Archiwa tagu: uchodźcy

Język

Na wspólnej konferencji prasowej  ministrowie spraw wewnętrznych i administracji oraz obrony narodowej zaprezentowali materiały operacyjne pozyskane rzekomo od zatrzymanych na polsko-białoruskiej granicy uchodźców. „Służby (…) zidentyfikowały dowody na działalność pedofilską oraz dowody zoofilii”, mówił Stanisław Żaryn, rzecznik Mariusza Kamińskiego. „Podjęliśmy decyzję, żeby udokumentować również ten wątek”, wtórował mu przełożony, gdy na wielkim ekranie wyświetlano częściowo zamazane ujęcie mężczyzny kopulującego ze zwierzęciem. „Zgwałcił krowę, chciał dostać się do Polski?”, zaalarmowała TVP Info. „Zabezpieczone materiały wskazują, że wśród uchodźców są narkomani, pedofile i zoofile”, informowały wieczorne „Wiadomości”.

Zagrożenie totalne

Dla porządku dodajmy, że podczas konferencji pokazano także inne „dowody” obciążające ujętych imigrantów, m.in. zdjęcia z brutalnych egzekucji, dokonanych gdzieś na Bliskim Wschodzie. O jakości materiałów najlepiej świadczy fakt, że zoofilski kadr okazał się fragmentem nielegalnego pornosa sprzed lat. Co więcej, występuje w nim nie krowa, ale klacz.

Sprawa może wydawać się zabawna i ilustrować kolejną kompromitującą wpadkę pisowskiej władzy. Lecz nie sposób przejść nad nią do porządku dziennego.

– Celem prezentacji było wywołanie poczucia zagrożenia totalnego – ocenia dr Maria Stojkow, socjolożka z Wydziału Humanistycznego AGH. – Obcy nie tylko zdolni są wyrządzić krzywdę mnie, moim bliskim, ale nawet żywemu inwentarzowi. Wpuszczenie ich do Polski to ryzyko dla wszystkiego, co posiadam, dla całego gospodarstwa. I nie ma większego znaczenia, że ów przekaz został poddany miażdżącej weryfikacji przez wolne media. W publicznej telewizji i radiu dalej wałkowano temat.

Muzułmańskie zagrożenie wraca w narracji PiS – opartej na najgorszych stereotypach – jak bumerang.

– Istnieje kilka grup, które nadają się do budowania wrażenia, że my, „normalni Polacy”, żyjemy w warunkach oblężonej twierdzy – zauważa dr Stojkow. – Wciąż nie milkną echa nagonki na środowiska LGBT, lecz Arabowie, czy szerzej – muzułmanie, to obiekt idealny, bo bezbronny. W Polsce jest ich mało, a ci na granicy to niezorganizowana grupa. PiS umiejętnie to wykorzystuje.

Zaczęło się podczas kampanii parlamentarnej w 2015 r., która zbiegła się z poważnym kryzysem migracyjnym w Europie. Ponad milion osób, głównie Syryjczyków, szturmowało wówczas granice Unii Europejskiej. „Są już objawy (…) chorób bardzo niebezpiecznych i dawno niewidzianych w Europie: cholera na wyspach greckich, dyzenteria w Wiedniu, różnego rodzaju pasożyty, pierwotniaki, które nie są groźne w organizmach tych ludzi, mogą tutaj być groźne. To nie oznacza, żeby kogoś dyskryminować. Ale sprawdzić trzeba”, mówił Jarosław Kaczyński. Jego ugrupowanie postawiło sobie za cel niedopuszczenie do przyjmowania uchodźców w Polsce i… wygrało wybory.

– Słowa Kaczyńskiego sprawiły, że część ludzi zaczęła postrzegać uchodźców jako pasożyty – zwraca uwagę Maria Stojkow, widząc w tym jedną z tajemnic sukcesu PiS.

Podatność na manipulacje strachem nie jest tylko polską przypadłością i nie zależy od kontekstu kulturowego – przekonuje socjolożka i przypomina ludobójstwo w Rwandzie. Zaczęło się od tego, że Hutu nazywali Tutsi „karaluchami”.

Dlaczego PiS sięga po takie środki? Bo może. – Edukacja w Polsce nie jest nastawiona na propagowanie treści antydyskryminacyjnych – wylicza dr Stojkow. – Nie mamy zatem nawyku reagowania na niestosowne praktyki. Państwo też nie reaguje, bo jest słabe – Kamiński czy Błaszczak po takiej prezentacji powinni z miejsca stracić posady, ale tak się nie stanie, bo runęłaby cała konstrukcja obozu władzy. No i opozycyjna część społeczeństwa chyba „wypaliła się obywatelsko”. Skala rozmaitych wyzwań, jakie postawiło przed nią PiS, spowodowała ogromną mobilizację, ale skutki były i są mizerne. Przekonanie o nieskuteczności działań sprzyja wycofaniu i nie pomaga w tworzeniu odpowiedniej presji. A rozochocony rząd idzie dalej, co rusz przekraczając kolejne czerwone linie.

Islamofobia realna…

Lecz to nie PiS przecierało szlaki – w historii Polski po 1989 r. język pełnił już funkcje dehumanizujące muzułmanów. Identyczne procesy były udziałem służących w Iraku i Afganistanie polskich żołnierzy. Wobec drugiej strony nie używano określenia „nieprzyjaciel”, „wróg”. Oficjalnie Polacy walczyli z „przeciwnikami” czy „insurdżentami” (od ang. insurgent – powstaniec), nieoficjalnie – z „brudasami”, „szmatogłowymi”, „kozoj…” i – przede wszystkim – z „szuszfolami”. Tej ostatniej nazwy używano zarówno w odniesieniu do rebeliantów, jak i wszystkich mieszkańców Iraku i Afganistanu. Słowo „szuszfol” wywodzi się z Pałuk, regionu na granicy Kujaw i Wielkopolski, i w tamtejszej gwarze oznacza człowieka niechlujnego i leniwego. Wojskowi stosowali je zamiennie z określeniem „arabus” – także w Afganistanie, niezamieszkanym przez Arabów.

Wojna w naturalny sposób sprzyja deprecjonowaniu przeciwnika. Złośliwe i lekceważące słownictwo odbiera mu cześć i powagę. A umniejszony w ten sposób nieprzyjaciel staje się wrogiem trochę mniej strasznym. Weźmy choćby popularne przed laty „szwaby”, które – zarezerwowane w języku polskim dla Niemców – oznaczają również robactwo – coś obrzydliwego i zarazem dającego się pokonać. Bo właśnie wroga pozbawionego cech ludzkich czy tylko statusu „przyzwoitego człowieka” po prostu łatwiej się zabija. Czy wręcz „likwiduje”, jak przez dłuższy czas mogliśmy czytać w oficjalnych komunikatach wysyłanych do Polski z Afganistanu.

