Urealnianie?

Kilka dni temu rosja złożyła Ukrainie „propozycję pokojową”. W polskich mediach przeszła ona bez większego echa, a szkoda. Oto bowiem o warunkach mówił sam putin, co nie byłoby niczym nadzwyczajnym, gdyby nie fakt, że wichrzycielowi z Kremla wyraźnie „zmiękła rura”.

Oczywiście, propozycja i tak była skandaliczna. Zakładała wycofanie ukraińskich wojsk z całości obwodów ługańskiego, donieckiego, zaporoskiego i chersońskiego – a więc oddanie bez walki kolejnych kilkunastu procent terytorium Ukrainy – oraz rezygnację Kijowa z przyszłego członkostwa w NATO. W zamian Moskwa zaoferowałaby pokój zawarty „raz na zawsze”.

Nie będę się rozwodził o prawdomówności rosyjskiego przywódcy – wiadomo, że jest co najmniej problematyczna. Warto jednak zauważyć, że putin dotąd stał na stanowisku, że cele rosji w Ukrainie się nie zmieniły. Oczekiwał poddania się i wasalizacji całego kraju, planował inkorporację więcej niż czterech obwodów. Tymczasem spuścił z tonu, co jest o tyle zaskakujące, że kremlowski zbrodniarz jak ognia unikał bycia twarzą jakiejkolwiek porażki. Gdzie mógł, tam delegował zauszników, co najlepiej widać w reakcjach rosyjskiego państwa na naturalne katastrofy i poważne wypadki. Obecność putina miała podkreślać i ucieleśniać imperialną wielkość rosji, nie zaś być ilustracją jej organizacyjnej czy infrastrukturalnej słabości.

A wobec wcześniejszych rozdymanych zapewnień dotyczących losu Ukrainy, ofertę „tylko cztery obwody i kończymy”, trudno postrzegać inaczej niż jako słabość. Dziw bierze, że putin to firmuje.

Co się za tym kryje? W mojej ocenie, poczucie realizmu.

Dziś putin spotyka się z innym pariasem światowej polityki – Kim Dzong Unem. To jego pierwsza podróż do Korei Północnej od 24 lat, kolejna z serii wizyt petenckich (wcześniej był Iran i Chiny), podczas których prezydent federacji zabiega o militarno-materiałowe wsparcie. Nominalnie potężny rosyjski przemysł zbrojeniowy nie radzi bowiem sobie „z obsługą” pełnoskalowej wojny, stąd umizgi do sojuszników. Ten północnokoreański potrzebny jest rosji przede wszystkim jako dostawca amunicji artyleryjskiej oraz rakiet balistycznych. Jak szacuje amerykański wywiad, przez ostatnie 1,5-roku Pjongjang przekazał Moskwie 5 mln sztuk pocisków. Znaczna ich część okazała się awaryjna (sami rosjanie przyznają, że w niektórych partiach nawet 40 proc. amunicji nie nadawało się do użytku), tym niemniej i tak jest to gigantyczny „zastrzyk”, pozwalający rosyjskiej artylerii na zmasowany ostrzał. Ilościowo mocno przewyższający możliwości ukraińskich luf.

Bo faktem jest, że rosjanie wciąż mają do dyspozycji mnóstwo armat – coraz starszych, coraz gorszej jakości, ale „masa robi jakość”.

Faktem jest, że nadal zasypują ukraińskie pozycje dużą liczbą bomb szybujących. Powstają one na bazie starych sowieckich ładunków lotniczych, a tych moskalom nie brakuje.

Faktem jest, że rosjanie używają na froncie masy wyprodukowanych w Chinach dronów – w tym zakresie posiadając znaczącą przewagę nad Ukraińcami.

Faktem jest, że rosyjski kontyngent pęcznieje jeśli idzie o stany osobowe – obecnie w wojnę z Ukrainą zaangażowanych jest 700 tys. żołnierzy, 3,5 razy więcej niż na początku pełnoskalowego konfliktu.

