Trzeci

28 lutego 2026 roku Stany Zjednoczone rozpoczęły kolejną wojnę na Bliskim Wschodzie. Dziś, gdy obowiązuje kruche zawieszenie broni, pytanie nie dotyczy już tego, kto zadał więcej ciosów – na poziomie taktycznym sytuacja jest klarowna. Znacznie istotniejsza jest odpowiedź na pytanie: kto na tej wojnie zyskał strategicznie. Przy czym w tej układance nie chodzi tylko o USA i Iran, ani nawet o Izrael. Do roli największego beneficjenta urastają bowiem Chiny.

Zacznijmy od kluczowej kwestii – USA wciąż dysponują największą i najbardziej zaawansowaną machiną wojskową świata, ale nie prowadzą gospodarki wojennej. Produkcja uzbrojenia, zwłaszcza precyzyjnego – od pocisków Tomahawk po rakiety systemów obrony powietrznej – jest dostosowana do czasu pokoju: stabilna, przewidywalna, ale relatywnie powolna.

To oznacza, że każda wojna, nawet zakończona rozejmem, zostawia po sobie nie tylko polityczne i militarne skutki, lecz także coś znacznie bardziej namacalnego: puste magazyny. A w globalnej rywalizacji z Chinami to właśnie stan tych magazynów może mieć znaczenie większe niż wynik pojedynczej operacji na Bliskim Wschodzie.

Rachunek w liczbach

Pierwsze szacunki dotyczące zużycia amunicji przez USA w trakcie wojny z Iranem pokazują skalę, która jeszcze niedawno pozostawała poza wyobraźnią planistów operacyjnych. W ciągu kilkudziesięciu dni działań bojowych amerykańskie siły zbrojne wystrzeliły ponad 1000 pocisków manewrujących Tomahawk. Dla porównania – roczna produkcja tych pocisków w ostatnich latach oscylowała wokół 200–300 egzemplarzy. Oznacza to, że w trakcie jednej kampanii zużyto równowartość kilku lat produkcji.

Jeszcze wyraźniej widać to na przykładzie systemów obrony powietrznej. Według dostępnych szacunków wykorzystano od 1500 do 2000 interceptorów – w tym rakiet systemów Patriot i THAAD. Tymczasem produkcja rakiet PAC-3 MSE, stanowiących podstawę amerykańskiej obrony przeciwrakietowej, wynosiła dotąd około 500–600 sztuk rocznie, przy czym znaczna część trafiała do sojuszników. A zatem w ciągu kilku tygodni zużyto równowartość co najmniej dwóch–trzech lat produkcji jednego z kluczowych komponentów systemu obrony powietrznej.

Podobne proporcje pojawiają się w odniesieniu do uzbrojenia lotniczego. Produkcja pocisków JASSM, wykorzystywanych przez bombowce i samoloty taktyczne, jeszcze niedawno wynosiła około 500–700 sztuk rocznie. Tymczasem wystrzelono ich niemal tysiąc.

W analizach takich ośrodków jak CSIS (Center for Strategic and International Studies) mowa jest o tym, że odtworzenie stanów magazynowych zajmie od 3 do nawet 6 lat – szczególnie w przypadku najbardziej zaawansowanych efektorów, wymagających skomplikowanych komponentów i ograniczonych zdolności produkcyjnych.

Najważniejszy teatr

W amerykańskim planowaniu strategicznym Bliski Wschód od lat nie jest już teatrem pierwszego wyboru. Tym obszarem jest dziś Indo-Pacyfik – przestrzeń, w której koncentruje się rywalizacja ze strategicznym przeciwnikiem, czyli Chinami. To tam, a nie w Zatoce Perskiej, rozstrzyga się realny układ sił w XXI wieku.

Dlatego każda liczba dotycząca zużycia amunicji w wojnie z Iranem ma swój drugi kontekst – pytanie, ile tych samych środków pozostało do dyspozycji w scenariuszu konfliktu wokół Tajwanu.

Symulacje prowadzone przez CSIS pokazują, że w przypadku wojny o Tajwan kluczowe znaczenie mają dokładnie te same kategorie uzbrojenia, które zostały intensywnie wykorzystane na Bliskim Wschodzie: pociski dalekiego zasięgu, środki rażenia precyzyjnego, a przede wszystkim systemy obrony powietrznej i przeciwrakietowej.

W jednym z analizowanych scenariuszy amerykańskie siły zbrojne zużyją znaczną część zapasów pocisków dalekiego zasięgu w ciągu pierwszych 7–10 dni konfliktu. W przypadku niektórych typów uzbrojenia tempo to będzie jeszcze wyższe, lecz za każdy razem przyniesie ten sam skutek: zapasy zmaleją szybciej, niż możliwe będzie ich uzupełnianie.

A dodajmy do tego inny czynnik, istotny przy hipotetycznym konflikcie o Tajwan: geografię. Odległości będą wielokrotnie większe niż w przypadku operacji prowadzonych przeciwko Iranowi. Amerykańskie lotnictwo operuje z baz w Japonii, na Guamie czy – w scenariuszach awaryjnych – z jeszcze dalszych lokalizacji. Marynarka działa na rozległych akwenach, gdzie linie zaopatrzenia są rozciągnięte do granic możliwości. To oznacza, że każda operacja jest nie tylko bardziej wymagająca logistycznie, ale również bardziej kosztowna w sensie zużycia zasobów.

Dochodzi do tego kwestia rotacji sił. Grupy lotniskowcowe, które brały udział w operacjach na Bliskim Wschodzie, nie mogą zostać natychmiast przerzucone na Pacyfik w pełnej gotowości bojowej. Okręty wymagają przeglądów, załogi odpoczynku, a sprzęt – konserwacji. To proces liczony w tygodniach i miesiącach, nie w dniach.

W efekcie powstaje luka, której nie widać na pierwszy rzut oka. Na papierze Stany Zjednoczone wciąż dysponują globalną projekcją siły. W praktyce jednak ich zdolność do natychmiastowego i intensywnego działania w Indo-Pacyfiku może być ograniczona – nie przez brak technologii, lecz przez wcześniejsze zużycie zasobów.

Pytanie, co zrobią z tym Chiny?

„Poligonowe doświadczenie”

Z perspektywy Pekinu wojna USA–Iran jest arcyciekawym studium przypadku. Pokazuje tempo zużycia amerykańskich zasobów, ograniczenia przemysłowe i – co równie ważne – sposób, w jaki Waszyngton reaguje na kryzysy: szybko, nierozważnie, kosztem własnej „głębi strategicznej”.

To obserwacja, która dla Chin ma znaczenie większe niż jakiekolwiek deklaracje polityczne. Bo chińska strategia nie opiera się na wygrywaniu pojedynczych wojen, a na przetrwaniu dłużej niż przeciwnik i wejściu do gry w momencie, który jest dla niego najmniej korzystny.

Ale czy jest z czym wejść? I tak, i nie. W wymiarze czysto militarnym Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza w ciągu ostatnich dwóch dekad przeszła transformację, która nie ma precedensu we współczesnej historii.

Marynarka wojenna Chin jest dziś największa na świecie pod względem liczby okrętów. Pekin systematycznie rozwija zdolności antydostępowe (A2/AD), oparte na rakietach takich jak DF-21D czy DF-26, zdolnych do rażenia celów na dużych odległościach – w tym potencjalnie amerykańskich lotniskowców.

Równolegle rośnie potencjał przemysłowy. W przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych Chiny dysponują zdolnością do szybkiego zwiększania produkcji, co w warunkach długotrwałego konfliktu może mieć znaczenie kluczowe. Ale…

Chińska armia nie prowadziła pełnoskalowej wojny od dekad. Ostatnim konfliktem o większej skali była wojna z Wietnamem w 1979 roku – doświadczenie odległe i w niewielkim stopniu przekładalne na współczesne realia. Oznacza to, że znaczna część zdolności operacyjnych Chin została sprawdzona wyłącznie w ćwiczeniach i symulacjach. To różnica fundamentalna w porównaniu z USA, które przez ostatnie trzy dekady prowadziły niemal ciągłe operacje bojowe.

„Armia jedynaków”

Dochodzi do tego problem systemowy, rzadziej obecny w analizach czysto militarnych, ale coraz częściej podnoszony w badaniach społecznych i strategicznych: struktura demograficzna chińskich sił zbrojnych. Pokolenie dzisiejszych chińskich żołnierzy to w dużej mierze efekt wieloletniej polityki jednego dziecka. W praktyce oznacza to, że znaczna część rekrutów to jedyni synowie w swoich rodzinach.

W chińskim modelu społecznym – pozbawionym rozbudowanego systemu zabezpieczeń społecznych w europejskim rozumieniu – to właśnie dzieci odpowiadają za opiekę nad starzejącymi się rodzicami. Ten obowiązek ma nie tylko wymiar ekonomiczny, ale również kulturowy, w dodatku bardzo silny – możemy tu mówić wręcz o imperatywie. W konsekwencji pojawia się napięcie, które trudno zmierzyć, ale którego nie sposób zignorować: wysokie straty osobowe mogą mieć w Chinach znacznie większy koszt społeczny niż w państwach Zachodu. Z perspektywy planowania wojskowego oznacza to potencjalne ograniczenie gotowości do prowadzenia wojny wyniszczającej – takiej, która wymaga akceptacji dużych strat. Innymi słowy: Chiny budują armię zdolną do walki, ale jednocześnie funkcjonują w systemie społecznym, który może tę walkę ograniczać.

Taki stan rzeczy narzuca władzom w Pekinie cierpliwość – nieangażowanie się w walkę, jeśli ryzyko strat jest zbyt wysokie. Ale – tu czas na kolejne zastrzeżenie – skoro po stronie amerykańskiej pojawia się okres przejściowy, związany z odbudową zapasów, to czy Pekin nie widzi w tej sytuacji okna możliwości?

Dwa scenariusze

Symulacje prowadzone przez CSIS pokazują, że ewentualny konflikt o Tajwan byłby ekstremalnie kosztowny dla obu stron – także dla Stanów Zjednoczonych. W wielu wariantach wojny Amerykanie tracą znaczną część lotnictwa i marynarki, nawet jeśli ostatecznie powstrzymują chińską inwazję. To kluczowy punkt odniesienia. Jeśli nawet „pełne” zdolności USA nie gwarantują szybkiego i taniego zwycięstwa, to każde ich osłabienie działa na korzyść Pekinu.

Z tej perspektywy można zarysować dwa przeciwstawne scenariusze…

Jakie? Piszę o tym w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Amerykański niszczyciel rakietowy podczas ćwiczebnego wystrzelenia pocisku Tomahawk/fot. US Navy, domena publiczna

Precyzja

Tomahawki wciąż na tapecie, więc może podrzucę Wam tekst o tym, czym w ogóle jest ta broń. Znajdziecie tu odpowiedź na pytanie, dlaczego Moskwa się jej tak boi…

W arsenale amerykańskich sił zbrojnych niewiele systemów uzbrojenia zdobyło taką renomę jak pocisk manewrujący BGM-109. Od ponad czterech dekad ten subsoniczny, dalekosiężny środek rażenia pozostaje symbolem chirurgicznej precyzji. Prace nad Tomahawkiem rozpoczęto w latach siedemdziesiątych XX wieku, w odpowiedzi na potrzebę stworzenia pocisku zdolnego do rażenia celów strategicznych bez narażania załóg. Inspiracją były doświadczenia z II wojny światowej (niemieckie konstrukcje V-1 i V-2). Motorem zaś spektakularny rozwój technologii rakietowych w czasie zimnej wojny.

Pierwsze wersje weszły do służby w 1983 roku, a ich producentem zostały firmy General Dynamics i Boeing.

Pocisk miał być uniwersalny – zdolny do odpalania z morza i lądu. Z wersji lądowej zrezygnowano w 1987 roku po podpisaniu traktatu INF (Intermediate-Range Nuclear Forces Treaty – Traktat o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych krótkiego i średniego zasięgu) między Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Sowieckim. W 2019 roku, w odpowiedzi na zbrojenia Rosji, INF został przez USA zerwany, co formalnie otwarło drogę do ponownego wdrożenia wersji lądowej. Prace w tym zakresie były kontynuowane m.in. przez firmę Oshkosh Defense, która właśnie zaprezentowała swoją wyrzutnię o nazwie X-MAV. Może ona przenosić cztery pociski BGM-109. Wizualnie niewiele różni się od mobilnych wyrzutni HIMARS czy Patriot, które Ukraińcy z powodzeniem wykorzystują już od trzech lat (rosjanom udało się zniszczyć tylko kilka takich pojazdów).

Tomahawk to pocisk o długości około 5,5 m, masie startowej 1300 kg i zasięgu od 1250 do 2500 km. Napędzany silnikiem turboodrzutowym porusza się z prędkością około 880 km/h na bardzo niskim pułapie (30–100 m), co utrudnia jego wykrycie przez radary. Pocisk można wyposażyć m.in. w klasyczną głowicę odłamkowo-burzącą oraz w głowicę z subamunicją (w czasach zimnej wojny Tomahawki nosiły również ładunki jądrowe). Najnowsze wersje pocisku umożliwiają zmianę celu w locie i tzw. loitering, który oznacza zdolność do krążenia nad wyznaczonym obszarem przez określony czas, zanim zostanie podjęta decyzja o uderzeniu. Najnowsza wersja przeciwokrętowa Block Va (Maritime Strike) może razić ruchome cele na morzu. Wersje Block IV i V korzystają z zaawansowanej nawigacji GPS, radarów terenowych TERCOM oraz systemu DSMAC (Digital Scene Matching Area Correlation), który porównuje obraz terenu z zapisanym wzorcem, zwiększając precyzję trafienia.