Bazą dla dehumanizacyjnych praktyk językowych w Afganistanie była też frustracja. „Nie chce mi się z tobą gadać. Te małe gnojki spuściły nam dzisiaj wpier…”, zbył mnie dowódca jednego z patroli, gdy po powrocie do bazy poprosiłem go o rozmowę. Ostatecznie nie pogadaliśmy, choć wyjaśnił mi, na czym owo lanie polegało. Otóż oddział już po wyjściu z wizytowanej wioski został ostrzelany z granatników RPG – szczęśliwie dla Polaków niecelnie. Centrum operacji taktycznych zabroniło kontrakcji i nakazało odwrót. Zbliżał się wieczór, dowództwo kontyngentu nie chciało ryzykować walki w ciemnościach. Usłyszawszy tę relację, wyobraziłem sobie chłopca szczypiącego olbrzyma. Bo dla większości Afgańczyków – ludzi z naszej perspektywy średniego i niskiego wzrostu – polscy żołnierze to naprawdę rosłe chłopaki. I mimo tej rosłości często bezsilne.

Ale misyjny slang upokarzał też sojuszników. Żołnierz ANA (ang. Afghan National Army) nie zasługiwał na inne określenie niż „anals” lub „anusiak”. Deprecjonowanie Afgańczyków do poziomu tylnej części ciała bądź śmiesznej postaci z kreskówki było efektem nie tylko kulturowego, ale i zawodowego poczucia wyższości. „My to byśmy dopiero zrobili zasadzkę…”, skomentował latem 2009 r. jeden z polskich żołnierzy nieudaną akcję ANA. Inny śmiał się z „cudacznych czapek, mundurów i starych kałachów” afgańskiej armii. Dwa lata później pośród naszych wojskowych w Ghazni rekordy popularności bił filmik zarejestrowany rzekomo przez bezzałogowiec. Przedstawiał on mężczyznę w mundurze afgańskiej policji, kopulującego z kozą. „Oni do niczego innego się nie nadają”, mówiono. Trudu weryfikacji materiału nikt się nie podjął.

…i platoniczna

Trzeba jednak zauważyć, że opisane zjawiska miały w większości charakter nieformalny. MON i dowództwa kontyngentów nie wspierały rasistowskich postaw. Dość wspomnieć, że z miejsca przystano na sugestię grupy dziennikarzy, by nie pisać o „likwidacji” rebeliantów. Konferencja Kamińskiego i Błaszczaka to już zupełnie inny poziom. Za jej sprawą język dehumanizacji uzyskał legitymizację. Dokąd nas to zaprowadzi? Karkołomna wydaje się teza, że rząd działa z intencją napędzania fizycznej przemocy wobec niechcianych cudzoziemców. Nikt przy zdrowych zmysłach z widłami na uchodźców nie pójdzie. Ale działaniom władz towarzyszy brak albo ignorowanie świadomości długofalowych skutków. Muzułmanie – rdzenni Polacy i obcokrajowcy – po 2015 r. mierzą się z coraz liczniejszymi przejawami przemocy. Dr Stojkow podaje przykład zrzucania chust z głów kobietom.

– Wielu moich znajomych z lękiem wsiada do autobusu – opowiada socjolożka. – Ciemniejsza skóra czy charakterystyczny element ubioru coraz częściej działają jak płachta na byka. Skutki można rozpatrywać na dwóch płaszczyznach. Po pierwsze, złe wieści idą w świat, karmiąc negatywne wyobrażenia o Polakach. Nasz kraj przez dekady cieszył się dobrą opinią na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej. Przyłączenie się do interwencji w Iraku rozpoczęło proces psucia reputacji. Rasistowska retoryka władz RP dopełnia obrazu zniszczeń na tym polu. Ale z poważniejszymi skutkami przyjdzie nam się mierzyć tu, w Polsce, gdzie rośnie w siłę platoniczna islamofobia. Platoniczna, bo większość Polaków nie zna muzułmanów, a jedynym punktem odniesienia jest dla nich powierzchowna relacja ze sprzedawcą kebabu. Niedostatek muzułmanów sprawi, że osoby skłonne do praktyk dyskryminacyjnych wezmą na celownik pozostałych „lekko innych”.

—–

Nz. Słowa „szuszfol” używano zarówno w odniesieniu do rebeliantów, jak i wszystkich mieszkańców Iraku i Afganistanu/fot. autor

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 41/2021

Arsal

Pod koniec ubiegłego roku Liban ponownie trafił na czołówki serwisów informacyjnych na całym świecie. Do Bejrutu – długo będącego areną krwawej wojny domowej – jak przed laty ściągnęły tłumy dziennikarzy. Szczęśliwie tym razem nie chodziło o wojnę, ale kontekst i tak wesoły nie był. I nadal nie jest, sytuacja bowiem nie uległa zmianie. Antyrządowe protesty mają zmienną dynamikę – raz słabną, raz wybuchają z dużą mocą. Strony generalnie unikają twardej konfrontacji, lecz nie zmienia to faktu, że Liban się chwieje. I że w całym tym zamieszaniu na dalszy plan schodzą problemy milionowej rzeszy syryjskich uchodźców, przerażonych widmem eskalacji konfliktu. „Znów będziemy musieli uciekać?” – zastanawia się wielu z nich.

Wymalowana flaga Państwa Islamskiego na budynku stojącym obok meczetu w Arsal/fot. Marcin Ogdowski
Wymalowana flaga Państwa Islamskiego na budynku stojącym obok meczetu w Arsal/fot. Marcin Ogdowski

1.

Okolice miasta Arsal to teren objęty reżimem stanu wyjątkowego. Widać to na rogatkach miasteczka, na których rozstawiono wojskowe punkty kontrolne. Żołnierze nie wykazują przesadnej wścibskości, czasem nawet machają ręką na nasze paszporty. Ale są – z hełmami, pełnym zapasem amunicji i M16 gotowymi do strzału. Bliskość granicy z Syrią to szansa dla „przedsiębiorczych inaczej” – szmuglerów deficytowych towarów, handlarzy ludźmi i narkotyków. Niejedna fortuna z libańskiego pogranicza wyrosła na tym gruncie. Lecz dla zwykłych ludzi – gdy wraz z wojną znikła zwyczajna transgraniczna wymiana – oraz dla uchodźców, sąsiedztwo Syrii to powód do niepokoju. Kilka lat temu bandyci z Państwa Islamskiego próbowali przejąć kontrolę nad Arsal.

– Wejście libańskiej armii w 2017 roku poprawiło sytuację – przyznaje Nanaf, „sołtys” jednego z syryjskich namiotowisk. – Trzy lata wcześniej całe nasze obozowisko spłonęło, podpalone przez nieznanych sprawców, którzy chcieli wywołać w okolicy jak największy chaos. Teraz to nie do pomyślenia.

Arsal udało się ocalić, lecz nie wszyscy „źli goście” zostali zabici lub uciekli z Libanu. Wciąż tu są – oni i ich lokalni zwolennicy. Spotykają się w jednym z meczetów na modły i dyskusje. Nawet jeśli coś knują, libańskie służby mają ich na oku. Tak przynajmniej twierdzą Arsalczycy. A może to tylko wyraz naiwnej wiary Libańczyków? Gdy Tony – miejscowy, który naszej dziennikarskiej ekipie służył za przewodnika i ochroniarza – dostał informację o kolejnej strzelaninie z udziałem wojska i bliżej nieokreślonych bandytów, kazał nam czym prędzej zwijać się z restauracji, do jakiej dopiero co weszliśmy. Obiad musiał poczekać…

Widok na Arsal, na pierwszym planie jedno z namiotowisk/fot. Marcin Ogdowski
Widok na Arsal, na pierwszym planie jedno z namiotowisk/fot. Marcin Ogdowski

2.

W Arsal i okolicy schronienie znalazło niemal 60 tysięcy uchodźców. W samym miasteczku mieszka około 10 tysięcy Libańczyków, w podległym mu administracyjnie regionie – cztery razy tyle. Uciekinierów z Syrii jest zatem więcej niż miejscowych. Ponad połowa Syryjczyków żyje w namiotach, reszta w wynajmowanych domach (na co pozwolić mogą sobie tylko nieliczni), w mieszkaniach, pokojach i pomieszczeniach gospodarczych.

Syria jest tuż-tuż, za pierwszą linią widocznych z miasta wzgórz; tak blisko i tak daleko zarazem.

– Wróciłbym choćby dziś – deklaruje Ibrahim, 37-latek, w Libanie przebywający od 2012 roku. – Uciekłem z rodziną, gdy spłonął nasz dom, ale to nie jest problem. Dom można przecież wyremontować, albo nawet postawić na nowo.

Pytam zatem, w czym rzecz i słyszę – nie pierwszy raz zresztą – że chodzi o przymusowy pobór. Wykupienie się z armii al-Asada kosztuje dziewięć tysięcy dolarów – kwotę dla większości uchodźców astronomiczną.

Muszę przyznać, że już wcześniej zastanawiałem się nad motywacjami ojców syryjskich rodzin, które uciekły do Libanu (i innych krajów). Zwykle prowadziło mnie to do wniosku, że mając kilkoro dzieci, poświęciłbym się bez wahania. Wrócił do Syrii, wstąpił do armii – skoro najbliższym stworzyłoby to możliwość bezpiecznego powrotu do domu. Aż któregoś razu Paweł – dziennikarz, który spędził na syryjskim froncie wiele miesięcy – uświadomił mi, czym jest tamtejsza rządowa armia. Maszynką do armatniego mięsa, która na skutek fatalnego wyszkolenia i dowodzenia wypluwa ludzkie ochłapy w zatrważającym tempie. Co więcej, jest to wojsko, które z bestialstwa uczyniło jedną z metod postępowania.

– Nie chcę zabijać kobiet i dzieci – mówi wprost Ibrahim.

Ja też bym nie chciał…

Nadia z wnuczką i córką/fot. Marcin Ogdowski
Nadia z wnuczką i córką/fot. Marcin Ogdowski

3.

– Kiedy słyszę „Syria”, chce mi się płakać – 69-letnia Nadia z trudem wstrzymuje łzy. – Mój dom jest właśnie tam, nie tu, w tym namiocie, w Libanie.

Jeden z jej sąsiadów przyznaje, że czasami przekracza libańsko-syryjską granicę, nielegalnie, by w pobliskich górach zobaczyć się z rodziną, która została w kraju. Dwu-trzygodzinne spotkania utwierdzają go w przekonaniu, że w Syrii żyje się jeszcze gorzej. Wojna weszła już co prawda w schyłkową fazę, ale konsolidacja władzy oraz czystki, jakich dokonuje al-Asad, wciąż skutkują masowymi cierpieniami ludności cywilnej. Zwłaszcza jednej z jej grup. Siepacze reżimu mają jasny rozkaz – zniechęcić sunnitów do powrotu do kraju. Wystarczy więc błahy czy wręcz absurdalny powód, by pod zarzutem współpracy z pokonaną opozycją trafić za kraty. Więzienia pełne są osób, które noszą na ciałach blizny po ranach. Syn jednej z moich rozmówczyń został ranny w początkach wojny. Przypadkiem, gdy opuścił schronienie, by poszukać paliwa do generatora. Odłamki moździerzowego granatu pokiereszowały mu plecy. Broni w dłoniach nie trzymał – ani wcześniej, ani później…

Dziś los tego mężczyzny – podobnie jak innych rzekomych bojowników – ma być przestrogą. I jest.

– Gdyby miał kogoś, kto pracuje dla reżimu, kto dałby rodzinie protekcję, wróciłbym – zapewnia „sołtys” Nanaf. – W innym przypadku to proszenie się o kłopoty, a nawet o śmierć.

- Pacjenci szpitala na drogę dostali tylko koce, wielu wykrwawiło się na śmierć - wspomina Abdel/fot. Marcin Ogdowski
– Pacjenci szpitala na drogę dostali tylko koce, wielu wykrwawiło się na śmierć – wspomina Abdel/fot. Marcin Ogdowski

4.

A mówimy o ludziach, którzy swoje już przeżyli.

Abdel, 60-latek z al-Kusajr, do Libanu trafił w czerwcu 2012 roku.

– Miasto zajęła Wolna Armia Syrii, oblegało je wojsko al-Asada – wspomina ostatnie tygodnie przed ucieczką. – Rządowi strzelali we wszystko, w co się dało. Strzelali snajperzy, strzelały wielkie działa. Wreszcie ktoś na górze się dogadał i wyznaczyli nam, cywilom, drogę, którą można się było ewakuować. Wyszedłem z żoną, trójką dzieci, wyszedł też dorosły syn z trzema córkami. Było nas w sumie dwadzieścia pięć tysięcy osób. I wtedy wojsko zaczęło strzelać. W kilka minut zginęło półtora tysiąca ludzi.

Po tym zdarzeniu rodzina Abdela szła bez dłuższej przerwy przez cztery dni. Część uciekinierów – nikt z bliskich 60-latka – zmarła z powodu braku wody.

– Wśród ewakuowanych byli pacjenci ze szpitala – opowiada mężczyzna. – Na drogę dostali tylko koce, wielu wykrwawiło się na śmierć.

– Płakaliśmy, gdy do nas dotarli, tak źle wyglądali – mówi Fatima, Libanka z Arsalu, mając na myśli pierwsze grupy uchodźców, które docierały do miasta.

– Libańska armia dała nam chleb na powitanie – wspomina Nadia.

Dla starszej kobiety ów gest miał dramatyczną wymowę. Kilka dni wcześniej jeden z jej synów odłączył się od grupy, by na pobliskim rumowisku poszukać czegoś do jedzenia. Eksplozja pocisku, który przyleciał nie wiadomo skąd, zabiła mężczyznę na miejscu. Dwie doby wcześniej urodziła mu się córka.

Siedmioletnia dziś dziewczynka nie może pamiętać tego, co działo się, gdy najbliżsi wędrowali z al-Kusajr do Libanu. Urodziła się jeszcze w Syrii, w obozie prowadzonym przez Czerwony Krzyż.

– Któregoś wieczoru przyszli do nas ludzie i ostrzegli, że musimy uciekać – relacjonuje Nadia. – Że wszyscy niechrześcijanie zostaną wkrótce zabici przez wojsko. Ruszyliśmy, unikając głównych dróg. Męczyłam się potwornie, bo po nieudanej operacji nóg, od dwudziestu lat chodzę o kulach.

– To wielki luksus zasypiać bez ostrzału na dobranoc – do rozmowy włącza się córka Nadii. – Budzić się bez ostrzału na dzień dobry – kobieta uśmiecha się lekko.

Nadia również wykrzywia usta.

– Mieliśmy sąsiadkę, która chowała się pod koc, przekonana, że da jej schronienie – nie kryje rozbawienia. A potem, w równie żartobliwym tonie, opowiada o popłochu, jaki w niej, i w sąsiadach, wywoływał dźwięk spadających bomb beczkowych.

Szybko jednak poważnieje.

– Armia Wolnej Syrii przekonywała nas, że wkrótce będzie dobrze. Tymczasem al-Asad wciąż tam jest. Tyle ofiar i wszystko na nic…

Schronienia muszą mieć tymczasowy charakter/fot. Marcin Ogdowski
Schronienia muszą mieć tymczasowy charakter/fot. Marcin Ogdowski

5.

Ta ofiara – poza śmiercią i ranami – ma też całkiem materialny wymiar. W Arsal i okolicy stanęło ponad sześć i pół tysiąca namiotów. Rodziny, które w nich mieszkają, potraciły w Syrii domy, mieszkania, ogrody, sady, żywy inwentarz i ruchomości. Większość żyje w prowizorycznych schronieniach już siódmy rok. Niczego solidniejszego postawić im nie wolno, bo obozowisko musi mieć charakter tymczasowy. Uchodźcy powinni wrócić do siebie – oczekuje libański rząd i stąd jego umiarkowanie empatyczna postawa.

Latem nie jest to aż tak problematyczne, ale zimą – zwłaszcza w nocy, gdy temperatura spada poniżej zera – w namiotach robi się paskudnie zimno.

– Dręczą nas przeziębienia, grypy, zapalenia płuc – wylicza „sołtys” Nanaf.

Dlatego tak istotne jest odpowiednie docieplenie prowizorycznych domostw. Dwa lata temu w Arsal pojawili się Polacy. Dysponujące dotacją rządu RP Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej wydało niemal trzy i pół miliona złotych na zakup odpowiednich komponentów – gąbek, plastikowych płacht oraz belek wzmacniających konstrukcje namiotów. W 2019 roku skala przedsięwzięcia była już niższa – na rzecz uchodźców przeznaczono milion trzysta tysięcy złotych. Przy okazji przeprowadzono też niezbędne szkolenia z zakresu ochrony przeciwpożarowej. Namioty bowiem wyposażone są w piecyki, latem służące tylko do gotowania, zimą również do ogrzewania.

Jeśli akurat jest czym grzać. Mazut – paliwo wykorzystywane w tym celu – drożeje z tygodnia na tydzień. To efekt fatalnej sytuacji ekonomicznej Libanu, której skutki dotykają nie tylko rdzennych mieszkańców, ale i uchodźców.

– Boję się tego, że kryzys wywoła zamieszki – Nanaf wzdycha głośno. – Znów będziemy musieli uciekać? Dokąd?

Plac Męczenników w Bejrucie pełen jest tego typu graffiti/fot. Marcin Ogdowski
Plac Męczenników w Bejrucie pełen jest tego typu graffiti/fot. Marcin Ogdowski

6.

Konflikt narastał od dawna, ale w ostrą fazę wszedł jesienią ubiegłego roku, po zapowiedziach władz o podwyższeniu podatków i wprowadzeniu nowych danin. Oburzyło to przede wszystkim młodzież, plan rządu zakładał bowiem opodatkowanie połączeń przez komunikatory typu WhatsApp. Ceny zwyczajnych telefonów są w Libanie wygórowane, stąd wielka popularność tej technologii.

Oczywiście, powodów do frustracji było więcej – kraj od kilku lat zmaga się z kłopotami w dostępie do pitnej wody oraz tonie w śmieciach. Niewydolna służba zdrowia, droga edukacja, problemy z ustanowieniem i przestrzeganiem praw pracowniczych – oto codzienność miażdżącej większości Libańczyków. Fatalna polityka gospodarcza skutkuje drożyzną – ceny podstawowych produktów rosną o kilkanaście procent w skali miesiąca. I na to wszystko nakłada się kompletnie nieefektywna polityka energetyczna. Większość energii w tym kraju pochodzi z generatorów zasilanych pochodnymi ropy (powietrze w Libanie jest jednym z najbardziej toksycznych na świecie). Co więcej, handel tym surowcem oraz największe huby generatorów należą do ludzi pośrednio bądź bezpośrednio związanych z rządem. I na tym gruncie rozrosła się koszmarna korupcja. Libańczycy mają dostęp do „państwowego”, tańszego prądu, tylko przez kilka godzin na dobę. Przez większość dnia muszą korzystać ze znacznie droższych usług prywaciarzy. Którzy, będąc jednocześnie władzą, ani myślą zmieniać ów stan rzeczy.

– Zmusi ich do tego ulica – twierdzą protestujący.

W tym samym czasie upadają kolejne sektory gospodarki. Prężna jeszcze jakiś czas temu budowlanka – w której zatrudnienie znalazło mnóstwo syryjskich mężczyzn – to dziś głównie puste kamieniołomy, opuszczone budowy i smętnie stojące dźwigi. Podupadająca libańska klasa średnia coraz rzadziej korzysta z usług Syryjek, dotąd zatrudnianych jako pomoc domowa. Pracują jeszcze dzieci uchodźców – głównie w sklepach i na targowiskach – bo ich praca jest zwyczajnie tańsza.

Co oczywiste, taki stan rzeczy przekłada się na uchodźcze menu. Dla Syryjczyków mięso to rarytas, jedzą głównie ryż i chleb, z niewielkim dodatkiem warzyw i owoców.

No i marzną w niedogrzanych namiotach.

Te dzieci nie znają innej rzeczywistości niż obozowa/fot. Marcin Ogdowski
Te dzieci nie znają innej rzeczywistości niż obozowa/fot. Marcin Ogdowski

7.

Z obozowiska na obrzeżach Arsal łatwo dostrzec oddalone o kilkadziesiąt kilometrów Góry Libanu. Ośnieżone pasmo przypomina o panującej zimie i ostro kontrastuje z widokiem stóp 3-letniej Maalak. Bosych, wsuniętych w szmaciane klapki.

– Nie jest ci zimno? – pytam.

Dziewczynka kręci głową, zdziwiona moją troska. Na przymusowej emigracji urodziło się dotąd ponad pół miliona Syryjczyków. Te dzieci nie znają innego świata niż obozy – czy to w Libanie, Turcji czy Jordanii – i w jakiejś mierze nawykły już do życia w niedostatku.

Maalak z miejsca zdobywa moje serce. Ten uśmiech, ta odwaga, ta ciekawość ludzi. Na pożegnanie przybijam jej piątkę, robię zdjęcie. Uśmiecham się przy tym szeroko, choć wcale do śmiechu mi nie jest. To dzieciom najbardziej chciałoby się pomóc. Ileż to razy uciekałem w fantazje, że łapię takiego malca i zabieram ze sobą. Z dala od obozu, wszechobecnej biedy, wojny i zagrożeń czyhających w miejscach, w których dorośli już dawno stracili ostatnią nadzieję.

Lecz zaraz potem przychodziło brutalne poczucie „tu i teraz”. Dziecka nie da się w ten sposób uratować – to nie pies (a psy zdarzało mi się wywozić z takich miejsc). To maleńki człowiek, czyjaś córka, syn; kochające i kochane dziecko, którego zniknięcie mogłoby przynieść więcej szkód niż korzyści. Pomagam więc, jak potrafię. Trochę jako wolontariusz, trochę jako donator, ale przede wszystkim jako dziennikarz i pisarz. Ilustrując i opisując rzeczywistość takich dzieci jak Maalak, otwieram niektórym oczy na paskudną rzeczywistość cywilnych ofiar wojny.

Wy też możecie pomóc.

Przelej dowolną kwotę na konto Fundacji PCPM

mBank: 61 1140 1010 0000 5228 6800 1003

Tytuł wpłaty: Wsparcie dla uchodźców syryjskich

Maalak i „piątka” na pożegnanie. Takich dzieci, jak trzylatka – Syryjczyków urodzonych na wygnaniu – jest już ponad pół miliona/fot. Marcin Ogdowski
Maalak i „piątka” na pożegnanie. Takich dzieci, jak trzylatka – Syryjczyków urodzonych na wygnaniu – jest już ponad pół miliona/fot. Marcin Ogdowski

Masło

Sterta kolorowych koców i szmat sprawia niepozorne wrażenie. Ale to złudzenie, o czym przekonuję się słysząc cichutki płacz. Podchodzę bliżej stołu i dostrzegam maleńką główkę. Dopiero teraz moim oczom ukazuje się mikroskopijna dłoń i… trzy kolejne główki.

Przysuwam się bliżej, stopą zawadzam o coś pod stołem. Zerkam w dół i widzę stalowy cylinder wypełniony żarzącym się popiołem. „Palenisko, koce; po co komu podgrzewanie stołu, skoro temperatura na zewnątrz sięga 25 stopni?” – szukam w myślach wyjaśnienia. Wnet przychodzi olśnienie: „To inkubator!”. Nie mylę się – siedząca obok położna kiwa głową, gdy wypowiadam nazwę urządzenia.

Gabinet położnej w ośrodku w Mindigo. Na drugim planie wspomniana sterta koców/fot. Marcin Ogdowski
Gabinet położnej w ośrodku w Mindigo. Na drugim planie wspomniana sterta koców/fot. Marcin Ogdowski

*          *          *

Klinika w Midigo na północy Ugandy to dla osób przyzwyczajonych do europejskich standardów obraz nędzy i rozpaczy. Brakuje tu dosłownie wszystkiego, włącznie z dostępem do bieżącej wody i elektryczności. Jedyny ambulans już dawno stanął na klockach, cały park maszynowy placówki to… motocykl. Budżet szpitala winien być kilkunastokrotnie większy, by zapewnić opiekę wszystkim potrzebującym. Lecz Uganda to jedno z najbiedniejszych państw świata, zaś sama klinika znajduje się na północy kraju, nieopodal Bidi Bidi, gigantycznego obozu dla uchodźców. Ci ostatni, głównie Południowi Sudańczycy, stanowią niemal połowę pacjentów ośrodka. To ludzie pozbawieni dóbr materialnych, uciekinierzy przed głodem i prześladowaniami – nie sposób więc oczekiwać od nich zapłaty za pomoc medyczną.

Uganda ma jeden z najwyższych współczynników dzietności na świecie, Sudanki z południa – mimo wojny, klęski głodu i pobytu w obozach – również rodzą wiele dzieci. Część mieszkańców Zachodu nie potrafi tego zrozumieć – zapomina bądź nie ma świadomości przemiany, jaka dokonała się w ich kulturze na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. Tymczasem wielodzietność towarzysząca biedzie to zjawisko stare jak gatunek ludzki. Liczne potomstwo, gdy już osiągnie odpowiedni wiek, daje większe gwarancje przetrwania rodziny. Wysoka umieralność niemowląt wymusza kolejne wysiłki prokreacyjne. Znaczenie ma też fakt, że seks jest za darmo, a profilaktyka antykoncepcyjna kuleje – jest droga i niezakorzeniona kulturowo. Ludzie żyjący w świecie choćby względnej zamożności, gdzie funkcjonują systemy zdrowotne i emerytalne, dalecy są od takich dylematów.

Sala oddziału położniczego. W rogu „izolatka” – pojedyncze łóżko dla pacjentki chorej na malarię/fot. Marcin Ogdowski
Sala oddziału położniczego. W rogu „izolatka” – pojedyncze łóżko dla pacjentki chorej na malarię/fot. Marcin Ogdowski

*          *          *

Położnictwo to najważniejszy aspekt działalność kliniki w Midigo. Angażuje ono trzy czwarte czterdziestoosobowego personelu. Ale szpital leczy też pacjentów z innymi dolegliwościami. Uganda leży w strefie malarycznej, zarażenia są tu powszechne i zbierają śmiertelne żniwo (u jednej trzeciej chorych diagnozuje się przypadki ciężkiej malarii). Miejscowa ludność i mieszkańcy obozowiska Bidi Bidi cierpią także z powodu zapylenia. Nad gęstą siecią prymitywnych dróg nieustannie unoszą się tumany kurzu. Ograniczony dostęp do wody sprzyja infekcjom skóry i chorobom układu pokarmowego. Zagrożenie niesie miejscowa fauna – żmije i węże. Niestety, dawka surowicy kosztuje sto tysięcy ugandyjskich szylingów – to odpowiednik stu złotych, jak na tutejsze warunki kwota zaporowa. Personel zmaga się także z konsekwencjami zbierania mango. Wiele prób zerwania owoców kończy się upadkiem z drzewa – co dotyczy przede wszystkim dzieci. To one, oraz sudańskie ofiary wojny domowej, stanowią największe wyzwanie dla ortopedów i chirurgów z Midigo.

W listopadzie 2018 roku lekarzy z kliniki wsparł Zespół Ratunkowy z Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej – dwunastoosobowa grupa medyków różnych specjalności. Przyjechali w dwóch turach, a ich pobyt w Ugandzie sfinansowano dzięki rządowemu programowi „Polska Pomoc”. Patrick Onzimkue, zastępca dyrektora szpitala, z uznaniem mówi o pracy ekipy PCPM. Jest pod wrażeniem jej pomysłowości – Polacy, z dostępnych na miejscu przedmiotów, wykonali różnego rodzaju wyciągi i ramy, pomocne w leczeniu złamań.

Pacjent oddziału ortopedycznego, do leczenia którego użyto jednego z urządzeń zaprojektowanych i wykonanych przez członków Zespołu Ratunkowego PCPM/fot. Marcin Ogdowski
Pacjent oddziału ortopedycznego, do leczenia którego użyto jednego z urządzeń zaprojektowanych i wykonanych przez członków Zespołu Ratunkowego PCPM/fot. Marcin Ogdowski

– Po drugiej wojnie światowej mieliśmy w Polsce wiele ofiar wymagających rehabilitacji – tłumaczę. – Chcieliśmy czy nie, wykształciliśmy całe pokolenia świetnych ortopedów.

– Uhm – słyszę w odpowiedzi. – Macie szczęście, że dla was to już historia. W naszym sąsiedztwie wciąż toczą się dwie okrutne wojny – Patrick ma na myśli zarówno konflikt w Sudanie Południowym, jak i w Demokratycznej Republice Konga.

Szpital w Midigo nie posiada własnej kuchni. Posiłki dla chorych, na przyszpitalnym dziedzińcu, w zaimprowizowanych kuchniach, gotują rodziny pacjentów/fot. Marcin Ogdowski
Szpital w Midigo nie posiada własnej kuchni. Posiłki dla chorych, na przyszpitalnym dziedzińcu, w zaimprowizowanych kuchniach, gotują rodziny pacjentów/fot. Marcin Ogdowski

*          *          *

Polska pomoc dla Midigo ma szerszy wymiar rzeczowy. PCPM  przekazało klinice sporo drobnego sprzętu medycznego oraz lekarstw i środków opatrunkowych. Do placówki trafił też inkubator. Urządzenie, wymagające stałego dostępu do energii elektrycznej, zacznie pracę dopiero, gdy ruszy przyszpitalna elektrownia solarna. Jak zapewnia Onzimkue, stanie się to jeszcze w grudniu. To rzecz jasna kropla w morzu potrzeb – lecz i tak nie do przecenienia. Statystyki są bowiem zatrważające – na tysiąc sudańskich niemowląt umiera aż 63. W Ugandzie, gdzie najważniejszym czynnikiem wpływającym na śmiertelność nowonarodzonych dzieci nie jest wojna czy głód, a „zwyczajna” bieda, ów wskaźnik wynosi 32. Ośmiokrotnie więcej niż w Polsce…

– Członkowie Zespołu Ratunkowego byli zaskoczeni, że tu nie walczy się o życie noworodków – Tomasz Lipert, szef ugandyjskiej misji PCPM, zdradza jeszcze jedną przyczynę wysokiej śmiertelności. – Że gdy dziecko przestaje oddychać, nie udziela mu się pierwszej pomocy. Zawzięli się więc i nauczyli Ugandyjczyków odpowiednich procedur.

Placówka nie posiada również poczekalni. Przyszli pacjenci oraz odwiedzające ich rodziny koczują na matach rozłożonych w każdym wolnym miejscu/fot. Marcin Ogdowski
Placówka nie posiada również poczekalni. Przyszli pacjenci oraz odwiedzające ich rodziny koczują na matach rozłożonych w każdym wolnym miejscu/fot. Marcin Ogdowski

Bieżąca pomoc medyczna angażuje wysiłki wielu organizacji humanitarnych, działających na terenie Ugandy. Jednocześnie towarzyszy jej wielka mobilizacja wzdłuż całej ugandyjsko-sudańskiej granicy. W tym roku po jej północnej stronie udało się zebrać część plonów, dzięki czemu obniżył się poziom ostrego niedożywienia tamtejszej ludności. Lecz jak szacują specjaliści, jedzenia w Sudanie Południowym zabraknie już w pierwszym kwartale 2019 roku. O zakupach interwencyjnych sudańskiego rządu można co najwyżej pomarzyć – ten dostępne środki finansowe przeznacza na walkę z wrogimi sobie plemionami. Ucierpi więc, jak zawsze, ludność cywilna. Wkrótce po tym, jak zjedzone zostaną ostatnie zapasy, zacznie się kolejny exodus. Będzie to – cytując jednego z ugandyjskich wolontariuszy pracujących w Bidi Bidi – ponury marsz szkieletów.

 


 

Osobom znajdującym się w stanie ostrego niedożywienia podawana jest specjalna, wysokoenergetyczna żywność. Ma ona konsystencje pasty i przypomina masło orzechowe. Możesz pomóc w zakupie zapasów tego „masła życia” – wystarczy datek na konto PCPM: 18 1140 1010 0000 5228 6800 1001 z dopiskiem: Sudan Południowy.

—–

Nz. głównym jedno z niemowląt w prymitywnym inkubatorze. Klinika w Mindigo/fot. Marcin Ogdowski

Głód

W poprzednim życiu Rose Juan była nauczycielką. Ale gdy znów wybuchła wojna, szkołę zamknięto. Potem w Kajokeji zaczęło brakować jedzenia i wody. Głód wraz z pragnieniem zabijają wolniej niż kule czy bomby – lecz to one sieją największe spustoszenie w Sudanie Południowym. Rose postanowiła zawalczyć o siebie i o trójkę swoich dzieci. Jesienią 2016 roku ruszyła z nimi w stronę Ugandy, by po wielu dniach dotrzeć do Bidi Bidi – drugiego spośród największych obozów uchodźczych na świecie.

Bidi Bidi nie pasuje do europejskich wyobrażeń o takim miejscu. Nie jest to wygrodzony płotem teren, nie ma tu namiotowego miasteczka. Obozowisko to zbiór rozrzuconych chaotycznie osad, składających się z niewielkich glinianych chatek, brezentowych szałasów i szop zbudowanych z tego, co było pod ręką. A wszystko to pośród bujnej równikowej przyrody. Mieszka tu, na 250 kilometrach kwadratowych, niemal 220 tysięcy ludzi – jedna piąta wszystkich uchodźców, którzy znaleźli schronienie w Ugandzie. Są pośród nich uciekinierzy z Kongo, również dotkniętego dramatem okrutnej wojny domowej, lecz miażdżąca większość to Sudańczycy z południa.

Obóz Bidi Bidi, widok z terenu ośrodka zdrowia w Koro/fot. Marcin Ogdowski
Obóz Bidi Bidi, widok z terenu ośrodka zdrowia w Koro/fot. Marcin Ogdowski

Sudan Południowy to klasyczny przykład państwa upadłego. Wewnętrzne konflikty na tym terenie trwają niemal nieprzerwanie od 1956 roku.

– Dziś to znów strefa chaosu – mówi Wojciech Wilk, szef Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej. – Rząd, zdominowany przez jedną grupę etniczną, walczy ze wszystkimi innymi plemionami. A tych w Południowym Sudanie jest ponad pięćdziesiąt.

W efekcie jedynie niewielkie obszary kraju uchowały się od przemocy. Lecz nawet tam sytuacja jest dramatyczna.

– Gospodarka zamarła. Rząd nie ma pieniędzy na wypłaty nawet dla swoich żołnierzy. Nie działają ośrodki zdrowia, szkoły, transport, a kraj pożera szalejąca inflacja – wyjaśnia Wilk.

Potworne zubożenie sprzyja korupcji i przestępczości, zmusza też ludzi do desperackich czynów. Brak żywności sprawia, że ludzie zjadają korę z drzew, wszelkiego rodzaju bulwy, korzenie, gotowane liście. Dorośli łatwiej tolerują taką dietę, młodsi bardzo szybko zaczynają spalać własne mięśnie i umierać z głodu. Właśnie takiego losu postanowiła oszczędzić swoim dzieciom Rose.

Lecz droga ku życiu wcale nie jest prosta. W obawie przed zbrojnymi bandami wycieńczeni głodem ludzie przedzierają się przez busz. Wielu nie dociera do sudańsko-ugandyjskiej granicy…

Rose, po przybyciu do obozu, była skrajnie wyczerpana. Gdy po roku dołączył do niej mąż, on również ledwie stał na własnych nogach. Dziś oboje są w niezłej kondycji, Rose pomaga w przedszkolu prowadzonym przez jedną z międzynarodowych organizacji, mężczyzna najmuje się jako kierowca. Już w Bidi Bidi urodziło im się czwarte dziecko, dziewczynka.

– Zdrowa – zapewnia pielęgniarka.

Sudanki z dziećmi w centrum szczepień w Koro/fot. Marcin Ogdowski
Sudanki z dziećmi w centrum szczepień w Koro/fot. Marcin Ogdowski

Klinika w Koro leży w tak zwanej zonie drugiej obozu Bidi Bidi. To tam spotykam Rose – właśnie przyprowadziła córkę na szczepienia. Samo centrum szczepień – podobnie jak inne pomieszczenia ośrodka zdrowia – mieści się w sfatygowanym baraku. Rachitycznej konstrukcji z gałęzi i brezentu, niedającej nawet złudzenia sterylności.

Lecz niebawem się to zmieni – obok trwają prace wykończeniowe, które pozwolą przenieść klinikę do modułowych domków z tworzywa sztucznego, ustawionych na betonowej, zadaszonej platformie.

– Podobna infrastruktura powstaje jeszcze dla dwóch innych klinik na terenie Bidi Bidi, w Twajiji i Iyete – wyjaśnia Tomasz Lipert, szef ugandyjskiej misji PCPM.

Pieniądze na ten cel pochodzą z projektu finansowanego przez polski rząd. Pośród jego założeń jest również takie, by jak najwięcej pracy wykonali sami uchodźcy.

– To sposób na ich aktywizację i danie możliwości zarobkowania – wyjaśnia Lipert. Choć rząd Ugandy zezwolił Sudańczykom na uprawę ziemi w Bidi Bidi, bezrobocie pozostaje poważnym problemem obozowiska.

Składanie polskich domków. Na pierwszym planie Mokili Mayki, w tle nowa klinika/fot. Marcin Ogdowski
Składanie polskich domków. Na pierwszym planie Mokili Mayki, w tle nowa klinika/fot. Marcin Ogdowski

Mówi o tym wprost Mokili Mayki, członek ekipy stawiającej polskie domki, który uciekł z Sudanu latem 2016 roku.

– Mam pracę co kilka miesięcy po parę dni – przyznaje. – Ale najważniejsze, że żyję – dodaje po chwili, a jego twarz nabiera pogodnego wyrazu.

– I jesteś fanem Barcelony – wskazuję dłonią na nadgarstek, na którym Sudańczyk nosi bransoletkę z logo legendarnego klubu.

– To jedyna pamiątka z Sudanu – słyszę w odpowiedzi. – Mało jej nie zgubiłem, gdy miałem rękę dwa razy chudszą niż teraz – wspomnienie głodu psuje humor mojemu rozmówcy.

– A tu, w Bidi Bidi, grasz w piłkę? – próbuję odciągnąć mężczyznę od nieprzyjemnych refleksji.

– Jestem bramkarzem w zespole United Stars – oświadcza z dumą Mokili. – Mamy w obozie boisko, system rozgrywek, regularne spotkania.  Gramy w sandałach lub na boso, w tym, co kto ma na sobie, ale i tak jesteśmy najlepszą drużyną w zonie.

– Przydałby się wam sponsor, który kupiłby stroje i buty – stwierdzam.

– Marzenie… – wzdycha Sudańczyk.

Postanawiam kontynuować wątek i pytam:

– A do domu chciałbyś wrócić?

– Do Sudanu? – upewnia się Mokili. Gdy kiwam głową, mężczyzna uśmiecha się smutno.

– Nie, póki trwa wojna – Sudańczyk przemawia w imieniu swoim i kolegów z ekipy, ci bowiem zgodnie przytakują. – Bo wojna to głód, bo Sudan to głód, a kto by chciał wracać do pustego żołądka?

—–

Nz. głównym Rose Juan z córką w klinice w Koro/fot. Marcin Ogdowski

„Krym”

Zimą i wiosną 2014 roku świat z napięciem śledził doniesienia z Krymu i wschodniej Ukrainy. Pamiętam nastroje panujące wówczas w Polsce, zwłaszcza na ścianie wschodniej. Baliśmy się, że „ruskie wejdą i do Polski”, a każdy rutynowy ruch naszego wojska – przejazd na ćwiczenia czy zwykły wymarsz na strzelnicę – wielu interpretowało jako przygotowania do wojny. Jednocześnie, uspokajani przez specjalistów, nieco kurczowo trzymaliśmy się myśli, że przecież u nas „nie ma bazy dla działalności zielonych ludzików”. Że nie mamy mniejszości rosyjskiej czy rosyjskojęzycznej, której interesów miałyby bronić oddziały Putina – uprzednio prowokując sytuacje, które byłby dla nich zagrożeniem.

Panika nie wybuchła, z wojną za miedzą nauczyliśmy się żyć. I nawet szaleniec Macierewicz nie był w stanie podkręcić naszych lęków. „Niech żyje zdolność adaptacji i racjonalizacji!” – chciałoby się rzec. Owszem, niech żyją, tyle że sytuacja w Polsce na przestrzeni ostatnich kilku lat mocno się zmieniła. Wspomniany strategiczny atut poszedł sobie bowiem w cholerę wraz z masowym napływem ukraińskiej migracji do Polski. Tak, ten milion czy nawet dwa miliony przybyszów zza wschodniej granicy jest dziś doskonałą bazą dla rosyjskiej aktywności.

Pozornie rzecz nie trzyma się kupy – przecież Ukraina jest w stanie wojny z Rosją, a Putin zrobił wszystko, by między zaprzyjaźnionymi niegdyś narodami wykopać głęboki rów. Dlaczego więc Ukraińcy mieliby wspierać destrukcyjne akcje Kremla? Już wyjaśniam.

Po pierwsze, Rosjanie do perfekcji opanowali umiejętność manipulowania działaniami tak jednostek, jak i całych społeczności. Zwłaszcza tam, gdzie mają ku temu odpowiednie zaplecze kulturowe. Diaspora ukraińska w Polsce jest w dużej mierze rosyjskojęzyczna i w całości wywodzi się z postsowieckiego uniwersum. Ponadto, antyrosyjskość nie jest postawą charakterystyczną dla wszystkich Ukraińców. Dobrze pamiętam obrazki z Donbasu, gdzie „armię Kijowa” często traktowano niczym najeźdźcze oddziały.

Po drugie, strukturalnym problemem państwa ukraińskiego jest totalne zinfiltrowanie przez rosyjskie służby. Agenci Kremla są wszędzie i potrafią umiejętnie wpływać na procesy decyzyjne rozmaitych instytucji naszego wschodniego sąsiada. Dziś nie jest żadną tajemnicą, że porażki armii ukraińskiej na froncie nie raz wynikały z działalności zdrajców we własnych szeregach. Wracając na grunt polski – byłoby naiwnością zakładać, że w milionowym tłumie migrantów nie ma miłośników „ruskiego miru”.