Ale prawdą też jest, że mimo tych przewag, armia rosyjska drepcze w miejscu. Że zaczyna jej brakować podstawowego wyposażenia, bo przemysł niedomaga, a sowieckie zapasy się kończą. Póki co nie dotyczy to czołgów czy wspomnianych armat, ale bojowych wozów piechoty i transporterów opancerzonych już tak. Ich niedostatek sprawia, że rosjanie coraz częściej wykorzystują do pokonywania ziemi niczyjej – w pierwszych fazach natarcia – motocykli i wózków golfowych. To oczywiście lepsze niż tyraliera – ostatecznie nawet niewielki silnik ma więcej mocy niż nogi – lecz i tak na niewiele się zdaje; „madmaksowe” natarcia też kończą się krwawymi jatkami.

A będzie tylko gorzej, bo armia ukraińska znów krzepnie. Bo niebawem pojawią się efy szesnaste. Bo samymi dronami wojny wygrać się nie da. Bo Zachód jakby otrząsnął się z dziwacznego letargu i wziął się na poważniej za wspieranie Ukrainy. Bo zaciska się sankcyjna pętla. Bo jest już niebezpieczny dla Moskwy casus w postaci zgody G-7 na korzystanie przez Ukrainę z odsetek generowanych przez zamrożone rosyjskie aktywa.

Czy to nie dość argumentów, by zacząć się urealniać?

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Zdjęcie ilustracyjne, ukraińska wyrzutnia Grad gdzieś na donieckim odcinku frontu/fot. Sztab Generalny ZSU

Sojusznicy

Przedpołudnie w Kijowie upłynęło pod znakiem kolejnego rosyjskiego ataku powietrznego. Nie był on zmasowany – moskale użyli zaledwie kilkunastu rakiet – ale sięgnęli wyłącznie po swoje „rodowe srebra”. Na ukraińską stolicę poleciały hipersoniczne kindżały oraz wystrzelone z morza kalibry. Ze wstępnych informacji wynika, że obrona przeciwlotnicza strąciła po sześć sztuk obu typów pocisków. Gdy piszę te słowa nie jest jasne, czy doszło do bezpośredniego porażenia jakichś elementów infrastruktury miasta – doniesienia o wybuchach i pożarach mogą odnosić się do wtórnych skutków zestrzelenia rakiet.

Atak zbiegł się z wizytą w Kijowie delegacji z krajów Afryki. Na jej czele stoi prezydent RPA Cyril Ramaphosa, któremu towarzyszą politycy z Zambii, Senegalu, Ugandy, Egiptu i Komorów. Dyplomaci przyjechali do Ukrainy w ramach „misji pokojowej”, jutro część z nich uda się do Petersburga na rozmowy z putinem. Kremlowski satrapa tymczasem przygotował dla przyszłych gości „małą niespodziankę” – dzisiejszy nalot nie jest bowiem, tak sądzę, przypadkowy. Intencją Moskwy było pokazanie afrykańskim delegatom, że choć rosja nie zajęła Kijowa fizycznie, to i tak sprawuje nad nim siłową kontrolę, spycha Ukraińców do defensywy i skutecznie ich terroryzuje. Nie bez powodu użyto kindżałów – po wydarzeniach z poprzedniego miesiąca wiemy już (wie też putler), że Ukraińcy potrafią je zestrzeliwać, ale szanse, że jednak osiągną wyznaczone cele pozostają wyższe niż w przypadku tradycyjnych pocisków manewrujących.

Oczywiście w obliczu skuteczności kijowskiej OPL, ów zabieg mógł okazać się kontrpoduktywny – i Afrykańczycy wyjadą ze stolicy z przekonaniem, że jakby się rosyjski prezydent nie napinał, to i tak dysponuje ograniczonymi możliwościami. Złudzeń wielkich na „kopernikański przewrót” w głowach delegatów nie mam, mowa wszak o ludziach, którzy przyjechali do Kijowa promować prorosyjskie rozwiązania („pokój za zaanektowane ziemie”). Bardziej niż przejrzenia na oczy (zdania sobie sprawy z niemocy rosji), spodziewam się utwierdzenia Ramaphosa i spółki w przekonaniu, że putin gotowy jest prowadzić wojnę najdłużej jak się da.

