Przymus

Zimą Władimir Putin grał o wielką stawkę – chodziło mu nie tylko o zwasalizowanie Ukrainy, ale również o zmarginalizowanie roli NATO w Europie Środkowo-Wschodniej. Polska i kraje nadbałtyckie – wedle zamierzeń Kremla – miały stać się członkami Sojuszu drugiej kategorii, de facto wejść w szarą strefę bezpieczeństwa. Bez natowskich instalacji, bez obecności obcych wojsk, z mocno ograniczoną możliwością przeprowadzania sojuszniczych ćwiczeń. Taki pakiet „propozycji” – obok uznania Ukrainy za jej strefę wpływów – rzuciła na stół Moskwa. W zamian miało nie dojść do wojny – tej już wówczas przygotowanej, w Ukrainie – oraz tej w przyszłości, gdzie ewentualnym celem byłyby kraje dawnego bloku wschodniego. „Nowa architektura bezpieczeństwa Europy” – jak nazwano ów pomysł na Kremlu – spotkała się z przyjęciem, z jakim później zderzył się dowódca krążownika „Moskwa”, namawiający załogę Wężowej Wyspy do poddania się. To przede wszystkim Joe Biden – ostoja zachodniej jedności – posłał Putina do diabła. Waszyngton wrzucił NATO na wyższy bieg, do Europy przyjechali kolejni amerykańscy żołnierze, to wówczas też wąski dotąd strumień dostaw sprzętu wojskowego dla Ukrainy znacząco się poszerzył. Jestem pewien, że z perspektywy czasu będziemy postrzegali te wydarzenia jako początek końca Putina.

Już dziś widać, że ten przerżnął niemal wszystko, co tylko mógł przerżnąć. Sporo o tym pisałem, więc nie będę się powtarzał. Na potrzeby tego tekstu wspomnę tylko, że putinowska próba ograniczenia wpływów NATO w Europie skończyła się tym, że Rosji przybędzie 1300 kilometrów granicy z Sojuszem. A że wraz z Finlandią do Sojuszu wejdzie także Szwecja, Bałtyk stanie się „natowskim jeziorem”. Oczywiście, jak tylko pojawiły się pierwsze doniesienia o planach Helsinek i Sztokholmu, Ławrow i jego banda usiłowali zastraszać oba kraje. Tyle że dziś rosyjskie groźby są bardziej żałosne niż straszne, więc ani Szwedzi, ani tym bardziej Finowie się nie ulękli (ci drudzy za to chętnie przypomnieli Rosjanom, jak skończyła się dla nich „wycieczka” na fińskie ziemie w 1939 roku). Występujący po tym wszystkim Putin, mówiący, że samo członkostwo Szwecji i Finlandii nie stanowi dla Rosji zagrożenia, był już tylko dopełnieniem obrazu niemocy Moskwy. Główny lokator Kremla pewnie inaczej by się zachował, gdyby jego armia – to, co w niej najlepsze i najcenniejsze – nie krwawiła teraz w Ukrainie. Poniżone, przetrzebione i obdarte z mitu wysokiej skuteczności i nowoczesności wojsko nie jest argumentem, z którym można wchodzić do przedstawicieli zachodniej wspólnoty – nawet jeśli ci dopiero aspirują, a nie są już w NATO. To musiała być dla „Wowy” naprawdę gorzka piguła.

Dziś jedyną jego deską ratunku „na odcinku fińsko-szwedzkim” pozostaje turecki prezydent Recep Erdogan – wieszczą niektórzy komentatorzy (chorwacka głowa państwa, o której także wspomina się w tym kontekście, nie ma nic do powiedzenia; w Chorwacji realną władzę sprawują rząd i parlament). Bo aby wstąpić do NATO, potrzebna jest zgoda wszystkich członków Sojuszu – a Turcja ma za złe Szwecji i Finlandii, że stały się azylem dla kurdyjskich partyzantów i opozycjonistów. „Nie!” Ankary jest przez nią otwarcie artykułowane, stając się nie tylko nadzieją dla Putina, ale i pożywką dla wspomnianych pesymistów. Czy słusznie? No chyba nie…

W Polsce mamy z Turkami w NATO złe doświadczenia.

– Rok temu Turcja odmówiła ratyfikowania planów operacyjnych dla Polski – mówił mi latem minionego roku gen. Mieczysław Gocuł, były szef sztabu generalnego Wojska Polskiego. Rozmawialiśmy o polskich zakupach tureckiego uzbrojenia; generałowi nie podobał się ten pomysł. Zwróciłem uwagę, że z planami zawsze był kłopot, bo ich podpisanie to zarazem deklaracja pomocy, z której potem trzeba by się wycofywać przed kamerami, czego żaden rząd nie lubi.

– Ale nikt nigdy nie odmówił ich podpisania. Nawet jeżeli któryś kraj był niechętny, wyrażano to w ramach wewnętrznej debaty. Turcja tymczasem ogłosiła wszem wobec: „Polacy, bujajcie się”. A my idziemy do nich kupować uzbrojenie – oceniał z przyganą generał.

Sprawę planów operacyjnych ostatecznie przepchnięto (kiedyś napiszę o tym więcej), choć skandaliczne wielomiesięczne targi z Ankarą oznaczały dla Polski ryzykowny stan zawieszenia (nawet najlepsze wojsko nie może działać bez planu…).

Było-minęło. Turcja znów staje okoniem i znów ulegnie. Pomijam zapowiadane już zabiegi sekretarza generalnego NATO, pomijam przyszłe misje innych natowskich polityków, którzy będą podróżować do tureckiej stolicy – najważniejszą robotę znów wykona administracja Joe Bidena. Bo to USA ma w tej grze „najlepsze karty”. Aby to wyjaśnić, cofnijmy się do nieodległej przeszłości.

Kiedy wiosną 2019 roku Amerykanie ogłosili, że nie sprzedadzą Turcji najnowszych samolotów wielozadaniowych F-35, Recep Erdogan nie krył złości. Jego kraj dysponuje drugą co do wielkości armią NATO i stanowi najbardziej wysuniętą na wschód rubież Sojuszu. Ów status przez dekady gwarantował Ankarze transfer zachodnich technologii wojskowych, za sprawą których Turcja urosła do rangi regionalnej potęgi. Co więcej, Turcy nie byli zwyczajnym kupcem – jeszcze w 2002 roku włączyli się w program budowy myśliwców, wydając na ten cel kilka miliardów dolarów. W pierwszej turze złożyli zamówienie na 30 maszyn, ale docelowo planowali pozyskać ponad setkę F-35. Dlaczego ostatecznie zostali z niczym? Turecki rząd postanowił wyposażyć armię w rosyjskie zestawy obrony powietrznej S-400 Triumf, wcześniej odrzucając ofertę droższych, amerykańskich Patriotów. Tymczasem w ocenie Amerykanów, wdrożenie do służby rosyjskich systemów przy jednoczesnej eksploatacji „efów”, oznaczałoby ryzyko ujawnienia wielu technicznych sekretów samolotów (np. ich sygnatur radarowych). „Przekazanie Turkom gotowych F-35 stworzy zagrożenie dla bezpieczeństwa całego NATO”, zgodnie wnioskowali republikanie i demokraci. Donald Trump podpisał stosowny dekret.

Turcy nie byli gotowi na utratę F-35, nie docenili determinacji Amerykanów i przeszarżowali. Tymczasem w regionie rozkręcił się lotniczy wyścig zbrojeń. Najsilniejszy rywal, Izrael, planuje pozyskać 75 F-35 – no i już dziś ma bojowe doświadczenie w ich użytkowaniu. Jednocześnie nabywa za oceanem kolejne F-15 w najnowszej wersji. Egipt postawił na francuskie Rafale, podobnie jak Grecja, która jednocześnie modernizuje część posiadanej floty F-16, oraz – co Ankarę niepokoi szczególnie – zapowiedziała pozyskanie F-35. „Zimny” turecko-grecki konflikt ciągnie się już od dawna i nie wygasiło go nawet wspólne członkostwo w NATO. Świadom animozji Waszyngton przez dekady starał się wpływać na oba kraje poprzez równoważenie ich potencjałów. Jeśli jakiś nowoczesny system uzbrojenia trafiał do Grecji, zaraz potem otrzymywała go Turcja – i na odwrót. Ponieważ Amerykanie przychylnie patrzą na greckie plany dotyczące F-35, mogłoby się okazać, że już za kilka lat, po raz pierwszy w historii NATO, będziemy mieli do czynienia z sytuacją, kiedy w polu turecko-greckich zmagań pojawi się prawdziwy game changer, dający Grekom niewątpliwą przewagę.

Byłaby ona tym większa, że arsenał lotniczy Turcji wymaga pilnych modernizacji. Na papierze nie jest źle – podstawę Türk Hava Kuvvetleri (Tureckich Sił Powietrznych) stanowi aż 245 samolotów F-16. Jednak większość z nich ma już swoje lata (najmłodsze, to odpowiedniki naszych Jastrzębi). I właśnie z tego powodu jeszcze w październiku u.br. władze w Ankarze wysłały do Waszyngtonu zapytanie ofertowe RFP (ang. Request For Proposals) w sprawie możliwości zakupu 40 fabrycznie nowych F-16 i pakietów modernizacyjnych dla 80 posiadanych przez Turcję samolotów. Zapłatę miałyby stanowić środki zainwestowane przez Ankarę w program F-35. Tym sposobem Turcy chcieliby utrzymać względnie wysoki poziom własnych sił powietrznych do czasu wejścia do służby maszyny oznaczonej jako TF-X. Za tą nazwą kryje się wielozadaniowy myśliwiec V generacji, będący wytworem tureckiego przemysłu. W tej chwili jednak trudno ocenić, kiedy prace konstrukcyjne zmienią się w fazę seryjnej produkcji. I czy w ogóle coś sensownego z tego wyjdzie.

Alternatywą dla kupna i modernizacji „szesnastek” jeszcze do niedawna mogła się wydawać dalsza „rusyfikacja” tureckiego arsenału. Władimir Putin jeszcze w 2019 roku zaproponował Erdoganowi nabycie rosyjskich Su-35 i Su-57. Te ostatnie, przynajmniej teoretycznie, stanowią odpowiednik amerykańskich F-35. Ale właśnie, słowo-klucz: teoretycznie. Wojna w Ukrainie obnażyła masę słabości rosyjskiego uzbrojenia, nawet tego z „wyższej półki”. Wiadomo już, że ustępuje ono zachodnim odpowiednikom, a co gorsza, owa przepaść będzie się pogłębiać na skutek sankcji. Rosjanie – o czym pisałem tu wielokrotnie – w swoim najlepszym uzbrojeniu implementowali na potęgę zachodnią elektronikę. Własnej, odpowiedniej klasy, nie są w stanie wyprodukować. Brak dostępu do importowanych podzespołów właściwie zamyka sprawę możliwości eksportowych Rosji. A same „skorupy” nie będą Turkom potrzebne.

To zresztą stawia w ciekawym świetle przyszłość kupionych przez Turcję S-400. Ankara nabyła w sumie cztery baterie Triumfów. To symboliczny potencjał, a bez możliwości jego powiększenia, na dłuższą metę nieprzydatny. Przydałby się za to w Ukrainie, gdzie zestawy obrony powietrznej z rodziny S, od dawna są w użytku. Turcję i Ukrainę wiążą dziś bliskie wojskowe relacje, których symbolem (i istotą) są słynne drony Bayraktar. Nie da się zatem wykluczyć, że stanowiące niegdyś kość niezgodny między Waszyngtonem a Ankarą S-400 trafią na ukraiński front.

Niezależnie od tego, modernizacyjny przymus, przed jakim stoi Turcja, daje Amerykanom wspomniane „dobre karty”. Nie podejmę się oceny, czy wystarczy, żeby Waszyngton „dał” Turkom „efy szesnaste” wraz z pakietami modernizacyjnymi, czy też niezbędne okaże się przywrócenie Turcji do programu F-35 (ta druga opcja stanie się bardziej prawdopodobna, jeśli armia turecka pozbędzie się S-400). Tak czy inaczej, Erdogan Szwecji i Finlandii nie zatrzyma – za bardzo potrzebuje nowoczesnych samolotów.

PS. Amerykańskie obawy dotyczące utraty tajemnic „efów” były formułowane na wyrost bądź pod polityczne zamówienie, służąc jako pretekst do strofowania Ankary. – S-400 nie wymyślono dla skrytego pozyskiwania informacji – mówił mi kilka miesięcy temu Dawid Kamizela, ekspert od spraw wojskowych. – Traktowanie tych zestawów jako swoistego konia trojańskiego jest nieporozumieniem. Zagrożenie mogliby stanowić rosyjscy instruktorzy, obecni przy próbach przechwycenia samolotu czy jakiejś konfiguracji na linii F-35-Triumf. Ale neutralizacją takich zagrożeń z powodzeniem mógłby się zająć turecki kontrwywiad.

—–

Nz. Resztki rosyjskiego sprzętu wojskowego, oglądane przez ukraińskich żołnierzy. Krwawiąca w Ukrainie armia Putina, czyni pogróżki rosyjskiego prezydenta żałosnymi/fot. Генеральний штаб ЗСУ

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Istota

Kiedy wiosną 2019 r. Amerykanie ogłosili, że nie sprzedadzą Turcji najnowszych samolotów wielozadaniowych F-35, turecki prezydent Recep Erdogan nie krył złości. Jego kraj dysponuje drugą co do wielkości armią NATO i stanowi najbardziej wysuniętą na wschód rubież Sojuszu. Ów status przez dekady gwarantował Ankarze transfer zachodnich technologii wojskowych, za sprawą których Turcja urosła do rangi regionalnej potęgi. Co więcej, Turcy nie byli zwyczajnym kupcem – jeszcze w 2002 r. włączyli się w program budowy myśliwców, wydając na ten cel kilka miliardów dolarów. W pierwszej turze złożyli zamówienie na 30 maszyn, ale docelowo planowali pozyskać ponad setkę F-35. Dlaczego ostatecznie zostali z niczym? Turecki rząd postanowił wyposażyć armię w rosyjskie zestawy obrony powietrznej S-400 Triumf, wcześniej odrzucając ofertę droższych, amerykańskich Patriotów. Tymczasem w ocenie Amerykanów, wdrożenie do służby rosyjskich systemów przy jednoczesnej eksploatacji „efów”, oznaczałoby ryzyko ujawnienia wielu technicznych sekretów samolotów (np. ich sygnatur radarowych). „Przekazanie Turkom gotowych F-35 stworzy zagrożenie dla bezpieczeństwa całego NATO” – zgodnie wnioskowali republikanie i demokraci. Donald Trump podpisał stosowny dekret.

Sukcesy w inżynierii odwrotnej

– Turcy nie docenili determinacji Amerykanów – twierdzi Dawid Kamizela, dziennikarz Nowej Techniki Wojskowej. – Nie byli gotowi na utratę F-35 i nie spodziewali się takiego obrotu sprawy. Przeszarżowali.

Po co? Zdaniem Kamizeli, najpewniej chodziło o kwestie polityczne i wizerunkowe – podkreślenie własnej podmiotowości wobec Waszyngtonu. Wskazywać na to może de facto „wyspowy” charakter zakupu rosyjskiej technologii. Pierwotnie Ankara nabyła dwie baterie S-400, rok temu kolejne dwie. To symboliczny potencjał, zwłaszcza że nie został „wpięty” w oparty o zachodnie i rodzime rozwiązania turecki system obronny.

– Trzeba też rozważyć inne możliwości – zastrzega mój rozmówca. – Po pierwsze, możemy mieć do czynienia z początkiem większych zakupów. Wówczas do Turcji dotrą nie tylko kolejne Triumfy, ale również zapewniające im ochronę zestawy Pancyr czy Buk. Druga opcja ma związek z coraz większymi tureckimi sukcesami w inżynierii odwrotnej. Niewykluczone, że Turkom chodzi o zbudowanie własnej broni tego typu w oparciu o skopiowane patenty. Z USA ryzykowanie byłoby tak pogrywać, z Rosją już mniej.

Niezależnie od intencji tureckich władz, amerykańskie obawy dotyczące utraty tajemnic „efów” były formułowane na wyrost bądź pod polityczne zamówienie, służąc jako pretekst do strofowania Ankary.

– S-400 nie wymyślono dla skrytego pozyskiwania informacji – mówi Dawid Kamizela. – Traktowanie tych zestawów jako swoistego konia trojańskiego jest nieporozumieniem. Zagrożenie mogliby stanowić rosyjscy instruktorzy, obecni przy próbach przechwycenia samolotu czy jakiejś konfiguracji na linii F-35-Triumf. Ale neutralizacją takich zagrożeń z powodzeniem mógłby się zająć turecki kontrwywiad.

Modernizacja pilnie wymagana

Tak czy inaczej, Turcja F-35 nie kupiła. Tymczasem w regionie rozkręcił się lotniczy wyścig zbrojeń. Najsilniejszy rywal, Izrael, ma już w linii 27 „efów” – i bojowe doświadczenie w ich użytkowaniu – w sumie zaś planuje pozyskać 75 maszyn. Jednocześnie nabywa za oceanem kolejne F-15 w najnowszej wersji. Egipt postawił na francuskie Rafale, podobnie jak Grecja, która jednocześnie modernizuje część posiadanej floty F-16, oraz – co Ankarę niepokoi szczególnie – zapowiedziała pozyskanie F-35. „Zimny” turecko-grecki konflikt ciągnie się już od dawna i nie wygasiło go nawet wspólne członkostwo w NATO. Świadom animozji Waszyngton przez dekady starał się wpływać na oba kraje poprzez równoważenie ich potencjałów. Jeśli jakiś nowoczesny system uzbrojenia trafiał do Grecji, zaraz potem otrzymywała go Turcja – i na odwrót. Ponieważ Amerykanie przychylnie patrzą na greckie plany dotyczące F-35, już za kilka lat, po raz pierwszy w historii NATO, będziemy mieli do czynienia z sytuacją, kiedy w polu turecko-greckich zmagań pojawi się prawdziwy game changer, dający Grekom niewątpliwą przewagę.

Będzie ona tym większa, że arsenał lotniczy Turcji wymaga pilnych modernizacji. Na papierze nie jest źle – podstawę Türk Hava Kuvvetleri (Tureckich Sił Powietrznych) stanowi aż 245 samolotów F-16. Jednak większość z nich ma już swoje lata (najmłodsze, to odpowiedniki naszych Jastrzębi). I właśnie z tego powodu jeszcze w październiku br. władze w Ankarze wysłały do Waszyngtonu zapytanie ofertowe RFP (ang. Request For Proposals) w sprawie możliwości zakupu 40 fabrycznie nowych F-16 i pakietów modernizacyjnych dla 80 posiadanych przez Turcję samolotów. Zapłatę miałyby stanowić środki zainwestowane przez Ankarę w program F-35. Tym sposobem Turcy chcieliby utrzymać względnie wysoki poziom własnych sił powietrznych do czasu wejścia do służby maszyny oznaczonej jako TF-X. Za tą nazwą kryje się wielozadaniowy myśliwiec V generacji, będący wytworem tureckiego przemysłu. W tej chwili jednak trudno ocenić, kiedy prace konstrukcyjne zmienią się w fazę seryjnej produkcji.

Alternatywą dla kupna i modernizacji „szesnastek” jest dalsza „rusyfikacja” tureckiego arsenału. Władimir Putin już jakiś czas temu zaproponował Erdoganowi nabycie rosyjskich Su-35 i Su-57. Te ostatnie, przynajmniej teoretycznie, stanowią odpowiednik amerykańskich F-35. Recep Erdogan – podczas jednej z wizyt w Rosji – zasiadł nawet w kokpicie eksportowej wersji Su-57, lecz brakuje wiarygodnych informacji, by przełożyło się to na zobowiązania handlowe. Transakcja ze Stanami Zjednoczonymi jest za to bardzo prawdopodobna. Niezależnie od tego, że zgodę na sprzedaż F-16 musi wydać Kongres, który ma wobec tureckiego autokraty liczne zastrzeżenia dotyczące łamania praw człowieka.

– Ostatecznie to dla Amerykanów dobry interes, a przy tym sposób na dalszą kontrolę Turcji bez zbytniego jej wzmacniania – zauważa Dawid Kamizela.

Ręka w rękę i na ostro

Podczas niedawnego szczytu G-20 w Rzymie Erdogan spotkał się z amerykańskim prezydentem. Rozmowa trwała ponad godzinę i dotyczyła m.in. efów szesnastych. Jak wynika z komunikatu służb prasowych Białego Domu, Joe Biden przekazał Turkowi, że „procedury związane ze sprzedażą tych maszyn wymagają czasu” i zobowiązał się do „kontynuowania działań w tym zakresie”.

Twarde amerykańskie „nie” znalazłoby poklask pośród tych, którzy mają Turcji za złe „romansowanie” z Rosją. Tymczasem taka ocena działań Ankary jest zbyt jednoznaczna. Turcja od dawna balansuje między Waszyngtonem i Moskwą, prowadząc politykę nie zawsze zgodną z interesem poszczególnych krajów NATO. Przekonaliśmy się o tym na własnej skórze, podczas zamieszek na polsko-białoruskiej granicy. Część migrantów przyleciała na Białoruś z Ankary i Stambułu. Erdogan wypuścił ich z obozów dla uchodźców rozlokowanych w Turcji mimo ryzyka, że wywoła to kryzys u sojusznika. Zagrał tym samym w jednej orkiestrze z Putinem i Aleksandrem Łukaszenką, ale cel miał inny. Chciał przetestować szlak migracyjny, potrzebny m.in. do pozbycia się coraz bardziej ciążących Turcji syryjskich uchodźców. W tym samym czasie polscy piloci z natowskiej misji patrolowali tureckie granice.

Ale Turcja potrafi też zagrać wobec Moskwy na ostro. Kilka tygodni temu ukraińska armia po raz pierwszy wykorzystała bojowo tureckie bezzałogowce Bayraktar TB-2. Drony zlikwidowały stanowiska artyleryjskie donbaskich separatystów, co Moskwa odebrała jako policzek. Wymierzony tak przez Ukraińców, jak i Turków, których prezydent do niedawna zarzekał się, że Bayraktary nie trafią na front. Ich wysłanie w rejon walk wymagało zgody dostawcy systemu – gdyby takiej nie było, Turcja właśnie wycofywałaby się ze współpracy z Ukrainą we wdrażaniu TB-2. Co ciekawe, akcja dronów zbiegła się z innym bojowym debiutem na wschodzie Ukrainy – amerykańskich wyrzutni przeciwpancernych Javelin. One również – tym razem wedle zapewnień Amerykanów – miały nie być używane w Donbasie. Tymczasem zniszczono za ich pośrednictwem kilka pojazdów pancernych. Fakt, iż armia ukraińska zdecydowała się na wykorzystanie obu zagranicznych systemów wobec prorosyjskich separatystów sugeruje skoordynowaną akcję… NATO (albo przynajmniej Turków i Amerykanów). Rodzaj ostrzeżenia wysłanego Rosji – że Ukraińcy dysponują bardzo skutecznymi rodzajami broni, których mogą użyć także podczas pełnoskalowej rosyjskiej inwazji.

Zimą minionego roku Bayraktary zdziesiątkowały dozbrajane przez Moskwę syryjskie wojska rządowe w prowincji Idlib. Latem 2020 r. Turcja wsparła Azerbejdżan w wojnie z Armenią o Górski Karabach – bezpardonowo mieszając się w konflikt w strefie, do której wyłączne prawo rości sobie Rosja. W obu przypadkach chodziło o pomoc dla tureckojęzycznych społeczności, co jest istotą polityki zagranicznej Turcji. Paradygmatem, w ramach którego NATO jest użytecznym narzędziem, ale nie celem samym w sobie (jak w przypadku Polski, która bez Sojuszu militarnie nie znaczy nic). Amerykanie dobrze o tym wiedzą. Pobłażają Turcji, bo jest, tym czym jest – strategicznie położonym regionem, pozwalającym „trzymać Rosję na muszce”.

—–

Nz. Ziemianka na linii frontu w Donbasie, po stronie ukraińskiej/fot. Darek Prosiński

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 50/2021

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dolary…

Wojna w Syrii trwa już dziewięć lat. al-Asad przetrwał najgorsze i dzięki wsparciu Iranu oraz Rosji – a pośrednio też zachodniej koalicji, której kampanii lotniczej przeciw Państwu Islamskiemu nie sposób przecenić – konsoliduje dziś władzę w zrujnowanym kraju. Jego oddziały usiłują właśnie przejąć kontrolę nad ostatnim dużym bastionem bojowników – prowincją i miastem Idlib. Zajęcie tego regionu pozwoli ogłosić zwycięskie zakończenie wojny.

I nie o samą wymowę propagandową tu chodzi. Syryjska gospodarka jest w fatalnej kondycji i na dłuższą metę pomóc jej może tylko poważny zastrzyk finansowy z zewnątrz, podany przy okazji odbudowy. A inwestorzy, wiadomo, nie wejdą do kraju, w którym toczy się wojna. Co więcej, syryjskiemu prezydentowi kończy się czas. Gwałtowne ożywienie na linii frontu wynika z tej właśnie presji, a jej powody mają ekonomiczny charakter.

Skarbiec świeci już pustkami

To banalne spostrzeżenie, lecz kluczowe dla zrozumienia sytuacji: wojna kosztuje. Przez lata al-Asad jakoś godził finansowanie operacji militarnej przeciwko opozycji, z koniecznością zapewnienia ludności cywilnej, zamieszkałej na terenach kontrolowanych przez rząd, minimalnych środków do życia. Kłody pod nogi rzucał Damaszkowi Zachód, poprzez kolejne sankcje. Pomocne dłonie wyciągnęły Teheran i Moskwa. Zwłaszcza Iran odegrał tu niebagatelną rolę, pomoc Rosji miała bowiem przede wszystkim militarny wymiar.

Sytuacja zmieniła się w 2019 roku za sprawa Donalda Trumpa. Ten już wcześniej zrezygnował z ugodowej polityki wobec Teheranu, prowadzonej przez administrację Baracka Obamy. W minionym roku zagrał „na ostro” (w co uwikłała się i Polska, organizując konferencję bliskowschodnią pod dyktando Waszyngtonu). Przywrócone i kolejne sankcje mocno uderzyły w gospodarkę Iranu, który w efekcie musiał ograniczyć zaangażowanie w Syrii. Skutki takiego stanu rzeczy doskonale widać na syryjskim czarnym rynku. Przed wybuchem wojny jeden dolar wart był 45 miejscowych funtów. W latach 2011-2019 syryjska waluta, choć znacznie osłabiona, trzymała stabilny poziom – za jednego dolara należało płacić nieco ponad 500 funtów. Od kilkunastu tygodni jest to już 1200 funtów.

– Syria jak powietrza potrzebuje ropy, bo roponośne tereny tego kraju wciąż kontrolują Amerykanie – tłumaczy dr Wojciech Wilk, prezes Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej, które od lat pomaga ofiarom syryjskiego konfliktu. – No i żywności, przede wszystkim zboża i fasoli, bo na „luksusowe” jedzenie stać w tym kraju nielicznych. Odkąd Teheranowi trudniej dotować Damaszek, syryjski rząd musi coraz częściej wybierać: czy nieliczne już rezerwy walutowe przeznaczyć na finansowanie importu żywności, czy na wysiłek wojenny?

Prawdziwy run na banki

Już kilka miesięcy temu al-Asad – świadom nadchodzącego krachu – sięgnął do najgłębszych rezerw. Czyli do kieszeni uprzywilejowanych członków reżimu, biznesmenów, których majątki na wojnie jeszcze bardziej się powiększyły. Prezydent – pod hasłem kampanii antykorupcyjnej – zażądał od nich daniny na podtrzymanie działań zbrojnych i wykarmienie mieszkańców kraju. al-Asadowi się nie odmawia – przynajmniej nie wprost. I tak w spiralę gospodarczych kłopotów wkręcono sąsiedni Liban.

W połowie października ubr. w Bejrucie wybuchły antyrządowe protesty, w wyniku których Liban ma od kilku dni nowy rząd. Najważniejszym zadaniem świeżo powołanego gabinetu jest uchronienie kraju przed bankructwem. Czy technokraci podołają wyzwaniu? – na to pytanie nie ma dziś jednoznacznej odpowiedzi. Oligarchiczny charakter własności kluczowych sektorów gospodarki, gigantyczna korupcja oraz niechęć wobec poddania się nadzorowi międzynarodowych instytucji finansowych – oto czynniki, które nie wróżą najlepiej wyłonionym pod presją ulicy reformatorom. Co gorsza, brakuje też amerykańskich dolarów, bez których Bejrut nie ma czym płacić za dostawy ropy. Cierpi nie tylko ekonomia, cierpią też zwykli ludzie, libański system energetyczny jest bowiem oparty o spalanie pochodnych „czarnego złota”.

Gdzie podziały się dolary? Cofnijmy się w czasie do polecenia al-Asada, który nakazał biznesmenom „dobrowolne” wpłaty do budżetu. Jego efektem był prawdziwy run syryjskich oligarchów na bejruckie banki – biznesmeni w panice przelewali oszczędności do innych, bezpiecznych krajów. Jak to możliwe? Waluty Syrii i Libanu są wzajemnie wymienne, Syryjczycy zaś od dawna trzymają oszczędności u sąsiadów. Depozyty w funtach syryjskich wymieniono na uniwersalny środek płatniczy, w ciągu kilkunastu dni ogołacając libański system bankowy z czterech miliardów dolarów. Na domiar złego gwałtownie umniejszona podaż twardej waluty nie pozostała bez wpływu na reakcje Libańczyków. To oni wypłacili kolejne dwa miliardy dolarów, woląc trzymać je u siebie niż w bankach. Byśmy dobrze zrozumieli skalę zjawiska – sześć miliardów „zielonych” stanowi ponad 10 proc. PKB Libanu. Przenosząc ów odsetek na realia Polski – to tak, jakby z naszych banków wypłynęło 60 miliardów dolarów w żywej gotówce (240 mld zł!).

„Nie” dla mandatu ONZ

Kampania antykorupcyjna al-Asada zakończyła się więc spektakularnym ciosem dla syryjskiej gospodarki, która straciła dostęp do libańskiego rezerwuaru twardej waluty. Sytuacja jest dla reżimu o tyle trudna, że syryjski prezydent wciąż pozostaje politycznym pariasem, a kontakty z nim niosą ryzyko narażenia się Stanom Zjednoczonym. Tymczasem Waszyngton wprowadził niedawno tak zwaną Ustawę Cezara, która daje prezydentowi USA możliwość nałożenia dodatkowych sankcji na podmioty prowadzące interesy z rządem Syrii oraz jego agencjami wojskowymi i wywiadowczymi. Ile firm czy rządów zdecyduje się podjąć ryzyko? Pytanie ma rzecz jasna wymiar retoryczny.

Szczęśliwie dla al-Asada, wciąż sprzyja mu Rosja. A Moskwa posiada w tej grze pewne atuty. W styczniu 2020 roku na forum Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych toczyły się negocjacje dotyczące możliwości przesyłania do Syrii pomocy humanitarnej. Dotychczasowe rezolucje ONZ dawały sposobność wykorzystania w tym celu czterech przejść granicznych (dwóch z Turcją i po jednym z Irakiem i Jordanią). Obowiązywały one przez dwanaście miesięcy i na początku kolejnego roku były ponownie uchwalane. W styczniu br. Rosja powiedziała „nie” dla odnowienia mandatu, by ostatecznie zgodzić się na rezolucję obowiązującą przez pół roku, obejmującą jedynie dwa przejścia (gwoli rzetelności, te najczęściej używane – z Turcją). Czy to oznacza, że w lipcu 2020 roku Syria zostanie bez pomocy międzynarodowych organizacji?

– Nie – mówi Wojciech Wilk. – Zmieni się sposób dystrybucji pomocy humanitarnej, która będzie musiała iść przez Damaszek. W ten sposób kontrolę nad nią przejmie syryjski rząd, który zmusi organizacje humanitarne do wymiany twardej waluty na miejscowe funty. Oficjalny kurs dolara wynosi w tej chwili jeden do czterystu trzydziestu. Istnieje jeszcze coś takiego, jak kurs preferencyjny, gdzie za dolara płaci się siedemset osiemdziesiąt funtów. No i czarnorynkowy, w którym dolar wart jest tysiąc dwieście funtów. Niezależnie od tego, który z nich zostanie zastosowany, i biorąc pod uwagę skalę pomocy, syryjski bank centralny pozyska na tej operacji kilkaset milionów dolarów w skali roku. Prezydent al-Asad będzie miał za co kupować niedostępne w Syrii produkty – w tym większym zakresie, im szybciej zniknie potrzeba finansowania działań zbrojnych.

Jeśli pęknie turecki mur…

I tu dochodzimy do momentu, w którym plany al-Asada wchodzą w kolizję z interesami Turcji. Aby to wyjaśnić, trzeba najpierw przybliżyć najnowszą historię prowincji i miasta Idlib. Przed wojną te tereny zamieszkiwało półtora miliona ludzi, dziś jest ich dwa razy więcej. Wzrost populacji to efekt działań wojennych i celowej polityki syryjskich władz. Gdy rządowa armia rozbijała kolejne ogniska oporu, al-Asad zgadzał się na tworzenie korytarzy humanitarnych z kapitulujących miast. Tymi drogami, z których większość wiodła właśnie do Idlibu, obok ludności cywilnej wychodzili też pokonani bojownicy, ich rodziny oraz zwolennicy. W efekcie prowincja w ogromnym stopniu nasyciła się przedstawicielami często skrajnie ekstremistycznych ugrupowań, w tym syryjskiej al-Kaidy. Ci ludzie mają teraz przed sobą armię al-Asada, a za sobą granicę z Turcją. Jeśli przegrają, zrobią wszystko, by pokonać wysoki graniczny mur – inaczej czeka ich śmierć z rąk asadowców.

Lecz Turcja – co zrozumiałe – wcale nie zamierza takich uchodźców przyjmować. Wspiera więc ekstremistów w walce z rządową armią syryjską, licząc na to, że wymęczony Damaszek odpuści. I że enklawa w Idlibie przetrwa. Patrząc z boku, mamy tu do czynienia z bardzo ciekawą sytuacją – Ankara wspiera terrorystów walczących z sojusznikiem Moskwy. A przecież Turcja i Rosja w ostatnich latach mocno się do siebie zbliżyły. Oficjalnie głowy obu państw deklarują dalszą przyjaźń, Rosjanie zaś dają do zrozumienia, że nie są w stanie w pełni kontrolować al-Asada.

Tymczasem sytuacja humanitarna w Idlibie jest dramatyczna. Dla Europy, w tym Polski, może to oznaczać początek poważnych kłopotów. Bo jeśli turecki mur pęknie pod naporem zdesperowanych ludzi, Ankara zrobi wszystko, by pozbyć się idlibskich uchodźców ze swego terytorium. Zapewniając szybki tranzyt bogu ducha winnych cywilów na europejskie plaże, wypchnie pośród nich tysiące dżihadystów.

Czy z tej sytuacji jest jakieś wyjście? Drogę wskazuje Wojciech Wilk.

– Należy jak najszybciej pomóc zbudować bezpieczne schronienia dla uciekinierów – o ile to możliwe, nadal na terytorium Syrii – mówi prezes PCPM.

—–

Nz. Jeden z obozów dla syryjskich uchodźców tuż przy libańsko-syryjskiej granicy, grudzień 2019/fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Rozkład”

Czas zdradzić pewien sekret. A zatem:

Szef sztabu generalnego Radosław Sawicki ma poważny problem – Rosja koncentruje duże siły w obwodzie kaliningradzkim i na Białorusi. Moskwa twierdzi, że to ćwiczenia, ale z informacji uzyskanych przez służby specjalne wynika, że manewry są jedynie przykrywką do rozpoczęcia inwazji na Polskę i kraje nadbałtyckie. Wyniszczone czystkami i dramatycznie niedoposażone Wojsko Polskie, nie będzie w stanie stawić skutecznego oporu. Tymczasem sojusznicy zwlekają z udzieleniem deklaracji pomocy.

Prokurator Justyna Konieczna rozpoczyna śledztwo w sprawie śmierci wysokiego rangą oficera kontrwywiadu. Jeden z tropów wiedzie ją na południowy wschód kraju, gdzie trwa właśnie operacja „Płot”. Kilka miesięcy wcześniej współpraca Rosji, Ukrainy i Turcji doprowadziła do uruchomienia szlaku czarnomorskiego, którym pod granicę Rzeczpospolitej dociera dwieście tysięcy uchodźców z Syrii. W przygranicznych rejonach dzieją się dramatyczne historie.

Dziennikarz Michał Bera ujawnia jedną z nich, wywołując medialno-polityczny skandal. A gdy na zaproszenie rosyjskiego ministerstwa obrony wyjeżdża do obwodu kaliningradzkiego, trafia w sam środek wydarzeń, których konsekwencje mrożą krew w żyłach. I dotkną bezpośrednio miliony Polaków.

Jan Szaga przygląda się wydarzeniom z pozycji szefa prezydenckiej kancelarii. Jest świadkiem i częściowo uczestnikiem sytuacji ilustrujących kryzysowe reagowanie w coraz bardziej monopartyjnym państwie, izolowanym na arenie międzynarodowej.

Zwieńczeniem dwutygodniowego maratonu są wybory parlamentarne. Czy Partia Sprawiedliwości – mimo narastającego ekonomicznego kryzysu wciąż ciesząca się wysokim społecznym poparciem – utrzyma władzę? Tytuł „Rozkład” nie odnosi się do analogii z szachami. Nowela – jakkolwiek jest utworem political-fiction – to próba sportretowania współczesnej Rzeczpospolitej i Polaków. Pokazująca ich dobre i złe strony, sięgająca głęboko po gnijący fundament krajowej polityki.

Tak, jestem na finiszu kolejnej książki. Więcej szczegółów już niebawem.

Postaw mi kawę na buycoffee.to