(Nie)wojna

Premier Donald Tusk od kilkunastu dni mówi o rosnącym zagrożeniu wyjątkowo otwarcie. 13 września, po rosyjskich atakach w pobliżu przejścia Jagodzin–Dorohusk, stwierdził, że „najbliższe tygodnie i miesiące będą okresem bardzo wzmożonych akcji ze strony rosyjskiej” i nie można wykluczyć, że eskalacja obejmie również terytorium Polski. Cztery dni później w Sejmie mówił o możliwości „hybrydowych uderzeń dronami i rakietami” na państwa wspierające Ukrainę. Minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz ocenia z kolei, że rosja wspina się po kolejnych szczeblach „drabiny eskalacyjnej”.

Jeszcze mocniej zabrzmiała wypowiedź Radosława Sikorskiego. Szef MSZ powiedział podczas wizyty w Nowym Jorku, że polskie władze otrzymują „z wielu źródeł” informacje, iż rosja „szykuje coś dużego” jeszcze w tym roku. Wymieniał przy tym różne możliwości, między innymi operację pod fałszywą flagą, która mogłaby posłużyć Kremlowi jako uzasadnienie kolejnej mobilizacji.

Inaczej akcenty rozkłada otoczenie prezydenta. Szef Biura Polityki Międzynarodowej Marcin Przydacz przekonuje, że rządowa komunikacja prowadzi do niepotrzebnego „przegrzewania” tematu i może wywoływać panikę. Nie neguje jednak samego zagrożenia: przyznaje, że dalsze rosyjskie prowokacje są możliwe, a realnych niebezpieczeństw nie należy lekceważyć. Spór dotyczy więc w dużej mierze sposobu mówienia o ryzyku.

To już się dzieje

Jeśli jednak odłożyć polityczne przepychanki na bok, katalog tego, co rosja może zrobić Polsce, jest całkiem konkretny. Co więcej, części tych działań nie trzeba sobie wyobrażać.

W maju 2024 roku spłonęło centrum handlowe Marywilska 44 w Warszawie. Polskie władze początkowo nie przesądzały przyczyn pożaru, późniejsze śledztwo doprowadziło jednak prokuraturę i służby do wniosku, że było to podpalenie dokonane przez grupę działającą na zlecenie rosyjskiego wywiadu. W kwietniu tego roku do sądu trafił akt oskarżenia przeciw pięciu osobom w sprawie grupy odpowiedzialnej za podpalenia i przygotowania do nich w Polsce, na Litwie i Łotwie. Według prokuratury celem było m.in. zastraszanie ludności i oddziaływanie na opinię publiczną.

W listopadzie ubiegłego roku doszło z kolei do aktów dywersji na linii kolejowej Warszawa–Dorohusk. Prokuratura zarzuciła dwóm obywatelom Ukrainy działanie na rzecz rosyjskiego wywiadu. Uszkodzenie infrastruktury stworzyło bezpośrednie niebezpieczeństwo katastrofy kolejowej. Po tym zdarzeniu uruchomiono operację „Horyzont”, w ramach której wojsko zaczęło wspierać służby w ochronie infrastruktury kolejowej.

To dobrze pokazuje charakter zagrożenia. rosja nie musi wysyłać do Polski własnych funkcjonariuszy. Może werbować ludzi przez internet, płacić za wykonanie pojedynczych zadań i wykorzystywać osoby, które formalnie nie mają z rosyjskimi służbami nic wspólnego. Celem mogą być tory, magazyny, zakłady przemysłowe, obiekty związane z pomocą dla Ukrainy albo infrastruktura energetyczna. Skutek dla ludzi jest jednak całkowicie realny: pożar, zatrzymane pociągi, zniszczone mienie, a w skrajnym przypadku ofiary.

Podobne działania można prowadzić bez podkładania ładunków czy wzniecania pożarów. 29 grudnia 2025 roku przeprowadzono skoordynowany cyberatak na polską energetykę. Objął co najmniej 30 farm wiatrowych i fotowoltaicznych, przedsiębiorstwo produkcyjne oraz elektrociepłownię dostarczającą ciepło niemal pół milionowi odbiorców. CERT Polska określił go jako pierwszy znany w naszym kraju cyberatak na sektor energetyczny, którego celem było wyłącznie niszczenie. Atakujący uszkodzili część urządzeń i próbowali nieodwracalnie zniszczyć dane. Nie udało im się jednak przerwać dostaw energii ani ciepła. Infrastruktura użyta podczas operacji pokrywała się z wykorzystywaną przez grupy wiązane przez zachodnie służby z rosyjską FSB.

Następna próba może być skuteczniejsza. Dla mieszkańca miasta rosyjski atak nie musi więc oznaczać widoku samolotów czy czołgów. Może oznaczać brak prądu, ogrzewania, wody albo problemy z komunikacją. Sam minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski, uzasadniając program wzmacniania cyberbezpieczeństwa wodociągów, mówił, że jeden skuteczny atak może odciąć wodę i sparaliżować funkcjonowanie całego miasta.