Wspominam o tej perspektywie nie bez powodu. 11 lipca w Wilnie zacznie się dwudniowy szczyt NATO, podczas którego ogłoszone zostaną ramy dalszej współpracy Sojuszu z Ukrainą. Natychmiastowe przyjęcie nie wchodzi w grę – to zostało już jasno powiedziane przez wielu czołowych zachodnich polityków. Ale nie ma też mowy po porzuceniu Ukrainy. Nie będę Was zanudzał szczegółami prowadzonych negocjacji (tego, co o nich wiadomo z przecieków) – dość napisać, że Kijów ma otrzymać jasną deklarację o przyszłym członkostwie. Co istotne, z pominięciem Planu Działań na rzecz Członkostwa (MAP) – żmudnej procedury, w ramach której kolejne kryteria związane z obronnością (i nie tylko) są oceniane pod kątem natowskich standardów. Ukraina otrzyma ofertę szybkiej ścieżki, jak Finlandia, która znalazła się w Sojuszu po niespełna roku, uznano bowiem, że „na wejście” spełnia wymogi. Macedonia Północna, która jest w NATO od trzech lat, wdrażanie MAP-u zaczęła w… 2002 roku. Polska, przypomnijmy, przystąpiła do Partnerstwa dla Pokoju (co dla krajów naszej części Europy oznaczało wejście do natowskiej „poczekalni”), w 1994 roku, pełnoprawnym członkiem Sojuszu stając się pięć lat później. Niezależnie od tego ułatwienia, Ukraina nie może liczyć na członkostwo, jeśli na jej terenie będą prowadzone działania zbrojne. I tu jest pies pogrzebany, gdyż putin – świadom tego wymogu – może przeciągać konflikt aż po swój grób. Co niekoniecznie musi wyglądać tak jak dzisiaj – rosja może nawet wycofać się z części zajętych obszarów, ale na przykład dalej prowadzić aktywną kampanię rakietową. Może nie zawrzeć formalnego porozumienia pokojowego (z Japonią nie zawarła go od 1945 roku; przykład obu Korei, które podpisały zaledwie rozejm, też jest pouczający). Pytanie, czym ma być ów „koniec wojny”, nadal pozostaje otwarte i zapewne długo jeszcze będzie oznaczać co innego dla różnych członków NATO. Sojuszu, dodajmy, opartego o mechanizm jednomyślności przy podejmowaniu decyzji.

Przykład Węgier i Turcji – ich obstrukcji wynikłych po części z prorosyjskości – nie napawa szczególnym optymizmem. Nie trzeba wyobraźni, by założyć, że Budapeszt i Ankara nie zgodzą się na członkostwo Ukrainy. Z drugiej strony mamy szereg doświadczeń, z których wynika, że ancymonów da się skutecznie pacyfikować. Ostatnio USA wstrzymały sprzedaż himarsów na Węgry, co jest reakcją na blokowanie przez rząd Orbana członkostwa Szwecji w NATO. Nieoficjalnie wiadomo, że gulaszowy autokrata otrzymał jasny sygnał, że to nie musi być jedyna sankcja, sprawa więc właściwie jest już załatwiona. Turcja, która potrzebuje amerykańskich technologii wojskowych jak powietrza, już raz w tym roku ugięła się pod presją administracji Joe Bidena (zgadzając się na członkostwo Finlandii). Nadal blokuje Szwecję, lecz nie potrwa to długo. Rządzony przez Erdogana kraj od lat pozostaje natowskim pariasem, jednak dopiero w ostatnim czasie staje przed perspektywą realnych skutków swoich poczynań. W potocznym dyskursie podkreśla się, że Turcja „wkłada” do NATO drugą co do wielkości armię – tyle że realnie nie jest to istotna wartość. Zaletą Turcji przez dekady było jej położenie, status „miękkiego podbrzusza” ZSRR, a potem rosji. Ukraina wprost granicząca z federacją wnosi tu znacznie więcej, a armię ma obecnie porównywalną, za to znacznie bardziej bitną i doświadczoną. Nikt nikogo z NATO do tej pory nie wyrzucał (ba, brakuje mechanizmów – te istniejące pozwalają jedynie na dobrowolne opuszczenie Sojuszu), ale coraz głośniejsze dyskusje wśród zachodnich elit na temat relegowania obstruktorów muszą być dla Ankary alarmujące.