Po trzecie, społeczności emigranckie mają naturalne skłonności do konsolidacji i mobilizacji w obliczu wspólnych dla grupy wyzwań. Ma to zarówno pozytywny, jak i negatywny wymiar.

Idźmy dalej. Polską rządzą dziś politycy, dla których bazą nie jest zakotwiczony w wartościach demokratycznych i liberalnych elektorat. Ostatnie wybory dobitnie to potwierdziły. PiS jest partią numer jeden dzięki obyczajowej konserwie, akceptującej autorytarne formy rządów i hołubiącej nacjonalizm. A ponieważ przekonanie o religijnej i etnicznej wyjątkowości prowadzi do ksenofobii, ta ostatnia stała się narzędziem władzy (jej utrzymania i poszerzania). Spot wyborczy PiS-u poświęcony migrantom – i ich zgubnego wpływu na Polskę – najlepszym tego dowodem. To zarazem czwarty powód, dla którego tak liczna obecność Ukraińców w Polsce może zostać wykorzystana w agresywnych planach Moskwy.

Jak? Już dziś nie brakuje napięć między Polakami a mieszkającymi u nas Ukraińcami. Wielokrotnie spotykałem się z argumentem, że odbierają nam pracę. Że tworzą zamknięte enklawy, nie integrując się z otoczeniem. I choć generalnie te zarzuty nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością, bardzo łatwo znaleźć pojedyncze przykłady – zwolnionego z pracy Polaka, czy mieszkańców jakiegoś budynku, w którym obcy zaburzyli dotychczasowy spokój. A teraz wyobraźmy sobie, że „ktoś” postanowił „podkręcić” sytuację. Że doszło do jakiejś polsko-ukraińskiej scysji, że w wyniku większej bójki polała się krew. Media, łase na takie kąski, puszczą informacje w świat. Media w jakikolwiek sposób związane z Moskwą, zrobią z tego wydarzenie dnia/tygodnia. Mam inteligentnych Czytelników, którzy dobrze wiedzą, jakimi mechanizmami rządzą się pogromy i lincze. Jak łatwo eskalować napięcie, zwłaszcza gdy pielęgnuje się wszelkiej maści fantazmaty – poczucie wyższości, krzywdy, przekonania o konieczności wymierzenia dziejowej sprawiedliwości (nie brakuje w Polsce wariatów, deklarujących gotowość do bicia Ukraińców „za Wołyń”; z tamtej strony też mamy środowiska nawołujące do „wyrównania starych rachunków”). Gdy łączy nas tak skomplikowana historia, z nieporozumień o charakterze socjalnym mogą wyniknąć dalsze problemy. Wystarczy dolać oliwy do ognia. Zaatakowani będą się bronić, aż w pewnym momencie zjawisko nabierze takich rozmiarów, że stanie się poważnym problemem. Także politycznym.

Gdy liczba kryminalnych incydentów wzrośnie, pojawi się postulat wyrzucenia Ukraińców z Polski. Co, jeśli nałoży się to na kalendarz wyborczy? Łagodzenie konfliktu może się nie powieść. A i tak bardziej prawdopodobnym jest scenariusz „dokręcenia śruby” – PiS bowiem nie raz już udowodnił, że jest władzą o nastawieniu konfrontacyjnym. No i pod presją „prawdziwych patriotów” może po prostu nie mieć wyjścia (tak przynajmniej to postrzegać). Stan wyjątkowy, wojsko na ulicach i masowe, przymusowe deportacje. A w mediach prawdziwy karnawał przemocy – prawdziwych i fejkowych informacji o kolejnych polsko-ukraińskich incydentach.

Nie, to jeszcze nie jest scenariusz, w którym Rosja wchodzi do Polski. Na tym etapie świat nie kupiłby bajeczki o konieczności wysłania nad Wisłę „misji pokojowej”. Zresztą, po co Rosjanie mieliby to robić? PiS od trzech lat robi wszystko, by osłabić nasze więzi z Unią Europejską. Niby zabiega przy tym o większe zaangażowanie NATO we wschodniej części Europy, jednocześnie jednak rozbraja polskie wojsko. W efekcie z prymusa staliśmy się kłopotliwym członkiem i sojusznikiem. Czy do kogoś takiego warto wyciągać pomocną dłoń? Czy nie znajdą się na Zachodzie politycy, którzy w naszej sytuacji znajdą pretekst, by dokonać „amputacji, która uratuje wspólnotę”. „Przecież Polska masowo łamie prawa człowieka, stosując zasadę odpowiedzialności zbiorowej na Ukraińcach!” – zagrzmi jeden z drugim. I nawet jeśli nie będzie miał racji, służby Kremla dostarczą mu odpowiednich „dowodów”. Przez cały 2015 rok karmiły Europę „newsami” o ekscesach uchodźców – wiedzą, jak się gra w te klocki.

I tak zostaniemy sami. I nawet jeśli rozwiążemy „problem ukraiński”, spadną na nas kolejne gromy. Choćby załamanie na rynku pracy, bo bez Ukraińców nie jesteśmy w stanie rozwijać naszej gospodarki. O konsekwencjach „wylania z Zachodu” aż strach pomyśleć.

Wnioski? Nie, nie nawołuję do wyrzucenia Ukraińców z Polski. Tych, którzy przyjechali tu pracować, potrzebujemy jak płuca powietrza. Tym, którzy uciekli przed wojną, winniśmy udzielić schronienia. Czas przestać być beneficjentem pomocy od innych i zacząć spłacać długi wdzięczności.

Przede wszystkim jednak czas pogonić ludzi, którzy demolują polską politykę zagraniczną, którzy rozmieniają na drobne potencjał polskiej armii. Czas powiedzieć „do widzenia” politykom flirtującym z nacjonalistami, faszystami i stadionową chuliganerią. Piewców supremacji – białych, katolików, „prawdziwych Polaków” i bóg wie czego jeszcze – odesłać gdzie ich miejsce: kryminalistów do więzień, resztę poza margines społecznego dyskursu. Czas zacząć budować służby specjalne, które zajmą się tropieniem „zielonych ludzików”, a nie zabezpieczaniem interesów ludzi władzy. Czas na pozytywny program edukacyjny, który pozwoli Polakom zmierzyć się z wyzwaniami, jakie niesie ze sobą koniec wspólnoty homogenicznej. Podoba nam się to czy nie, jesteśmy skazani na obcych. Czas najwyższy zatem tak zdefiniować politykę państwa, by uwzględniała nieuniknione procesy demograficzne. Ukraińcy (i wszyscy inni, którzy tu przyjadą), muszą znaleźć w Polsce swój drugi dom – nie mogą być niczym robotnicy na platformie wiertniczej, otoczeni groźnym, nieprzyjaznym morzem.

Tak unikniemy polskiego Krymu.

—–

Nz. Budynek lokalnej administracji w jednym ze wschodnio ukraińskich miast/fot. Marcin Ogdowski