Strach

Wczoraj do Polski przyleciał Wołodymyr Zełenski, dziś trwa jego oficjalna wizyta w naszym kraju. To, z kim się spotyka i o czym rozmawia ukraińska głowa państwa, to temat na odrębny wpis. W tym chciałbym zająć się nieco inną sprawą – wzmożeniem, które obserwujemy w naszych mediach społecznościowych. Zełenski nad Wisłą to jak płachta na byka dla wszelkiej maści skarpetkosceptycznych, antyukraińskich aktywistów medialnych. Więc działają – szczują, rozsyłają fejki, także takie nie-wprost związane z dzisiejszymi wydarzeniami. Jeden z nich dotarł do mnie nad ranem – to opis rzekomego zabójstwa, jakiego miało się dopuścić ukraińskie dziecko na swoim polskim rówieśniku. Zajrzałem w sieć – to jeden z najpopularniejszych, „trendujacych” od wczoraj fejurów. Zbieżność z wizytą Zełenskiego nieprzypadkowa – idzie bowiem o to, by utrwalić antyukraińskość jako postawę części polskiego społeczeństwa. Na tym gruncie wyrośnie, już rośnie, krytyka działań polskich władz, które nie tylko „przyjmują z honorami przywódcę banderowców”, ale też znów podejmą/podejmują konkretne zobowiązania wobec Ukrainy. A przecież oni „mordują nasze dzieci”…

I tak się to kręci – także w oparciu o mechanizm, który odsłania mój rozmówca, dr hab. Grzegorz Ptaszek, prof. AGH, badacz mediów. Rozmawialiśmy kilka tygodni temu, wywiad z Grzegorzem ukazał się na łamach listopadowej „Polski Zbrojnej”. Odsyłam Was do lektury całości (kto nie załapał się na „papier”, wciąż może kupić cyfrowe wydanie „Pezetki” – oto link do e-sklepu), a na potrzeby tego postu – i tytułem zachęty – publikuję poniższy fragment.

—–

Wraz z wybuchem pełnoskalowego konfliktu w Ukrainie w sieci zaroiło się od pseudoekspertów od wojny i wojskowości.

Najpierw istotne zastrzeżenie ogólne – w mediach społecznościowych funkcjonuje wielu wartościowych i rzetelnych twórców. Ale mamy też kompletne pomieszanie z poplątaniem, gdzie specjaliści od zdrowego żywienia czy treningów siłowych wypowiadają się na każdy temat. Na przykład o obronności, o której nie mają pojęcia. Mają za to ogromne zasięgi i dla wielu są autorytetami. Od wszystkiego, choć tak naprawdę od niczego konkretnego…

Jak tacy ludzie budują zaufanie odbiorców?

Jeśli media głównego nurtu są spolaryzowane i przez to oceniane jako niewiarygodne, to eksperci i „eksperci” z mediów społecznościowych są ponad to. Podkreślają swoją niezależność, intelektualną niepokorność, racjonalne spojrzenie. Nie bez znaczenia jest też aspekt wizualny, to, jak ci twórcy wyglądają, gdzie nagrywają swoje materiały.

…na kanapie, w salonie.

No właśnie. A jeśli jesteś postrzegany jako „swój, ziomal”, ktoś, kogo można spotkać w siłowni czy na ulicy, to łatwiej budujesz więź. A więź to zaufanie. A ufający odbiorca nie weryfikuje informacji, zwłaszcza jeśli wpisuje się ona w jego poglądy. No i są jeszcze emocje, bardzo obecne w społecznościówkach. Strach, zniesmaczenie, wstręt.

Wstręt się sprzedaje?

Popularność patostreamingu to najlepszy na to dowód. Jest grupa odbiorców, która łaknie mieszanki zaskoczenia, sprzeczności, naruszenia granic obyczajowych. Teoria emocjonalnych nadawców Kenta Harbera i Dova Cohena mówi, że zderzenie dwóch perspektyw wywołuje napięcie, które chcemy rozładować – dzieląc się treścią, komentując, reagując. To jeden z powodów, dla których ludzie bezrefleksyjnie udostępniają często szokujące materiały.

Jaka emocja jest wiodąca w społecznościówkch?

Strach.

Znam ludzi, których ta nieustanna ekspozycja na strach skłoniła do porzucenia mediów społecznościowych czy mediów w ogóle.

Całkowite odcięcie nie jest dobrym rozwiązaniem. Skądś musimy czerpać informacje. Ale rozumiem potrzebę ograniczenia negatywnych bodźców.

Jak walczyć z informacyjną patologią?

Częściowo już się to dzieje – są aktywiści, którzy tropią fałszywych ekspertów, obnażają braki wiedzy, prostują bzdury i pokazują manipulacje.

Może to jednak za mało i trzeba to uregulować systemowo? Czy influencerów powinny obowiązywać zasady odpowiedzialności za słowo, tak jak przedstawicieli tradycyjnych mediów?

Na razie influencerzy zostali zobligowani do oznaczania współpracy reklamowej. To krok w dobrym kierunku, ale wciąż niewystarczający. Oczywiście, można obalić ich tezy badaniami, ale to wymaga czasu i zaangażowania. A przeciętny odbiorca często nie ma na to ani siły, ani chęci. W pewien sposób influenserów czy twórców treści cyfrowych obowiązują zasady odpowiedzialności za słowo, ponieważ działają oni w ramach platform internetowych, a te posiadają własne regulaminy. Jednak, jak pokazuje praktyka, z czym często i ja się zetknąłem, w niektórych przypadkach to, co dla jednego użytkownika może być naruszeniem regulaminu, dla platformy niekoniecznie. I wówczas odbijamy się od ściany. Dlatego też uważam, że platformy społecznościowe powinny jeszcze bardziej ponosić odpowiedzialność za dopuszczanie do publikowania treści patologicznych, nawołujących do nienawiści czy wprost manipulacyjnych.

Dlaczego ów przeciętny odbiorca „kupuje” pewne treści, jest podatny na dezinformację?

Podatność na dezinformację wiąże się głównie z cechami indywidualnymi – osobowością, predyspozycjami poznawczymi, zdolnością do analizy i przetwarzania informacji. Dużą rolę odgrywa też poziom wykształcenia. To pierwsza grupa czynników – indywidualna. Druga to czynniki społeczne: ogólny niepokój, zmiany kulturowe, życie w pośpiechu, napięciu. One wpływają na naszą emocjonalną reakcję na przekazy medialne.

Czy są jakieś cechy charakterystyczne dla Polaków jako odbiorców takich treści?

Nie przypominam sobie badań porównawczych, które uwzględniałyby kulturowe różnice w podatności na dezinformację. Próbowaliśmy coś takiego robić – nie w kontekście dezinformacji, ale treści generowanych przez AI – z moją koleżanką ze Stanów Zjednoczonych. Różnice kulturowe się pojawiły, ale były statystycznie nieistotne. Zatem to sposób przetwarzania informacji – ta sfera kognitywna – jest kluczowy. Im bardziej dostrzegamy złożoność świata, tym mniej jesteśmy podatni na manipulację. Im bardziej upraszczamy rzeczywistość, tym łatwiej nami sterować.

Czyli rozwiązaniem jest edukacja?

Zdecydowanie edukacja, a zwłaszcza nauka krytycznego myślenia. Ale to znowu wymaga czasu i systemowych rozwiązań, a nie doraźnych politycznych i chwilowych działań. Od ponad dwóch dekad w środowisku medioznawców i pedagogów walczyliśmy o edukację medialną jako szkolny przedmiot, gdzie ważnym elementem jest krytyczny odbiór mediów. I co? I nic, nie doczekaliśmy się tego. A teraz utyskujemy, że młodzież spędza zbyt dużo czasu ze smartfonem w ręku i bezrefleksyjnie wierzy w fałszywe treści publikowane w Internecie.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. kadr z relacji na żywo, udostępnionej na oficjalnym profilu Wołodymyra Zełenskiego

Bicz

Ćwiczenia „Zapad 2025” powoli dobiegają końca. Propaganda Moskwy i Mińska usiłuje nadać im poważny wymiar, użyć ich do zastraszania Europy, zwłaszcza wschodniej flanki, ale fakty są takie, że mamy do czynienia z niemrawym „show of force”. Tegoroczny „Zapad” jest cieniem wcześniejszych edycji manewrów i potwierdza poważne problemy rosyjskich sił zbrojnych oraz to, jak gigantycznym wyzwaniem dla rosji jest toczona przez nią wojna w Ukrainie.