Perspektywa kłócących się sojuszników nie napawa optymizmem, lecz spójrzmy też na inne ustalenia wykuwające się przed wileńskim szczytem. Ukraina ma uzyskać gwarancje stałej i znaczącej pomocy militarnej. Formalne zobowiązanie będzie podobne do tego, jakie łączy Izrael i Stany Zjednoczone – tyle że wielostronne i o znaczenie większej wartości. Pomoc wojskowa USA dla państwa żydowskiego zwykle nie przekracza 10 mld dol. w skali roku, w bieżącym roku podatkowym Waszyngton przeznaczy na wsparcie Kijowa 47 mld dol., w przyszłym (zaczynającym się w październiku) ma to być 60 mld. Co najmniej drugie tyle uzbiera się od reszty sojuszników, co w perspektywie coraz poważniejszych kłopotów ekonomicznych rosji może doprowadzić do sytuacji, w której to Moskwie, nie Kijowowi, jako pierwszej zabraknie pieniędzy na finansowanie wojny. Izraelsko-amerykańskie porozumienie odnawiane jest co 10 lat, gwarancje dla Ukrainy odświeżano by częściej, na tyle jednak rzadko, by nie gnębić Ukraińców widmem „wyschniętego źródła”.

Oczywiście do tego dochodzi wsparcie wywiadowcze, szkoleniowe i logistyczne, na przykład w obszarze opieki nad rannymi i rekonwalescentami. Wszystko to ma doprowadzić do sytuacji, w której rosyjska klęska w Ukrainie będzie na tyle dotkliwa, że znacząco zredukuje ryzyko przeciągania konfliktu przez Moskwę.

Na tapecie są też inne rozwiązania, jak choćby wysłanie do Ukrainy natowskich oddziałów (jako wojsk pokojowych, choć bez oglądania się na ONZ) i uznanie przestrzeni powietrznej kraju za no-fly-zone. Miałoby to nastąpić po jednostronnym ogłoszeniu przez Kijów zakończenia działań bojowych i mogłoby stanowić remedium na rosyjskie próby „zamrożenia” wojny. Nie wiem, czy ów pomysł – forsowany przez państwa wschodniej flanki – zyska szerszą akceptację, ale moim zdaniem to właściwa droga. Wkrótce przekonany się, kto jeszcze tak myśli.

Na dziś to tyle – przede mną nocna podróż do Białegostoku, gdzie jutro o 16.00 spotykam się z Czytelnikami. Zainteresowanych zapraszam do Książnicy Podlaskiej im. Łukasza Górnickiego (Filia nr 5 przy ul. Pułaskiego 96). Dla osób spoza Białegostoku mam dobrą wiadomość – organizator, Muzeum Wojska, udostępni nagranie spotkania na swoim kanale na YouTubie. Do zobaczenia osobiście lub na łączach.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Za jakiś czas podobne zdjęcie zilustruje powitanie ukraińskich żołnierzy w NATO; mimo dostrzeganych na horyzoncie przeciwności, jestem tego pewien/fot. Jared Saathoff, Wisconsin National Guard Public Affairs

Stanowiska

Pytacie, jak będzie wyglądał 2023 rok w Ukrainie? Czy nastąpi zasadniczy przełom, dla której ze stron korzystny, czy zwieńczy go pokój? Nie chcę tu – niczym zapijaczony dmitrij miedwiediew – snuć odrealnionych prognoz. Opiszę więc sytuacje, co do których mam dużą pewność, że nastąpią – i podaruję sobie dobro (czy zło)- chciejstwo. Zacznę od diagnozy, wedle której ani Kijów, ani moskwa nie zamierzają obecnie siadać do stołu rokowań. Wskazanie przyczyn takiego stanu rzeczy stanowić będzie pierwszą część tekstu.