—–

Tomahawk zadebiutował bojowo podczas operacji „Pustynna burza” w 1991 roku, kiedy to odpalono ponad 280 pocisków na cele w Iraku. Od tego czasu był używany w niemal każdej większej operacji USA: w Kosowie (1999 rok) do ataków na infrastrukturę wojskową Serbii, ponownie w Iraku (2003 rok) w masowych uderzeniach na cele strategiczne, w Libii (2011 rok), w ramach wsparcia dla operacji NATO oraz w Syrii (w 2017 i 2018 roku) w działaniach odwetowych za użycie broni chemicznej przez reżim Baszszara al-Asada. W 2017 roku, podczas ataku na bazę lotniczą Szajrat, odpalono 59 Tomahawków z dwóch niszczycieli typu Arleigh Burke. Mimo obecności rosyjskich systemów obrony powietrznej w Syrii, większość pocisków dotarła do celów. Tomahawki zostały również użyte przez USA w czerwcu tego roku w atakach na irańskie obiekty nuklearne.

Według ogólnodostępnych danych Stany Zjednoczone posiadają obecnie około 4 tys. aktywnych pocisków Tomahawk, z czego większość to wersje Block IV i Va. W 2023 roku zatwierdzono zakup 850 nowych głowic bojowych dla wersji przeciwokrętowej, a w 2025 roku rozpoczęto modernizację starszych egzemplarzy do standardu Block V. Warto jednak zaznaczyć, że tempo produkcji nie nadąża za zużyciem – szczególnie w kontekście rosnącego zapotrzebowania ze strony sojuszników, takich jak Wielka Brytania, Australia czy Japonia. Pojawiają się więc głosy, że w przypadku długotrwałego konfliktu z równorzędnym przeciwnikiem zapasy mogą okazać się niewystarczające.

Tym równorzędnym przeciwnikiem nie jest rosja, ale Chiny. Niemniej sygnały dotyczące przekazania pocisków Ukrainie zmuszają do postawienia pytania o rosyjskie możliwości walki z Tomahawkami. Nominalnie federacja rosyjska dysponuje rozbudowaną, warstwową obroną przeciwlotniczą, która obejmuje systemy: S-400 Triumf zdolne do zwalczania celów aerodynamicznych na dystansie do 400 km, S-350 Witiaź, operujące w średnim zasięgu, oraz zestawami Tor-M2, Buk-M3, Pancyr-S1 krótkiego i średniego zasięgu, mobilnymi i przeznaczonymi do ochrony punktowej. Do tego dodać należy myśliwce Su-35 i MiG-31 jako wsparcie w przechwytywaniu. Teoretycznie więc rosyjskie systemy są zdolne do zwalczania pocisków manewrujących. W praktyce jednak – jak pokazały doświadczenia z Syrii – skuteczność wobec Tomahawków jest znacznie ograniczona. Pociski lecące nisko, z wykorzystaniem zaawansowanej nawigacji i zmiennych trajektorii, są trudne do wykrycia i przechwycenia. W 2018 roku, mimo obecności S-400, większość amerykańskich rakiet dotarła do celów.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Rozbudowaną wersję tego tekstu, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna”, znajdziecie tu.

Nz. Tomahawk we wstępnej fazie lotu/fot. Departament Obrony USA

Kulisy

Jak szacuje amerykański Instytut Studiów nad Wojną, gdyby Ukraina otrzymała pociski Tomahawk o zasięgu 2,5 tys. km, w obszarze ich rażenia znalazłoby się 1945 rosyjskich obiektów o znaczeniu militarnym. Gdyby nad Dniepr dotarły rakiety o zasięgu do 1,6 tys. km – wówczas byłoby to 1655 potencjalnych celów. Niemal całe zaplecze machiny wojennej putina funkcjonowałoby zatem w realiach stałego zagrożenia. A utrata tylko niektórych obiektów oznaczałaby poważne kłopoty. Dla przykładu, produkcja Szahedów odbywa się w jednym miejscu – w republice Tatarstanu, 1300 km od Ukrainy. Zniszczenie tej fabryki odebrałoby rosjanom podstawowe narzędzie presji na Kijów.

I właśnie stąd bierze się nerwowa reakcja Kremla na doniesienia o możliwym transferze uzbrojenia. putin zapowiada pogorszenie „dobrze układających się ostatnio” relacji ze Stanami Zjednoczonymi, miedwiediew grozi odwetem całemu NATO, a na najniższym poziomie – w mediach społecznościowych, także w Polsce – zaobserwować można istotne wzmożenie pośród (pro)rosyjskich aktywistów i „użytecznych idiotów”, przestrzegających przed sprowokowaniem rosji do wojny jądrowej.

„Nic nowego”, można by skomentować, wracając pamięcią do wielu podobnych sytuacji, kiedy Moskwa kreśliła „nieprzekraczalne czerwone linie”. Chciałbym, by i tym razem owo „tupanie nóżką” zostało zignorowane – i by Ameryka rzeczywiście przekazała Ukraińcom Tomahawki. Lecz po prawdziwe niespecjalnie w to wierzę. Moim zdaniem Waszyngton blefuje (otartym pozostaje pytanie, czy Kijów też, czy Ukraińcy jednak liczą na pozyskanie rakiet) – wypuszczając kontrolowane przecieki o rozmowach na temat przekazania Tomahawków, USA chcą zmusić rosję do powrotu do negocjacyjnego stołu. Przekaz jest prosty: „albo zaczniecie rozmawiać z Ukrainą, albo wasza sytuacja drastycznie się pogorszy”. Co zrobi Biały Dom, gdy Kreml powie „sprawdzam!” – nie wiem, ale już teraz dostrzegam u Amerykanów poważną zmianę w podejściu do rosjan.

—–

Widać ją przy okazji ukraińskiej kampanii „grillowania” rosyjskiego zaplecza przemysłowego, przede wszystkim petrochemicznego. Precyzja, z jaką Ukraińcy rażą rosyjską infrastrukturę, nie bierze się „znikąd”. Poza rosnącą doskonałością techniczną broni to też efekt dobrego rozpoznania – a na tym obszarze wykraczamy poza kompetencje ściśle ukraińskie. Ktoś mógłby stwierdzić: „a jaki problem znaleźć i trafić rafinerię; przecież do tego Google Maps wystarczy”. Tyle że sama lokalizacja to ledwie wstęp do ataku. rosjanie mają kilkadziesiąt rafinerii, o różnej wielkości i różnym udziale w ogólnej produkcji. Ich parametry nie są sztywne: wydajność jest zmienna, zależy od wielu czynników. Największy zakład może być podrzędnym celem, jeśli akurat niewiele produkuje. By osiągnąć odpowiednią synergię środków i korzyści, trzeba wiedzieć w co w danym momencie uderzyć. Ustalić, który element łańcucha jest teraz kluczowy – to po pierwsze.

Po drugie, rosjanie działają w realiach „krótkiej kołderki”, jeśli idzie o możliwości obrony przeciwlotniczej. Nie są w stanie zapewnić ochrony wszystkich niezbędnych elementów własnej infrastruktury (żadne państwo nie ma takich mocy). Jedne chronią lepiej, inne gorzej lub wcale, część obiektów ma rotacyjną osłonę. Nałóżmy na to rosyjski bałagan i otrzymujemy sytuację, w której bieżące możliwości lokalnych „parasoli OPL” stają się zmienną-niewiadomą. Nie sztuka posłać rój dronów, sztuką jest, by przynajmniej część z nich nie została namierzona i zestrzelona. Jak myślicie, kto daje Ukraińcom te „oczy i uszy”, kto buduje ich świadomość sytuacyjną z dala od granic, gdzie nie sięgają ukraińskie radary i stacje nasłuchowe? Ukraina ma sprawne służby wywiadowcze, niezłą agenturę w rosji, ale wielu niezbędnych informacji nie da się pozyskać bez rozpoznania satelitarnego. W tym zakresie w ograniczony sposób wspiera Kijów Europa (głównie Francja), przede wszystkim jednak jest to domena Amerykanów.

—–

Wiem, że to stwierdzenie rodzi pewien dysonans, przynajmniej u części Czytelników – Donald Trump zrobił bowiem w ostatnich miesiącach wiele, byśmy zwątpili w dobre intencje Stanów Zjednoczonych wobec Ukrainy i generalnie w amerykańską wiarygodność sojuszniczą. Dał asumpt do twierdzeń, że jest miękkim graczem wobec rosji, ba, że wręcz nie pozwoli jej zrobić krzywdy. Nie zamierzam psychologizować, ani też chodzić tropem teorii spiskowych, „wyjaśniających” zachowanie prezydenta USA; poprzestanę na stwierdzeniu, że polityka obecnej administracji była dla mnie rozczarowująca. Nadal jest, gdyż oczekiwałbym od Waszyngtonu bardziej zdecydowanych działań wobec Moskwy, prowadzonych z pozycji dominującego w tej relacji supermocarstwa. rosja nie jest dla Stanów równorzędnym partnerem, a utrwalanie u putina iluzji imperialnej siły i sprawczości to niebezpieczny proceder i, w dużej mierze, „wina Trumpa”. Tym niemniej dostrzegam to, o czym pisałem – zakulisowy wkład Amerykanów w bolesną dla rosji kampanię.

I dlatego śmieszą mnie opinie, zgodnie z którymi atakując zakłady w głębi rosji, Ukraina „gra na nosie nie tylko putinowi, ale też Trumpowi”. Przy całym moi szacunku dla walczącego kraju, jego armii i społeczeństwa, za niepoważne uważam próby „nadupodmiotowienia” Ukraińców w tej opowieści – przedstawienia ich jako tych, którzy są w pełni samodzielni i nie oglądają się na opinie innych. Mimo rosnącego finansowego zaangażowania Europy w pomoc Ukrainie, w wymiarze czysto wojskowym nadal większość zachodniego wsparcia pochodzi z USA. Czy naprawdę ktoś wierzy, że Kijów zaryzykowałby przerwanie tej „żyły stali” i robił coś, na co nie ma przynajmniej cichego przyzwolenia Waszyngtonu? Ukraińcy próbowali już wcześniej „grillować” rosyjską petrochemię, ale nasilenie obecnej kampanii zbiegło się z fiaskiem zabiegów pokojowych Trumpa. W tym nie ma przypadku, to przejście na inny poziom „wymiany argumentów”. A Tomahawki to sygnał, że stawkę można podbić wyżej, w czym zresztą zawiera się kolejny komunikat: Ameryka ma techniczne, konwencjonalne (!) zdolności, by serią szybkich, precyzyjnych uderzeń odciąć tlen całej rosyjskiej machinie wojennej. Doprowadzić do zapaści jej zaplecza bez potrzeby konfrontowania się w zwarciu. To oczywistość, która w ostatnim czasie – tu, nad Wisłą – zaczęła nam gdzieś umykać. Warto zatem i ten aspekt podkreślić, zwłaszcza w obliczu defetystycznych narracji o rosji, która „w razie wojny zasypie nas dronami”. Tylko gdzie je wyprodukuje?

Ten tekst, w obszerniejszej wersji, opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Płonąca rafineria pod Krasodarem/fot. anonimowe źródło rosyjskie

Obuch

Nie ma jasności, czy USA przekażą Ukrainie pociski manewrujące Tomahawk – rozmowy w tej sprawie między Kijowem a Waszyngtonem trwają, trudno ocenić, kiedy wyniknie z nich coś konkretnego. Lecz już sam fakt, że amerykańskie władze rozważają taki krok, wywołał w Moskwie niemałą panikę. Kreml maskuje strach, zaś publicznie grozi poważną eskalacją, ale właśnie owo „machanie szabelką” jest najlepszym dowodem przestrachu rosjan. By wskazać źródła tego lęku, musimy najpierw zarysować odpowiedni kontekst.

Co jest w tym momencie największym zmartwieniem dla władz Ukrainy? Konieczność mierzenia się z częstymi i masowymi rosyjskimi uderzeniami powietrznymi na ukraińskie zaplecze, wykonywanymi głównie przy użyciu dronów dalekiego zasięgu typu Szahed. Co jest aktualnie największym sukcesem ukraińskich sił zbrojnych? Udane ataki dronowo-rakietowe wymierzone w rosyjską bazę przemysłową, przede wszystkim w sektor petrochemiczny. Co jest „na dziś” największym atutem rosjan w wojnie z Ukraińcami? Możliwość wykonywania napadów z powietrza na głębokie ukraińskie tyły. Co obecnie szczególnie martwi kremlowską klikę? Fakt, iż nasilona przed kilkoma tygodniami ukraińska kampania dronowo-rakietowa zredukowała moce produkcyjne rosyjskich rafinerii o 40 procent. Innymi słowy, słabości jednych są siłą drugich i na odwrót. Pojawienie się Tomahawków (albo, co bardziej prawdopodobne, innych pocisków dalekiego zasięgu), zakłóciłoby tę równowagę. Jak i dlaczego?

—–

Nim odpowiem na to pytanie, rozwińmy wątki zasygnalizowane w powyższym akapicie. Kijów to dziś najlepiej bronione przed zagrożeniem z powietrza miasto na świecie. Ale ten status ma też swą ciemną stronę – obrona „serca” i „mózgu” Ukrainy zasysa siły i środki OPL z innych części kraju, w wyniku czego te nie są tak dobrze chronione (a po prawdzie to są chronione słabo; taka jest rzeczywistość większości ukraińskich metropolii). „Z pustego i Salomon nie naleje”, brzmi stare porzekadło, dobrze oddające ów stan rzeczy. Ukraińcy weszli do wojny z silną OPL, ale poradziecki arsenał zużył się i został zniszczony. Zastępują go znacząco lepsze, a zarazem dużo droższe (w produkcji i eksploatacji) systemy zachodnie – jest ich już nad Dnieprem sporo, lecz wciąż za mało i ta sytuacja szybko się nie zmieni.

Jednocześnie w toku prowadzonych działań zmieniły się zasadniczo realia wojny powietrznej. Wobec relatywnie niskiej skuteczności własnych rakiet i pocisków manewrujących, rosjanie rozpoczęli eksperymenty z dronami – wolnymi, niosącymi mniejsze głowice, za to dużo tańszymi i prostszymi w produkcji. W odpowiedzi Ukraińcy rozwinęli techniki zwalczania bezzałogowców – bez angażowania do tego „tradycyjnych” systemów OPL z ich kosztownymi rakietami. Mimo to efekt skali zadziałał – rosjanie wciąż coś Ukraińcom niszczą, jakiś cenny element infrastruktury niezbędnej do podtrzymywania wojennego wysiłku. Ale Ukraina się nie łamie. W kluczowej gałęzi gospodarki – zbrojeniowej – kraj osiąga kolejne pułapy efektywności. Dziś ponad 40 procent broni i amunicji, jakie trafiają na front, pochodzi z rodzimych zakładów i manufaktur. W niektórych obszarach produkcji wojskowej odnotowano 35-krotny wzrost wydajności w porównaniu z 2022 rokiem. Nie zrozumcie mnie źle – nie sugeruję, że rosyjskie ataki po Ukrainie „spływają”. Są bolesne, jednak nie miażdżące. Ograniczają możliwości Ukraińców i konserwują sytuację strategicznego pata. Gdyby Kijowowi udało się „zamknąć niebo”, zbrojeniówka mogłaby rosnąć bez przeszkód, co przełożyłoby się na większe możliwości armii. Fakt, iż tak nie jest, to ograniczony, ale wciąż sukces rosjan. „Złapał kozak Tatarzyna, a Tatarzy za łeb trzyma”, można by posłużyć się kolejnym powiedzonkiem.

—–

Zostawmy Ukrainę i przenieśmy wzrok na rosję, gdzie w coraz większej liczbie miast zaczyna brakować benzyny. Federacja, która „leży na ropie”, nie jest w stanie zapewnić sobie samowystarczalności w tym zakresie i zaczęła paliwo importować. Przypomina to sytuację z czasów Związku Sowieckiego, kiedy kraj mający największy na świecie areał pól uprawnych, i stosunkowo niedużą populację, regularnie nawiedzały klęski głodu. I wtedy, i dziś, owa zdumiewająca nieefektywność była skutkiem fatalnych decyzji władz w Moskwie. Mniejsza o historię, skupmy się na teraźniejszości. Ukraińcy – wepchnięci do wojny przez rosjan – z brutalną skutecznością wykorzystali wąskie gardło federacji. Niszczenie rafinerii wprost nie zagrozi armii inwazyjnej (ta będzie ostatnim podmiotem, który objęty zostanie racjonowaniem paliw i smarów), ale poważnie nadwyręża rosyjskie możliwości zarobkowania, mówimy wszak o państwie, które żyje ze sprzedaży kopalin i pochodnych. Mniej kasy w budżecie, to mniej pieniędzy na wojsko i wojowanie – i do tego sprowadza się podstawowa użyteczność ukraińskich ataków (patrząc z perspektywy atakujących).

Ale chodzi też o coś jeszcze – o wywołanie odczuwalnej na poziomie zwykłego człowieka dotkliwości. Dla miażdżącej większości rosjan wojna była gdzieś daleko, nie obchodziła ich; teraz odczuwają jej skutki, co w ich świecie jest dowodem nieudolności władzy. A przecież cała równowaga systemu politycznego rosji opiera się nie tylko na przemocy, ale też – a może głównie – na umowie społecznej. Zgodnie z nią Kreml robi co chce, pod warunkiem, że obywatele mogą prowadzić w miarę wygodne życie. Niespełnianie tego wymogu to zarzewie delegitymizacji – zatem płonące rafinerie to także próba rozniecenia w federacji poważniejszego pożaru. Czy skuteczna, to się okaże – ale będąc na miejscu Ukraińców grzechem byłoby nie spróbować.

—–

Dlaczego próbują dopiero teraz? – mógłby zapytać ktoś. Próbowali wcześniej, ale faktycznie, solidnie wzięli się do roboty niedawno. Tajemnica tego wzmożenia sprowadza się nie do zaniechania, a do rosnących możliwości – Ukraińcy w coraz większym stopniu opanowują technikę i technologię potrzebną do dalekodystansowych ataków. A i tak, nadal – nie tylko w przypadku rafinerii – nie sięgają poza obszar europejskiej rosji, ich broń bowiem ma ograniczony zasięg, aktualnie dochodzący do tysiąca kilometrów. I wciąż są to przede wszystkim powolne i małe drony, łatwe do zestrzelenia i jednostkowo wyrządzające stosunkowo niewielkie szkody. A teraz wyobraźmy sobie, że w ukraińskim arsenale pojawiają się Tomahawki. Lecące cztery razy szybciej niż drony (i przy tym manewrujące!), niosące pięć razy większy ładunek, na półtorakrotnie dalszą odległość. Niech to nawet będą mniej efektywne JASSM-y…

Co wtedy? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Tomahawk podczas szkoleniowego strzelania/fot. US Navy

Machina

Nad ranem 22 czerwca br. USA przyłączyły się do działań zbrojnych Izraela, wymierzonych w Iran. Amerykańskie lotnictwo i marynarka wojenna dokonały uderzeń bombowo-rakietowych na trzy ośrodki nuklearne: Fordow, Natanz i Isfahan.

Gdy wczoraj rano pisałem o tym ataku, opierałem się o dostępne wówczas doniesienia. Kilka godzin później Pentagon zorganizował konferencję prasową, podczas której ujawniono więcej szczegółów. Różnią się nieco od pierwotnych informacji, więc pozwólcie, że je zrekapituluję.

Najpierw jednak chciałbym się odnieść do kwestii „podejrzanie szybkiej” reakcji Amerykanów. „Takiej operacji nie organizuje się z dnia na dzień”, twierdzą zwolennicy teorii, wedle której izraelski atak na Iran był od początku koordynowany z USA. I Stany też się do tej wojny przygotowały. No więc nie mamy na to żadnych dowodów, a fakt, iż Amerykanie przeprowadzili skomplikowaną operację zaledwie 10 dni po najnowszej eskalacji bliskowschodniego konfliktu może wynikać z czego innego. Po pierwsze, do ataku wykorzystano bombowce strategiczne (wraz z całym towarzyszącym im lotniczym zapleczem) oraz atomowy okręt podwodny. Oba rodzaje uzbrojenia wchodzą w skład amerykańskiej nuklearnej triady, a ta utrzymywana jest w rygorze wysokiej operacyjności. Po ludzku rzecz ujmując, jest zawsze gotowa do działania.

Po drugie zaś, Iran w percepcji Amerykanów od dekad stanowi zagrożenie – dla Izraela i interesów USA, co w istotnej mierze zazębia się czy wręcz stanowi to samo. Przy takim podejściu i przy amerykańskiej kulturze strategicznej, w której duży nacisk kładzie się na wielowariantowe planowanie, od dawna musiały istnieć scenariusze uderzeń na Iran. Różnorakich, także dotyczących punktowych ataków na infrastrukturę jądrową. Znając amerykańską zapobiegliwość, dam sobie rękę uciąć, że plany te były regularnie aktualizowane, a ich realizacja ćwiczona. Piloci i marynarze mieli więc „gotowca”; ot i cała tajemnica.

A teraz wróćmy do wczorajszej konferencji w Pentagonie. Szef amerykańskich połączonych sztabów generał Dan Caine przekazał, że w nocy z piątku na sobotę grupa bombowców strategicznych wystartowała w kierunku Pacyfiku. Był to element kampanii dezinformacyjnej, prawdziwe uderzenie nastąpiło bowiem z innej strony. Wykonało je siedem samolotów B-2 Spirit, które przeleciały przez Atlantyk w kierunku Iranu.

Maszyny znajdowały się w powietrzu przez 18 godzin (nim dotarły nad cele), po drodze kilkukrotnie pobierając paliwo. O około 2:00 w nocy czasu lokalnego „niewidzialne” bombowce zrzuciły 14 bomb penetrujących GBU-57, co stanowiło pierwsze w historii użycie tej broni w warunkach bojowych. Dwanaście ładunków spadło na zakład nuklearny w Fordow. Cele w Iranie Amerykanie porazili również z okrętu podwodnego USS Georgia, który wystrzelił kilkadziesiąt pocisków manewrujących Tomahawk. W sumie siły amerykańskie użyły 75 precyzyjnych pocisków kierowanych. W misji wykorzystano 125 samolotów – obok „niewidzialnych” dla radarów B-2, także myśliwców czwartej i piątej generacji oraz kilkudziesięciu tankowców powietrznych, samolotów wywiadowczych i rozpoznawczych. Innymi słowy, potężnej militarnej machiny.

W ciągu najbliższych kilkunastu godzin przekonamy się, czy Amerykanie użyją jej ponownie. Koncentracja potencjału w regionie trwa, z medialnych doniesień wynika, że władze Izraela namówiły Biały Dom do rozszerzenia listy celów…

W kontakcie!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.