Wojna bez wystrzału

Są też działania mniej spektakularne, ale odczuwalne przez tysiące ludzi. rosja od lat zakłóca nad Bałtykiem sygnały nawigacji satelitarnej. Według danych zebranych przez Ośrodek Studiów Wschodnich tylko od stycznia do kwietnia 2025 roku odnotowano ponad 122 tys. lotów nad regionem, podczas których zgłoszono zakłócenia GNSS. Nie oznacza to, że samolot po utracie GPS natychmiast znajduje się w niebezpieczeństwie – lotnictwo korzysta również z innych systemów nawigacyjnych. Zakłócenia zwiększają jednak obciążenie załóg i kontrolerów oraz zmniejszają przewidywalność ruchu.

Do tej samej kategorii należą cyberataki na instytucje publiczne i przedsiębiorstwa, próby ingerowania w systemy teleinformatyczne czy działania przeciw infrastrukturze krytycznej. Nie każdy taki incydent można oczywiście przypisać rosji. Skala zagrożenia rośnie jednak szybko: w 2025 roku krajowe zespoły reagowania na incydenty cyberbezpieczeństwa obsłużyły niemal 273 tys. zdarzeń, o 144 proc. więcej niż rok wcześniej.

rosja próbuje również wpływać na to, jak Polacy interpretują prawdziwe wydarzenia. Po ubiegłorocznej dywersji na linii Warszawa–Dorohusk w polskojęzycznej infosferze pojawiła się kampania przerzucająca odpowiedzialność na Ukrainę. Ministerstwo Cyfryzacji opisywało schemat: prawdziwe zdarzenie, oficjalny komunikat, następnie alternatywna narracja i w końcu oskarżenia wobec Ukraińców. Podobne działania wykorzystują historyczne spory polsko-ukraińskie, przestępstwa popełniane przez obywateli Ukrainy czy napięcia związane z uchodźcami.

Ich celem nie musi być przekonanie Polaków, że rosja ma rację. Wystarczy pogłębianie konfliktów, osłabianie zaufania do instytucji państwa i podważanie poparcia dla Ukrainy. Z perspektywy Moskwy szczególnie atrakcyjne są przy tym operacje łączące kilka narzędzi: najpierw rzeczywisty akt sabotażu, później rozpowszechnianie fałszywych informacji o jego sprawcach, a na końcu wykorzystanie wywołanych w ten sposób emocji.

To właśnie tutaj przebiega dziś najbardziej problematyczna granica między pokojem a wojną. NATO jednoznacznie deklaruje, że poważny cyberatak lub inne działania hybrydowe mogą zostać uznane za zbrojną napaść i doprowadzić do uruchomienia art. 5. Nie określa jednak z góry progu – każda sytuacja ma być oceniana indywidualnie.

Na końcu tej skali znajduje się zagrożenie najbardziej oczywiste – klasyczne uderzenie wojskowe. O czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne – ze mną i własne

(Nie)przyjaźń?

Spór wokół nadania jednej z ukraińskich jednostek specjalnych nazwy nawiązującej do UPA wywołał po obu stronach granicy lawinę emocji. Nie należy jednak oczekiwać, że jego efektem będzie gwałtowne załamanie relacji polsko-ukraińskich, zamknięcie szlaków tranzytowych czy wstrzymanie współpracy wojskowej. Polska i Ukraina pozostają dziś zbyt silnie związane wspólnymi interesami bezpieczeństwa, by jeden kryzys mógł zakończyć to partnerstwo. Ale cała sprawa nie pozostanie bez konsekwencji. Jej najbardziej prawdopodobnym skutkiem będzie dalsza erozja wzajemnego zaufania i życzliwości.

„Zamknąć lotnisko w Jasionce!” – apelują zwolennicy twardej rozprawy z Ukrainą. Jeszcze inni oczekują, że Polska w ogóle wycofa się z roli hubu logistycznego dla walczącego z rosją sąsiada.

Mniejsza o adekwatność takich działań, dość zauważyć, że polska podmiotowość w tej kwestii jest ograniczona. Owszem, infrastruktura znajduje się na naszym terytorium, ale jej funkcjonowanie od dawna wykracza poza relacje Warszawy z Kijowem. Próba wykorzystania jej jako narzędzia nacisku zostałaby źle odczytana nie tylko przez Ukraińców, lecz także w stolicach państw, które współtworzą system wsparcia dla Ukrainy. Te kraje to nasi sojusznicy z NATO, współgwaranci bezpieczeństwa Rzeczpospolitej.

A więc owszem, uderzylibyśmy w Ukrainę, ale również w reputację Polski jako przewidywalnego i wiarygodnego sojusznika, fundując sobie poważny kryzys w relacjach z najważniejszymi partnerami. Podoba nam się to czy nie, tak długo jak Waszyngton, Paryż, Londyn czy Berlin chcą zachowania ukraińskiej państwowości, tak długo będzie to również nasz imperatyw.

