(Nie)inność

rosja. Stu protestujących wieje przed jednym policjantem.

– Ej, a dlaczego my uciekamy? – reflektuje się niechętny mobilizacji demonstrant. – Przecież nas jest setka, a on jeden?

– A bo to wiadomo, komu przypierdoli? – odpowiada mu kolega, równie niechętny wysyłce na front.

I uciekają dalej…

Prezentowałem już kiedyś dowcip oparty o ten schemat (ich stu – on jeden). Zaadaptowałem go do potrzeb teraźniejszości, by łatwiej mi było zilustrować pewną kwestię. Mam rzecz jasna świadomość niepoprawności politycznej, ale nie zamierzam za to przepraszać. Ostatecznie rosjanie zasługują na nasze drwiny, co i tak jest łagodnym potraktowaniem za setki lat egzystencjalnego zagrożenia, jakie nam tu zgotowali. Ale ja nie o tym.

Ogłoszenie mobilizacji wywołało w rosji niemałą panikę. Pisałem o tym wczoraj, wspomnę więc dla porządku o tłumach na lotniskach i na granicach, które rosjanie jeszcze mogą przekraczać. Potencjalni poborowi wolą uciec niż dać się wcielić i trafić na front. Przy tej okazji mała historyczna dygresja. Tylko dwa procent żołnierzy armii czerwonej w 1945 roku stanowili weterani wcieleni do służby przed wybuchem wojny w czerwcu 1941 roku. Reszta poległa, została ranna lub trafiła do niewoli, co w większości przypadków i tak oznaczało śmierć. Między 1941 a 1945 rokiem zginęło co najmniej 12,5 mln czerwonoarmistów. Na 5 mln niemieckich żołnierzy zabitych podczas II wojny światowej, 4 mln ofiar przypada na front wschodni. Wschód (i „wschód”, bo przecież sowieci mieli nieco inną perspektywę geograficzną niż Niemcy) był przedsionkiem piekła. W relacjach rodzinnych – tej części mojej familii, która miała niemieckie korzenie – jeszcze długo po wojnie obecny był wątek bezbrzeżnego lęku przed posłaniem do rosji, z jakim mierzyli się męscy krewni. Babcia wspominała kiedyś o uldze – która spadła na rodzinę – gdy okazało się, że zmobilizowani brat i kuzyn zostali wysłani do Francji. Ten drugi i tak zginął, co jednak nie zmieniło wyobrażeń o piekielnym wschodzie. Sowieckie bestialstwo wobec cywilów – nieodłączny element towarzyszący przemarszowi armii czerwonej – tylko je ugruntowało.

Wróćmy do współczesności. Przez front ukraiński (z naszej perspektywy wschodni, dla rosjan raczej południowy), przewinęło się dotąd 400 tys. wojskowych z armii putina. 80 tys. zginęło, zostało rannych i kontuzjowanych, dostało się do niewoli. Innymi słowy, co piąty żołnierz został wyeliminowany z walki (przy czym jeńców jest tam garstka). Powiestki – wezwania mobilizacyjne – są zatem dla rosjan niczym zaproszenie do tańca z diabłem. Tak jak kiedyś były dla ich (pra)dziadków i (pra)dziadków dawnych wrogów. To wyroki śmierci lub kalectwa, obarczone ogromnym ryzykiem realizacji.

Nie dziwi mnie zatem „nie” dla mobilizacji, lecz na boga, stanowczo protestuję przed nazywaniem demonstrantów „obrońcami praw człowieka”. Zagotowało się we mnie, gdy po raz pierwszy – wczoraj wieczorem – zetknąłem się z tą frazą. Bo nie o prawa człowieka tu idzie, a prawo Andrieja czy innego Saszy do wygodnego życia. Gdzie byli ci wszyscy obrońcy do tej pory? Jakoś nie przeszkadzało im, że giną Ukraińcy, w tym kobiety i dzieci, a większość tych śmierci to efekt terrorystycznej kampanii oraz zwyczajnego łajdactwa. Obudzili się, gdy zawisło nad nimi, nad ich bliskimi, ryzyko wysyłki na śmierć. Ja to oczywiście rozumiem, bunt zaś wspieram (jak wszystko, co kruszy zręby tego pseudopaństwa), ale nazywajmy rzeczy po imieniu.

Z tego samego powodu (intelektualnej uczciwości) nie ulegajmy narracji o jakimś gwałtownym przebudzeniu – rosji/rosjan. To, co od wczoraj oglądamy, to reakcja zlęknionej wielkomiejskiej elity, która zdała sobie sprawę, że jej w miarę wygodne życie może zostać zaburzone. Dopóki ruchawki nie obejmą biednej prowincji, dopóty nie będzie to nic istotnego. Z dostępnych informacji wynika, że policja zatrzymała półtora tysiąca demonstrantów. Sporo? Cóż, to dziesięć procent protestujących, w 144-milionowym kraju…

Ale nie chcę utwierdzać Was w przekonaniu, że „ruskie są jakieś inne/dziwne”. Pozwólcie, że znów wspomogę się historią. Babcia mojej żony spędziła okupację w jednej z podkrakowskich wsi. Jako dziewczynka, potem nastolatka, przeżyła wojnę świadomie. Z jej wspomnień wyłania się obraz zupełnie inny od martyrologicznej wizji, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni. Niemców właściwie tam nie ma – od czasu do czasu do wsi przyjeżdżał policjant na rowerze. Taki dobroduszny pierdoła z mauzerem niezdarnie przewieszonym przez plecy, co to może i kiedyś – podczas poprzedniej wojny – zdolny był do jakichś heroicznych czynów, ale jako chłop pod pięćdziesiątkę myślał tylko o tym, żeby mieć święty spokój. Co jakiś czas do wsi wbijała większa grupa okupantów – po kontrybucje – i wówczas już tak sielsko nie było, niemniej wciąż mówimy o świecie zupełnie innym niż realia wielkich miast. Gdzie okupacja równała się bezpardonowemu terrorowi na niespotykaną wcześniej skalę. Ale w percepcji bohaterki mojej opowieści te miasta były daleko, dalekie też wydawały się wsie, które poddano brutalnym pacyfikacjom. Okupacyjny nadzór realizował ów nieszczęśnik na rowerze (nieszczęśnik, bo w końcu utłukli go partyzanci) oraz „strażnik w głowach” wieśniaków, który „przypominał im”, że Niemcy dysponują atutem przemocy i chętnie po niego sięgają.

Polska była krajem przyfrontowym, przez cały okres okupacji zmierzały nią nieprzebrane masy wojska, lecz do służby okupacyjnej oddelegowano tylko nieznaczną część niemieckich sił zbrojnych i aparatu bezpieczeństwa. Przez większość tego czasu na jednego hitlerowskiego funkcjonariusza przypadło dosłownie – jak w zacytowanym dowcipie – stu Polaków. A jednak dali się zastraszyć. Oczywiście, powstało podziemie, prowadzono akcję zbrojną, lecz wyzwolenie musiało przyjść z zewnątrz (na nieszczęście byli to sowieci).

W czasach PRL-u tylko w okresie stalinowskim mieliśmy do czynienia z powszechnym terrorem – później opresyjność systemu była już tylko niższa. Ale trwał, dzięki strategii terroru selektywnego. Nie było konieczności masowego gnębienia ludzi – wystarczyło, że raz na jakiś czas milicja obtłukła komuś twarz, ktoś trafił do pudła za „działalność antysystemową”, kto inny miał kłopoty (z pracą, z otrzymaniem mieszkania, z dostępem do jakichś dóbr). Ludzie wiedzieli, i bez spektakularnych akcji typu rozpędzona demonstracja czy strajk, że władza ma narzędzia do stosowania przemocy. I to wystarczało, by „karawana toczyła się dalej”. Sprzyjał temu naturalny konformizm – potrzeba zorganizowania sobie życia niezależnie od okoliczności, a choćby i z bagnetem przy dupie.

Tak naprawdę rosjanie nie realizują jakiejś etnicznie swoistej strategii życiowej – robią to, co (robiliby) inni. Z tą różnicą, że oni żyją w warunkach okupacji/zniewolenia od dawna. „Był czas przywyknąć”, wchłonąć normy wiernopoddaństwa do tego stopnia, że niemożnością wydają się inne reguły.

Na szczęście putinowskie imperium ufundowane jest na kłamstwie. Wojna w Ukrainie pokazała, że rzekoma reforma armii rosyjskiej była jedną wielką ściemą. Oszukiwano się nawzajem, trudno w tej chwili ocenić, kto kogo bardziej i kto w tym wszystkim miał większą świadomość realiów. putin, zdaje się, uwierzył, że biliony rubli wyłożone na zbrojenia dały mu wojsko na miarę XXI wieku. No i się przejechał. A upadłych mitów może być więcej. Armia jest zwykle wzorcową instytucją, świadczącą o sprawności państwa – jeśli więc ona nie działa, uprawnionym są podejrzenia, że aparat represji jest w podobnej kondycji.

Czy jest? rosjanie chyba tego nie wiedzą, nie wiem, czy chcą wiedzieć. Czy chcą sprawdzić, co się stanie, jak wrzucą „pierdołę na rowerze” do studni. Będzie to (byłoby!) co najmniej tak ważne jak ukraińskie zwycięstwa na froncie. Bez wewnętrznej presji to obrzydliwe gmaszysko się nie przewali.

—–

Nz. „Sprawdzam!” w odniesieniu do rosyjskiej armii przynosi takie skutki…/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Iluzje

Do lata 2008 r. wojna była dla Europejczyków mocno abstrakcyjnym pojęciem. Owszem, ich armie brały udział w odległych konfliktach, lecz dotyczyło to niewielkich odsetków populacji. Rosyjski atak na Gruzję – choć na chwilę wywołał ferment w opiniach publicznych – szybko przestał być powodem do zmartwień. Wojnę stoczono daleko, gdzieś na pograniczu z Azją, zaś jej ekonomiczne i demograficzne skutki miały symboliczny wymiar. Sześć lat później ta sama percepcja zwyciężyła w postrzeganiu krwawych zmagań w Donbasie – nawet środkowo-wschodni Europejczycy w większości uznali je za coś, co ich nie dotyczy. Aż nastał 24 lutego br. i armia Putina dokonała pełnoskalowej inwazji na Ukrainę. Dziś za naszą wschodnią granicą toczy się konflikt zbrojny o intensywności, której kontynent nie doświadczył po 1945 r. Jego konsekwencje nie rozkładają się równomiernie, te ekonomiczne właściwie dopiero przed nami, niemniej jasne jest, że wojna ponownie zakotwiczyła w codzienności mieszkańców Europy. Nie trzeba spadających na głowę bomb, by wiedzieć, że trwa.

Kiedy to już wojna?

Tyle że to nasza europocentryczna perspektywa, fałszywe z gruntu przekonanie o świecie, w którym niemal bez wyjątku panuje pokój. Nieistniejący już niemiecki Instytut Badań Przyczyn Wojny (AKUF) podawał, że w 2010 r. toczyły się 32 konflikty zbrojne, z czego 90% miało miejsce w krajach rozwijających się. Z kolei w 2011 r. ich liczba wzrosła do 36, rok później wynosiła 34. W 2013 r. AKUF zarejestrował 30 wojen o różnej intensywności. Przeglądając europejskie gazety z tamtych lat, znaleźć można jedynie ślad tych dramatów – stosunkowo nieliczne doniesienia z Iraku i Afganistanu, których zapewne byłoby jeszcze mniej, gdyby nie udział zachodnich wojsk. 2014 okazał się rokiem 31 konfliktów. Najkrwawszy rozgrywał się w Syrii, przy niewielkim zainteresowaniu europejskich opinii publicznych aż do kolejnego roku. Wtedy ponad milion Syryjczyków ruszyło na bezpieczny kontynent w poszukiwaniu lepszego życia. W takich okolicznościach powstała presja na rządy, „żeby wreszcie zrobiły coś z Syrią”. W przypadku krajów skupionych w NATO skończyło się na ograniczonej misji wojskowej, powołanej do zniszczenia tzw.: Państwa Islamskiego (ISIS).

Wróćmy do lat bieżących. W zeszłym roku liczba ofiar śmiertelnych starć zbrojnych i zamachów terrorystycznych wskazywała na stan wojny w 20 krajach świata. Według naukowców ze szwedzkiego Uniwersytetu w Uppsali – gromadzących dane związane z przemocą zorganizowaną – za wojnę uznać należy konflikt, na skutek którego w roku kalendarzowym ginie ponad tysiąc osób. W przypadku Afganistanu „limit” ów w 2021 r. przekroczono 41 razy – tyle kosztowała przede wszystkim droga talibów do powrotu do władzy, rozpoczęta wiosną, zakończona wejściem do Kabulu w połowie sierpnia ub.r. W tamtym czasie walczono też w Jemenie, gdzie od 2014 r. (aż do dziś) trwa wojna domowa wzniecona przez powstańców z szyickiego plemienia Huti. Według ONZ, tylko w minionym roku kosztowała ona życie 22 tys. osób, sprawiając jednocześnie, że aż 16 mln Jemeńczyków żyło na granicy głodu. Wziąwszy pod uwagę fakt, że Jemen graniczy z niezwykle zasobną Arabią Saudyjską (która przy wsparciu logistycznym USA jest stroną konfliktu, przeciwną powstańcom), tragiczna sytuacja humanitarna zasługuje na miano okrutnego paradoksu. Podobnie można określić sytuację w Nigerii – w jednym z najbogatszych w zasoby naturalne krajów świata – gdzie w 2021 r. aż 9,3 tys. osób zginęło na skutek wojny z terrorystyczną organizacją Boko Haram.

Odwrócony rozwój

Ale po drugiej stronie nie zawsze stoją żołnierze, partyzanci czy terroryści – wojna może mieć również postać zmagań z pospolitymi przestępcami. Z taką sytuacją mamy do czynienia w Meksyku, którego władze od dekad borykają się z działalnością karteli narkotykowych, a od 2006 r. prowadzą z nimi regularną wojnę. W zeszłym roku pochłonęła ona 7,7 tys. ofiar, a multimedialne zapisy potyczek przywodzą skojarzenia z partyzanckimi walkami miejskimi. Bojówki narkotykowych baronów są świetnie wyekwipowane, także w broń przeciwlotniczą, odkąd policja i armia używa wobec nich śmigłowców. Niektóre z maszyn spadają, a kadry niczym z „Black Hawk Down” (pol. „Helikopter w ogniu”) – fabularnej opowieści Ridleya Scotta o amerykańskiej akcji w somalijskim Mogadiszu – regularnie trafiają do meksykańskich mediów i sieci.

A skoro jesteśmy przy Somalii – w 2021 r. doszło tam do 1,6 tys. potyczek i 500 eksplozji, w których zginęło niemal 3,2 tys. osób. W kraju od wielu lat trwa kampania terrorystyczna prowadzona przez radykalnych islamistów z Asz-Szabab. W najnowszej odsłonie tego dramatu, zaledwie sprzed kilkunastu dni, zginęło 19 osób, gdy bojownicy ostrzelali pojazdy na drodze w regionie Hiran. Zabici to pasażerowie i kierowcy cywilnego mikrobusu oraz ciężarówek przewożących pomoc humanitarną. Członek miejscowej starszyzny przekazał Reutersowi, że stworzonym przez mieszkańców grupom samoobrony udało się pozbyć bojowników z tego terenu, siły rządowe nie przysłały jednak żadnego wsparcia, które zapobiegłoby powrotowi terrorystów.

Jest więc Somalia nadal na liście państw objętych działaniami zbrojnymi – i to wysoko. Wspomina się ją w najnowszej „Mapie wojny” Grupy Banku Światowego (WBG), zaprezentowanej w marcu br. podczas Fragility Forum 2022. Prezes grupy David Malpass wymienił wówczas konflikty o wysokiej lub średniej intensywności, toczące się w 23 państwach, w których łącznie mieszka 850 mln ludzi (czyli 1/9 ziemskiej populacji…). Malpass zaznaczył, że od ostatniego Forum (w 2020 r.) dramatycznie wzrosła niestabilność, liczba ofiar śmiertelnych związanych z konfliktami i niepokojami społecznymi. Według przytaczanych przez niego danych, w 2021 r. 300 mln mieszkańców krajów konfliktu doświadczyło „poważnego braku zabezpieczenia żywnościowego”. „Miliony rodzin mierzy się z odwróceniem rozwoju i największym kryzysem gospodarczym od prawie stulecia”, alarmował szef WBG.

Krwawiąca Syria

O tym, że wojna poza śmiercią i zniszczeniami oznacza też dotkliwe ekonomiczne skutki przekonują się właśnie Ukraińcy. Aż 75% budżetu państwa jest obecnie przeznaczanych na prowadzenie działań zbrojnych. W czasach pokoju utrzymanie armii oscyluje na poziomie 10% wpływów budżetowych, mamy więc do czynienia z kilkukrotnym wzrostem (nie 7,5-krotnym, bo po 2014 roku Kijów wydawał na wojsko więcej z uwagi na wojnę w Donbasie) – oczywiście kosztem usług oferowanych obywatelom.

Choć obiektywnie trudne, warunki życia większości Ukraińców są dużo lepsze niż w przypadku Syryjczyków. O czym Europejczykom łatwo zapomnieć, bo po zgruchotaniu ISIS uznaliśmy wojnę w Syrii za zakończoną. Ona tymczasem trwa, mimo iż nie jest już tak intensywna. Dla przykładu, w czerwcu br. lotnictwo USA dokonało nalotu, w którym zginął Abu Hamzah al-Jemeni, jeden z przywódców Al-Kaidy. Pod koniec sierpnia samoloty F-35 zaatakowały pozycje wspieranych przez Iran bojówek w północno-wschodniej Syrii. Był to odwet za wcześniejszy atak na amerykańskie instalacje. W tym samym czasie agencje donosiły o intensywnej wymianie ognia między Kurdami a turecką armią w okolicy Kobane, na pograniczu z Turcją. Ta garść informacji dobrze ilustruje skomplikowaną sytuację Syrii. Baszar Asad kontroluje dziś ponad 80% terytorium kraju, reszta znajduje się w rękach islamskich radykałów oraz Kurdów. Skrawek państwa zajmują Amerykanie, wzdłuż własnej granicy kordon bezpieczeństwa zbudowała Turcja. Na terenach pod kontrolą Asada goszczą zaś Rosjanie (którzy w ostatnich tygodniach wycofują część sprzętu, kompensując straty poniesione w Ukrainie). A ponieważ interesy wszystkich tych podmiotów są sprzeczne, nie da się wykluczyć eskalacji walk. Zresztą, nawet bez tego jest źle – w wyniku zorganizowanej przemocy w Syrii zginęło w 2021 r. 5,5 tys. osób. Bieżący nie zapowiada się lepiej.

A na koniec mała ciekawostka (którą wytropił Wojciech Orliński, publicysta „Gazety Wyborczej”, nauczyciel): z powodu braku traktatu pokojowego, drugą wojnę światową zakończył akt bezwarunkowej kapitulacji Niemiec oraz jednostronne deklaracje państw walczących z Niemcami, że już z nimi nie walczą. Polska przyjęła stosowny dokument późno – 18 lutego 1955 r. – ale do tej pory nie zrobiło tego aż 14 innych krajów. Formalnie zatem wciąż pozostają one w stanie wojny z Berlinem…

—–

Nz. Dzieci syryjskich uchodźców w Libanie, w jednym z wielu obozów w pobliżu miasta Arsal/fot. własne

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 38/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Monstrum

Pojawiają się nowe elementy użyteczno-idiotycznej narracji sponsorowanej przez Kreml. W połączeniu ze starymi, mają wywrzeć wrażenie totalnej nieodpowiedzialności, jakiej dopuszczają się władze RP, wspomagając wojskowo Ukrainę. Kreślona jest analogia z przedwojennym „silni-zwarci-gotowi”, wieńczona konkluzją, że skończy się jak wtedy – tragiczną klęską – i stwierdzeniem, że Polacy „niczego się nie uczą”/”nie wyciągają wniosków z własnej historii”.

W tej perspektywie niemądre jest doprowadzenie armii do „niemalże ogołocenia ze sprzętu, w znacznym stopniu przekazanego Ukrainie”. Naiwna jest wiara w stojące za nami potęgi militarne, które wedle różnych odmian narracji, albo się od nas odwrócą, albo owszem, w razie potrzeby pokonają Rosję, ale stanie się to kosztem Polski, która zostanie „kompletnie zdemolowana”.

Zabawny, choć warty odnotowania jest inny element – żal, że lewica nie potrafi stanąć na wysokości zadania i protestować przeciwko wysyłce broni, co skutkuje przedłużaniem walk i śmiercią niewinnych ludzi. I że niemal 20 proc. Polaków – deklarujących poparcie dla idei zakończenia walk nawet za cenę ustępstw terytorialnych – nie ma swojej reprezentacji politycznej. Co przekłada się na cementowanie bieżącej polityki aktywnego zaangażowania Polski w rosyjsko-ukraiński konflikt.

Rzygać mi się chce, gdy czytam te wypociny, niemniej warto się nad nimi pochylić, bo presja Moskwy – w obliczu coraz bardziej oczywistych porażek na froncie – tylko będzie rosła. Agenci wpływu i użyteczni idioci nie będą narzekać na brak zajęcia, a cel – przemienienie wspomnianych 20 proc. na 50-60 – jakkolwiek odległy, wcale nie jest nieosiągalny. Im więcej trucizny pojawi się w naszym obiegu, tym większe ryzyko coraz liczniejszych infekcji.

Ujmująca jest troska o życie i zdrowie niewinnych ludzi; sam ją podzielam. Nie widzę jednak prostszego sposobu na zapobieżenie dramatom, jak wycofanie się wojsk rosyjskich z Ukrainy. Przy takim obrocie spraw Ukraińcy nie przeniosą wojny na terytorium rosji – im zależy wyłącznie na wyzwoleniu własnego kraju.

Wolność to wartość leżąca u podstaw lewicowych przekonań, trudno zatem się dziwić, że poza oszołomskimi odłamami, ludzie lewicy (wśród nich piszący te słowa) wspierają Ukrainę (i polityki, które służą jej przetrwaniu). putin i jego hordy niosą Ukraińcom zniewolenie, w wymiarze materialnym (tak przecież istotnym w myśli lewicowej) biedę, w obszarze obyczajowym najobrzydliwszą odmianę konserwatyzmu, z jej pogardą dla rozmaitych mniejszości. Co zaś się tyczy defetystów – nie wszystkie poglądy, nawet jeśli są umiarkowanie popularne, zasługują na reprezentację polityczną. Zwłaszcza jeśli stwarzają zagrożenie dla racji stanu i biologicznego bytu wspólnoty. Pozwólmy putinowi zagarnąć część Ukrainy, a za jakiś czas upomni się o następny kawałek. Owszem, z przeszłości płyną pouczające doświadczenia – niekrępowanie bezkarności Hitlera jest jedną z nich.

Pokonana Ukraina to rosjanie szerzej u naszych wrót. Na dziś nie byłoby to wielkim zagrożeniem, nie można bowiem porównywać NATO z sojuszem polsko-francusko-brytyjskim z końca lat 30. rosja to nie III Rzesza, której potencjał przy umiejętnym wykorzystaniu dawał sposobność na pokonanie zjednoczonych przeciwników. NATO nie daje rosjanom żadnych szans, z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że nie pozwoliłoby putlerowskim armiom wkroczyć na jakikolwiek skrawek własnego terytorium. W rachubach czysto wojskowych zacofane i zdegenerowane rosyjskie siły zbrojne to przeciwnik do pokonania bez konieczności sięgania po broń jądrową.

Minione miesiące pokazują, że niezależnie od wewnętrznych tarć, Sojusz pozostaje organizacją spójną, zdeterminowaną do obrony własnych granic. By to dostrzec, należy przymknąć oko na działania czysto polityczne, dyktowane bieżącym interesem ekonomicznym, a skupić się na aktywności militarnej. Niestety, duża jej część pozostaje niejawna, ale już to, co widać – jak choćby dyslokacje wojsk, zwłaszcza komponentów lotniczych – pozwalają sądzić, że nie ma tu mowy o „papierowych zobowiązaniach”. Dzięki takim uwarunkowaniom Polska może sobie pozwolić na przekazywanie części swojego uzbrojenia Ukrainie. Chroni nas natowska tarcza i miecz. Nominalnie skala tej pomocy jest imponująca – dojdzie niebawem do 10 mld zł – ale czy rzeczywiście „ogołaca się” przy tej okazji Wojsko Polskie? Część jednostek utraciła możliwości szkoleniowe, część ma je ograniczone. Obok starej broni (np. czołgów T-72, samobieżnych haubic Goździk), na wschód powędrowało sporo nowoczesnego sprzętu (armatohaubice Krab, wyrzutnie przeciwlotnicze Piorun itp.). Przekazaliśmy Ukraińcom niemało broni strzeleckiej, amunicji, mnóstwo elementów wyposażenia żołnierzy. W skali całego wojska można mówić o kilkunastoprocentowym obniżeniu gotowości jako skutku tych działań. Ale to sytuacja tymczasowa – wydrenowane zasoby zostaną uzupełnione w ciągu 3-5 lat, nowszym sprzętem, o lepszych parametrach. Zyskiem będzie – już jest! – przetestowana w warunkach bojowych broń, co poskutkuje jej odpowiednimi modyfikacjami. Ale to „resztówka” w porównaniu z tym, co przyniesie nam, całej środkowo-wschodniej Europie, potężny wysiłek ukraińskiej armii. Już dziś zniwelował on możliwości bojowe rosji w nieprawdopodobnym stopniu.

A Ukraińcy, wszystko na to wskazuje, dopiero się rozkręcają. Wstrzymać ich, to wyzbyć się dziejowej szansy. NATO w ciągu najbliższych kilkunastu lat się nie rozleci – nie ma ku temu racjonalnych przesłanek. Ale co będzie za dwie-trzy dekady? To już perspektywa, za którą kryje się zbyt duża niewiadoma, jednocześnie horyzont uwzględniany w sensownym planowaniu militarnym. Zwycięska w ukraińskiej wojnie rosja zapewne będzie czyhać, szukać swojej szansy – choćby tylko na zemstę; takie jest „DNA” tej struktury państwowej i etnicznej mentalności. Wykorzysta słabość naszą, naszych sojuszników – jeśli takie się pojawią. Trzeba będzie ich unikać – budować własne możliwości obronne, chuchać na sojusze. Lecz idealną w tym kontekście byłaby sytuacja, w której rosji – jaką znamy – już nie będzie. Dotąd dekompozycja federacji rosyjskiej wydawała się scenariuszem z hurraoptymistycznych analiz kiepskich think-tanków. Ukraińcy sprawiają, że staje się to zupełnie realne. Potężny zdawało się ZSRR, rozpieprzył się na Afganistanie, słabsza przecież rosja natrafiła na dużo większy i twardszy kamień. Niech więc się potknie i walnie łbem o glebę tak, że rozpadnie się na kawałki. Ostatecznie rosja jest niczym monstrum Frankensteina – bytem pozszywany z różnych ciał. Ani to naturalne, ani żyjące w harmonii.

—–

Nz. Inna symboliczna reprezentacja współczesnej rosji – wypalony wóz bojowy piechoty/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Najeżeni

Sztokholmski Międzynarodowy Instytut Badań nad Pokojem (SIPRI) nie ma dobrych wiadomości i alarmuje, że po raz pierwszy od 1991 r. możliwy jest wzrost potencjału nuklearnego na świecie. A przecież już to, co obecnie znajduje się w silosach i magazynach, wystarczyłoby do wielokrotnego zniszczenia naszej cywilizacji. 90% światowego potencjału atomowego posiadają Rosja i USA (odpowiednio 6 tys. i 5,4 tys. głowic), reszta wyjątkowo śmiercionośnej broni zalega w arsenałach Wielkiej Brytanii, Francji, Chin, Indii, Pakistanu, Izraela i Korei Północnej. „Mamy wyraźne oznaki, że redukcje przeprowadzane od zakończenia zimnej wojny, właśnie dobiegły końca”, mówi Hans Kristensen z Programu Broni Masowego Rażenia SIPRI. Łączna liczba pocisków nuklearnych zmalała w ciągu minionego roku o niespełna 400 sztuk (do 12,7 tys.), a proces ten wynikał przede wszystkim z konieczności utylizacji najstarszych głowic. „Państwa posiadające broń jądrową zwiększają lub modernizują arsenały, a większość zaostrza retorykę nuklearną i rolę, jaką broń atomowa odgrywa w ich strategiach”, konkluduje Wilfred Wan, dyrektor Programu.

Strach tykać…

Inwazja Rosji na Ukrainę i wsparcie wojskowe Zachodu dla Kijowa zwiększyły napięcia wśród państw posiadających głowice. „Ryzyko użycia tego rodzaju broni jest największe od dziesięcioleci”, twierdzą analitycy SIPRI. Dodać należy, iż marne rosyjskie postępy w Ukrainie i ujawniona przy tej okazji kiepska kondycja konwencjonalnych sił zbrojnych Federacji, zwiększają jeszcze jedno ryzyko. Moskwa chroni się dziś za nuklearną tarczą, bez której inaczej wyglądałaby współpraca NATO z napadniętym krajem. Ryzyko atomowej eskalacji i ponawiany co rusz jądrowy szantaż Kremla, powściągają zachodnich przywódców przed otwartą konfrontacją, która zakończyłaby się niechybną klęską Rosji. Dla innych państw – zwłaszcza bandyckich reżimów – jest oczywiste, że tylko atomowy argument zapewni im bezpieczeństwo. Można więc założyć, że zwiększą wysiłki mające na celu pozyskanie takiej broni. Pouczający jest tu także przykład Korei Północnej, której „strach tykać”, bo skutki dla całego regionu mogą być dramatyczne.

W tym kontekście łatwiej zrozumieć decyzję Chin, posiadających stosunkowo skromny zasób 350 głowic jądrowych. Z danych pozyskanych przez Departament Obrony USA wynika, że Pekin planuje podwoić arsenał do 2027 r., a trzy lata później dysponować już tysiącem pocisków. Służby wywiadowcze donoszą o trwających w ChRL pracach budowlanych, w wyniku których powstanie około 300 nowych silosów rakietowych. Tym wysiłkom – oraz sytuacji we wschodniej Europie – z niepokojem przyglądają się w Tokio. Kilka tygodni temu ministerstwo obrony Japonii, w dorocznym raporcie znanym jako „Biała Księga Obronna”, wyraziło „głębokie zaniepokojenie agresywnymi działaniami Chin i Rosji”. Efekt? Japoński rząd nie ustanowił maksymalnego pułapu wydatków na obronność w kolejnym roku fiskalnym (co czyniono w projektach budżetu w poprzednich latach, by tym sposobem unikać niekontrolowanego wzrostu długu publicznego). W bieżącym roku fiskalnym nakłady Japonii na wojsko zaplanowano na poziomie 5,4 bln jenów, co odpowiada kwocie 40 mld dol. Dla porównania, tegoroczny budżet polskiego MON ma równowartość 13,7 mld dol.

Trzech prowodyrów

A kolejne będą tylko wyższe, gdyż Polska planuje podnieść wydatki zbrojeniowe do 3% PKB już w 2023 r (w 2020 było to 2,1%). Jak zauważa sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg, Sojusz przechodzi obecnie „największą przebudowę obrony zbiorowej i odstraszania od czasów zimnej wojny”. Statystki mogą się tu wydawać nieco mylące, bo zaledwie 9 z 29 obecnych członków Paktu (posiadających siły zbrojne), łoży na armie ustalony w 2014 r. pułap 2% PKB. Poza Polską są to: Grecja (3,76%), USA (3,47%), Litwa (2,36%), Estonia (2,34%), Wielka Brytania (2,12%), Łotwa (2,10%), Chorwacja (2,03%) i Słowacja (2,00%) – co znamienne, w większości państwa Europy Środkowo-Wschodniej. Rumunia i Francja, które osiągnęły już dwuprocentowy cel, w 2022 r. spadły nieznacznie poniżej tego progu. Stawkę zamykają więksi i zasobniejsi członkowie NATO – Niemcy, Kanada, Włochy i Hiszpania. Ale w liczbach rzeczywistych budżety wojskowe tych krajów i tak pozostają imponujące (np.: Berlin w 2021 r. przeznaczył na cele obronne 56 mld euro), no i nie bez znaczenia są podjęte niedawno zobowiązania do odnowienia potencjału wojskowego, zaniedbanego przez ostatnie 30 lat. Najdalej w tym zakresie idą Niemcy, przeznaczając na armię dodatkową kwotę (poza bieżącymi budżetami) 100 mld euro w zaledwie pięć lat.

Dramatyczne wzrosty dotyczą także innych krajów. Kazachstan na kolejny rok zwiększa budżet wojskowy o 900 mln dol. – do kwoty 1,7 mld dol. (mamy więc do czynienia z więcej niż podwojeniem wydatków!). Jednocześnie kraj – dotąd blisko związany z Moskwą – zacieśnia stosunki z ChRL z jednej strony, i krajami NATO z drugiej. Powodem takiej wolty są ambicje geopolityczne Władimira Putina, obnażone po całości wraz z napaścią na Ukrainę. Działania Rosji są zatem impulsem do zbrojeń nie tylko w obszarze euro-atlantyckim – gdzie sprawy przyśpieszyły po aneksji Krymu w 2014 r. – ale też w centralnej Azji. Trzeba jednak podkreślić, że odpowiedzialność za remilitaryzację świata rozkłada się i na inne podmioty. Rosja istotnie, od 2000 r. począwszy wydawała wiele, próbując odzyskać status supermocarstwa. Ponad dekadę temu była jednym z nielicznych krajów, które nie obcięły wydatków na wojsko w następstwie kryzysu z 2008 r. W 2021 r., gdy gromadziła żołnierzy wzdłuż ukraińskiej granicy, nakłady na obronność sięgnęły 65,9 mld dol., czyli 4,1% PKB. Ale to Chiny od 30 lat napędzają indo-pacyficzny wyścig zbrojeń. Niezwykle spektakularne są także wzrosty wydatków militarnych USA po 11 września 2001 r.

Ktoś straci, ktoś zarobi

Według SIPRI, w ciągu dekady (licząc od początku 2012 do końca 2021 r.), światowe wydatki na zbrojenia wzrosły o 12%. Rok do roku (2020-21) powiększyły się o nieznaczne 0,7%, lecz i tak pierwszy raz w historii przekroczyły 2 bln dol. (dokładnie było to 2,11 bln dol.). W 1989 r. globalne wydatki na cele wojskowe zamknęły się w kwocie 1,7 bln dol., a 10 lat później wyniosły „tylko” 1,2 bln dol. To właśnie wtedy – po „biednym” 1999 r. – ma swój początek trend wzrostowy dotyczący zbrojeń. Wśród państw wydających najwięcej na wojsko w 2021 r. znalazły się USA – 801 mld dol. (38% udziału w światowych wydatkach), Chiny – 293 mld dol. (14%), Indie – 76,6 mld dol. (3,6%), Wielka Brytania – 68,4 mld dol. (3,2%) i Rosja – 65,9 mld dol. (3,1%). Zastrzec należy, że chińskie i rosyjskie dane są oficjalnymi – rzeczywiste nakłady bez wątpienia były większe. Nie zapominajmy również o innej sile nabywczej dolara w krajach Zachodu i u pozostałych liderów (w Chinach czy Rosji za miliard dolarów można kupić więcej niż w Stanach). Zdaniem analityków, koszty rosyjskiej inwazji na Ukrainę oraz wywołane przez nią militarne wzmożenie sprawią, że tegoroczne wydatki zbrojeniowe przekroczą pułap 2,3 bln dol.

Ktoś straci – bo wojna to śmierć i zniszczenie – ale ktoś też zarobi. Według SIPRI, w latach 2017–2021 największymi eksporterami uzbrojenia były USA z 39-procentowym udziałem w światowym rynku. Kolejne miejsca zajmowała Rosja (19%), Francja (11%), Chiny (4,6%) i Niemcy (4,5%). Amerykańska broń trafiała do 103 państw; w wielu z nich koncerny z USA zdominowały miejscowe rynki. Rosja eksportowała broń do Indii, Egiptu, Chin, Algierii, Wietnamu, Iraku, Kazachstanu i Białorusi. Chiny zyskały status wiodących dostawców w Pakistanie, Bangladeszu i Mjanmie. W gronie największych importerów znalazły się Indie (11% udziału w globalny imporcie), Arabia Saudyjską (11%), Egipt (5,7%), Australia (5,4%) i Chiny (4,8%). Stany zajęły 13. miejsce, Rosji zabrakło w pierwszej czterdziestce – oba państwa mają bowiem rozwinięte przemysły zbrojeniowe i pozostają w dużej mierze samowystarczalne. Jest jednak pewne „ale” – w czym kryje się też odpowiedź na pytanie o źródła przewagi amerykańskiej zbrojeniówki. Oferuje ona broń drogą, lecz niezawodną, znacząco lepszą od rosyjskich i chińskich odpowiedników. Hojnie dofinansowana, szybko opracowuje i wdraża kolejne systemy. Chińczycy wciąż takiej wydajności nie osiągnęli, Rosjanie zmagają się z technologicznym zapóźnieniem – dlatego ich broń pozostaje głównie ofertą dla biednych. Ci drudzy mają teraz dodatkowy kłopot – odcięto ich od zachodnich komponentów, a ciężkie straty w Ukrainie zmuszają do skupienia wysiłków na odbudowie własnej armii. Chiny już ostrzą sobie zęby na porzucone przez Rosję rynki…

—–

Nz. Eksplozja głowicy jądrowej/fot. Departament obrony USA

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 34/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Wiano

Z czym do NATO? Czy Szwecja i Finlandia to cenne nabytki dla Sojuszu Północnoatlantyckiego?

W połowie maja br., gdy stało się jasne, że Finlandia – wraz ze Szwecją – zamierzają wejść do NATO, Kreml wysłał Helsinkom kolejną serię pogróżek. Fiński rząd sprawę przemilczał, ale przedstawiciele armii już nie. „Miło was przywitamy – dołączycie do 200 tysięcy Rosjan, zakopanych kilka metrów pod ziemią po waszej ostatniej wizycie z 1939 roku”, skomentował niewymieniony z nazwiska fiński generał, cytowany przez amerykańskiego admirała Jamesa Stavridisa, byłego Naczelnego Dowódcę Sił Sojuszniczych. Wypowiedź jest ponad wszelką wątpliwość autentyczna, znakomicie ilustrując stosunek Finów do Rosji. Wojna zimowa z końca lat 30., mimo iż zakończyła się oderwaniem od Finlandii części terytoriów, upokorzyła stalinowskie imperium, które z trudem – masą i bezprzykładnym okrucieństwem wobec własnych żołnierzy – pokonało kilkudziesięciokrotnie mniejszy kraj. To niełatwe historyczne doświadczenie współtworzyło powojenną tożsamość narodu fińskiego, który wielkiego sąsiada bał się, ale nieprzesadnie. Świadomość relatywnej siły, pozwalającej w razie potrzeby na zadanie agresorom poważnych strat, przez dekady leżała u podstaw fińskiej kultury strategicznej. Pozwalała na luksus neutralności, choć należy zauważyć, że w okresie zimnej wojny działo się to w reżimie ograniczonej politycznej i gospodarczej zależności od Moskwy (nieporównywalnej z sytuacją krajów bloku wschodniego). W ostatnich latach coś się jednak zmieniło.

Rosyjska inwazja Ukrainy sfalsyfikowała dotychczasowe założenia fińskiej strategii bezpieczeństwa. Finowie doszli do wniosku, że dialog i współpraca z Moskwą obarczone są zbyt wielkim ryzykiem, jeśli z drugiej strony ma się wyłącznie niezobowiązujące relacje wojskowe z państwami NATO. Gdy zarządzono głosowanie w parlamencie, 188 z 200 posłów poparło akcesję kraju do Sojuszu, uznając, że tylko art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego zapewni bezpieczeństwo i integralność terytorialną Finlandii. Podobnego zdania jest dziś niemal 80% fińskiego społeczeństwa. Co istotne, gremialne „tak” dla integracji miało ogromny wpływ na sąsiednią Szwecję. Jeszcze w marcu br., już po rosyjskim ataku na Ukrainę, premier Magdalena Andersson wykluczała członkostwo Szwecji w NATO. Fińska wolta zrodziła obawy, że kraj pozostanie strategicznie osamotniony, jako jedyny w regionie Bałtyku (poza Rosją) nienależący do Sojuszu. I choć w Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej (SAP) istnieją silne nurty antynatowskie i antyamerykańskie, Andersson przekonała działaczy do zmiany zdania. Zadanie ułatwiło nastawienie opinii publicznej, która pod wpływem wieści z Ukrainy przychylniej odniosła się do idei integracji. Obecnie popiera ją niemal dwie trzecie Szwedów (w ostatnich latach było to zaledwie 30-kilka proc.).

Ryzyko jazdy na gapę

Szwecja i Finlandia to jedne z najzasobniejszych państw świata. Szwedzki PKB za ubiegły rok przebił pułap 600 mld dol., fiński wyniósł ćwierć biliona. Oba kraje mają rozwinięte gospodarki, szwedzka posiada możliwości wyprodukowania niemal każdego rodzaju uzbrojenia – od karabinów po samoloty – zapewniające wojsku samowystarczalność. Jednocześnie to rozległe terytoria (528 tys. i 338 tys. km kw.), ze stosunkowo niewielkimi populacjami (10,3 i 5,5 mln), w przypadku Finlandii z mocno niekorzystnym układem granic – połowa z 2,6 tys. km przypada bowiem na Rosję. Finowie łożą na armię 2,15% PKB (5,7 mld dol. w 2021 r.), lecz dopiero od niedawna – wcześniej, przez wiele lat, wydatki militarne Helsinek nie przekraczały 1,3% PKB. Szwedzkie nadal pozostają na niskim poziomie 1,1% PKB (6,5 mld dol. w 2021 r.), co nie odpowiada standardom NATO. Dlatego pośród analityków wojskowych nie było zgody co do sensowności rozszerzenia Sojuszu o te kraje. W Polsce – gdzie zapanował w tej kwestii entuzjazm – głosów na „nie” właściwie nie zauważono, ale już za oceanem sporo mówiło się o kosztach i zagrożeniach. Podkreślano „zwiększoną ekspozycją wspólnoty na ataki Moskwy”. Obawy rodził fakt, że oba państwa dotąd rozwijały siły zbrojne uwzględniając wyłącznie specyfikę własnych terytoriów, tymczasem istotą NATO jest możliwość kolektywnej obrony. Najwięcej lęków rodził jednak scenariusz „jazdy na gapę” – skrycia się za potencjałem USA i ich parasola nuklearnego, przy jednoczesnym wydawaniu na obronność minimalnych środków. Niemcy Angeli Merkel pozostają tu żywym wspomnieniem.

Obawy związane z kwestiami finansowymi rozstrzygną się w ciągu najbliższych lat, ale już dziś warto zauważyć, że oba kraje słyną z ponadpartyjnych konsensusów dotyczących bezpieczeństwa państwa. Ich symbolem może być szwedzka Försvarsbeslut – przyjmowana co pięć lat nowa strategia obrony, realizowana później niezależnie od politycznych przetasowań. Ta z grudnia 2020 r. zakłada zwiększenie wydatków na wojsko do 1,5% PKB w 2025 r. A szwedzkie militarne przebudzenie wcale nie nastąpiło ledwie dwa lat wstecz – zaczęło się już w 2008 r., po wojnie w Gruzji i znacząco przyśpieszyło po 2014 r., kiedy doszło do pierwszej odsłony rosyjsko-ukraińskiego konfliktu.

Jego obecna faza każe ze spokojem patrzeć na ryzyko wynikłe z dodatkowych setek kilometrów granicy NATO z Rosją. Tak twierdzi szef agencji analiz wywiadowczych fińskich sił zbrojnych płk Esapekka Vehkaoja. „Trudno spodziewać się, aby w najbliższych latach Rosja zdołała znacząco wzmocnić swoje oddziały przy granicy z Finlandią”, oświadczył przed kilkoma tygodniami. Wynika to ze znaczących strat poniesionych przez wojska rosyjskie w Ukrainie (według brytyjskiego wywiadu, do połowy lipca zginęło i zostało rannych 50 tys. Rosjan). Dodajmy, że Kreml w pierwszych reakcjach na zapowiedzi Finlandii ogłosił utworzenie dodatkowych 10 brygad okołowojskowych, które miałby zostać wysłane na północ. Jak na razie Moskwa relokuje żołnierzy spod granicy fińskiej na ukraiński front.

Wkład do natowskiej puli

Te ruchy potwierdzają, że stawiane przez Kreml zarzuty dotyczące zagrożenia ze strony NATO, to w istocie retoryczny argument, uzasadniający politykę konfrontacji z Zachodem. Że nie stoi za tym realna obawa przed agresją na Rosję (a tego typu lęki są regularnie wzmacniane przez kremlowską propagandę skierowaną do własnych obywateli). Bo rzeczywiście, nie ma się czego bać. Szwedzi postawili sprawę jasno – nie chcą u siebie stałych sił natowskich oraz rozmieszczenia broni jądrowej (co jest opcją czysto teoretyczną). Finlandia nie sformułowała żadnych ograniczeń, ale w dyskusjach o przyszłych realiach członkostwa właściwie nie pojawia się wątek obecności obcych wojsk. Sztokholmowi i Helsinkom zależy wyłącznie na natowskich gwarancjach bezpieczeństwa. Ich własne armie pozostają nieliczne i mają defensywny charakter. W siłach zbrojnych Szwecji służy czynnie 24 tys. ludzi. Kolejne 11,5 tys. osób to wojskowi na niepełnym etacie (wkładający mundur na czas ćwiczeń i operacji militarnych). Szwecja ma też Hemvärnet – 20-tysięczną gwardię. W 2018 r. szwedzki rząd przywrócił pobór. Armia Finlandii liczy 31,5 tys. żołnierzy, ale dysponuje imponującymi rezerwami. Fińscy generałowie „na szybko” mogą zmobilizować 280 tys. świetnie wyszkolonych rezerwistów, cała dostępna populacja byłych żołnierzy w wieku mobilizacyjnym wynosi obecnie 900 tys. osób. W przypadku Finlandii to właśnie ona stanowi najwartościowszy wkład do natowskiej puli.

Szwedzkie wiano to przede wszystkim trzecia co do wielkości (po niemieckiej i rosyjskiej) marynarka wojenna na Bałtyku, wyposażona m.in. w trudno wykrywalne korwety Visby (pięć sztuk) oraz okręty podwodne A-19 Gotland (trzy sztuki; w budowie są dwaj następcy, jednostki typu A-26). Gotlandy, dzięki innowacyjnym rozwiązaniom napędowym, cieszą się renomą niezwykle cichych łowców. Jeden z nich w symulowanym starciu „zatopił” amerykański lotniskowiec – najsilniej broniony okręt na świecie. Szwedzkiego nieba strzeże niemal setka świetnych Gripenów, na lądzie siły zbrojne mają do dyspozycji m.in. 120 Leopardów i trzy i pół setki solidnych wozów bojowych z rodziny CV90. Niemieckimi Leopardami dysponuje też Finlandia – ma ich 240. Co ciekawe, obok setki szwedzkich CV90, Finowie eksploatują podobną liczbę rosyjskich BMP-2. To zresztą niejedyny rosyjski akcent w fińskiej armii, choć o jej sile stanowi przede wszystkim sprzęt zachodni. Na przykład 60 amerykańskich myśliwców F/A-18 – nadal niezłych, a już przewidzianych do nieodległej wymiany (w 2025 r.). Helsinki postanowiły zastąpić „osiemnastki” maszynami piątej generacji F-35A. Zamówienie o wartości 8,4 mld euro dotyczy zakupu 64 samolotów. Wraz z nimi do Finlandii trafią m.in. pociski manewrujące JASSM-ER, zdolne razić cele na odległość do 1000 km.

Ps. Na okoliczność orkowych kalkulacji (gdyby jednak przyszło im coś głupiego do łba) – z Helsinek do Moskwy w linii prostej jest około 900 km…

—–

Nz. Fińska artyleria podczas ćwiczeń/fot. Siły Obronne Finlandii

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 31/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to