Realia

Poprzestanę na diagnozie, nieznacznie zagłębiając się w szczegóły. Nieznacznie, bo nie zamierzam wychodzić z roli sygnalisty na ścieżkę dostarczyciela argumentów wygodnych dla (pro)rosyjskiej narracji.

Najpierw jednak istotne zastrzeżenie – byłem, jestem i będę zwolennikiem szerokiej pomocy wojskowej dla Ukrainy. O swoich motywach pisałem po wielokroć, poprzestanę więc na wskazaniu najważniejszego w kontekście tego tekstu – wsparcie dla Kijowa to, moim zdaniem, polska racja stanu, jeśli bowiem nie zatrzymamy rosji w Ukrainie, prędzej czy później jej armia spróbuje pójść dalej. Dziś by nie zdołała, jutro pewnie też nie, ale pojutrze (stosuję rzecz jasna umowne kryteria czasowe) nie da się tego wykluczyć. Dziś chroni nas NATO, jutro też, a co będzie potem? Sojusze mają to do siebie, że ich trwałość nie jest dana raz na zawsze. Musimy zatem stworzyć sytuację, w której rosjanie „na wejście” uznają, że atak na Polskę to szaleństwo, do czego wiodą w tej chwili trzy ścieżki – własne zbrojenia, „chuchanie i dmuchanie” na więzi sojusznicze (by jednak się nie rozpadły), oraz pomoc Ukrainie, żeby jak najbardziej, jak najtrwalej pogruchotała rosyjską armię.

Wiem, że jest w tej kalkulacji sporo cynizmu i przedmiotowego podejścia do Ukraińców. Na potrzeby tego wpisu odcinam się od emocjonalnych związków z Ukrainą i pozostaję na gruncie interesów mojego kraju; ostatecznie to one są najważniejsze.

Wojsko Polskie jest obecnie – na koniec stycznia 2023 roku – niczym armia po wojnie. Konflikcie o średniej intensywności, wystarczającej jednak, by móc powiedzieć o poważnym osłabieniu. Kondycja WP to suma kilku procesów, które – chciał pech – zbiegły się w czasie: wsparcia dla Ukrainy, polityki kadrowej ministerstwa obrony, zmian kulturowych przekładających się na stosunek Polaków do armii.

Zacznę od tych ostatnich. W armii coraz mniej się służy; wojsko stało się normalnym zakładem pracy, poddanym regułom rynkowej atrakcyjności. Jeśli suma profitów „nie zgadza się” z wysiłkiem włożonym w ich pozyskanie/utrzymanie – „do widzenia”, mówi jeden z drugim, przedwcześnie zdejmując mundur. Od 1 stycznia 2022 roku do końca stycznia br. ze służby odeszło ponad 13 tys. żołnierzy (ekwiwalent dywizji!) – trzy razy więcej niż wynosi średnia za taki okres z minionych lat. MON chwali się wzrostem stanów osobowych, twierdząc, że w 2015 roku służyło zaledwie 95 tys. wojskowych, a dziś ponad 160 tys., nie wspominając, że porównuje nieporównywalne (do 160 tys. dolicza na przykład żołnierzy WOT-u). Co więcej, odchodzi najbardziej doświadczony personel, którego zastąpienie to długoletni proces. Minister Mariusz Błaszczak ochoczo szafuje argumentem, że w najbliższych miesiącach pozyskamy tysiące żołnierzy dobrowolnej zasadniczej służby wojskowej, tylko co ma taki „szwej” do wojskowego pilota z nalotem kilku tysięcy godzin i uprawnieniami instruktora?

Uziemienie wyższych rangą oficerów lotnictwa to jeden z elementów dziwacznej polityki kadrowej w WP. Do tego typowe dla całych sił zbrojnych awanse biernych, miernych, ale wiernych, w wojskach lądowych tworzenie kolejnego związku taktycznego, gdy nie skończył się jeszcze proces formowania 18. Dywizji, który i tak wydrenował kadry z innych jednostek; przykładów można by mnożyć, większość nie nadaje się na publiczną dyskusję.