I już choćby dlatego scenariusz zakładający zamknięcie tranzytu uzbrojenia należy traktować bardziej jako element publicystycznej retoryki niż realną opcję polityczną.

(…)

Co nie znaczy, że działania antagonizujące Polskę i Ukrainę pozostaną bez skutków w obszarze obronności. W miarę jak sympatię będzie zastępował cynizm, pojawi się też coraz więcej nieufności wobec „taktycznego sojusznika”. W skrajnym przypadku może dojść do tego, że traktowanie ukraińskiej armii jako straszaka na rosję nie stanie w sprzeczności z tworzeniem planów operacyjnych zakładających ukraińską woltę. Dziś skupiamy się na budowaniu instalacji obronnych w ramach Tarczy Wschód na naszej północnej i północno-wschodniej granicy – z Królewcem i Białorusią. Jednym z możliwych efektów pogarszających się relacji z Kijowem byłaby rozbudowa Tarczy także na odcinku południowo-wschodnim – a więc kolejne duże wydatki. Tym większe, im bardziej rozkręci się spirala wzajemnej nieufności, co w finalnym ujęciu może przekształcić się w powszechnie odczuwaną w Polsce potrzebę budowy armii „na dwa zagrożenia ze wschodu” – rosyjskie i ukraińskie.

—–

Rosnący deficyt zaufania i życzliwości będzie dotyczył również relacji międzyludzkich – co w sytuacji, w której przebywa u nas około 1,5 mln obywateli Ukrainy urasta do rangi poważnego wyzwania dla państwa.

Nadal nie należy spodziewać się gwałtownego wybuchu otwartej wrogości, ale definitywnego końca okresu „taryfy ulgowej” już owszem. W pierwszych miesiącach wojny Polacy postrzegali Ukraińców przede wszystkim jako ofiary rosyjskiej agresji. Dziś coraz częściej patrzą na nich jak na dużą społeczność cudzoziemców, która na stałe wpisała się w polski krajobraz społeczny. To zaś nieuchronnie rodzi oczekiwania – tym większe, im bardziej pogarszają się relacje międzypaństwowe. Znajomość języka polskiego, respektowanie lokalnych norm społecznych, uczestnictwo w życiu publicznym czy identyfikacja z państwem, które udzieliło schronienia, są i będą coraz częściej traktowane nie jako mile widziane gesty, lecz jako obowiązek i – przede wszystkim – dowód lojalności. Innymi słowy, społeczna presja na polonizację przynajmniej części ukraińskiej diaspory będzie tylko rosła, skokowo, gdy pojawią się kolejne kryzysy.

Tyle że proces ten może wywołać reakcję odwrotną od zamierzonej. Ukraińcy przybyli do Polski nie jako klasyczni migranci ekonomiczni, lecz jako przedstawiciele narodu toczącego wojnę o przetrwanie. Wielu z nich traktuje swoją obecność nad Wisłą jako stan przejściowy, a własną tożsamość narodową jako wartość, której należy szczególnie strzec. W takich warunkach każda próba wywierania presji kulturowej czy politycznej może prowadzić do zamykania się części społeczności ukraińskiej we własnym kręgu, wzrostu znaczenia organizacji etnicznych oraz coraz silniejszego eksponowania narodowych symboli i narracji historycznych.

Paradoksalnie więc kolejne kryzysy mogą jednocześnie wzmacniać po polskiej stronie oczekiwanie większej integracji, a po ukraińskiej potrzebę zachowania odrębności. A to gotowy przepis na narastanie wzajemnych pretensji.

(…)

—–

A w tym wszystkim jest jeszcze trzeci aktor, który od początku wojny konsekwentnie pracuje na rzecz pogorszenia relacji polsko-ukraińskich. Dla rosyjskich służb obecność w Polsce ogromnej społeczności ukraińskiej stanowi wręcz wymarzone środowisko operacyjne. Mowa nie tylko o fizycznym zapleczu do szerzenia dezinformacji czy podsycania sporów historycznych. W ostatnich latach obserwowaliśmy również próby werbowania agentury, organizowania aktów sabotażu, prowadzenia rozpoznania infrastruktury krytycznej z udziałem obywateli Ukrainy. Każdy kolejny kryzys polityczny, każda awantura wokół historii i każdy wzrost wzajemnej nieufności zwiększają pole manewru dla takich operacji. Z obu stron bowiem – ukraińskiej i polskiej – pojawią się rozczarowani, zirytowani, gotowi dokopać tym drugim. Wystarczy, by rosja ich zagospodarowała.

