Archiwa tagu: Rosja

Koncentracja

Władimir Putin uderza w najwyższe tony – mówi o bezpośrednim zagrożeniu serca Rosji. „NATO mogłoby wykorzystać ukraińskie terytorium do rozmieszczenia pocisków zdolnych dosięgnąć Moskwę w ciągu pięciu minut”, złowieszczy. A więc rakiety, choć wiadomo, że one stanowią tylko początek działań wojennych. Wątku ewentualnej eskalacji rosyjski prezydent nie rozwija celowo – i nie chodzi o to, że w jego ocenie atak lądowy z terenu Ukrainy jest niemożliwy. Putin po prostu unika wstydliwych nawiązań do czeczeńskich rajdów na Moskwę, z których jeden, w 2002 r., zakończył się masakrą w teatrze na Dubrowce, obnażając iluzoryczny charakter „zapór bezpieczeństwa” chroniących stolicę od południa. Nie zmienia to faktu, że koncepcja Ukrainy (i Kaukazu, patrząc dalej na wschód) jako „miękkiego podbrzusza Federacji”, jest istotnym elementem rosyjskiej kultury strategicznej. Mówiąc wprost, 500-600 km dzielących Charków, Sumy czy Szostki od Moskwy to za mało, by pozwolić Ukraińcom na pełne samowładztwo. Tak myślą rosyjskie elity i znaczna część społeczeństwa. I na tym opiera się wewnętrzna legitymizacja działań Kremla wobec Kijowa. Wspiera je niezmienne, mimo upadku ZSRR, przekonanie Rosjan, że NATO to wróg ich ojczyzny, co ukraiński „romans” z Zachodem czyni nieakceptowalnym. Putin zatem – wbrew opiniom części analityków – wcale nie musi się obawiać reakcji własnego społeczeństwa, jeśli zdecyduje się ruszyć na Ukrainę. Ale czy naprawdę zamierza to zrobić?

– Skuteczne zastraszanie zawsze opiera się na wiarygodnych fundamentach, bo inaczej nikt Rosji nie uwierzy – zwraca uwagę gen. Bogusław Pacek, dyrektor Instytutu Bezpieczeństwa i Rozwoju Międzynarodowego. – Putin musi wysłać w świat klarowny przekaz: „Jesteśmy gotowi na wojnę, a wy, potencjalni sojusznicy Ukrainy, zastanówcie się, czy chcecie za nią ginąć”.

Przerzut bez udziału kamer

Pierwsze doniesienia o poważnej koncentracji Rosjan pochodzą z połowy listopada br. Kyryło Budanow, generał ukraińskiego wywiadu wojskowego, powiedział wówczas amerykańskiemu portalowi „Military Times”, że Rosja przygotowuje inwazję na Ukrainę na początku 2022 r. Wydawało się, że to kolejna z licznych katastroficznych zapowiedzi, składanych przez urzędników z Kijowa, niekoniecznie znajdujących pokrycie w faktach. Lecz niebawem w identycznym tonie zaczęli wypowiadać się przedstawiciele zachodnich rządów, z prezydentem USA Joe Bidenem na czele. Na dowód prezentując dane satelitarne, z których jasno wynikało, że coś się szykuje. Ostatecznie liczebność kontyngentu oszacowano na ponad 100 tys. (wedle „Washington Post”, który powołuje się na źródła w CIA, może to być nawet 175 tys. wojskowych), lokalizując silne zgrupowania wojsk pancernych, artylerii, lotnictwa oraz – co wywołało szczególne zaniepokojenie – rozwinięte komponenty logistyczne. Gdy wiosną tego roku Kreml posłał nad granice z Ukrainą 100 tys. żołnierzy, towarzyszyła im mocno ograniczona logistyka, za mała do przeprowadzenia operacji zaczepnej. Kolejnym novum był skryty charakter operacji – wiosenną koncentrację Rosjanie przeprowadzili „na pokaz”, w świetle kamer i aparatów. Tym razem przerzut jednostek odbył się skrycie. Amerykanie zaobserwowali ruchy wojska w październiku, w listopadzie poinformowali o nich sojuszników i Ukraińców. Wówczas w miejscach dyslokacji stacjonowało już ponad 90 tys. rosyjskich żołnierzy.

Moskwa najpierw nabrała wody w usta, jak zwykle zapewniając, że chodzi tylko o ćwiczenia, i że Rosja ma prawo przemieszczać wojska gdzie chce w obrębie Federacji. Później Kreml zmienił narrację i ustami Siergieja Ławrowa, ministra spraw zagranicznych, wskazał Ukrainę jako winną eskalacji napięcia. „Kijów szykuje się do zintensyfikowania wojny na wschodzie kraju”, twierdził Ławrow, sugerując, że Moskwa nie pozwoli skrzywdzić prorosyjskich separatystów. Maski spadły kilkanaście dni temu, gdy głos zabrał sam Putin. Z jego słów wynikało, że Kreml oczekuje wycofania się Zachodu ze współpracy militarnej i wsparcia politycznego dla Ukrainy. Że celem Kremla jest również stworzenie strefy buforowej na tzw. wschodniej flance NATO. Ów bufor miałby być „wolny” od istotnych sił i systemów uzbrojenia Sojuszu.

– Rosja nigdy nie pogodziła się z utratą pozycji mocarstwa po rozpadzie ZSRR – mówi gen. Pacek. – Od kilkunastu lat próbuje wrócić do gry, w coraz mniej zakamuflowany sposób definiując strefy swoich wpływów i interesów. W tej drugiej mieszczą się dawne demoludy, państwa kulturowo zbyt różne od Rosji, by mogły być częścią „rosyjskiego świata”. Moskwa dąży więc do zawieszenia ich w polityczno-militarnej próżni, gdzieś między Zachodem a Wschodem. W skład strefy wpływów wchodzą dawne poradzieckie republiki, a więc i Ukraina. Ostatecznie strefa ta wcale nie musi zostać włączona do terytorium Federacji Rosyjskiej – Moskwa ćwiczy to obecnie na Białorusi. Celem jest możliwie najbliższa integracja przede wszystkim w obszarze obronności. Zwróćmy uwagę, że de facto nie ma już prawie armii białoruskiej, bo jest ona częścią systemu wojsk rosyjskich. W ocenie Kremla, taki sam los powinien stać się udziałem Ukrainy.

Chiński priorytet USA

Zdaniem Bogusława Packa, rosyjskie władze dobrze z ich punktu widzenia wybrały termin rozgrywki.

– Ukraina, mimo usilnych zabiegów dyplomacji, nie uzyskała gwarancji przyjęcia do NATO czy Unii Europejskiej – przypomina mój rozmówca. – Nie padły nawet symboliczne deklaracje. Oczywiście, niektóre kraje Sojuszu dość intensywnie szkolą ukraińską armię, a Stany Zjednoczone dostarczają sporo wojskowego sprzętu, ale dla Ukraińców to połowiczne, mocno niesatysfakcjonujące rozwiązanie. Wywołuje ono wręcz falę rozgoryczenia, która przechodzi obecnie przez Ukrainę. Dodajmy do tego fatalną sytuację gospodarczą. Kraj po 2014 r. stał się jednym z najbiedniejszych państw Europy. W tej chwili, gdyby nie Międzynarodowy Fundusz Walutowy i pożyczki płynące z Zachodu, byłoby fatalnie. Kondycja państwa to jedno – bieda, inflacja i korupcja dożynają przeciętnego obywatela. Zaraz po 2014 r. Ukraińcy gotowi byli na wielkie wyrzeczenia. Niosły ich prozachodniość i antyrosyjskość. Dzisiaj są zdecydowanie mniej prozachodni i jest w nich więcej wątpliwości co do relacji z Moskwą. Coraz częściej pojawiają się opinie, że „skoro Zachód ma nas gdzieś, może lepiej dogadać się z Rosją?”. Przynajmniej gaz znów popłynie jak dawniej.

Takie postawy i fakty z pewnością osłabiają morale ukraińskiego społeczeństwa i armii. Ale Putin ma więcej atutów. Najważniejszym jest gaz, którego Europa będzie potrzebować jeszcze przez co najmniej 20-30 lat. Konieczność pozyskiwania tej kopaliny z Rosji znacznie ogranicza możliwości Niemiec, wiodącego państwa UE. Berlin nie postawi na szali własnego bezpieczeństwa energetycznego, a Niemcy „nie będą marzli za Ukrainę”.

Lecz w tej rozgrywce, po stronie Zachodu, to nie Niemcy, a Stany Zjednoczone mają najwięcej do powiedzenia.

– Putin zdaje sobie sprawę, że priorytetem dla USA są Chiny – mówi gen. Pacek. – W tej chwili sprawdza, ile może ugrać. Ile Europy Ameryka jest w stanie oddać, by móc bardziej zaangażować się na Dalekim Wschodzie.

Amerykańskie deklaracje, zapowiadające dotkliwe retorsje w razie rosyjskiego ataku, pojawiały się już wcześniej, chociażby z ust Antony’ego Blinkena, sekretarza stanu USA. Powtórzył je Joe Biden, który 7 grudnia rozmawiał z Władimirem Putinem podczas specjalnej telekonferencji. Biały Dom podsumował wirtualne spotkanie obu przywódców krótkim komunikatem: „Prezydent (…) wyraził głębokie zaniepokojenie Stanów Zjednoczonych i europejskich sojuszników koncentracją rosyjskich sił wokół Ukrainy. Jasno przekazał, że USA i sojusznicy odpowiedzą silnymi sankcjami gospodarczymi oraz innymi środkami w przypadku militarnej eskalacji”. Chodzi m.in. o odcięcie Rosji od międzynarodowego systemu bankowego SWIFT oraz inne restrykcje godzące w rosyjski system finansowy. Na stole jest również opcja zamrożenia biliona dolarów rosyjskich oligarchów, zdeponowanego w zachodnich bankach. Ponadto USA miałyby w razie inwazji wzmocnić wschodnią flankę NATO i wesprzeć ukraińskie wojsko dostawami uzbrojenia. Czy takie groźby powstrzymają Putina?

– Rosja nie chce wywoływać konfliktu, choć sygnały, że jest na niego gotowa, traktowałbym poważnie – twierdzi Bogusław Pacek. – Oczywiście „nigdy nie mów nigdy”, ale w mojej ocenie, jeśli do wojny dojdzie, to za kilka lat. Przy założeniu, że będzie to konflikt przesądzający, gdy Kreml uzna, że innej drogi nie ma. Dziś inwazja miałaby sens tylko wtedy, gdyby Moskwie udało się zainstalować w Kijowie przychylny jej rząd. A na to – mimo defetystycznych nastrojów części ukraińskiego społeczeństwa – nie ma dużych szans. Ale kto wie, co będzie za te kilka lat. W jakiej sytuacji gospodarczej znajdzie się Rosja, w jakiej Ukraina. Kto i jak poprowadzi Zachód, w jakiej kondycji będzie NATO. Zmiennych jest wiele, ale jedno można powiedzieć z całą pewnością – nie będzie to konflikt zapowiadany tygodniami. Rosjanie zrobią to, co zwykle doskonale im wychodzi – uderzą znienacka.

—–

Nz. Zniszczony czołg donbaskich separatystów. Piski, lato 2015 r./fot. własne

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 51/2021

Istota

Kiedy wiosną 2019 r. Amerykanie ogłosili, że nie sprzedadzą Turcji najnowszych samolotów wielozadaniowych F-35, turecki prezydent Recep Erdogan nie krył złości. Jego kraj dysponuje drugą co do wielkości armią NATO i stanowi najbardziej wysuniętą na wschód rubież Sojuszu. Ów status przez dekady gwarantował Ankarze transfer zachodnich technologii wojskowych, za sprawą których Turcja urosła do rangi regionalnej potęgi. Co więcej, Turcy nie byli zwyczajnym kupcem – jeszcze w 2002 r. włączyli się w program budowy myśliwców, wydając na ten cel kilka miliardów dolarów. W pierwszej turze złożyli zamówienie na 30 maszyn, ale docelowo planowali pozyskać ponad setkę F-35. Dlaczego ostatecznie zostali z niczym? Turecki rząd postanowił wyposażyć armię w rosyjskie zestawy obrony powietrznej S-400 Triumf, wcześniej odrzucając ofertę droższych, amerykańskich Patriotów. Tymczasem w ocenie Amerykanów, wdrożenie do służby rosyjskich systemów przy jednoczesnej eksploatacji „efów”, oznaczałoby ryzyko ujawnienia wielu technicznych sekretów samolotów (np. ich sygnatur radarowych). „Przekazanie Turkom gotowych F-35 stworzy zagrożenie dla bezpieczeństwa całego NATO” – zgodnie wnioskowali republikanie i demokraci. Donald Trump podpisał stosowny dekret.

Sukcesy w inżynierii odwrotnej

– Turcy nie docenili determinacji Amerykanów – twierdzi Dawid Kamizela, dziennikarz Nowej Techniki Wojskowej. – Nie byli gotowi na utratę F-35 i nie spodziewali się takiego obrotu sprawy. Przeszarżowali.

Po co? Zdaniem Kamizeli, najpewniej chodziło o kwestie polityczne i wizerunkowe – podkreślenie własnej podmiotowości wobec Waszyngtonu. Wskazywać na to może de facto „wyspowy” charakter zakupu rosyjskiej technologii. Pierwotnie Ankara nabyła dwie baterie S-400, rok temu kolejne dwie. To symboliczny potencjał, zwłaszcza że nie został „wpięty” w oparty o zachodnie i rodzime rozwiązania turecki system obronny.

– Trzeba też rozważyć inne możliwości – zastrzega mój rozmówca. – Po pierwsze, możemy mieć do czynienia z początkiem większych zakupów. Wówczas do Turcji dotrą nie tylko kolejne Triumfy, ale również zapewniające im ochronę zestawy Pancyr czy Buk. Druga opcja ma związek z coraz większymi tureckimi sukcesami w inżynierii odwrotnej. Niewykluczone, że Turkom chodzi o zbudowanie własnej broni tego typu w oparciu o skopiowane patenty. Z USA ryzykowanie byłoby tak pogrywać, z Rosją już mniej.

Niezależnie od intencji tureckich władz, amerykańskie obawy dotyczące utraty tajemnic „efów” były formułowane na wyrost bądź pod polityczne zamówienie, służąc jako pretekst do strofowania Ankary.

– S-400 nie wymyślono dla skrytego pozyskiwania informacji – mówi Dawid Kamizela. – Traktowanie tych zestawów jako swoistego konia trojańskiego jest nieporozumieniem. Zagrożenie mogliby stanowić rosyjscy instruktorzy, obecni przy próbach przechwycenia samolotu czy jakiejś konfiguracji na linii F-35-Triumf. Ale neutralizacją takich zagrożeń z powodzeniem mógłby się zająć turecki kontrwywiad.

Modernizacja pilnie wymagana

Tak czy inaczej, Turcja F-35 nie kupiła. Tymczasem w regionie rozkręcił się lotniczy wyścig zbrojeń. Najsilniejszy rywal, Izrael, ma już w linii 27 „efów” – i bojowe doświadczenie w ich użytkowaniu – w sumie zaś planuje pozyskać 75 maszyn. Jednocześnie nabywa za oceanem kolejne F-15 w najnowszej wersji. Egipt postawił na francuskie Rafale, podobnie jak Grecja, która jednocześnie modernizuje część posiadanej floty F-16, oraz – co Ankarę niepokoi szczególnie – zapowiedziała pozyskanie F-35. „Zimny” turecko-grecki konflikt ciągnie się już od dawna i nie wygasiło go nawet wspólne członkostwo w NATO. Świadom animozji Waszyngton przez dekady starał się wpływać na oba kraje poprzez równoważenie ich potencjałów. Jeśli jakiś nowoczesny system uzbrojenia trafiał do Grecji, zaraz potem otrzymywała go Turcja – i na odwrót. Ponieważ Amerykanie przychylnie patrzą na greckie plany dotyczące F-35, już za kilka lat, po raz pierwszy w historii NATO, będziemy mieli do czynienia z sytuacją, kiedy w polu turecko-greckich zmagań pojawi się prawdziwy game changer, dający Grekom niewątpliwą przewagę.

Będzie ona tym większa, że arsenał lotniczy Turcji wymaga pilnych modernizacji. Na papierze nie jest źle – podstawę Türk Hava Kuvvetleri (Tureckich Sił Powietrznych) stanowi aż 245 samolotów F-16. Jednak większość z nich ma już swoje lata (najmłodsze, to odpowiedniki naszych Jastrzębi). I właśnie z tego powodu jeszcze w październiku br. władze w Ankarze wysłały do Waszyngtonu zapytanie ofertowe RFP (ang. Request For Proposals) w sprawie możliwości zakupu 40 fabrycznie nowych F-16 i pakietów modernizacyjnych dla 80 posiadanych przez Turcję samolotów. Zapłatę miałyby stanowić środki zainwestowane przez Ankarę w program F-35. Tym sposobem Turcy chcieliby utrzymać względnie wysoki poziom własnych sił powietrznych do czasu wejścia do służby maszyny oznaczonej jako TF-X. Za tą nazwą kryje się wielozadaniowy myśliwiec V generacji, będący wytworem tureckiego przemysłu. W tej chwili jednak trudno ocenić, kiedy prace konstrukcyjne zmienią się w fazę seryjnej produkcji.

Alternatywą dla kupna i modernizacji „szesnastek” jest dalsza „rusyfikacja” tureckiego arsenału. Władimir Putin już jakiś czas temu zaproponował Erdoganowi nabycie rosyjskich Su-35 i Su-57. Te ostatnie, przynajmniej teoretycznie, stanowią odpowiednik amerykańskich F-35. Recep Erdogan – podczas jednej z wizyt w Rosji – zasiadł nawet w kokpicie eksportowej wersji Su-57, lecz brakuje wiarygodnych informacji, by przełożyło się to na zobowiązania handlowe. Transakcja ze Stanami Zjednoczonymi jest za to bardzo prawdopodobna. Niezależnie od tego, że zgodę na sprzedaż F-16 musi wydać Kongres, który ma wobec tureckiego autokraty liczne zastrzeżenia dotyczące łamania praw człowieka.

– Ostatecznie to dla Amerykanów dobry interes, a przy tym sposób na dalszą kontrolę Turcji bez zbytniego jej wzmacniania – zauważa Dawid Kamizela.

Ręka w rękę i na ostro

Podczas niedawnego szczytu G-20 w Rzymie Erdogan spotkał się z amerykańskim prezydentem. Rozmowa trwała ponad godzinę i dotyczyła m.in. efów szesnastych. Jak wynika z komunikatu służb prasowych Białego Domu, Joe Biden przekazał Turkowi, że „procedury związane ze sprzedażą tych maszyn wymagają czasu” i zobowiązał się do „kontynuowania działań w tym zakresie”.

Twarde amerykańskie „nie” znalazłoby poklask pośród tych, którzy mają Turcji za złe „romansowanie” z Rosją. Tymczasem taka ocena działań Ankary jest zbyt jednoznaczna. Turcja od dawna balansuje między Waszyngtonem i Moskwą, prowadząc politykę nie zawsze zgodną z interesem poszczególnych krajów NATO. Przekonaliśmy się o tym na własnej skórze, podczas zamieszek na polsko-białoruskiej granicy. Część migrantów przyleciała na Białoruś z Ankary i Stambułu. Erdogan wypuścił ich z obozów dla uchodźców rozlokowanych w Turcji mimo ryzyka, że wywoła to kryzys u sojusznika. Zagrał tym samym w jednej orkiestrze z Putinem i Aleksandrem Łukaszenką, ale cel miał inny. Chciał przetestować szlak migracyjny, potrzebny m.in. do pozbycia się coraz bardziej ciążących Turcji syryjskich uchodźców. W tym samym czasie polscy piloci z natowskiej misji patrolowali tureckie granice.

Ale Turcja potrafi też zagrać wobec Moskwy na ostro. Kilka tygodni temu ukraińska armia po raz pierwszy wykorzystała bojowo tureckie bezzałogowce Bayraktar TB-2. Drony zlikwidowały stanowiska artyleryjskie donbaskich separatystów, co Moskwa odebrała jako policzek. Wymierzony tak przez Ukraińców, jak i Turków, których prezydent do niedawna zarzekał się, że Bayraktary nie trafią na front. Ich wysłanie w rejon walk wymagało zgody dostawcy systemu – gdyby takiej nie było, Turcja właśnie wycofywałaby się ze współpracy z Ukrainą we wdrażaniu TB-2. Co ciekawe, akcja dronów zbiegła się z innym bojowym debiutem na wschodzie Ukrainy – amerykańskich wyrzutni przeciwpancernych Javelin. One również – tym razem wedle zapewnień Amerykanów – miały nie być używane w Donbasie. Tymczasem zniszczono za ich pośrednictwem kilka pojazdów pancernych. Fakt, iż armia ukraińska zdecydowała się na wykorzystanie obu zagranicznych systemów wobec prorosyjskich separatystów sugeruje skoordynowaną akcję… NATO (albo przynajmniej Turków i Amerykanów). Rodzaj ostrzeżenia wysłanego Rosji – że Ukraińcy dysponują bardzo skutecznymi rodzajami broni, których mogą użyć także podczas pełnoskalowej rosyjskiej inwazji.

Zimą minionego roku Bayraktary zdziesiątkowały dozbrajane przez Moskwę syryjskie wojska rządowe w prowincji Idlib. Latem 2020 r. Turcja wsparła Azerbejdżan w wojnie z Armenią o Górski Karabach – bezpardonowo mieszając się w konflikt w strefie, do której wyłączne prawo rości sobie Rosja. W obu przypadkach chodziło o pomoc dla tureckojęzycznych społeczności, co jest istotą polityki zagranicznej Turcji. Paradygmatem, w ramach którego NATO jest użytecznym narzędziem, ale nie celem samym w sobie (jak w przypadku Polski, która bez Sojuszu militarnie nie znaczy nic). Amerykanie dobrze o tym wiedzą. Pobłażają Turcji, bo jest, tym czym jest – strategicznie położonym regionem, pozwalającym „trzymać Rosję na muszce”.

—–

Nz. Ziemianka na linii frontu w Donbasie, po stronie ukraińskiej/fot. Darek Prosiński

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 50/2021

Syndrom

To książka o tym, jak złym miejscem do życia jest Rosja. I nie tylko o skalę zagrożenia islamskim terroryzmem chodzi (nieporównywalnie większą niż w Europie). To opowieść o „syndromie rosyjskim”, zjawisku – jak w przypadku syndromu sztokholmskiego – odnoszącym się do zakładników.

Jeszcze w latach 80. XX wieku radzieckie ofiary terrorystów miały ogromne szanse na przeżycie zamachów. Później nastąpiła radykalizacja działalności wszelkiej maści „bojowników”, przede wszystkim jednak stwardniała rosyjska władza. Życie zakładników przestało mieć znaczenie, ba, zaczęto wręcz traktować ich jak współwinnych – co jest istotą wspomnianego syndromu. Szkoła w Biesłanie czy teatr na Dubrowce to najbardziej spektakularne przykłady tej filozofii.

Ale zdarzeń tego typu – choć w mniejszej skali – jest w najnowszej historii Rosji znacznie więcej. Autor wylicza je skrupulatnie, co pozwala wychwycić jeszcze jedną zależność. Rosyjskie Alfy i Wympieły nie biorą jeńców. Zamachowcy giną (bądź zapadają się pod ziemię), zabierając swoje tajemnice do grobów. Często są to również tajemnice rosyjskiego państwa, którego służby mają z „kaukazkimi” dziwaczne powiązania. Tylko część z nich udało się odsłonić, reszta pozostaje w sferze uzasadnionych (!) spekulacji.

Jest więc Rosja we krwi, bo pacyfikuje Kaukaz, co spotyka się z zemstą radykałów. Jest nią, bo nie wybacza tym ostatnim obrazy majestatu, nadając mu wartość wyższą od życia obywateli. I jest wreszcie, bo rozgrywa terrorystów (chociażby pamiętne zamachy w Moskwie przed II wojną czeczeńską, które miały dać Putinowi zielone światło do rozprawy z bandytami), a później tuszuje swoje grzechy w dole z wapnem.

Nieludzka, przeklęta ziemia…

—–

Fot. Darek Prosiński

Dolary…

Wojna w Syrii trwa już dziewięć lat. al-Asad przetrwał najgorsze i dzięki wsparciu Iranu oraz Rosji – a pośrednio też zachodniej koalicji, której kampanii lotniczej przeciw Państwu Islamskiemu nie sposób przecenić – konsoliduje dziś władzę w zrujnowanym kraju. Jego oddziały usiłują właśnie przejąć kontrolę nad ostatnim dużym bastionem bojowników – prowincją i miastem Idlib. Zajęcie tego regionu pozwoli ogłosić zwycięskie zakończenie wojny.

I nie o samą wymowę propagandową tu chodzi. Syryjska gospodarka jest w fatalnej kondycji i na dłuższą metę pomóc jej może tylko poważny zastrzyk finansowy z zewnątrz, podany przy okazji odbudowy. A inwestorzy, wiadomo, nie wejdą do kraju, w którym toczy się wojna. Co więcej, syryjskiemu prezydentowi kończy się czas. Gwałtowne ożywienie na linii frontu wynika z tej właśnie presji, a jej powody mają ekonomiczny charakter.

Skarbiec świeci już pustkami

To banalne spostrzeżenie, lecz kluczowe dla zrozumienia sytuacji: wojna kosztuje. Przez lata al-Asad jakoś godził finansowanie operacji militarnej przeciwko opozycji, z koniecznością zapewnienia ludności cywilnej, zamieszkałej na terenach kontrolowanych przez rząd, minimalnych środków do życia. Kłody pod nogi rzucał Damaszkowi Zachód, poprzez kolejne sankcje. Pomocne dłonie wyciągnęły Teheran i Moskwa. Zwłaszcza Iran odegrał tu niebagatelną rolę, pomoc Rosji miała bowiem przede wszystkim militarny wymiar.

Sytuacja zmieniła się w 2019 roku za sprawa Donalda Trumpa. Ten już wcześniej zrezygnował z ugodowej polityki wobec Teheranu, prowadzonej przez administrację Baracka Obamy. W minionym roku zagrał „na ostro” (w co uwikłała się i Polska, organizując konferencję bliskowschodnią pod dyktando Waszyngtonu). Przywrócone i kolejne sankcje mocno uderzyły w gospodarkę Iranu, który w efekcie musiał ograniczyć zaangażowanie w Syrii. Skutki takiego stanu rzeczy doskonale widać na syryjskim czarnym rynku. Przed wybuchem wojny jeden dolar wart był 45 miejscowych funtów. W latach 2011-2019 syryjska waluta, choć znacznie osłabiona, trzymała stabilny poziom – za jednego dolara należało płacić nieco ponad 500 funtów. Od kilkunastu tygodni jest to już 1200 funtów.

– Syria jak powietrza potrzebuje ropy, bo roponośne tereny tego kraju wciąż kontrolują Amerykanie – tłumaczy dr Wojciech Wilk, prezes Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej, które od lat pomaga ofiarom syryjskiego konfliktu. – No i żywności, przede wszystkim zboża i fasoli, bo na „luksusowe” jedzenie stać w tym kraju nielicznych. Odkąd Teheranowi trudniej dotować Damaszek, syryjski rząd musi coraz częściej wybierać: czy nieliczne już rezerwy walutowe przeznaczyć na finansowanie importu żywności, czy na wysiłek wojenny?

Prawdziwy run na banki

Już kilka miesięcy temu al-Asad – świadom nadchodzącego krachu – sięgnął do najgłębszych rezerw. Czyli do kieszeni uprzywilejowanych członków reżimu, biznesmenów, których majątki na wojnie jeszcze bardziej się powiększyły. Prezydent – pod hasłem kampanii antykorupcyjnej – zażądał od nich daniny na podtrzymanie działań zbrojnych i wykarmienie mieszkańców kraju. al-Asadowi się nie odmawia – przynajmniej nie wprost. I tak w spiralę gospodarczych kłopotów wkręcono sąsiedni Liban.

W połowie października ubr. w Bejrucie wybuchły antyrządowe protesty, w wyniku których Liban ma od kilku dni nowy rząd. Najważniejszym zadaniem świeżo powołanego gabinetu jest uchronienie kraju przed bankructwem. Czy technokraci podołają wyzwaniu? – na to pytanie nie ma dziś jednoznacznej odpowiedzi. Oligarchiczny charakter własności kluczowych sektorów gospodarki, gigantyczna korupcja oraz niechęć wobec poddania się nadzorowi międzynarodowych instytucji finansowych – oto czynniki, które nie wróżą najlepiej wyłonionym pod presją ulicy reformatorom. Co gorsza, brakuje też amerykańskich dolarów, bez których Bejrut nie ma czym płacić za dostawy ropy. Cierpi nie tylko ekonomia, cierpią też zwykli ludzie, libański system energetyczny jest bowiem oparty o spalanie pochodnych „czarnego złota”.

Gdzie podziały się dolary? Cofnijmy się w czasie do polecenia al-Asada, który nakazał biznesmenom „dobrowolne” wpłaty do budżetu. Jego efektem był prawdziwy run syryjskich oligarchów na bejruckie banki – biznesmeni w panice przelewali oszczędności do innych, bezpiecznych krajów. Jak to możliwe? Waluty Syrii i Libanu są wzajemnie wymienne, Syryjczycy zaś od dawna trzymają oszczędności u sąsiadów. Depozyty w funtach syryjskich wymieniono na uniwersalny środek płatniczy, w ciągu kilkunastu dni ogołacając libański system bankowy z czterech miliardów dolarów. Na domiar złego gwałtownie umniejszona podaż twardej waluty nie pozostała bez wpływu na reakcje Libańczyków. To oni wypłacili kolejne dwa miliardy dolarów, woląc trzymać je u siebie niż w bankach. Byśmy dobrze zrozumieli skalę zjawiska – sześć miliardów „zielonych” stanowi ponad 10 proc. PKB Libanu. Przenosząc ów odsetek na realia Polski – to tak, jakby z naszych banków wypłynęło 60 miliardów dolarów w żywej gotówce (240 mld zł!).

„Nie” dla mandatu ONZ

Kampania antykorupcyjna al-Asada zakończyła się więc spektakularnym ciosem dla syryjskiej gospodarki, która straciła dostęp do libańskiego rezerwuaru twardej waluty. Sytuacja jest dla reżimu o tyle trudna, że syryjski prezydent wciąż pozostaje politycznym pariasem, a kontakty z nim niosą ryzyko narażenia się Stanom Zjednoczonym. Tymczasem Waszyngton wprowadził niedawno tak zwaną Ustawę Cezara, która daje prezydentowi USA możliwość nałożenia dodatkowych sankcji na podmioty prowadzące interesy z rządem Syrii oraz jego agencjami wojskowymi i wywiadowczymi. Ile firm czy rządów zdecyduje się podjąć ryzyko? Pytanie ma rzecz jasna wymiar retoryczny.

Szczęśliwie dla al-Asada, wciąż sprzyja mu Rosja. A Moskwa posiada w tej grze pewne atuty. W styczniu 2020 roku na forum Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych toczyły się negocjacje dotyczące możliwości przesyłania do Syrii pomocy humanitarnej. Dotychczasowe rezolucje ONZ dawały sposobność wykorzystania w tym celu czterech przejść granicznych (dwóch z Turcją i po jednym z Irakiem i Jordanią). Obowiązywały one przez dwanaście miesięcy i na początku kolejnego roku były ponownie uchwalane. W styczniu br. Rosja powiedziała „nie” dla odnowienia mandatu, by ostatecznie zgodzić się na rezolucję obowiązującą przez pół roku, obejmującą jedynie dwa przejścia (gwoli rzetelności, te najczęściej używane – z Turcją). Czy to oznacza, że w lipcu 2020 roku Syria zostanie bez pomocy międzynarodowych organizacji?

– Nie – mówi Wojciech Wilk. – Zmieni się sposób dystrybucji pomocy humanitarnej, która będzie musiała iść przez Damaszek. W ten sposób kontrolę nad nią przejmie syryjski rząd, który zmusi organizacje humanitarne do wymiany twardej waluty na miejscowe funty. Oficjalny kurs dolara wynosi w tej chwili jeden do czterystu trzydziestu. Istnieje jeszcze coś takiego, jak kurs preferencyjny, gdzie za dolara płaci się siedemset osiemdziesiąt funtów. No i czarnorynkowy, w którym dolar wart jest tysiąc dwieście funtów. Niezależnie od tego, który z nich zostanie zastosowany, i biorąc pod uwagę skalę pomocy, syryjski bank centralny pozyska na tej operacji kilkaset milionów dolarów w skali roku. Prezydent al-Asad będzie miał za co kupować niedostępne w Syrii produkty – w tym większym zakresie, im szybciej zniknie potrzeba finansowania działań zbrojnych.

Jeśli pęknie turecki mur…

I tu dochodzimy do momentu, w którym plany al-Asada wchodzą w kolizję z interesami Turcji. Aby to wyjaśnić, trzeba najpierw przybliżyć najnowszą historię prowincji i miasta Idlib. Przed wojną te tereny zamieszkiwało półtora miliona ludzi, dziś jest ich dwa razy więcej. Wzrost populacji to efekt działań wojennych i celowej polityki syryjskich władz. Gdy rządowa armia rozbijała kolejne ogniska oporu, al-Asad zgadzał się na tworzenie korytarzy humanitarnych z kapitulujących miast. Tymi drogami, z których większość wiodła właśnie do Idlibu, obok ludności cywilnej wychodzili też pokonani bojownicy, ich rodziny oraz zwolennicy. W efekcie prowincja w ogromnym stopniu nasyciła się przedstawicielami często skrajnie ekstremistycznych ugrupowań, w tym syryjskiej al-Kaidy. Ci ludzie mają teraz przed sobą armię al-Asada, a za sobą granicę z Turcją. Jeśli przegrają, zrobią wszystko, by pokonać wysoki graniczny mur – inaczej czeka ich śmierć z rąk asadowców.

Lecz Turcja – co zrozumiałe – wcale nie zamierza takich uchodźców przyjmować. Wspiera więc ekstremistów w walce z rządową armią syryjską, licząc na to, że wymęczony Damaszek odpuści. I że enklawa w Idlibie przetrwa. Patrząc z boku, mamy tu do czynienia z bardzo ciekawą sytuacją – Ankara wspiera terrorystów walczących z sojusznikiem Moskwy. A przecież Turcja i Rosja w ostatnich latach mocno się do siebie zbliżyły. Oficjalnie głowy obu państw deklarują dalszą przyjaźń, Rosjanie zaś dają do zrozumienia, że nie są w stanie w pełni kontrolować al-Asada.

Tymczasem sytuacja humanitarna w Idlibie jest dramatyczna. Dla Europy, w tym Polski, może to oznaczać początek poważnych kłopotów. Bo jeśli turecki mur pęknie pod naporem zdesperowanych ludzi, Ankara zrobi wszystko, by pozbyć się idlibskich uchodźców ze swego terytorium. Zapewniając szybki tranzyt bogu ducha winnych cywilów na europejskie plaże, wypchnie pośród nich tysiące dżihadystów.

Czy z tej sytuacji jest jakieś wyjście? Drogę wskazuje Wojciech Wilk.

– Należy jak najszybciej pomóc zbudować bezpieczne schronienia dla uciekinierów – o ile to możliwe, nadal na terytorium Syrii – mówi prezes PCPM.

—–

Nz. Jeden z obozów dla syryjskich uchodźców tuż przy libańsko-syryjskiej granicy, grudzień 2019/fot. Marcin Ogdowski

Dystans

Od wczoraj już wiele razy zadawano mi pytanie: czy na Ukrainie wybuchnie wojna? W sieci z kolei – pełnej gorących komentarzy i opinii – co rusz czytam: a co to nas obchodzi? No więc uporządkujmy pewne sprawy.

Po pierwsze – wojna na Ukrainie trwa, od czterech lat. Zmieniła się tylko jej dynamika, ale na Donbasie wciąż giną ludzie. Dużo mniej niż jesienią 2014 roku czy zimą 2015, niemniej każdego dnia dochodzi tam do strzeleckich potyczek i artyleryjskich pojedynków, jak linia frontu długa i szeroka. W których cierpią nie tylko żołnierze obu stron, ale również ludność cywilna.

Po drugie – nieprawdą jest, że wczorajszy incydent na Morzu Azowskim to pierwszy tak otwarty akt rosyjskiej agresji wobec Ukrainy. Bo czym w takim razie była aneksja Krymu? Czym hasające po Donbasie batalionowe grupy bojowe armii rosyjskiej, które wkraczały do akcji zawsze wtedy, gdy separatystom z Doniecka czy Ługańska grunt się palił pod nogami?

Po trzecie – nie, nie przekształci się to w wielki konflikt. Nikomu na tym nie zależy. W pełnoskalowym starciu Rosja oczywiście pokona Ukrainę, ale okupacja tak wielkiego terytorium (a przynajmniej połowa Ukraińców nie pogodzi się z obecnością „Moskali”), jest ponad jej możliwości. Militarne i, przede wszystkim, ekonomiczne. Na Kremlu już dawno odrobiono lekcję afgańską (zaangażowanie armii radzieckiej w ten peryferyjny zdawałoby się konflikt było jedną z przyczyn implozji, po której rozpadł się Związek Radziecki). Ponadto Moskwa wraca do gry jako polityczny, liczący się na świecie podmiot; Putin nie pozwoli sobie na kolejną izolację. Rosjanie legitymizują jego reżim także dlatego, że daje im poczucie ważności w świecie. Z kolei Kijów ma świadomość, że prowokowanie Rosji do otwartej wojny to czyn w istocie samobójczy. Ukrainą rządzą dranie, ale nie idioci.

Po czwarte – to też i NASZA wojna. W wojskowej planistyce zakłada się najczarniejsze scenariusze – pójdźmy więc tym tropem. I zwróćmy uwagę, że mamy w Polsce ponad 2 miliony Ukraińców. Gdyby mimo wszystko na wschodzie doszło do eskalacji, naiwnością byłoby sądzić, że Rosjanie nie wykorzystają faktu tak licznej obecności ukraińskiej diaspory. Wykorzystają w sposób, który będzie miał nas, Polaków, pozbawić współczucia dla sytuacji Ukrainy i jej obywateli. Możesz Czytelniku dać upust swojej wyobraźni – Rosjanie raczej nie będą przebierać w środkach.

Po piąte – to także nasz problem z innego powodu. Rozmawiałem jakiś czas temu z jednym z generałów WP, który opowiedział mi o symulacji, jaką przeprowadzono po wybuchu wojny na wschodzie. Wynikało z niej, że w najczarniejszym scenariuszu Polska zostanie wręcz zadeptana przez tłumy uchodźców. Może ich być nawet 10 milionów. Biorąc pod uwagę antyuchodźcze nastroje panujące w całej Europie, najpewniej byłby to tylko nasz kłopot – nikt by Ukraińców dalej nie wpuścił. I teraz wyobraź sobie Czytelniku, co by się działo w kraju, który jest tak nieudolnie zarządzany jak Polska. Którego urzędnicy nie mają właściwie żadnego doświadczenia w radzeniu sobie z sytuacjami kryzysowymi, większymi niż wybuch gazu w jakiejś kamienicy. Odpowiadam – to byłaby katastrofa. Szczęściarz ten, kto znalazłby się wówczas na terenie oddanym pod zarząd jakiejś międzynarodowej organizacji – ONZ czy NATO.

A zatem – nie trywializujmy zagrożenia, jakie od wczoraj płynie ze wschodu. Nie cieszmy się też z ukraińskiego nieszczęścia (bo i na takie reakcje natknąłem się, przeglądając internet…). Ale i nie ulegajmy katastroficznym wizjom. Trzeba je mieć z tyłu głowy, utrzymując do nich odpowiedni dystans.

—–

Fot. Plaża nad Morzem Azowski, w miejscowości Szyrokino, latem 2015 roku przedzielonej linią frontu/fot. Darek Prosiński