Pisałem o tym przedwczoraj, więc nie będę rozwijał wątku (zainteresowanych odsyłam do sobotniego wpisu). Chciałbym jednak odnieść się do zdarzeń, które wydarzyły się już po publikacji mojego postu. W miniony weekend burzą przez nasze media – głównie społecznościowe – przetoczył się krótki film zarejestrowany w obwodzie królewieckim. Była to klasyczna „wrzutka” rosyjskiej propagandy – materiał prezentujący okazały sprzęt wojskowy, w tym przypadku wyrzutnię Iskander ze spionizowanym (bliższym momentowi wystrzelania) pociskiem. Co istotne, pojazd pojawił się w pobliżu granicy z Polską, a rosyjskie źródła przekonywały, że ta dyslokacja jest elementem „Zapadu”.

W ramach manewrów zrealizowano również w zamyśle bardziej spektakularny epizod. Jako podało ministerstwo obrony rosji, fregata floty północnej „Admirał Gołowko” wystrzeliła pocisk hipersoniczny Cyrkon. Oczywiście cel znajdujący się na Morzu Barentsa „został zniszczony bezpośrednim trafieniem”. Działaniom na odległym akwenie towarzyszyła operacja lotnicza, w trakcie której użyto czterech samolotów bombowych Tu-22M3. Wykonały one czterogodzinny patrol oraz symulację uderzenia rakietowego na cele naziemne. Brzmi to wszystko poważnie? Na pierwszy rzut oka i ucha owszem.

A na drugi? Cóż, skoro nie można grać spektakularnymi obrazkami wielkich manewrów na Białorusi – bo ich nie ma (przypomnę, w tegorocznym „Zapadzie” udział wzięło 10 tys. żołnierzy) – można (a patrząc z rosyjskiej perspektywy trzeba) potrząsać szabelką w inny sposób. Z czym jednak realnie mamy do czynienia? Loty patrolowe samolotów bombowych to nic nadzwyczajnego, a miotane przez nie pociski nie są wielkim wyzwaniem dla natowskich systemów przeciwlotniczych. Wizerunek cudownej broni, jaki usiłuje budować rosyjska propaganda w odniesieniu do Cyrkona, ma z kolei niewiele wspólnego z rzeczywistością. To  ulepszona wersja pocisku Oniks, opracowanego jeszcze w czasach Związku Sowieckiego. Diabelnie szybkiego, to prawda, ale niespecjalnie celnego i już z pewnością nie „niestrącalnego”. Ukraińcy potrafią sobie z nim radzić, używając w tym celu amerykańskich Patriotów. A warto podkreślić, że nie dostali najnowszych wytworów zbrojeniówki zza oceanu (przekazane im systemy prezentują poziom z przełomu wieków).

Skądinąd to znamienne, że epizod „Zapadu” ćwiczyła flota północna, a nie bałtycka. Ta druga, trzymana w szachu na „wewnętrznym morzu NATO”, niespecjalnie miałaby się czym pochwalić (czym nam pogrozić). Takie są fakty.

Co zaś się tyczy nieszczęsnego Iskandera blisko granicy – w gruncie rzeczy była to żałosna próba zwrócenia uwagi polskiej opinii publicznej. Wyrzutnia nie musi wyjeżdżać niemal pod przejście, by mogła być użyta – te rakiety mają zasięg kilkuset kilometrów. To niebezpieczna broń, w Ukrainie siejąca niemałe spustoszenia w miastach na północy kraju. Lecz miejmy świadomość kontekstu – w obwodzie królewieckim jest raptem kilka wyrzutni, które już w pierwszych minutach wojny nie przetrwałyby konfrontacji z naszym lotnictwem (i siłami specjalnymi). A uzupełnić tych strat rosjanie nie mieliby czym i jak. Generalnie, cała królewiecka eksklawa jest – z ich perspektywy – nie do obrony przy wykorzystaniu dostępnych, konwencjonalnych środków. Niegdyś potężnie uzbrojony obwód – na skutek działań wojennych w Ukrainie – został ogołocony z niemal wszystkiego, co miało jakąkolwiek militarną wartość. Mówiąc wprost i dosadnie, dziś to rosjanie winni się bardziej obawiać naszego „wjazdu” niż my ich.

Co warto podkreślić, by odbić piłeczkę rosyjskiej narracji. Nie dla satysfakcji i potrzeby poprawienia sobie nastroju. Jest rzeczą niepokojącą, jak łatwo „obrabia nas” kremlowska propaganda. „Zapad”, gdzie z „niczego” kręci się przysłowiowy bicz – a my to kupujemy (część mediów i opinii publicznej) – jest kolejnym na to dowodem. Dojrzyjmy owo „nic”, i generalnie dostrzeżmy realne możliwości rosyjskiej armii, brutalnie weryfikowane w Ukrainie. I przestańmy u licha panicznie się bać. Ten diabeł wcale nie jest taki straszny…

—–

Całość swoich rozważań na temat „Zapadu” zawarłem w tekście dla portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Kadr ze wspomnianego w tekście filmu.

Klaskanie

Pociąg, którym jechałem dziś z Krakowa do Warszawy, miał 110 minut spóźnienia (to niewiele mniej niż wynosi cała podróż na tym odcinku składem klasy IC). Nie będę dworował sobie z PKP, z jej legendarnej niegdyś niepunktualności. Bardzo dużo podróżuję pociągami i w ostatnich latach kolej przyzwyczaiła mnie do dobrego standardu obsługi. Obejmuje on nie tylko świetne pociągi, wyszykowane dworce, ale także przyzwoitą punktualność.

No więc szit hepens, jak mawiał Forrest Gump. W tym przypadku miała to być awaria systemu sterowania siecią. Jakaś grubsza, wnioskując po informacjach, które ukazały się na dużych portalach.

O czym podróżni dyskutowali, a w zasięgu mojego ucha dominowała opinia, że to wina ruskich. „Kolejny atak hackerski”, zgodnie uznano, złorzecząc na skarpetkosceptycznych.

Czy rzeczywiście stali za tym rosjanie – nie wiem. Wspominam o tych reakcjach, bo to nie pierwszy raz, kiedy za jakieś problemy obwiniamy ruSSkich; regularnie spotykam się z takim podejściem do sprawy. Sądzę, że jest ono powszechne, a bierze się ze świadomości relacji polsko-rosyjskich. Najogólniej rzecz ujmując wiemy, że neosowiet to nasz wróg, że prowadzi wobec nas wojnę hybrydową, której częścią są ataki na cyfrową infrastrukturę.

„Tyle wygrać”, pomyślałem sobie, wszak od lat robię co w mojej mocy, by Polaków w zakresie zagrożeń ze Wschodu uświadamiać.

Ale szybko przyszła gorzka konstatacja. Bo niezależnie od tego, co myślimy i mówimy o rosji i rosjanach, jako społeczeństwo coraz powszechniej wspieramy działania, które docelowo służą skarpetkosceptykom. Nawet jeśli w krótkim planie mogą się wydawać korzystne dla nas, Polaków. Gdyby nie społeczne przyzwolenie dla takich działań, żaden mentzen, żaden nawrocki czy jakikolwiek inny polityk (także rządzącej koalicji), nie miałby przestrzeni na inicjatywy i opinie, które rujnują nasze relacje z Ukrainą. I osłabiają ukraiński wysiłek obronny. To, co zrobił wczoraj prezydent – komplikując finansowanie ukraińskich starlinków – jest sabotowaniem działań ZSU (o kwestiach społecznych nie wspominam, bo to temat na odrębny wpis). I co? I nic; nawrocki ma obowiązek dbać o „polski portfel”, czytam. Jakby wspieranie Ukrainy nie było dbaniem nie tylko o finanse, ale nade wszystko o egzystencjalne podstawy trwania Polski i Polaków.