Wszelkie spekulacje na temat rzekomej presji Zachodu na Ukrainę – by zaczęła z rosją „na poważnie” rozmawiać – okazały się nic niewarte. Wizyta Wołodymyra Zełenskiego w USA jasno pokazała, że Waszyngton zamierza wspierać Kijów w walce o pełne zwycięstwo, rozumiane jako wypędzenie okupantów ze wszystkich zajętych ziem. Oczywiście, skala tej pomocy mogłaby być większa – na przeszkodzie stoi przekonanie amerykańskich władz, że porażka rosji powinna być bolesna, ale rozłożona w czasie. O stopniowym gotowaniu rosyjskiej żaby pisałem już wielokrotnie, wspomnę więc tylko, że podczas spotkania obu prezydentów, Joe Biden dał wprost do zrozumienia, że właśnie taką strategią kieruje się rząd USA. Tak bowiem należy rozumieć jego słowa o niechęci wplątania się w III wojnę światową, o uwzględnianiu obaw (przed eskalacją) zachodnioeuropejskich sojuszników, i jednoczesną deklarację o staniu za Ukrainą do szczęśliwego końca konfliktu.

Wsparcie Waszyngtonu usztywnia stanowisko Kijowa – co jest stwierdzeniem faktu chętnie przywoływanego przez (pro)rosyjskich aktywistów medialnych. Piszą oni, że „bez udziału USA ta wojna już dawno by się skończyła i wreszcie przestaliby ginąć ludzie”. Ta refleksja jest klasycznym przykładem robienia k… z logiki. Winni hekatombie są nie rosjanie, ale Ukraińcy i ich sprzymierzeńcy – bo się bronią (i pomagają się bronić). Na tej samej zasadzie można by stwierdzić, że we wrześniu 1939 roku dałoby się ocalić życie 70 tys. żołnierzy WP i 200 tysięcy cywilnych obywateli RP – gdyby Polacy nie stanęli do walki i posłusznie przyjęli reguły niemieckiej okupacji. Zapewne wielu z nich i tak by w jej trakcie zginęło/zostało zamordowanych, podobnie jak część ukraińskich elit, które moskwa planowała eksterminować po podporządkowaniu sobie Ukrainy – co ostatecznie pogrąża tę niby-humanistyczną narrację.

Ale wróćmy do sedna. Stanowczość władz w Kijowie wynika także z powszechnego poparcia dla dalszej walki – takie deklaracje składa 90 proc. Ukraińców. Oczywiście, dla prezydenta i rządu jest to obecnie źródło siły, gwoli uczciwości trzeba jednak zaznaczyć, że może stać się również presją; Zełenski w przyszłości – potencjalnie gotowy do jakichś kompromisów – byłby wówczas zakładnikiem nieprzejednanej postawy obywateli (i wyborców).

Siłę czerpie Kijów z jakości, wielkości i kompetencji własnej armii. Te cechy wojska zostały potwierdzone najpierw powstrzymaniem marszu rosjan, a potem zwycięskimi kontrofensywami. Mając taki atut władze Ukrainy mogą planować dalszą rekonkwistę; w istotnej mierze samodzielnie zdefiniować warunki dla rozmów pokojowych w przyszłości.

Sztywność Kremla wynika z innych powodów. Spektakularna porażka „specjalnej operacji wojskowej” zrujnowałaby narrację o wielkiej i silnej rosji, na czym osadza się zarówno wewnętrzna legitymizacja reżimu, jak i międzynarodowa pozycja kraju. Dziesięć miesięcy nieudanych prób pokonania Ukrainy wystawiło imperialną reputację na szwank, ale jej nie zburzyło. rosja wciąż ma dobrą prasę w Afryce i w części Ameryki Południowej, w Azji Centralnej – mimo postępującego dystansowania się od moskwy – nadal mówimy o rosyjskiej strefie wpływów. Chiny – jakkolwiek zdumione i rozczarowane słabością federacji – stoją z boku. Pekin nie daje putinowi realnego wsparcia, ale też nie tworzy presji, która mogłaby Kreml zaniepokoić. Tym niemniej – patrząc z perspektywy rosjan – założyć należy, że ten komfort nie jest dany raz na zawsze. Trzeba więc działać, żeby chociaż utrzymać iluzję militarnej potęgi, z którą sąsiedzi muszą się liczyć.