Nie dość, że nie ma komu robić, to często nie ma czym. Przekazaliśmy Ukrainie większość naszych zapasów amunicji artyleryjskiej, pozbyliśmy się właściwie nowoczesnej artylerii samobieżnej. Wydaliśmy istotną część obrony przeciwlotniczej (w debacie publicznej jakoś nie odnotowano szczególnie mocno faktu, że do Polski przybyły trzy baterie Patriotów z Niemiec. Ów niemiecki rozmach to nie „gest”, a wynik oceny realnych potrzeb – w zakresie OPL jesteśmy w przysłowiowej dupie i dziś de facto bronią nas Amerykanie i Niemcy). Pozbyliśmy się ponad połowy sprawnych czołgów, których potencjał bojowy był „taki se”, lecz trzeba pamiętać, że wojsko musi się szkolić – choćby dla podtrzymania podstawowych nawyków. My tymczasem funkcjonujemy w realiach, w których przekazany sprzęt nie jest wymieniany w relacji 1:1 na nowy.

Ta wymiana nastąpi, ale będzie rozłożona w czasie. I kosztowna – bierzemy zachodni sprzęt, znacząco lepszy od (po)sowieckiego, ale ma to swoją cenę. I o ile świadomość wydatków jeszcze jakoś funkcjonuje w społecznym obiegu, niewielu zdaje sobie sprawę, w jak licznych obszarach delegowaliśmy obowiązki obronne państwa na sojuszników. To stan na kilka lat, który – z uwzględnieniem wymogu niejawności pewnych spraw – musi być przedmiotem publicznej dyskusji. W jej ramach władze winny zapewnić Polaków, że nic im nie grozi. Nie sloganami, że mamy wojsko „silne, zwarte i gotowe” – bo to kłamstwo – a podkreślaniem wagi, trwałości i skali sojuszniczego wsparcia. Inaczej otworzy się pole dla grającej na egzystencjalnych lękach Polaków prorosyjskiej narracji. Zwłaszcza tej zakamuflowanej, nie wspierającej rosji otwarcie, a pod płaszczykiem troski o „polskie sprawy”. Nie dalej jak wczoraj, w kontekście spekulacji na temat przekazania naszych F-16 Ukrainie, oglądaliśmy popis możliwości takich narratorów. „Rząd PiS chce dokonać kompletnego rozbrojenia Polski!”, alarmował jeden z drugim. „No to już szaleństwo”, napisała jedna z moich Czytelniczek, którą trudno podejrzewać o prorosyjskie sympatie.

– Czy Pana zdaniem, Polska przekaże w przyszłości samoloty F-16 Ukrainie? – spytał mnie dziś dziennikarz Interii.

– Nie chciałbym się bawić we wróżkę, zwłaszcza w odniesieniu do pomocy wojskowej dla Ukrainy, ponieważ mieliśmy już do czynienia z sytuacjami, w której postawy się zmieniały. Niewykluczone zatem, że w przyszłości dojdzie do jakieś symbolicznej partycypacji Polski. Podkreślę jeszcze raz, symbolicznej, ponieważ na więcej nas nie stać – odpowiedziałem.

Dlaczego tak? Mamy na papierze 48 maszyn. Ich sprawność utrzymuje się na poziomie 60-70 proc., a więc lata około 30 samolotów. Efy pełnią dyżury w Polsce, na Słowacji, nad krajami bałtyckimi. W eksploatacji jest mniej niż połowa MiG-ów-29, co nakłada na załogi F-16 konieczność obsługiwania ćwiczeń WP – wszędzie tam, gdzie realizowane są scenariusze współpracy wojsk lądowych z siłami powietrznymi. A zatem Jastrzębie to mocno eksploatowane konie robocze i każde uszczknięcie tego zasobu, nawet o kilka sztuk, wiązałoby się nie tylko z naruszeniem podstaw bezpieczeństwa Polski, lecz miałoby także wpływ na bezpieczeństwo sąsiadów.

„Więksi i silniejsi dostarczą swoich maszyn – wyręczą nas w obowiązkach i zrekompensują ubytki po przekazaniu naszych samolotów na wschód”, do takiego stwierdzenia sprowadza się argumentacja zwolenników opcji „polskie efy dla Ukrainy”. Co do zasady racjonalna, ale zarazem naiwnie ignorująca twarde uwarunkowania ekonomiczne i logistyczne. Nie istnieje „sklep z efami” (czy innym wojskowym sprzętem), gdzie na szybko i po dobrej cenie można sobie zamówić dowolną liczbę maszyn. Wspomniana jakość zachodniej broni, poza windowaniem ceny, sprawia, że jest jej relatywnie mało. A proces produkcyjny skomplikowany i długi. Tymczasem worek z pieniędzmi przeznaczonymi na pomoc dla Ukrainy nie jest bez dna. W przypadku Stanów Zjednoczonych – największego darczyńcy – mówimy o 45 mld dol. na bieżący rok fiskalny. Trudno powiedzieć, ile ta suma wyniesie w przyszłym roku, a decyzje w istotnej mierze zależą od postaw podatników i wyborców. Dowództwo ukraińskich sił powietrznych szacuje potrzeby na poziomie 200 maszyn klasy F-16. Taka pomoc „zeżarłaby” 20 mld dol. Same tylko efy z pakietem uzbrojenia wystarczającym na kilka misji. A gdzie reszta armii i jej potrzeby? Co z czołgami, które są co prawda dziesięć razy tańsze od samolotów, ale potrzeba ich trzy razy więcej? Co z artylerią, amunicją strzelecką, paliwem, wyposażeniem indywidualnym żołnierzy? Czy dałoby się te koszty przerzucić na pozostałych darczyńców? No nie – chyba nikt nie ma co do tego wątpliwości. Skalę i warunki zachodniej pomocy dla Ukrainy wyznaczają Stany Zjednoczone. Ich możliwości.

O tym, że te ostatnie nie są z gumy, świadczy choćby przykład niedawno zatwierdzonej umowy na dostawę 116 Abramsów dla Wojska Polskiego. Będących rekompensatą za przekazane Ukrainie czołgi T-72. Przedmiot transakcji (z odpowiednim pakietem logistycznym), wyceniono na 1,4 mld dol., tylko 200 mln wyłożą Amerykanie, reszta pójdzie z naszych kieszeni. A to naprawdę okazyjny i preferencyjny zakup. Nie łudźmy się, że w przypadku samolotów byłoby inaczej. Lockheed Martin (producent efów) chętnie by nam powetował ubytki powstałe po wysłaniu myśliwców do Ukrainy. Rząd USA pewnie by się do tego interesu dorzucił z jakimś wkładem własnym. Ale nikt nam najnowszych F-16, w zamian za nasze nieco już starszawe, nie sprezentuje. Sprzeda, owszem, tylko czy nas na to stać? W obliczu innych wyzwań, przed jakimi stoi wojsko – nie.

W kwestii pomocy doszliśmy już niemal do ściany. Coś tam jeszcze z posowieckiego lamusa można przekazać – więc przekażmy. Dorzućmy produkowaną na bieżąco „drobnicę” (jak choćby broń strzelecką). Są pomysły, by rozbudować u nas zaplecze produkcyjno-remontowe, działające na rzecz armii ukraińskiej – idźmy w to, przy założeniu, że będzie to sojuszniczy wysiłek. Mało? Rola Polski jako hubu logistycznego tej wojny i tak pozostaje kluczowa – bez naszych portów, lotnisk, linii kolejowych, dróg i poligonów trudno wyobrazić sobie proces dostarczania pomocy (nie tylko materialnej).

Oczywiście, Ukraina powinna dostać F-16 – i to jak najszybciej. I zapewne dostanie, mimo iż Waszyngton na razie mówi „nie” (znamy już ten schemat: nie, raczej nie, być może, raczej tak, tak). Lecz nie będą to samoloty najnowsze czy nawet względnie nowe (jak nasze). Na ukraińskim niebie zobaczymy coś, co będzie kompromisem między wymogami pola walki (koniecznością narzucenia rosjanom jakościowej przewagi), a możliwościami budżetu międzynarodowego projektu o nazwie „wsparcie dla Ukrainy”. Kompromisem, bo samoloty są strasznie drogie.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. F-16 Sił Powietrznych RP podczas misji air policing nad krajami bałtyckimi/fot. Bartek Bera.

Wsparcie

Pod Bachmutem ukraińskie pozycje można podzielić na trzy różne strefy. Pierwszą stanowi frontowa linia umocnień; świadomy uproszczenia, określę ją mianem okopów. Trzecia – oddalona o kilkanaście kilometrów – to domena artylerii. Dziś nie są to już statyczne stanowiska, nawet na tych odcinkach, gdzie trwają pozycyjne starcia. Drony i radary artyleryjskie – dramatycznie zwiększające ryzyko wykrycia, a więc i porażenia ogniem kontrbateryjnym – wymuszają mobilność, co dotyczy nie tylko dział samobieżnych, ale i holowanych armat. Między tymi dwiema składowymi frontu znajdują się centra operacyjne „droniarzy” – tych, którzy sterują małymi bezpilotowcami, przeznaczonymi do wykrywania oraz niszczenia rosyjskich pododdziałów. Niszczenia bezpośredniego – przy użyciu ładunków podczepianych pod aparaty – oraz pośredniego, poprzez wskazywanie dokładnych koordynatów artylerii.

Kilka dni temu byłem w jednym z takich centrów pod Bachmutem.

Z przyczyn oczywistych nie mogę wskazać dokładnej lokalizacji. Poprzestańmy na stwierdzeniu, że jest to solidnie zamaskowana, częściowo ulokowana pod ziemią baza. Jej „mózgiem” jest pomieszczenie, gdzie znajdują się dwa duże i kilka mniejszych monitorów; reszta obiektu to część magazynowa i socjalna. Centrum zarządza pracą kilkunastu operatorów dronów (rzecz w tym, by wysyłani na pierwszą linię „droniarze” nie dublowali zadań). Spięty w sieć system działa dzięki starlinkom, satelitom telekomunikacyjnym firmy SpaceX.

Drony rozpoznawcze przeczesują teren w poszukiwaniu „godnych” celów dla artylerii – większych skupisk piechoty, wozów bojowych, czołgów. Mniejsze, czterowirnikowce, polują na rozproszone grupki żołnierzy i ich stanowiska. Zmodyfikowane tak, by przenosić na przykład 750-gramowe ładunki termobaryczne, stanowią niezwykle skuteczną, śmiercionośną broń.

„Minus dwadzieścia dwa”, napisał kilka dni temu Swietosław, operator, którego poznałem podczas tej wizyty. Ta informacja znalazła się na profilu społecznościowym wojskowego, z następującym zastrzeżeniem: „nie, nie chodzi o pogodę”.

Chodzi o zabitych rosjan i dzienny „urobek” grupy. Weryfikowany (w miarę możliwości) wtórnymi nalotami bezpilotników nad porażone cele – o czym warto wspomnieć w kontekście rozważań na temat jakości danych dotyczących strat rosjan, podawanych przez Ukraińców. „Droniarze” dokumentują filmowo efekty swojej pracy.

– Dziennie potrafimy wyeliminować nawet czterdziestu rosjan – mówi Swietosław, demonstrując sposób montażu niewielkiej bomby termobarycznej. Wypala ona tlen z obszaru objętego eksplozją, powodując poważne oparzenia i urazy wewnętrzne („termobaryki” zabijają ogniem i skokiem ciśnienia; jest on niższy niż w przypadku tradycyjnych ładunków, ale trwa znacznie dłużej – stąd te urazy). – Oczywiście, rosjanie starają się nam przeszkadzać, zakłócać pracę dronów. Czasem tylko je oślepią, czasem strącą. Dbamy o nasze „ptaszki”, ale wiele z nich szybko odchodzi.

Jednostka Swietosława co rusz otrzymuje nowe aparaty – w minionym tygodniu 17 sztuk dostarczył konwój, jaki zorganizowała Fundacja Otwarty Dialog. Co ciekawe, to cywilne urządzenia, dostępne na światowych rynkach także dla rosjan. Dronowa wojna ma więc i taki wymiar – rywalizacji wolontariuszy pracujących na rzecz obu stron, wykupujących sprzęt od producentów i dystrybutorów.

—–

Ale samymi dronami tej wojny Ukraina nie wygra. Sporo w ostatnich dniach napisano o konieczności dostarczenia armii ukraińskiej jak największej ilości sprzętu ciężkiego, z czołgami włącznie. Swoistym fetyszem w tych dyskusjach stały się niemieckie leopardy, co w mojej ocenie przesłania nam istotę sprawy. Dlaczego?

Nie licząc okolic Bachmutu, a od kilku dni również wąskiego odcinka frontu w obwodzie zaporoskim, rosjanie w Ukrainie weszli w tryb przetrwania. Na nic więcej ich nie stać. Ich artyleria strzela dziesięć razy mniej niż latem zeszłego roku – bo i owszem, zapasy wyszły, armatnie lufy się zużyły. Lecz to nie jest cała prawda – spadek dynamiki rosyjskich działań wynika również z tego, że Moskwa przygotowuje się do kolejnej ofensywy. W tym celu chomikuje amunicję i inne niezbędne zapasy (co skądinąd jest dowodem słabości i niewydolności zarówno rosyjskiej armii, jak i przemysłu).

Z drugiej strony, wojsko ukraińskie nie ma dość sił, by rozpocząć jakiekolwiek operacje wyprzedzające, które miałyby szanse powodzenia. Ukraińcom pozostaje obecnie dobrze przygotować się na rosyjskie uderzenie.

Gdy patrzymy z boku, zachodnia pomoc wydaje nam się nie tylko spóźniona, ale i chaotyczna. Ci dadzą to, tamci tamto; w dyskusji nieustannie przeplata się argument koszmaru logistycznego, jaki Zachód funduje ukraińskiej armii, obdarowując ja systemami „od Sasa do lasa”. Trudno zaprzeczyć, że donatorzy zawalili sprawę, jeśli idzie o terminarz dostaw. Gdyby to, co trafiło do Ukrainy przez ostatnie 11 miesięcy, znalazło się tam przed 24 lutego, rosjanie ponieśliby dużo dotkliwsze straty, a ich zdobycze terytorialne najprawdopodobniej byłby dużo mniejsze. Skutkiem czego wojna mogłaby się już zakończyć. No ale – mleko się rozlało. Zachodni przywódcy musieli najpierw przekonać się o woli ukraińskiego oporu, sile i kondycji ukraińskich wojsk, o słabościach armii rosyjskiej i jej bestialstwie. Zmierzyć się z wyzwaniami, jakie rodziły pacyfizmy i egoizmy własnych społeczeństw. Pożenić wolę wsparcia z możliwościami budżetów i przemysłów. Ów proces (dochodzenia do spektakularnych transz wsparcia wojskowego) miał jeszcze wiele innych zmiennych – wśród nich szacowanie ryzyka biznesowego, sprowadzające się do pytania, czy opłaca się walczyć z rosją? Kunktatorstwo Niemiec jest w ostatecznym rozrachunku efektem takiej właśnie kalkulacji. Ale…

Ale nad tym wszystkim cały czas czuwali wojskowi. Eksperci od właściwego dawkowania pomocy w ramach warunków brzegowych wyznaczanych przez polityków. To oni dbali o to, by nic nie działo się „na rympał”. Dziś również dbają. Ostatnie trzy pakiety pomocy – które zostaną sfinalizowane w ciągu najbliższych tygodni – zmierzają do uzupełniania strat, jakie poniosła jesienią armia ukraińska oraz do zbudowania „straży pożarnej”. Mniej więcej trzybrygadowego komponentu o wysokiej mobilności i zarazem relatywnie dużej sile ognia, który posłuży do łatania dziur wszędzie tam, gdzie rosjanom uda się ukruszyć front.

Wróg uderzy wiosną, czasu na absorpcję właśnie pozyskanego sprzętu jest więc mało – ale powinno wystarczyć. Jednak nadal kluczowe znaczenie ma broń sowieckiej proweniencji – „na dziś” ukraińscy pancerniacy więcej pożytku będą mieli z czeskich T-72/polskich T-72/PT-91 niż z leopardów. Decyzja rządu RP o wyekwipowaniu całej ukraińskiej brygady zmechanizowanej to krok w najwłaściwszą stronę. Taką brygadę da się przygotować znacznie szybciej niż jej odpowiednik „sklecony” z leopardów pochodzących z kilku różnych krajów. Czołgi niemieckiej produkcji to opcja na czas po ofensywie rosjan. Na rekonkwistę, która winna się opierać na technologicznej przewadze Ukraińców (zatem nie tylko czołgi winny wejść wówczas do akcji…).

Oczywiście, zdolności do takiego uderzenia należy budować już dziś – im szybciej zatem uda się „docisnąć” Berlin, tym lepiej.

PS. W zeszłym tygodniu w Bachmucie było pięciu polskich posłów z opozycyjnych partii – Hanna Gil-Piątek, Adam Szłapka, Piotr Borys, Witold Zembaczyński i Paweł Krutul. Jedyni zachodni politycy, którym udało się dojechać tak daleko (kolejnych zapewne jakiś czas nie będzie, bo w weekend rosjanie zyskali kontrolę ogniową nad drogą łączącą Konstantynówkę z Bachmutem). Wraz z nimi na miejsce dotarł konwój z pomocą (dla cywilów i wojska), i przeświadczenie o ponadpartyjnym konsensusie w sprawie wsparcia dla Ukrainy – istotne dla Ukraińców, gdy w Polsce mamy rok wyborczy. Ale wspominam o tym z innego powodu. Wiem (mniej więcej), co usłyszeli i zobaczyli nasi politycy w Bachmucie. I jestem pewien, że huk kanonady zostanie w ich głowach na zawsze, mając wpływ na decyzje dotyczące bezpieczeństwa i obronności. Kanclerz Scholz odwiedził Buczę, bezpieczną, długo po wyzwoleniu. Gdyby tak zafundować mu podróż do Bachmutu – czy gdziekolwiek indziej, gdzie usłyszałby to, co słyszało pokolenie jego rodziców, owo niepokojące dudnienie zapowiadające nadejście rosjan – zapewne spojrzałby na rosję z właściwej perspektywy.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Pawłowi Ostojskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Bartoszowi Wojciechowskiemu i Maciejowi Szulcowi, Piotrowi Maćkowiakowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi. A także: Maxowi Maksimovičowi, Szymonowi Jończykowi, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale i Aleksandrowi Stępieniowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich siedmiu dni: Aleksejowi Asajewiczowi i Bartoszowi Królikowskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Dron przygotowany do przenoszenia ładunku termobarycznego/fot. Marcin Ogdowski