Kurwa, niby widzimy zagrożenie, ale jak trzeba podjąć nieznaczny w sumie wysiłek, to udajemy, że ta maczuga nie wisi nad nami.

Durnie kopią nam grób, a my przyklaskujemy, ciesząc się, że będziemy mieli nowy, wygodny kompostownik. Będziemy, tyle że sami w nim zgnijemy…

Zdjęcie luźne, z pociągu. Jak to ja – złość i rozczarowanie zapiłem kawą…

Ps. Parafrazując hasło z serwetki: bycie Polakiem bywa podróżą z niesmakiem. Ehhh…

„Troska”

Kilka dni temu pisałem o najsensowniejszej moim zdaniem, i najbardziej realnej, opcji gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy. Byłaby nią rozbudowa, za zachodnie pieniądze i przy użyciu zachodniego sprzętu, potencjału armii ukraińskiej.

Rozwinąłem ten wątek w felietonie dla „Polski Zbrojnej” – zapraszam Was do jego lektury, link znajdziecie poniżej. Tu podrzucę Wam tylko jedną z konkluzji, wszak moim zdaniem to bardzo istotna kwestia.

(…) Na koniec warto wspomnieć o pewnym zagrożeniu. Widać je szczególnie w Polsce, gdzie coraz częściej w debacie publicznej pojawia się argument o ryzyku dozbrajania Ukrainy. „Bo jak się tamci dogadają z rosją, to miecz, który im daliśmy, wymierzą w nas”, oto sedno tego sposobu myślenia. Być może w części przypadków stoi za nim prawdziwa troska, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że takie lęki są wzmacniane przez rosyjski aparat dezinformacyjny. Za pewnik zaś można uznać, że rosjanie nie odpuszczą i będą wpływać na nasze postrzeganie spraw w tym zakresie. Licząc, że jeśli uda im się zniechęcić Polaków do wspierania Ukrainy, z czasem przełoży się to także na decyzje polityczne podejmowane przez polskie władze. A rosjanie działają szeroko, nie tylko u nas…”.

Nie dajmy się zwieść tej neosowieckiej hydrze!

Dobrego weekendu Wam życzę!

A oto link do zapowiadanego materiału.

Fot. SzG ZSU

Jesień

Operacja Sił Zbrojnych Ukrainy (ZSU) w obwodzie kurskim zaskoczyła nie tylko rosjan, ale też analityków militarnych. Do 6 sierpnia wydawało się, że armia ukraińska nie jest zdolna do przeprowadzenia nawet ograniczonych działań zaczepnych na lądzie (co innego w powietrzu; tu dronowa ofensywa Ukraińców trwa od miesięcy i, mam wrażenie, dopiero się rozkręca…). Tymczasem ZSU nie dość, że uderzyły, to jeszcze przeniosły konflikt na terytorium rosyjskie – jak na razie odnosząc spore sukcesy. Ta sytuacja dobrze ilustruje podstawowy problem w zakresie prognozowania przebiegu wojny: fakt, iż pewnych rzeczy nie da się przewidzieć, jako obserwatorzy mamy bowiem dostęp do ograniczonej ilości informacji. Stąd też wariantowy charakter i umowność rozważań podjętych w tekście, w którym staram się odpowiedzieć na pytanie: co przyniesie jesień na rosyjsko-ukraińskim  froncie?

Z konieczności pozwolę sobie na skrótowość, a dla zachowania porządku wywodu podzielę scenariusze na trzy kategorie. Zacznę od wariantu optymistycznego, by przejść do umiarkowanego, a na końcu pesymistycznego, patrząc z ukraińskiej perspektywy.