W kontekście wewnątrzrosyjskim dość wspomnieć, że putin nadal rządzi, co więcej, wiele wskazuje na to (jak na przykład „seryjne samobójstwa” wpływowych osób), że konsoliduje władzę. Dramatyczne straty na froncie, coraz gorsza sytuacja ekonomiczna ludności, ba, nawet niechciana mobilizacja nie wywołały społecznego buntu (który osiągnąłby odpowiednią masę krytyczną). Putinowscy generałowie „nałapali” dość rekrutów, by kontynuować wojnę – z zamiarem przeciągnięcia jej przez zimę, by wiosną próbować odzyskać inicjatywę.

Bo właśnie, Ukraina weszła do wojny z istotną przewagą liczebną. Jej siły zbrojne – po kilku tygodniach od inwazji rozbudowane do 700 tys. żołnierzy – były na różnych etapach wojny 2-3,5 razy większe od rosyjskich wojsk inwazyjnych. Te drugie dysponowały miażdżącą przewagą sprzętową, ale nie potrafiły jej wykorzystać. Tak czy inaczej, w nowej odsłonie rosjan ma być o 200 tys. więcej, co oznacza 500-600 tys. osób bezpośrednio i pośrednio zaangażowanych w konflikt. Zdaniem części analityków, kres wydolności rosyjskiej logistyki – i tak już kulawej – to 300 tys. żołnierzy „na teatrze”, ale przecież Ukraińcy też nie trzymają całości sił na froncie i w strefie przyfrontowej. Większa równowaga potencjału ludzkiego to szansa – oceniają tymczasem rosyjscy wojskowi.

Wpływ na postawę Kremla ma też nieustająca nadzieja na zmęczenie Zachodu. Sankcje to broń obusieczna, a Europejczycy, w przeciwieństwie do rosjan, nie są tak odporni na skutki kryzysu ekonomicznego – kalkuluje putin i spółka.

Podobne wyobrażenia stoją za zainicjowaną przez rosjan kampanią terrorystycznych ataków rakietowych. Pozbawienie ukraińskich cywilów wody, prądu i ogrzewania ma ich złamać, zmuszając armię do zaprzestania walki. Kreml zaproponuje wtedy pokój na własnych warunkach – dla rosyjskiej wierchuszki to wciąż realny scenariusz. I choć rozumiem, że wiara weń może być przyczyną niechęci do szybkiego zakończenia wojny, samej wiary już nie rozumiem. Podczas II wojny światowej alianci zachodni przeprowadzili brutalną kampanię nalotów lotniczych. Ponieśli przy tym ogromne koszty i choć wiele miast III Rzeszy obrócili w perzynę, woli oporu niemieckiego społeczeństwa stłamsić nie zdołali. Zatem już w 1945 roku można było założyć, że bombardowanie cywilnej infrastruktury jest przedsięwzięciem nieefektywnym. Amerykanie potrzebowali jeszcze 20-kilku lat, by się do tego przekonać – w połowie lat 60. równie bezskutecznie usiłowali poharatać morale Wietnamczyków. W kolejnych wojnach uznali, że z cywilami walczyć nie ma sensu. Kilka dekad później rosjanie nadal próbują, zmuszając ukraińską armię do konkretnych reakcji. Obserwujemy je dziś, obserwować będziemy w 2023 roku – zapewne w bardziej spektakularnych odsłonach.

Ale o tym jutro w drugiej części tekstu.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Pawłowi Ostojskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Piotrowi Maćkowiakowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Tomkowi Lewandowskiemu, Przemkowi Klimajowi i Tomaszowi Frontczakowi. A także: Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Monice Kołakowskiej, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Aleksandrowi Stępieniowi, Szymonowi Jończykowi, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi i Justynie Miodowskiej.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich dziesięciu dni: Adamowi Wysokińskiemu, Czytelnikowi o pseudonimie TurboQna666 i Pawłowi Strączkowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały. Raz jeszcze dziękuję!

Nz. Chersoń tuż po rosyjskim ostrzale. 24 grudnia br./fot. /fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки