko prowadzi na pole, gdzie grupa mężczyzn przygotowuje do ponownego zawieszenia zniszczone przez rosjan kable.

Sasza, elektryk, wskazuje jedną z „baszt”, do których należy podpiąć prąd/fot. Marcin Ogdowski

Elektrycy pracują w Szewczenkowe oraz w pobliskim Kotlarewie. Uszkodzone elementy infrastruktury naprawią do końca kwietnia. Do tego czasu ich pensje finansowane są z grantu Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM).

Brali cokolwiek wpadło im w łapy

Niszczenie, i to na dużo większą skalę, miało również miejsce w sąsiednim obwodzie chersońskim, który na wiele miesięcy znalazł się pod okupacją. Wycofujący się rosjanie – wzorem armii czerwonej i Wehrmachtu z czasów II wojny światowej – zastosowali strategię spalonej ziemi, dewastując na opuszczanych terenach mnóstwo elementów krytycznej infrastruktury, także sieci przesyłowe (i kolejowe – jak na zdjęciu).

– Babuszki opowiadały, że Niemcy byli bardziej humanitarni – Kola, elektryk, na własnej skórze doświadczył okupacji.

– Tak źle było? – dopytuję.

Mężczyzna przytakuje.

– Ale na początku nie – zastrzega. – Na swój sposób to było nawet zabawne, jak szukali banderowców – uśmiecha się. – „Chłopcy, w pętlę czasu wpadliście?”, pytam jednego z nich. „Banderowcy? Osiemdziesiąt lat po wojnie?”. Patrzył na mnie jak na wariata.

– Mógł zastrzelić…

– Wtedy jeszcze nie strzelali. To znaczy strzelali, jak popili, na wiwat. Bezpieczne to nie było, ale dało się znieść.

– Kiedy stali się najbardziej agresywni?

– Dwa tygodnie przed wyjściem zaczęli powalać słupy – Kola, członek ekipy zajmującej się odbudową sieci energetycznych w obwodzie chersońskim, wraca do sedna rozmowy. – 9 listopada ruszyła masowa kradzież samochodów. „Nie oddasz? Kula w łeb”, grozili. Brali auta cywilne, wzięli nasze służbowe wozy. Cokolwiek wpadło im w łapy, a czym dałoby się uciekać.

Z Kolą i jego kolegami spotykam się w Tomaryne, wioseczce, którą od Nowej Kachowki dzieli zaledwie osiem kilometrów, licząc razem ze wstęgą Dniepru. Jest więc osada poza zasięgiem snajperów i moździerzy, ale wciąż w promieniu rażenia rosyjskich dział. Praca z prądem ze swej natury do bezpiecznych nie należy, a ekipa Koli ma dodatkowo pod górkę, bo elektryków przywracających prąd w wyzwolonych wioskach rosjanie traktują jako pełnoprawne cele.

– To było dla nas – Kola komentuje eksplozję pocisku artyleryjskiego kilkadziesiąt metrów od wozu z wysięgnikiem. Ów wniosek wywodzi z faktu, że ostrzał kończy się na pojedynczym wystrzale. – Chcieli nas przestraszyć.

Szczęście i okrutny los

Przestraszyli? Tego dnia ukraińscy fachowcy rozpinają kilkaset metrów kabli między świeżo postawionymi słupami. Pracują w kevlarowych hełmach i kamizelkach kuloodpornych, bacznie obserwując niebo. Tak naprawdę od artylerii bardziej boją się dronów – niewielkich aparatów, pod które rosjanie podwieszają nieduże ładunki wybuchowe.

– Wpadnie ci granat do kosza podnośnika i po tobie – mówi jeden z członków ekipy.

– Polują na nas jak na zające – Kola używa bardziej obrazowych porównań. – No ale ktoś tę robotę zrobić musi, ludzie sami sobie prądu nie dostarczą.

Odbudowa ruszyła zaraz po wyzwoleniu, biorą w niej udział liczne zastępy elektromonterów.

– My finansujemy wynagrodzenia dla trzech ekip – wyjaśnia Anna Radecka z PCPM. – Dwóch w okręgu chersońskim, jednej w mikołajowskim. Te chersońskie pracują w Tomaryne, Nowoberysławiu, w Szlachowe, Łymańcu, Inchulowce i Wielkiej Ołeksandrywce. Zajmują się głównie przywracaniem linii średniego napięcia (4/10/35 kV – dop. MO), no i bieżącymi naprawami tego, co wtórnie zniszczą rosjanie.

Brygadzie Koli jak dotąd dopisuje szczęście. Zabrakło go ekipie z Mikołajewa (finansowanej przez państwowe przedsiębiorstwo energetyczne Oblenergo), która w ostatnim dniu marca wjechała na minę. Do zdarzenia doszło w pobliżu niemal kompletnie zrujnowanej wioski Posad-Pokrowskie, gdzie przez jakiś czas przebiegała linia frontu. Dostawczy UAZ – którym poruszali się elektrycy – nie miał szans w konfrontacji z miną przeciwpancerną; zginęła cała brygada. Ile jeszcze takich „zardzewiałych śmierci” przytrafi się Ukrainie?

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Marcinowi Pędziorowi, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale i Piotrowi Pszczółkowskiemu.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich ośmiu dni: Michałowi Baszyńskiemu, Tomaszowi Szewcowi i Tomaszowi Kamińskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Członek ekipy remontowej podczas prac we wsi Tomaryne/fot. Marcin Ogdowski