I jeszcze jedna uwaga odnosząca się do skutków „mgły wojny”. Gdybym ten tekst przygotowywał przed 6 sierpnia, wyglądałby on zupełnie inaczej. Przeniesienie wojny do rosji zmieniło punkt wyjścia do rozważań. To na terenie obwodu kurskiego – jakkolwiek wciąż mamy tam do czynienia z ograniczoną operacją ZSU – dzieją się dziś najważniejsze wydarzenia. Trzy tygodnie temu nikomu nie przyszłoby to do głowy…

—–

Dziś wiemy już, że Ukraińcy „schomikowali” niemałe rezerwy, z których część użyto w operacji kurskiej. Nie możemy wykluczyć, że ten potencjał jest istotnie większy – i że zostanie użyty w czymś, o czym pisałem w minionym tygodniu, mianowicie w „operacji kurskiej na sterydach”. Prowadzonej większymi siłami i na rozleglejszym obszarze (na przykład w sąsiednich obwodach briańskim i biełgorodzkim).

Otwartym pozostaje pytanie, jak na przeniesienie i kontunuowanie wojny na terytorium rosji zapatruje się Zachód. Zdaje się, że jednym z efektów działań na kierunku kurskim jest rosnące przekonanie o rosyjskich blefach dotyczących „nieprzekraczalnych czerwonych linii”. Innymi słowy, sojusznicy Kijowa coraz mniej obawiają się „eskalacji”. Na razie nic z tego nie wynika, ale skoro jesteśmy na gruncie scenariusza optymistycznego, załóżmy, że wkrótce nastąpi intensyfikacja pomocy zbrojnej. I Kijów uzyska zgodę na korzystanie z dostarczonego sprzętu bez żadnych ograniczeń.

Co by to oznaczało (i dlaczego), pisałem w piątek. Dla zwieńczenia wątku poprzestanę na stwierdzeniu, że dla gnijącego państwa rosyjskiego, z jego biernym społeczeństwem, zapewne byłby to nokautujący cios, skutkujący kaskadowym zawaleniem się putinowskiego reżimu. Ukraińcy mogliby odnieść upragnione zwycięstwo i dogadać pokój z następcami putina – jeszcze przed nastaniem zimy.

—–

Wróćmy na grunt teraźniejszości i znanych nam realiów, czyli ograniczonego ukraińskiego zaangażowania w rosji.

Natarcie ZSU w obwodzie kurskim zwolniło, ale Ukraińcy nadal odnoszą sukcesy i nie będzie nadużyciem założenie, że ich skala w końcu zmusi Kreml do radykalnych cięć kontyngentu stacjonującego w Ukrainie. Przypomnijmy, obecnie jest to 540 tys. żołnierzy, niemal połowa całej putinowskiej armii i ponad 80 proc. wojsk lądowych federacji. Z tych ponad pół miliona ludzi około 300 tys. stanowią żołnierze formacji bojowych. Co trzeci z nich wróci do rosji, jeśli w ciągu najbliższych dwóch-trzech tygodni Ukraińcy w obwodzie kurskim nie zostaną zatrzymani i zmuszeni do przejścia do obrony. Jak donosi w swym najnowszym raporcie amerykański Instytut Studiów nad Wojną, proces przerzucania jednostek z priorytetowych odcinków frontu pod Kursk właśnie zaczął się na dobre.

Istotny odpływ sił i środków dałby ZSU sposobność do przeprowadzenia działań zaczepnych, których celem byłoby wyzwolenie rdzennych ukraińskich terytoriów. Pamiętajmy jednak, że rosjanie bardzo mocno „wgryźli się w ziemię” na okupowanych terenach – skutki tego widzieliśmy podczas zeszłorocznej, nieudanej ukraińskiej kontrofensywy na Zaporożu. Dziś fortyfikacji jest więcej, są bardziej rozbudowane, głębiej urzutowane; zarazem konstruowane w taki sposób, by ich utrzymanie nie wiązało zbyt dużych sił. Mówiąc wprost, warto założyć, że rosjanie mogliby relatywnie długo realizować dwa zadania na raz – bronić zdobyczy w Ukrainie i wojskami wycofanymi znad Dniepru próbować odzyskiwać utracone terytoria w rosji.

Zwłaszcza ten drugi rodzaj zaangażowania sił zbrojnych federacji byłby istotą scenariusza umiarkowanego. Nawet jeśli przeniesieniu ciężaru wojny do kraju agresora na okres wielu tygodni, może miesięcy, nie towarzyszyłyby działania zaczepne Ukraińców „u siebie” (bo armia ukraińska może nie mieć odpowiednich zasobów), sumarycznie byłaby to sytuacja dla Kijowa korzystna. Przejście rosjan na całym ukraińskim froncie w tryb obrony dałoby oddech ZSU, pozwoliło lepiej przygotować własne fortyfikacje na Zaporożu i w Donbasie. Miałoby to kluczowe znacznie, gdyby zdarzenia zaczęłyby układać się po myśli rosjan i ci byliby w stanie zrobić to, co robili do tej pory – zimą przejść do ofensywy.

—–

Jej skutki zależałyby od wielu zmiennych, także geopolitycznych, jak na przykład wynik wyborów prezydenckich w USA. Ewentualna wolta Ameryki z pewnością wpłynęłaby na kondycję armii ukraińskiej, która istotną część swojej technicznej przewagi nad wojskami putina buduje w oparciu o sprzęt zza oceanu. Nie wybiegajmy jednak tak daleko w przyszłość (wybory w Stanach są co prawda w listopadzie, ale nowy prezydent obejmie urząd dopiero w styczniu przyszłego roku) – niekorzystne dla Ukrainy wydarzenia mogą zdarzyć się wcześniej. To one składają się na scenariusz pesymistyczny.

Załóżmy, że rosjanie najpierw wyhamowują, a następnie w szybkim tempie (kilku tygodni) wyrzucają Ukraińców z obwodu kurskiego. Zarazem udaje im się przełamać ukraińską obronę w Donbasie i podchodzą pod ostatnie w obwodzie donieckim, symbolicznie niezwykle ważne rubieże w Kramatorsku i Słowiańsku. Przystępują do prób zajęcia metropolii, czemu towarzyszy wzmożona kampania lotniczo-rakietowa, podjęta z intencją „dobicia” ukraińskiej energetyki przed zimą. Dzisiejszy poranny atak dronowo-rakietowy – wymierzony przede wszystkim w podstacje energetyczne na obrzeżach kilku dużych miast – można chyba uznać za wstęp do takich działań.

Nietrudno sobie wyobrazić, że i bez zabiegów rosyjskiej propagandy (jej dezinformujących i demotywujących „wrzutek” do ukraińskiego obiegu informacyjnego), nad Dnieprem siadłyby nastroje. Zapewne bardziej niż po klęsce na Zaporożu. Objawiliby się „mądrzy”, którzy „od początku wiedzieli”, że operacja kurska to „błąd, marnowanie potencjału, osłabianie kluczowych linii obronnych” – i że „oto mamy teraz skutki”. Sądząc po kondycji ukraińskiej klasy politycznej, znów pojawiłaby się presja na czystki w armii. Gdyby do nich doszło, personalny chaos dodatkowo osłabiłby ZSU.

Pogoda – chłodna jesień – w obliczu dramatycznych niedostatków energii przyniosłaby kolejny uchodźczy exodus. Nie sądzę, by to wszystko przełożyło się na spektakularne załamanie ukraińskiej operacji obronnej, ale przestrzeń dla zgniłych kompromisów z pewnością by się powiększyła. „Po co nam to wszystko?”, pytaliby samych siebie Ukraińcy, wątpiąc w sens dalszej walki. „Po co wam to wszystko?”, takie głosy dałoby się też słyszeć z ust sojuszników. No i rzecz jasna z Moskwy…

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli tekst Wam się spodobał, udostępniajcie go proszę.

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi i Joannie Marciniak. A także: Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Pawłowi Krawczykowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Rucińskiemu, Annie Sierańskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie, Grzegorzowi Dąbrowskiemu i Arturowi Żakowi.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Czytelniczce Piotrowi Słojewskiemu, Adamowi Andrzejowi Jaworskiemu i Czytelnikowi o pseudonimie Malagowy.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Zdjęcie ilustracyjne, ukraińska wyrzutnia Grad ostrzeliwująca rosyjskie pozycje…/fot. SzG ZSU

Tekst, w nieco innej formie, ukazał się w portalu Interia.pl