Tak powstaje mechanizm samonapędzający: pogarszające się relacje społeczne ułatwiają rosyjskie działania hybrydowe, a skuteczne działania hybrydowe prowadzą do dalszego pogarszania relacji społecznych. W dłuższej perspektywie właśnie to może okazać się jednym z najgroźniejszych skutków obecnej erozji zaufania – nie dlatego, że Polacy i Ukraińcy staną się prawdziwymi wrogami, lecz dlatego, że tak się będą postrzegać.

I chyba nie ma tu miejsca na pozytywną puentę. Kijów nie traktuje relacji z Warszawą jako absolutnie priorytetowych. Nad Dnieprem panuje wręcz przekonanie, że Polska jest petentem Ukrainy, która broni Rzeczpospolitej przed rosją. Że Ukraina – choć korzysta – więcej daje, niż bierze, zatem może sobie pozwolić na brak subtelności. Los ukraińskiej diaspory w Polsce – jej psychiczny komfort – również nie jest priorytetem dla władz w Kijowie. Warszawa zaś szuka balansu między resztkami solidarności z napadniętym krajem, presją sojuszników i własnym interesem bezpieczeństwa. Wszystko wskazuje więc na to, że Polska i Ukraina nadal będą współpracować. Tyle że coraz częściej nie dlatego, że będą chciały, lecz dlatego, że będą musiały. Przyjaźni z tego nie będzie…

Ten tekst, w rozszerzonej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. w tle jeden z przekazanych Ukrainie polskich MiG-ów-29. Symbol bliskich relacji obu krajów…/fot. SzG ZSU

Klaskanie

Pociąg, którym jechałem dziś z Krakowa do Warszawy, miał 110 minut spóźnienia (to niewiele mniej niż wynosi cała podróż na tym odcinku składem klasy IC). Nie będę dworował sobie z PKP, z jej legendarnej niegdyś niepunktualności. Bardzo dużo podróżuję pociągami i w ostatnich latach kolej przyzwyczaiła mnie do dobrego standardu obsługi. Obejmuje on nie tylko świetne pociągi, wyszykowane dworce, ale także przyzwoitą punktualność.

No więc szit hepens, jak mawiał Forrest Gump. W tym przypadku miała to być awaria systemu sterowania siecią. Jakaś grubsza, wnioskując po informacjach, które ukazały się na dużych portalach.

O czym podróżni dyskutowali, a w zasięgu mojego ucha dominowała opinia, że to wina ruskich. „Kolejny atak hackerski”, zgodnie uznano, złorzecząc na skarpetkosceptycznych.

Czy rzeczywiście stali za tym rosjanie – nie wiem. Wspominam o tych reakcjach, bo to nie pierwszy raz, kiedy za jakieś problemy obwiniamy ruSSkich; regularnie spotykam się z takim podejściem do sprawy. Sądzę, że jest ono powszechne, a bierze się ze świadomości relacji polsko-rosyjskich. Najogólniej rzecz ujmując wiemy, że neosowiet to nasz wróg, że prowadzi wobec nas wojnę hybrydową, której częścią są ataki na cyfrową infrastrukturę.

„Tyle wygrać”, pomyślałem sobie, wszak od lat robię co w mojej mocy, by Polaków w zakresie zagrożeń ze Wschodu uświadamiać.

Ale szybko przyszła gorzka konstatacja. Bo niezależnie od tego, co myślimy i mówimy o rosji i rosjanach, jako społeczeństwo coraz powszechniej wspieramy działania, które docelowo służą skarpetkosceptykom. Nawet jeśli w krótkim planie mogą się wydawać korzystne dla nas, Polaków. Gdyby nie społeczne przyzwolenie dla takich działań, żaden mentzen, żaden nawrocki czy jakikolwiek inny polityk (także rządzącej koalicji), nie miałby przestrzeni na inicjatywy i opinie, które rujnują nasze relacje z Ukrainą. I osłabiają ukraiński wysiłek obronny. To, co zrobił wczoraj prezydent – komplikując finansowanie ukraińskich starlinków – jest sabotowaniem działań ZSU (o kwestiach społecznych nie wspominam, bo to temat na odrębny wpis). I co? I nic; nawrocki ma obowiązek dbać o „polski portfel”, czytam. Jakby wspieranie Ukrainy nie było dbaniem nie tylko o finanse, ale nade wszystko o egzystencjalne podstawy trwania Polski i Polaków.

Kurwa, niby widzimy zagrożenie, ale jak trzeba podjąć nieznaczny w sumie wysiłek, to udajemy, że ta maczuga nie wisi nad nami.

Durnie kopią nam grób, a my przyklaskujemy, ciesząc się, że będziemy mieli nowy, wygodny kompostownik. Będziemy, tyle że sami w nim zgnijemy…

Zdjęcie luźne, z pociągu. Jak to ja – złość i rozczarowanie zapiłem kawą…

Ps. Parafrazując hasło z serwetki: bycie Polakiem bywa podróżą z niesmakiem. Ehhh…

Sceptycyzm…

Uważni analitycy już drugiego dnia pełnoskalowej wojny wiedzieli, że z armią rosyjską jest coś nie tak. Większość potrzebowała kilkunastu dób, by zdać sobie sprawę, że w Ukrainie nie będzie żadnego blitzkriegu, że rosjanie nie są do tego zdolni. Po ponad miesiącu zmagań, kiedy wojsko władimira putina uciekło z Kijowszczyzny i Sumszczyzny, owa nieudolność stała się oczywista także dla dużej części „zwykłych zjadaczy chleba”.

Z pozycji „rosjanie załatwią sprawę w kilka dni”, przeszliśmy do powszechnych drwin z jakości sił zbrojnych federacji. „Druga armia świata” – ów konstrukt kremlowskiej propagandy, który miał paraliżować wolny świat samym wyobrażeniem skuteczności – stał się prześmiewczą figurą, podatną na dotkliwe dla rosjan parafrazy. I tak mówiliśmy o „drugiej armii w Ukrainie”, „armii trzeciego świata” czy o wojsku, które „nie ma anałoga”, co nawiązywało do innej propagandowej przechwałki, zgodnie z którą dla rosyjskiego sprzętu trudno znaleźć godne odpowiedniki.

Z czasem przyszła świadomość, że rosjanie się uczą. A po miesiącach paraliżu obudziły się rosyjskie służby dezinformacyjne. W efekcie – obok racjonalnej refleksji wynikłej z obserwacji pola bitwy – mieliśmy w obiegu masę wrzutek, z których wynikało, że armia putina jeszcze Ukraińcom pokaże. To było za mało, by odbudować mit o sile i sprawczości rosyjskiego wojska, ale dość, byśmy przestali się z niego naśmiewać. Dziś w tej materii mamy nad Wisłą konsensus: uważamy armię federacji za niezbyt nowoczesną, za to liczną i zdeterminowaną, przez co nadal niebezpieczną.

—–

Podzielam tę diagnozę i – poza jednym zastrzeżeniem, o którym poniżej – wykluczam scenariusz totalnego rosyjskiego zwycięstwa. Ukrainę chroni przed takim obrotem spraw nie tylko relatywna słabość wojska rosji. Równie istotna jest „druga strona medalu” – relatywna siła amii ukraińskiej oraz inne czynniki, które tę siłę „po drodze” budowały, nadal budują, przede wszystkim zachodnia pomoc wojskowa.

Istnieją zatem mocne bezpieczniki, ale po pierwsze, to stan na „tu i teraz”; historycznie patrząc, zagranicznej pomocy dla Ukrainy mogło nie być. Po drugie, niezależnie od skali tego wsparcia, od umiejętności, możliwości i woli oporu samych Ukraińców, teoretycznie nie da się wykluczyć użycia przez rosjan „ekstraordynaryjnych środków”, takich jak broń jądrowa. W obu przypadkach (samotnej lub zaatakowanej „atomem” Ukrainy), mielibyśmy do czynienia z bardzo niebezpiecznymi dla Polski skutkami. Czego zatem uniknęliśmy, ewentualnie z czym musielibyśmy się mierzyć, gdyby rosja „poszła na całość”?

—–

Po 24 lutego 2022 roku z Ukrainy wyjechało niemal 6 mln ludzi, trzy czwarte tej masy przetoczyło się przez Polskę. Wiosną 2022 roku w naszym kraju przebywało ponad dwa miliony uchodźców. Tymczasem państwo polskie okazało się nieprzygotowane na ich przyjęcie. Uratowała nas oddolna aktywność społeczna – potężna mobilizacja zwykłych Polaków, którzy zaabsorbowali ten transgraniczny transfer. Dosłownie, przyjmując Ukraińców pod dachy własnych domów. A teraz wyobraźmy sobie, że uchodźców byłoby trzy-cztery razy więcej. Pouczające jest w tym zakresie doświadczenie Libanu – 4,5-milionowy kraj stał się ponad dekadę temu celem ucieczki miliona Syryjczyków. Powody strukturalnej niewydolności Libanu są głębsze, ale to problem uchodźców dobił to państwo, które dziś funkcjonuje niemal wyłącznie dzięki międzynarodowej pomocy.

Optymistycznie można przyjąć, że zwiększona migracyjna presja zostałaby rozładowana. Ale i tak przez wiele miesięcy mielibyśmy nad Wisłą towarzyszący transferowi chaos. A przecież chętni do przyjęcia „nadprogramowych” milionów wcale nie musieliby się znaleźć – w wielu krajach antyimigranckie retoryki święcą triumfy, skutkiem czego mogłaby być sytuacja, w której zostalibyśmy sami z dodatkowymi milionami ludzi „na pokładzie”. Ilu z nich dałoby się efektywnie wprzęgnąć w gospodarkę, ilu obciążyłoby budżet wyłącznie kosztami? Co z systemem opieki zdrowotnej, który nie potrafi obsłużyć 35 mln obywateli RP (tylu realnie przebywa nas w kraju), a nagle musiałby się mierzyć z ponad 40 milionami pacjentów? Co z edukacją, transportem publicznym, innymi usługami na rzecz ludności i bez uchodźców funkcjonującymi w realiach niedoborów? I wreszcie, co ze skutkami społecznej frustracji, wynikłej z konieczności konkurowania o dostęp do dóbr i usług?

—–

Ale nawet najsprawniej zarządzane państwo i tak miałoby problemy w obliczu całkowitej ukraińskiej przegranej. Oto bowiem stalibyśmy się krajem frontowym „w pełnej krasie” (w ograniczonym zakresie już dziś jesteśmy). Ponad tysiąc kilometrów wrogiej granicy to w najlepszym razie zwielokrotnione ryzyko, z jakim mierzymy się obecnie – sztucznie wzmaganej presji migracyjnej. Na tym froncie wojny hybrydowej radzimy sobie coraz lepiej, ale spójrzmy na koszty. Finansowe, związane z budową zapór i ich utrzymaniem, i mniej wymierne, a potencjalnie niebezpieczne, wynikłe z konieczności angażowania wojska do ochrony granicy. „My pilnujemy płotu, a tamci szkolą się na prawdziwej wojnie”, mówił mi kilka tygodni temu jeden z oficerów służących w przygranicznym kontyngencie.

A raczej naiwnym byłoby założenie, że dłuższa granica z rosją (i uzależnionymi od niej podmiotami), generowałaby tylko takie zagrożenia. Nawet wiedząc to, co wiemy teraz o rosyjskiej armii, musielibyśmy na poważnie brać pod uwagę, że „tamci mimo wszystko spróbują”. Że dojdzie do twardej, kinetycznej konfrontacji – a więc należałoby się do niej przygotować. Program „Tarcza Wschód” ma nas kosztować 10 mld złotych przez kilka lat. To sporo, ale w skali wydatków państwa niewiele. Tyle że dziś mamy czas i bardziej dmuchamy na zimne, wszak poharatana w Ukrainie armia rosyjska nie jest zdolna do ataku na Polskę. No i chroni nas ukraiński bufor. Fizycznie oraz poprzez angażowanie niemal całości rosyjskich wojsk lądowych na froncie.

—–

A jeśliby tego buforu zabrakło? Jeśliby stojące przy naszej wschodniej granicy rosyjskie oddziały miały za sobą zwycięską wojnę, a polityczne kierownictwo na Kremu przekonanie, że warto ryzykować? „Tarcza Wschód” musiałaby dostać solidną porcję sterydów, tak jak cały program rozbudowy potencjału obronnego Polski. Dziś jesteśmy bliscy wydawania 5 proc. PKB na obronność, wyobraźmy sobie skutki gwałtownego wzrostu tych obciążeń. Budżet nie jest z gumy – zbrojenia odbywałyby się kosztem socjalnych zabezpieczeń, realnie powodując spadek jakości życia w Polsce.

Do czego swoje trzy grosze dorzuciliby zagraniczni inwestorzy. A po prawdzie, niczego by nie dorzucili, a zabrali, bowiem Polska, jako kraj w „strefie zgniotu”, stałaby się miejscem zbyt ryzykownym dla prowadzenia działalności gospodarczej. Zresztą uznaliby tak nie tylko obcy – dla części obywateli RP perspektywa życia w cieniu rosyjskiego zagrożenia byłaby nieznośna i nieakceptowalna. Znów mielibyśmy do czynienia z „polskim przekleństwem” – koniecznością emigracji i towarzyszącemu jej drenażowi mózgów. Czyli kolejne piętro w dół na drodze ku degradacji możliwości państwa i społeczeństwa.

A przecież między tymi zjawiskami zachodziłyby korelacje. Bo jak budować silną armię, jeśli pogłębiłby się deficyt demograficzny (dlaczego nie w oparciu o uchodźców wyjaśni się za chwilę)? Jak generować wpływy do budżetu przy ograniczonej aktywności ekonomicznej obywateli (same inwestycje publiczne, obronne to za mało)? Czym zastąpić utracone wpływy z tytułu inwestycji zagranicznych? Jak pogodzić konieczność obsługi mas uchodźców z potrzebą cięcia wydatków socjalnych? Itp., itd.

—–

Idźmy dalej. Jednym z motywów putina, by pchnąć swój kraj do otwartej wojny z Ukrainą, był rabunek demograficzny. Mieszkańcy rosji żyją krótko, dzietność spada, zmniejsza się relacja między białą, prawosławną i słowiańską ludnością, a ludami uchodzącymi pośród rosyjskich elit za gorsze – Azjatami, mieszkańcami Kaukazu, wyznawcami islamu. Przy takim postrzeganiu spraw, rosja staje przed perspektywą społecznej katastrofy, a sposobem na jej uniknięcie mógłby być wspomniany rabunek. Wchłonięcie kilkunastu, może kilkudziesięciu milionów Ukraińców, którzy mają pożądane kulturowe i fizyczne cechy. Wyszło jak wyszło – rosyjskie społeczeństwo płaci koszmarną daninę krwi za te eugeniczne rojenia, ale patrząc z perspektywy Kremla, to nadal może się opłacać. Na stole wciąż leży opcja przymusowej naturalizacji kilku milionów Ukraińców zamieszkujących już okupowane terytoria.

A co by się stało, gdyby było ich więcej? Rozważmy scenariusz najgorszy, w którym Ukraina pada teraz-za jakiś czas, mając za sobą kilka lat zaciekłej obrony. I na swoim terytorium ponad milion mężczyzn nawykłych do wojowania, zbrutalizowanych, przy przyjętym założeniu sfrustrowanych porażką, przekonanych, że świat-Zachód-Polska, ich zdradził, porzucił. A rosjanie mają ogromne doświadczenie w wyzyskiwaniu podbitych narodów – także w eksploatowaniu ich wojskowo, w roli armatniego mięsa. Osobista niezgoda rekrutów nie stanowi problemu – da się ich złamać zachętą, terrorem, szantażem. Uczynić z masy dawnych wrogów efektywne, na rosyjską modłę, wojsko. Więc teraz wyobraźmy sobie zwrócone przeciw nam ostrze (byłej) ukraińskiej armii…

Przerażające? Owszem. Dlatego Ukraina nie może upaść. Dlatego jej trwanie jako suwerennego państwa leży w żywotnym interesie Polski. Dlatego jej armia musi być naszym sojusznikiem, samym swoim istnieniem szachującym rosję. Sceptycyzm dotyczący sensu wspierania Ukrainy jest dla naszego kraju szkodliwym zjawiskiem.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Sławkowi Polakowi, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Tomaszowi Szewcowi (za „wiadro kawy”!), Karolowi Woźniakowi, Annie Waludzie, Michałowi Wacławowi, Pawłowi Drozdowi, Łukaszowi Podsiadło, Juliuszowi Wolnemu i Adzie Bogackiej.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Ten tekst opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do materiału.

Upadek

Assadowska Syria upadła, to dobra wiadomość. Mowa bowiem o sojuszniku Moskwy oraz o sytuacji, która w pełni unaocznia rzeczywistą kondycję rosji, dużo słabszej niż w 2015 roku, kiedy na Bliskim Wschodzie pojawiły się rosyjskie oddziały i pomogły wyratować Assada i spółkę.

Zajmowanie kolejnych wiosek w Donbasie nie zmienia faktu, że rosyjska armia nie jest dziś w stanie przyjść z odsieczą zaprzyjaźnionemu reżimowi. Nie dla psa kiełbasa, nie dla „drugiej armii świata” dalekie i odpowiednio liczne ekspedycje. Kremlinom pozostaje patrzeć bezsilnie, jak tracą kolejną strefę wpływu.

Niezależnie od tego, jakie będą ustalenia, które zakończą wojnę w Ukrainie, rosja wyjdzie z niej zdeklasowana – ze zdychającą gospodarką i liczniejszą, ale słabą armią; Syria to zaledwie zapowiedź geopolitycznych skutków „genialnego” planu putina, znanego jako „specjalna operacja wojskowa”.

A teraz nieco bardziej osobista refleksja.

Przez kilka lat jeździłem do graniczącego z Syrią Libanu, odwiedzałem obozy dla uchodźców i domy syryjskich uciekinierów. Nasłuchałem się historii o oprawcach Assada, o czystkach, brutalnych prześladowaniach, masowych mordach, jakich reżim dopuszczał się na swoich obywatelach. Widziałem fizyczne i psychiczne skutki tortur – u mężczyzn, kobiet i dzieci. Gotowała się we mnie krew, mnóstwo było też frustracji, gdy nocami, ze wzgórz w północnym Libanie, obserwowałem błyski eksplozji w pacyfikowanym Homs. Nie raz zdarzyło się, że fantazjowałem o własnoręcznym ukatrupieniu Assada. Mam więc teraz odrobinę satysfakcji, gdy czytam, że zbrodniarz zwiał z Damaszku.

Ale jest we mnie także sporo niepokoju. W Syrii w tym momencie właściwie nie ma tych dobrych. Po prawdzie to nie ma nawet kogoś, kto zasługiwałby na miano Kissingerowskiego „naszego skurwysyna”. Tam tłuką się radykałowie, fanatycy, islamiści, czort wie, czym będzie ich Syria czy Syrie, bo chyba naiwnością byłoby zakładać, że wyłoni się z tego jakiś monolit.

A jeśli wyłoni, to czy przypadkiem nie będzie to kolejny potwór…

—–

Niezależnie od moich obaw związanych z przyszłością Syrii, mam dziś jeszcze jeden powód do odczuwania satysfakcji. To ból odwłoków u prorosyjskich aktywistów medialnych – ależ oni cierpią z powodu ruskiego blamażu na Bliskim Wschodzie.

Boli ich tchórzliwa ucieczka rosyjskich oddziałów, boli świadomość, że za wznieceniem obecnej odsłony antyassadowskiej rebelii stoi także ukraiński wywiad wojskowy. HUR na dobre wszedł już w buty izraelskiego Mossadu, stając się graczem o globalnym zasięgu. Ukraińskie służby nie tylko likwidują zbrodniarzy na terenach okupowanych i w rosji właściwiej, ale uderzają w moskali także w innych częściach świata. Głośno było o ich akcjach w północnej i środkowej Afryce, teraz mamy odsłonę bliskowschodnią. A zapewne będą kolejne, co dla Moskwy jest fatalną wiadomością.

Swój ból rzeczeni aktywiści maskują racjonalizacją i straszeniem. Kolportując przekaz z Moskwy, zgodnie z którym Syria wyjdzie nam, Europie, bokiem, bo zaleją nas rzesze kolejnych uchodźców. Zaleją czy nie, to się jeszcze okaże; osobiście uważam, że nie, bo kto z Syrii miał uciec, już to zrobił, a upadek Assada zamyka korytarz syryjsko-białoruski. Niemniej intelektualna uczciwość nakazuje przyjąć istnienie ryzyka kolejnych migracji, do których mogłoby dojść jeśli w postassadowskiej Syrii rebelianci rzucą się sobie do gardeł. Tego elementu prorosyjskiej narracji nie będę więc przesadnie podważał.

Ale śmieszą mnie twierdzenia, wedle których na porażce Moskwy w Syrii ucierpi Ukraina. Jeden ze skarpetkosceptycznych gamoni pisze, że ukraiński HUR sam na siebie ukręcił bicz, bo zwolnione z Bliskiego Wschodu rosyjskie siły zostaną teraz użyte w Ukrainie. No więc pytam – jakie siły?

Najmocniejszy ich element – zespół okrętów – nie dostanie się na czarnomorski akwen, skąd mógłby zagrozić ukraińskim miastom ostrzałem rakietowym. A nawet gdyby jakimś cudem Turcja przepuściła rosyjskie jednostki przez Bosfor, mowa o okrętach nawodnych, które mają ograniczoną swobodę działania na Morzu Czarnym. Pamiętajmy o tym, że rosyjskie jednostki zwiały z krymskiego Sewastopola, że jak ognia unikają rejsów wzdłuż ukraińskiego wybrzeża, by nie podzielić losu „Moskwy” i że ostrzały rakietowe realizowane są głównie z trudniejszych do wytropienia okrętów podwodnych. A poza tym – last but not least – rosyjskiej marynarce zaangażowanej w wojnę z Ukrainą nie brakuje wyrzutni, problemem jest ograniczona dostępność rakiet. Większa podaż nośników nic by tu nie zmieniła.

Komponent lotniczy? Wolne żarty. W ostatnich miesiącach rosjanie utrzymywali w Syrii kilka samolotów transportowych i kilkanaście bojowych. Do tego mniej niż dwadzieścia śmigłowców. Systemy przeciwlotnicze? Cóż, te najcenniejsze już dawno przetransferowano z Bliskiego Wschodu na Krym i do Moskwy, co było skutkiem ukraińskich uderzeń doronowo-rakietowych, które znacząco przerzedziły rosyjskie zasoby. A i tak mówimy o zaledwie kilku zestawach S-300 i pojedynczych Pancyrach. Podobnie rzecz się ma w przypadku sił lądowych – one również były skromne (nie większe niż odpowiednik brygady). Czy przy wielkości i intensywności działań prowadzonych w Ukrainie wykorzystanie takiego kontyngentu może cokolwiek zmienić w skali innej niż mocno lokalna? Tak, to pytanie retoryczne…

Istota rosyjskich gwarancji bezpieczeństwa dla Assada nie sprowadzała się do dużej obecności wojskowej rosjan na Bliskim Wschodzie. Stanowiło ją zapewnienie, że w razie potrzeby z odsieczą przybędą liczne oddziały rosyjskiego WDW. A te najpierw zostały zmielone w początkowej fazie konfliktu w Ukrainie. Odbudowane, i tak nie mają dziś wolnych mocy, by angażować się gdziekolwiek indziej poza rosyjsko-ukraińskim frontem.

Obietnice Moskwy są puste…

—–

Szanowni, dziękuję za lekturę i udostępnienia. Z wdzięcznością przyjmę „kawy” i subskrypcje, bo to dzięki nim możliwe jest moje pisanie. W zbiórce środków znów mamy pewien regres, ale ufam, że to chwilowy problem. Zainteresowanych wsparciem mojego blogu odsyłam poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Osoby chcące nabyć moją najnowszą książkę pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, bądź kilka innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu. Polecam się  w perspektywie świąteczno-prezentowych zakupów!

Nz. To ja, osiem lat temu, na granicy z Syrią….