„Teraz”

Wczoraj media obiegła wypowiedź putina, który stwierdził, że jego kraj nie chce wojny z europejskimi państwami, ale jeśli Europa jej pragnie, to rosja jest gotowa już teraz walczyć. Dokładnie tak powiedział: gotowa już teraz. Ile w tym prawdy, a ile blefu?

putin grozi – tu nie należy mieć złudzeń. On nie mówi o rosyjskiej gotowości do obrony, ale o ataku, wyprowadzonym na przykład pod pretekstem działań wyprzedzających. To typowa śpiewka ruSSkiego szantażysty, który groźbami usiłuje zdobyć atencje i posłuch u innych.

Ale czy roSSja do takiego ataku, teraz, jest zdolna? I tak, i nie.

Dlaczego nie? Bo armia rosyjska – jakkolwiek dobrze adaptuje się do warunków wojny w Ukrainie – nie przetrwałaby konfliktu z NATO, nawet jeśli zredukujemy Sojusz wyłącznie do europejskich członków. Przewaga technologiczna jest po stronie Zachodu – to temat na rozległy esej; jak wrócę do zdrowotnej formy, mogę się podjąć jego napisania. Na teraz dość stwierdzić, że już „tylko” możliwości sojuszniczego lotnictwa są na tyle duże, że rosjanie nie zdołaliby narzucić nam walki, w jakiej są dobrzy: w krótkim dystansie, z masowym użyciem taktycznych dronów i ludzkiego mięsa. W Moskwie o tym wiedzą.

Zawieszenie broni w wojnie z Ukrainą niewiele tu zmieni. Owszem, zluzuje kilkaset tysięcy ludzi, ale będą oni dramatycznie niedoposażeni. Konflikt na Wschodzie wydrenował roSSję nie tylko z bieżących zasobów sprzętu ciężkiego, ale doprowadził do sytuacji, która jeszcze kilka lat temu wydawała się niemożliwa – ruSSkie przepaliły niemal całą sprzętową „rentę po ZSRR”. A przemysł, mimo wojennej mobilizacji, okazał się niewydolny. Wojenne modernizacje i modyfikacje poszczególnych typów uzbrojenia – niektóre bardzo udane – nie zmienią faktu, że w wielu podstawowych kategoriach rosjanom brakuje broni. Ich najlepsze dywizje mają dziś 30-40 proc. przewidzianych etatem czołgów czy transporterów, braki w artylerii są jeszcze większe, a interwencyjne dostawy od Kima to co najwyżej łatanie największych dziur.

Jeśli Kreml chce po wojnie utrzymać półtoramilionową armię, nawet przy najbardziej sprzyjających wiatrach przyzwoite „usprzętowanie” tej masy zajmie kilkanaście lat. To, co mógłby wystawić dziś, rozgnietlibyśmy jak purchawkę. O tym też w Moskwie wiedzą.

Tak jak wiedzą, że Europa – jakkolwiek można mieć zastrzeżenia do dynamiki tego procesu (ja mam…) – nie stoi z założonymi rękoma i podejmuje trud remilitaryzacji. A możliwości finansowe i techniczne ma znacznie większe niż roSSja.

Więc owo „teraz” to takie putinowskie „pierdololo”, podobnie zresztą jak „jutro” czy „pojutrze”. Chyba że roSSjanie opracują jakiś rewolucyjny system broni, który w try miga obezwładni zachodnią technologię. Opracują lub – co byłoby bardziej prawdopodobne – ukradną, jak niegdyś zawinęli tajemnice broni jądrowej. Szczerze mówiąc, nie bardzo widzę tu pole do popisów, wszak przełomów na miarę „atomu” nie należy się spodziewać.

Ale właśnie „atomu”; fakt, iż Moskwa dysponuje bronią jądrową, daje jej spory margines bezkarności. Obrazowo rzecz ujmując, moskale mogę pójść nabroić, a jak dostaną po gębie, zwieją do domu, przekonani, że nikt im na chatę nie wjedzie, bo przecież mają głowice. I nawet jeśli tylko dziesięć procent z nich nadaje się do wystrzelenia – to wystarczy, by „narobić bydła”. Ta atomowa polisa, w połączeniu z wysokim progiem bólu – rozumianym jako nieakceptowalna u nas pogarda dla ludzkiego życia – podbijają ryzyko agresywnych działań roSSji w najbliższej przyszłości. Oni naprawdę mogą coś odwalić, zgodnie z bandycką logiką „ryj nie szklanka, a nuż się uda?”.

Ale właśnie – co „się uda”? Bo przecież nie frontalny atak na całą Europę; nie dla psa kiełbasa, nawet jeśli ten jest wściekły i nie zważa na kije. Więc zadajmy pytanie inaczej – co mogłoby się moskalom udać?

Nim odpowiem, przytoczę analogię, którą już kiedyś się posłużyłem. Zgodnie z nią, rosja jest niczym wyrośnięty łobuz, terroryzujący słabszych i mniejszych kolegów z klasy (która w tej opowieści jest tożsama z Europą; Ameryki tu nie ma). Poza zwalistą posturą i długimi ramionami bezkarność gwarantuje ancymonowi trzymany za pazuchą pistolet (u ucznia; tak wiem, to słabość analogii…). Nasz negatywny bohater nie boi się sięgać po przemoc – ba, lubi to, a na pewno w ten sposób kompensuje sobie życiowe niepowodzenia wynikłe z marnego statusu materialnego. Zwykle działa z zaskoczenia, chociaż w obliczu słabeuszy niespecjalnie się kryguje. Ciosy wyprowadza mocne, nie przejmując się skutkami. Ma też i słabości – nie jest okazem zdrowia, jada byle co, co również przekłada się na kondycję, odkrył już alkohol i bywa nietrzeźwy. Zdarzało się więc, że przegrywał bójki z mniejszymi i słabszymi chłopcami, którzy potrafili wykorzystać jego niedyspozycje. Co nadal nie zmienia faktu, że samą posturą może zrobić krzywdę, no i chwycić za tę nieszczęsną „klamkę”.

Co z takim gagatkiem mogą zrobić dzieciaki z dobrych domów, „mózgowce” świetnie radzące sobie w szkole i poza nią? Niektórzy nawet potrafią się bić i mają na tym polu jakieś sukcesy, ale są pośród nich i maluchy, które nie miałyby prawa przetrwać starcia ze szkolnym lujem. Nawet jeśli udałoby się im raz czy dwa dotkliwie go ugryźć.

Ano, w kupie siła, zwłaszcza że w tej grupie są też posiadacze „klamek”. A więc żadnych pojedynków jeden na jednego, bo w takim zestawieniu łobuz jest w stanie wygrać – nie tylko „teraz”, ale też „jutro” czy „pojutrze”. Zwłaszcza z maluchami, do walki z którymi nie musi się jakoś specjalnie przygotowywać.

Gdy putin mówi o wojnie z Europą, tak naprawdę ma na myśli europejskie „maluchy” – Litwę, Łotwę, Estonię. Samodzielnie te kraje nie podołają nawet osłabionej rosyjskiej armii – są za małe, a tamtych jest za dużo. Je rzeczywiście można pokonać „teraz”. Pod warunkiem, że nie zleci się „cała klasa” – i o tym też w Moskwie wiedzą. Nie znosi to ryzyka, że spróbują „wyłuskać małego” – pytanie, co reszta z tym fantem zrobi? Czy da gnojowi popalić, czy odpuści, nie chcąc się angażować w „nieswoje sprawy”?

To tu widzę największe zagrożenie dla przyszłości Europy. Nie brak militarnego czy finansowego potencjału jest naszą słabością, ale rozdrobnienie, które w chwili próby może się przełożyć na niezdecydowanie i brak determinacji. Tymczasem jeśli pozwolimy roSSji poszarpać naszego, to ją rozzuchwali. Pojawi się następna ofiara, i kolejna. Nim reszta oprzytomnieje, dla małych i średniaków może być za późno, a i szczęściarzom jakość życia drastycznie się pogorszy z uwagi na toksyczne sąsiedztwo.

I w Moskwie o tym wiedzą – i usilnie pracują nad tym, by rozbić naszą europejską solidarność. O czym nie raz już pisałem, i do czego pewnie nie raz jeszcze wrócę.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. „Już „tylko” możliwości sojuszniczego lotnictwa są na tyle duże, że rosjanie nie zdołaliby narzucić nam walki, w jakiej są dobrzy: w krótkim dystansie, z masowym użyciem taktycznych dronów i ludzkiego mięsa”. Nz. F-35/fot. Bartek Bera.

Upodmiotowieni!

Na wstępie odrobina optymizmu – sytuacja w rejonie Pokrowska, będąca papierkiem lakmusowym ogólnej kondycji obu armii na froncie, uległa drastycznemu pogorszeniu, patrząc z perspektywy rosjan. Ukraińcy zaszachowali moskali dronami, skutecznie zabezpieczając prace bezzałogowców środkami WRE (walki radiowo-elektronicznej). Masowe uderzenia sparaliżowały nie tylko nacierające oddziały, ale i logistykę; strumień dostaw amunicji, jedzenia i wody jest symboliczny. „Wykończą naszych!”, alarmują rosyjscy mil-blogerzy.

I błagają o szybkie, masowe użycie KAB-ów, ale z tym może być problem. Mamy bowiem coraz więcej informacji o tym, że w strefie przyfrontowej zaczęły operować ukraińskie F-16 (dotąd skupiające się na ochronie miast przed pociskami manewrującymi i dronami). To poważne wyzwanie dla rosyjskich pilotów, mnożące ryzyko zestrzelenia – radar i rakiety „efa” to nie przelewki. Zdaje się, że strach wziął u moskali górę, bo jak na razie postulowanego „kabowania” nie ma. Lecą za to szybujące bomby w drugą stronę – amerykańskie, zrzucane przez F-16. Jest w tym jakiś element dziejowej sprawiedliwości, czyż nie?

—–

Równie obiecująca jest ofensywa powietrzna, wymierzona w infrastrukturę krytyczną rosji, przede wszystkim w rafinerie. W styczniu br. ukraińskie drony uderzyły w rosyjskie zakłady siedem razy. Na celownik wzięto rafinerie w Tatarstanie (11 stycznia), w obwodzie saratowskim (14 stycznia), riazańskim (24 i 26 stycznia), niżnonowogrodzkim (29 stycznia zaatakowano tam dwie przetwórnie) oraz w wołgogradzkim (31 stycznia). W tym miesiącu odnotowano już sześć nalotów, ostatni dziś w nocy (celem była rafineria w Ilskij). 11 lutego porażono obiekt w Saratowie, mieście położonym w południowo-wschodniej części rosji, w regionie graniczącym z Kazachstanem (a więc setki kilometrów od Ukrainy). „Saratowska rafineria ropy to jeden z kluczowych obiektów (…). Jej zdolność przerobowa sięga 7 mln ton ropy rocznie. Zakład odgrywa istotną rolę w zaopatrywaniu armii rosji w paliwo”, napisał na Telegramie szef ukraińskiego Centrum Przeciwdziałania Dezinformacji Andrij Kowałenko.

Cytuję ten wpis, bo dobrze ilustruje ukraińskie intencje. Różne od tego, co robią rosjanie, którzy także atakują infrastrukturę krytyczną. Ale ich celem są ukraińskie obiekty energetyczne – elektrownie i sieci przesyłowe – a bezpośrednią ofiarą ludność cywilna, pozbawiona regularnych dostaw wody, prądu i ogrzewania. Siły Zbrojne Ukrainy (ZSU) dążą tymczasem do „wysuszenia” rosyjskiej armii oraz do zmniejszenia przychodów z eksportu kopalin i pochodnych, które Moskwa wykorzystuje do finansowania wojny. Oczywiście, rosyjskie wojsko będzie ostatnim podmiotem, które dotknie ewentualny kryzys i potrzeba racjonowania paliw i smarów – najpierw zmierzą się z tym zwykli rosjanie. To uciążliwość, ale dalece mniejsza niż humanitarny kryzys, na skraju którego, zimą, postawili Ukraińców agresorzy.

Rafinerie to wąskie gardło rosyjskiej gospodarki – przez ostatnie dwie dekady poczyniono w nich wiele inwestycji w oparciu o zachodnie technologie. Przy poważnych awariach i uszkodzeniach, w realiach reżimu sankcyjnego, przywrócenie ich pełnej sprawności to nie lada wyzwanie. Z czego Ukraińcy doskonale zdają sobie sprawę, stąd ich konsekwencja (o czym więcej piszę w zalinkowanym tekście dla „Polski Zbrojnej”).

—–

Zostawmy działania militarne i skupmy się na polityce.

Świat jakby przyśpieszył, obierając kurs ku niezbyt przyjemnej destynacji – takie wrażenie można odnieść, analizując medialny dyskurs z ostatnich kilku dni. Wynika z niego, że USA dogadują się z rosją – za plecami Ukrainy, ignorując też europejskich sojuszników. „Jałta i Monachium 2.0”, „Ukraina jest stracona”, wieszczy mnóstwo komentatorów. W mojej ocenie mocno na wyrost, ale powszechność obaw – że Donald Trump „zabierze zabawki” – pozostaje faktem.

Dlaczego na wyrost? Bo na razie nie wydarzyło się nic, co kazałoby uznać, że Stany odpuszczają sobie Ukrainę. Wypowiedź sekretarza obrony Pete’a Hegsetha – o tym, że Ukraińcy nie odzyskają utraconych ziem i nie mogą liczyć na członkostwo w NATO – choć brutalna, była oparta o realną ocenę sytuacji. Znanej powszechnie od kilkunastu miesięcy. Po klęsce ofensywy na Zaporożu jasnym jest, że wyrzucenie rosjan z okupowanych terenów – w większej skali – to zadanie ponad możliwości ukraińskich sił zbrojnych (ZSU). Wiemy też, że w Sojuszu nie ma powszechnej zgody na członkostwo Ukrainy – a NATO oparte jest o mechanizm kolektywnego podejmowania decyzji. Z Turcją, Słowacją i Węgrami na pokładzie i bez obstrukcji Trumpa natowska Ukraina to mrzonka. A są jeszcze kwestie formalno-prawne – wymóg uregulowanego statusu granic.

Oczywiście, mamy też wypowiedzi amerykańskich decydentów o tym, że USA nie dadzą Ukrainie gwarancji bezpieczeństwa. Mamy mizdrzenie się do putina samego Trumpa, mamy połajanki wobec Europy, autorstwa wiceprezydenta J.D. Vance’a. Ale mamy też jego wywiad dla „The Wall Street Journal”, z którego wynika wprost,  że Stany nałożą na rosję dodatkowe sankcje ekonomiczne i podejmą działania militarne (włącznie z wysłaniem wojsk nad Dniepr), jeśli putin nie zgodzi się na porozumienie pokojowe. „Nam zależy na tym, by Ukraina była suwerenna”, czytamy w WSJ.

Nie wiem, czy amerykański wielogłos to dowód na świadomą strategię – gry w dobrego i złego policjanta (jeden rosję obłaskawia, drugi wali ją w pysk) – czy raczej przejaw totalnego chaosu, panującego w amerykańskiej administracji, gdzie „każdy sobie rzepkę skrobie”, a i tak ostateczną decyzję podejmie nieprzewidywalny Trump. Rzecz jasna chcę wierzyć, że mowa o kiju i marchewce, lecz uczciwość intelektualna nakazuje przyjąć ten gorszy scenariusz i jego konsekwencje.

Załóżmy więc, że wylewający się od kilku dni lament jest uzasadniony – że Waszyngton i Moskwa coś tam sobie za plecami innych ustalą. No i co?, pytam tonem mocno prowokującym. Irytuje mnie bowiem ten element publicznej debaty, który kompletnie pomija podmiotowość Ukrainy i jej europejskich sojuszników (tych pozaeuropejskich, innych niż Ameryka, też). Wiara w to, że Kijów posłusznie zaakceptuje skrajnie niekorzystne dla siebie warunki, jest tyleż naiwna, co obraźliwa w stosunku do Ukraińców – którzy od trzech lat, dzień po dniu, udowadniają, że w kaszę sobie pluć nie pozwolą. A Europa? Można by wiele napisać o jej słabościach, niezdecydowaniu, zmarnowanych szansach, lecz nawet bazowo niskie oczekiwania nie zmienią faktu, że nikt na poważnie o porzuceniu Ukrainy nie myśli – o czym więcej w kolejnym wpisie.

PS. Wbrew retoryce Trumpa, to Europa – jako Unia i pojedyncze kraje – ponosi większość kosztów wspierania Kijowa (trzy piąte wszystkich dotychczasowych nakładów). Trzeba na to 80 mld euro rocznie (to całościowy koszt, Ukraińcy samodzielnie wkładają do „koszyka” około 20 mld). Dużo, a zarazem niewiele, wziąwszy pod uwagę zsumowany kilkunastobilionowy budżet członków UE i Wielkiej Brytanii.

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Tomaszowi Krajewskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu i Monice Rani. A także: Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Adamowi Cybowiczowi, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Bognie Gałek, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie i Grzegorzowi Dąbrowskiemu.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Maciejowi Sijce i Kasi Byłów.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa…w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.

Nz. Ukraiński F-16 z podwieszonymi (m.in.) bombami szybującymi GBU-39 SDB I/fot. ZSU

Dostawcy

Strzelanie z moździerza nie wydaje się skomplikowane. Ot, wystarczy wsunąć pocisk do rury. Moździerz to broń ładowana od góry, zatem po wpuszczaniu granatu do lufy, osuwa się on i uderza spłonką w iglicę. Tak powstaje płomień, który zapala proch znajdujący się w ładunku zasadniczym pocisku. Następnie zapalają się ładunki dodatkowe, a wytworzone ciśnienie gazów wyrzuca granat z lufy. Czy coś może pójść nie tak?

Ano może, o czym regularnie przekonują się rosyjscy artylerzyści.

Kilkanaście dni temu do sieci wypłynął filmik ilustrujący jedną ze zmór armii putina. Kadr otwierający przedstawia załadunek wspomnianego granatu. Oczekujemy na wystrzał, ten nie następuje. Dwóch żołnierzy z obsługi chwyta moździerz, przechylają lufę, felerny pocisk spada na ziemię. I tak trzy razy, poprzedzone wcześniejszymi próbami, bo odłożonych na plandekę niewypałów widzimy dużo więcej. Materiał wieńczy konkluzja, wedle której północnokoreańska amunicja jest do niczego. „Takim gównem musimy tu walczyć”, skarży się jeden z udostępniających filmik blogerów militarnych.

—–

Pod koniec lata 2022 roku amerykańskie media donosiły, że Moskwa chciałaby kupować amunicję artyleryjską w Korei Północnej i Iranie. Wtedy ów ruch wydawał się niezrozumiały. Przed 24 lutego 2022 roku rosyjskie zasoby amunicji artyleryjskiej szacowano na co najmniej 15 mln sztuk, moce produkcyjne na 1,5 mln rocznie*. „Wystarczyłoby nie tylko na Ukrainę”, przewidywali analitycy, którzy nie docenili niekompetencji i taktycznej impotencji rosjan.

Generałowie putina już wiosną 2022 roku dali sobie spokój z wojną na zachodnią modłę – której nie potrafili prowadzić – i wrócili do sowieckich wzorców. „Walec artyleryjski” – wypluwający dziennie nawet 60 tys. pocisków – miał złamać ukraińską obronę. Nie złamał, a gdy jesienią 2022 roku na front zaczęły docierać pociski z głębokich magazynów w rosji, duża ich część – z uwagi na wieloletnie składowanie w fatalnych warunkach – do niczego się nie nadawała. Wielomilionowy zapas okazał się pozornym bogactwem, stąd konieczność zwrócenia się do sojuszników federacji.

Tyle że sojusznicy, przynajmniej ci koreańscy, wysłali rosji jeszcze gorszej jakości produkt.

Jak dotąd rosjanie otrzymali od Koreańczyków co najmniej milion pocisków artyleryjskich. Niezależny portal Moscow Times podaje, że z powodu fatalnej jakości prochu, „kim-amunicję” stosuje się tylko w sytuacjach, gdy „precyzja pocisku, a nawet samo wystrzelenie go z lufy mają najmniejsze znaczenie” dla działań bojowych. Innymi słowy, gdy strzela się „dla huku” i wypełniania norm. Zwłaszcza że realny zasięg pocisków z Korei jest niemal dwa razy mniejszy niż w przypadku amunicji produkowanej w rosji.

Warto też wspomnieć o innym „darze” Kim Dzong Una – rakietach balistycznych krótkiego zasięgu. Kilka tygodni temu rosjanie ostrzelali nimi Charków. Nie wiemy nic o niewypałach, ale sądząc po miejscach upadku rakiet (mocno przypadkowych), ich precyzja pozostawia wiele do życzenia. Niestety, mówimy o broni wykorzystywanej do rażenia obiektów znajdujących na obszarach zurbanizowanych, co oznacza, że choć felerna, i tak robi krzywdę – głównie cywilom…

Właśnie w takim celu, w tym przypadku zupełnie świadomie, moskale posługują się systemem uzbrojenia od innego sojusznika – Iranu. Ale drony Szahid przeznaczone są nie tylko do atakowania budynków mieszkalnych i terroryzowania ludności cywilnej. Wysyłane nad Ukrainę falami – po kilkanaście-kilkadziesiąt sztuk – mają też absorbować uwagę i środki ukraińskiej obrony przeciwlotniczej, „zmęczyć ją” przed uderzeniami z użyciem pocisków manewrujących.

Dodajmy do tego zestawienia komercyjne drony, masowo kupowane przez rosjan w Chinach, następnie przerabiane do celów wojskowych (zwykle poprzez dodanie ładunku wybuchowego). Tak zyskujemy pełen ogląd prorosyjskiej osi zła, choć gwoli rzetelności warto zauważyć, że chińskie bezpilotowce kupują też Ukraińcy (i proukraińscy wolontariusze), Pekin zaś formalnie nie udziela Moskwie wsparcia militarnego.

—–

Ale rosja czerpie także z innych źródeł – jawnie jej nieprzychylnych. W czerwcu 2022 roku pojawiły się doniesienia o zachodnich komponentach znalezionych m.in. w radiostacjach, dronach, czołgach, systemach OPL oraz pozostałościach pocisków manewrujących. Większość z nich pochodziła z USA, więc tamtejsza FBI wszczęła dochodzenie, by ustalić, czy części trafiły do rosji przed 2014 rokiem – kiedy zaczęto wprowadzać na Moskwę pierwsze sankcje – czy po tej dacie, zwłaszcza po wybuchu pełnoskalowej wojny. Nie znamy dokładnych ustaleń śledztwa, wiemy jednak, że jego efektem były rekomendacje dotyczące uszczelnienia reżimu sankcyjnego.

Przypomnijmy, począwszy od aneksji Krymu i Donbasu, na federację nałożono prawie 18 tys. ograniczeń. Tym samym rosja stała się najbardziej dotkniętym sankcjami krajem na świecie. Kierunek działań jak najbardziej zasadny, szczególnie w obszarze technologii wojskowych. Powiedzieć, że rosjanie „nie potrafią” w miniaturyzację układów elektronicznych, to jakby nic nie rzec. A problemem wciąż pozostaje niska kultura pracy i wykonania, co przy delikatnych produktach mści się znacznie szybciej niż przy topornych urządzeniach mechanicznych. Gdy w 2022 roku ukraińscy inżynierowie zbadali szczątki rakiet Ch-101, ich oczom ukazała się elektronika z lat 70.

Jaka konkretnie? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu. Opublikowałem go w portalu Interia.pl – oto aktywny link.

[*] Milion pocisków nowych i 500 tys. uzyskanych po regeneracji starej amunicji.

Nz. Trafiony szahidem hotel „Alfa” w Kijowie/fot. własne

Podmiotowość

Pięć lat temu popełniłem na Facebooku następujący post:

„Latem zeszłego roku, gdy wracałem z Kijowa do Warszawy, usiadła obok mnie starsza o kilka lat Ukrainka rosyjskiego pochodzenia. Nasza stolica była dla niej jedynie miejscem tranzytowym – z Okęcia miała lecieć dalej, do Holandii. Zdawkowa wymiana uprzejmości szybko zmieniła się w rozmowę na temat sytuacji w Ukrainie. Moja rozmówczyni krytycznie wypowiadała się na temat rządu w Kijowie i jego poczynań na wschodzie. Których nie akceptowała do tego stopnia, że postanowiła na dłużej opuścić rodzinny Dniepropietrowsk (dziś Dnipro – dop. red.). Mniejsza o szczegóły – istotna jest konkluzja. A ta była taka, że Putin to dla Ukrainy „mąż opatrznościowy”. I że da bóg, a „kijowska junta wreszcie upadnie i władze w kraju obejmą prorosyjscy politycy”, co przyniesie naszemu sąsiadowi spokój, a ludziom dobrobyt. Że będzie „tak dobrze, jak w Rosji”.

Ostatnie stwierdzenie zaintrygowało mnie do tego stopnia, że zapytałem:

– Dlaczego więc, skoro w tej Rosji jest tak dobrze, emigrujesz do Holandii? Do Rosji masz bliżej, łatwiej byś się w niej odnalazła.

– Bo na Zachodzie jest lepiej – usłyszałem w odpowiedzi. (…)”.

Ano właśnie. Myśmy, Polacy, przez niemal pół wieku tęsknili do Zachodu, a gdy tylko pojawiła się okazja – w 1989 roku – zaczęliśmy nasz marsz ku integracji z lepszym światem. Korzystając z geopolitycznego zamieszania, daliśmy nogę i dziś jesteśmy po właściwej stronie barykady. Zachodnie uniwersum ma mnóstwo wad i sporo brzydkich obliczy. Imperializm i dominacja wielkiego kapitału to tylko niektóre z nich. Gdzie im jednak do zniewolenia, bylejakości, biedy, technicznej i organizacyjnej niewydolności, złodziejstwa i rozkładu więzi społecznych? A tym był, jest i zapewne pozostanie ruski mir. Także zresztą imperialny, bo dążący do narzucenia swych zasad i kontroli innym etnosom. Dziwi Was, że i Ukraińcy chcą się z tego przeklętego kręgu wyrwać? Mnie nie.

Mieli pod górkę znacznie bardziej niż my – ponad 300 lat rusyfikacji i 70 lat sowietyzacji zrobiły swoje. Kulturowe złogi i gospodarcze zależności sprawiły, że Ukraina po 1991 roku stanęła w rozkroku – chciała i nie mogła zerwać z przeszłością. Aż wyrosły kolejne pokolenia, wyzbyte nostalgii do tego, co w ruskim mirze mogło pociągać (iluzji, że choć wszyscy mamy mało, to jednak po równo, a i tak gdzie indziej jest gorzej). I nastały Majdany, i zaczęła się społeczno-polityczna rewolucja. „Idą w łapska amerykańskich imperialistów”, konkludują autorytety skrajnej lewicy i prawicy, wielu z naukowymi tytułami. Jest w tym niby troska o Ukraińców i ich kraj, a tak naprawdę mamy do czynienia z kolejną odsłoną prorosyjskich sympatii; pół biedy, jeśli opartych o naiwność, kulturową fascynację, gorzej, jeśli stoi za tym wyrachowana gra na rzecz Moskwy, w zamian za jakieś profity. No idą – wracam do wspomnianej argumentacji – no i co z tego? Myśmy też poszli i jakkolwiek wciąż „grają nam w duszy” rusko-mirskie rytmy (przede wszystkim zgoda na różne odmiany zamordyzmu), co do zasady nie żałujemy obranego kierunku. I wciąż, regularnie, potwierdzamy zasadność prozachodniego kursu. Dość wspomnieć o wynikach badań poparcia dla członkostwa w Unii Europejskiej i NATO.

No więc poszliśmy, bo realnie innego wyboru nie było. Mówienie, że istniała alternatywa dla integracji z Zachodem, to mrzonki. Zwłaszcza bajdurzenie o jakimś „polskim świecie” – Międzymorzu czy innych głupotach. Nie ten soft power, nie ten hard power, nie ta gospodarka, nauka, potencjał ludnościowy itp., itd. W naszym położeniu geograficznym wybór był/jest ograniczony do dwóch opcji – Zachód lub Wschód. I tak samo jest w przypadku Ukrainy.

Ukraińcy wybrali Zachód. Wybrali gremialnie; idiotyczne są te wszystkie narracje o spisku elit, o tym, że rząd w Kijowie działa(ł) na przekór społeczeństwu. W 1991 roku Ukraina miała PKB nieznacznie wyższe od Polski, 30 lat później nasze było ponad czterokrotnie większe – bo my postawiliśmy na radykalne zmiany, na wspomnianą integrację. Ukraińcy to widzą – widziała ich zarobkowa emigracja, na przestrzeni tych lat liczona przecież w miliony. Otwarte granice otwierały oczy – „my też tak chcemy” było naturalną konsekwencją tej otwartości. Oczywiście, chęci pójścia polskim tropem z rzadka towarzyszy świadomość „ciemnych stron” transformacji – tylko czy one naprawdę mogą mieć znacznie, gdy przeciętny Ukrainiec widzi, że Polakom generalnie żyje się o wiele lepiej?

„Wschód Ukrainy nie chciał tych zmian”, czytam w lewicowo-rusofilskiej i prawackiej banieczce. Naprawdę? Tych zmian nie chciała Rosja – i stąd siłowe próby zmiany kursu. Ale czy wschodnia, rosyjskojęzyczna Ukraina masowo poparła ingerencje Moskwy? W 2014 roku z wyrwanych Ukrainie skrawków powstały dwie niby-republiki, ufundowane przez rosyjskie wojsko, miejscowych kryminalistów i nielicznych zwolenników secesji Donbasu. Pomysł budowy Noworosji aż po Dniepr szybko spalił na panewce, a stało się to przede wszystkim dzięki masowemu ruchowi społecznemu, który przybrał także militarną postać batalionów ochotniczych. To „swoi”, „tutejsi” – w dużej mierze Ukraińcy rosyjskiego pochodzenia – pognali „separatystów” ze wschodnio ukraińskich miast. Pojawienie się w Donbasie regularnej ukraińskiej armii tylko umocniło efekt „antyrosyjskiej wiosny” (w kontrze do kremlowskiego hasła „rosyjskiej wiosny” – rzekomego „przebudzenia” mieszkańców Zadnieprza).

Moskwa nie odpuściła (co w mojej ocenie każe założyć, że w przyszłości – jeśli dać jej szansę – także nie odpuści) – i w lutym już otwarcie zaatakowała sąsiedni kraj. I gdzie te kwiaty dla rosyjskich żołnierzy, których, wraz z wódką, spodziewano się na wschodzie? A które byłyby symbolicznym dowodem na uznanie idei wchłonięcia przez ruski mir. Zamiast tego najeźdźcy dostali wciry w Charkowie, utknęli w środkowym Donbasie (by po czterech miesiącach wojny móc pochwalić się zajęciem miasta powiatowego Siewierodonieck), przez trzy miesiące męczyli się w bojach o Mariupol. Zajęli kawał południa, w sumie – z wcześniejszymi zdobyczami – ponad 20 proc. terytorium Ukrainy, ale za cenę ogromnych strat. Strat zadanych im przez Ukraińców z całego kraju (i ochotników z całego świata), walczących w szeregach regularnej armii, ale też strat, do których wybitnie przyczynili się „tutejsi” z Gwardii Narodowej i oddziałów obrony terytorialnej.

„Nacjonaliści trzymają społeczeństwo w garści”, czytam o powodach twardego oporu, terrorze zaprowadzonym przez rząd w Kijowie (rząd oczywiście nielegalny, bo mówimy o władzy, której korzenie sięgają zamachu stanu z 2014 roku). I co, rzeczeni „nacjonaliści” stawiają, niczym sowieci podczas II wojny światowej, oddziały zaporowe na tyłach swoich wojsk, by strzelać do potencjalnych dezerterów i maruderów? Wolne żarty… Prześladują ludność, wysyłając nieprawomyślnych i niewłaściwo-języcznych do obozów filtracyjnych? Oh wait, tak robią Rosjanie z mieszkańcami zajętych miast. „Gdzie jest ruch oporu!?”, zastanawiała się moskiewska „Prawda” w marcu tego roku, a chodziło jej o partyzantów, którzy wspieraliby działania rosyjskich sił inwazyjnych. Ukraińców, chcących obalić „kijowską juntę”. No właśnie, gdzie? Owszem, ruch oporu działa prężnie – w obwodzie chersońskim i samym mieście, tyle że to partyzantka wymierzona w Rosjan i (wciąż nielicznych!) kolaborantów. Co z „perłą rosyjskich miast”, Odessą? Jak to się stało, że dotąd nie wybuchło tam prorosyjskie powstanie, które ułatwiłoby lądowanie morskiego desantu? Co z masowymi ucieczkami przed poborem (uciekło przed nim za granicę 4 proc. męskiej populacji w odpowiednim wieku…)? Co z zamachami na komisje poborowe/punkty werbunkowe? No są, w Rosji, której młodzież nie garnie się, by ginąć w Ukrainie. I mógłbym tak dużo i długo, by wykazać, że perspektywa ruskiego miru nie jest tym, o czym marzą Ukraińcy, także ci ze wschodu.

I od dawna nie chodzi tylko o kwestie ekonomiczne. Ukraińskie „tak” dla integracji z Zachodem to także efekt kalkulacji – przekonania, że tym sposobem uda się zachować własną tożsamość narodową. Rosjanie już z otwartą przyłbicą mówią o „deukrainizacji”, w tym o fizycznej eksterminacji elit. Mierzi ich odrębność Ukraińców, pragną dla nich pełnej rusyfikacji. W istocie mamy tu do czynienia z zapowiedzią zbrodni przeciwko ludzkości [1], co powinno zamknąć wszelkie dyskusje na temat sensowności czy etyczności (sic!) ukraińskiego oporu. Marzenie ściętej głowy… Miast zamknąć ryje, piszą wszelkiej maści „autorytety” (także akademickie), że wojnę trzeba jak najszybciej zakończyć, bo szkoda ludzi – z czym trudno się nie zgodzić, ale… – ale ów koniec winien być efektem ukraińskiej kapitulacji, bo przecież „Rosja nie ustąpi”. Tak legitymizuje się bandycką politykę Kremla i zarazem stygmatyzuje winą ukraińskie władze, stawiając świat na głowie, bo to przecież nie Ukraina zaczęła tę wojnę. Czytam, że należy zmusić Ukraińców do dogadania się z Rosjanami, „bo Rosja to naturalny dla Ukrainy wybór; wspólna historia, więzi społeczne, powiązania gospodarcze”. Tak odbiera się Ukraińcom podmiotowość, „zapomina” o tym, że oni już podjęli decyzję o kierunku zmian cywilizacyjnych i że są gotowi za to walczyć i umierać. Niezależnie od tego, czy ich opór jest na rękę „wielkim tego świata” w ich geopolitycznej grze. To, że Ameryka pragnie osłabić Rosję, to dla Ukraińców zrządzenie losu, a nie przekleństwo. Nie są więc „przeklęte” państwa dostarczające Ukrainie broń, bo nie robią niczego wbrew Ukraińcom. Nikt im czołgów czy wyrzutni na siłę nie wpycha – Ukraińcy sami o nie proszą. I są to prośby formułowane na wszystkich szczeblach społecznej drabiny – żadne tam „chciejstwo niechcianych władz”.

Niełatwo mi o tym pisać, bo to sprawy oczywiste, a oczywistości wyjaśnia się najtrudniej. Pozwolę więc sobie na pewien myślowy eksperyment, z zastrzeżeniem, że nie kieruję go do zdeklarowanych sowieciarzy i ukrainofobów (ci są straceni – na rubelki i chorobę nie znajdę argumentów). Spójrzmy na Polskę z lat 1918-21 – jak próbowała wyszarpać dla siebie niezależność. I zastosujmy wobec niej myślenie, jakiemu poświęciłem ów post. Że przecież Polski nie było i było dobrze, że się Polakom w dupach poprzewracało z ich dążeniem do niepodległości, że po co walczyć z Rosją, skoro ona ma i tak większe zasoby, że cała ta Polska to wymysł elit, a zwykłym ludziom i tak wszystko jedno, że Polacy to durnie, bo bijąc się z bolszewią pomagają w geopolitycznych interesach Francji i Wielkiej Brytanii, że przecież Słowianin nie powinien strzelać do Słowianina, itp., itd. Brzmi znajomo, prawda? – zwracam się do sceptyków w kwestii sensowności ukraińskiego oporu. Z nadzieją, że może coś to w paru głowach zmieni.

—–

[1] ZpL: przestępcze zachowania skierowane przeciwko określonej grupie społecznej, np. narodowościowej, rasowej, etnicznej, wiekowej, religijnej lub światopoglądowej. Zalicza się tu m.in. morderstwa, obracanie ludzi w niewolników, deportacje.

Nz. Strażak po dzisiejszej akcji ratunkowej w Odessie. Rosjanie, najpewniej w zemście za Wężową Wyspę, ostrzelali w nocy miasto pociskami manewrującymi. Celując, a jakże, w cywilne obiekty…/fot. Сергій Крук

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Sukcesy”

Zwycięskie przegrane. Co dla Rosjan i Ukraińców będzie sukcesem w toczonej wojnie?

Analitycy militarni zastanawiają się, jak będzie wyglądać najbliższa moskiewska parada z okazji Dnia Zwycięstwa, zwłaszcza jej naziemna odsłona. Rosjanom nie zabraknie historycznych modeli czołgów T-34, pieczołowicie przechowywanych w podstołecznych magazynach. Wystawią również najnowsze tanki T-14 – ich śladowa ilość i „problemy wieku niemowlęcego” sprawiły, że „czternastek” nie wysłano do Ukrainy. Na front pojechały za to inne paradne egzemplarze mniej nowoczesnych, za to solidnie (jak się wydawało…) zmodernizowanych wersji. Zwykle odpucowane, rdzewieją teraz na bitewnych polach wokół Charkowa, a dysponujące nimi elitarne dywizje rosyjskiej armii – 2 Tamańska i 4 Kantemirowska – jeszcze długo będą uzupełniać straty w ludziach. Tak zresztą jak i cała 1 Gwardyjska Armia Pancerna, w środowisku wojskowym określana mianem „pięści Kremla”, której Ukraińcy połamali niemal wszystkie palce. „Urraa!” nad Placem Czerwonym zapewne znów zabrzmi gromko, ale zamiast niezłomnych bohaterów kolejnej zwycięskiej „antyfaszystowskiej krucjaty”, zobaczymy raczej żołnierzy-statystów i czołgi wyciągnięte z głębokich rezerw.

Nie tak to miało być

24 lutego Władimir Putin poinformował świat, że gra o pełną stawkę – o zajęcie całej Ukrainy, zniszczenie jej armii i narzucenie marionetkowego rządu. Jego słowa współgrały z rozmachem rosyjskich działań – wojska inwazyjne uderzyły na pięciu różnych kierunkach, a siły powietrzne i rakietowe zaatakowały krytyczną infrastrukturę od wschodu po zachód kraju. Lecz minęło zaledwie kilka dni i okazało się, że Kreml przeszacował możliwości własnej armii, dramatycznie nie doszacował potencjału wojsk ukraińskich i woli obrony ukraińskiego społeczeństwa. Zagrywka va banque w stosunku do NATO i UE również obróciła się w mocno niekorzystny scenariusz, w którym Zachód szybko uruchomił sankcje i radykalnie zwiększył pomoc militarną dla Ukrainy. Po pięciu tygodniach krwawych walk Rosjanom nie udało się zająć ani Kijowa, ani Charkowa, umarły ich nadzieje na połączony białorusko-rosyjski atak na zachodnią Ukrainę. Donbas stał się areną wojny manewrowej, w której Ukraińcy hamują i ograniczają postępy wojsk inwazyjnych. Jedynym bezspornym sukcesem wydaje się być kampania na południu Ukrainy, choć nawet tam wciąż brakuje symbolicznego zwieńczenia w postaci zdobycia Mariupola.

Innymi słowy, nie tak to miało być. Wedle pierwotnych założeń, w drugiej połowie marca spec-operacja powinna się już zakończyć. Tymczasem gdy piszę te słowa, rosyjskie oddziały wycofują się spod Kijowa, co ma być wyrazem dobrej woli Moskwy. Siergiej Szojgu, minister obrony Federacji, deeskalację na odcinku kijowskim przedstawia jako skutek rozmów pokojowych w Turcji. Prawda zaś jest taka, że spod ukraińskiej stolicy wracają do domu jednostki najbardziej wykrwawione, niezdolne do dalszej kampanii. Dla Szojgu to żadna przeszkoda, by publicznie zadeklarować sukces „pierwszej fazy operacji specjalnej”. „Naszym celem od początku był Donbas”, zapewnia minister.

Szojgu kłamie, bo korekta zamiarów to odpowiedź na ukraiński opór. Korekta, która w dalszej perspektywie może oznaczać ponowną intensyfikację działań na kierunku kijowskim. W tym ujęciu odwrót jest jedynie zabiegiem taktycznym, zarówno w wymiarze politycznym (deklaracja rzekomej dobre woli), jak i wojskowym – a tak naprawdę chodzi o uśpienie czujności Ukraińców i zyskanie czasu na „odświeżenie” wojska. Druga możliwość zakłada rzeczywistą deeskalację na północnym zachodzie, by móc rzucić więcej sił na bardziej perspektywiczne odcinki frontu – w Donbasie i na południu. Wywiad elektroniczny NATO bezbłędnie „czyta” ruchy rosyjskich wojsk, wkrótce zatem będziemy wiedzieli, dokąd po odpoczynku i uzupełnieniach trafią wycofywane spod stolicy oddziały i ich ewentualni następcy.

Jeśli spełnią się przewidywania części analityków i Rosja uderzy mocniej na wschodzie Ukrainy, trzeba będzie przyjąć, że nowy rosyjski plan maksimum to zajęcie całego Zadnieprza. Czyli powrót do przeszłości, do nieudanych planów sprzed ośmiu lat, gdy mówiło się o powołaniu Noworosji. To oczywiście więcej niż Donbas, o którym wspominał Szojgu – i który wydaje się być rosyjskim planem minimum – lecz i tak są to ambicje odległe od idei wchłonięcia całej Ukrainy.

Przekroczenie czerwonej linii

A przecież nawet tak okrojony plan może zostać przez Ukraińców pokrzyżowany. W razie przeniesienia ciężaru walk na wschód, armia ukraińska też zdoła się przegrupować. Wiele analiz z pierwszych dni wojny zakładało szybkie rozbicie ukraińskich oddziałów na wschód od Dniepru. Rosyjska Stawka zapowiadała stworzenie kleszczy, które miały zacisnąć się od północy i południa, miażdżąc Ukraińców skoncentrowanych od Charkowa przez Połtawę, Dnipro, Zaporoże aż po Chersoń. Tymczasem gros tych wojsk nawet jeszcze nie weszła do walki, gros wciąż stawia silny opór, a gigantyczny kocioł na wschodzie nadal pozostaje niezrealizowanym marzeniem rosyjskich generałów. Jeśli z zachodu kraju przyjdzie Ukraińcom wsparcie, Rosjanom może zabraknąć sił na realizację czegoś więcej niż wspomniany plan minimum.

Chyba że rzucą do walki liczne i dodatkowe oddziały. Tylko skąd je wziąć? Rosja posiada nieznaczne rezerwy zawodowego i kontraktowego wojska. Od kilku dni sporo mówi się o poborze, który tradycyjnie zaczyna się 1 kwietnia. Kilkadziesiąt tysięcy rekrutów miałoby zostać skierowanych na front, w towarzystwie zmobilizowanych „przy okazji” (pod płaszczykiem branki) rezerwistów. Tyle że zarówno rezerwiści, jak i młode wojsko, potrzebują przeszkolenia. Tych pierwszych, od biedy, można posłać do walki po 2-3 tygodniach, szkolenie unitarne dla poborowych to kwestia 8-12 tygodni. A i tak w obu przypadkach mielibyśmy do czynienia z niskowykwalifikowanym „mięsem armatnim”, po czy w trakcie służby zasadniczej. Rosjanie ponieśli ogromne straty w oddziałach pancernych – na ich odtworzenie także trzeba czasu. Łatwo nauczyć żołnierza jazdy czołgiem „po sznurku”, ogarnięcie zawiłości taktyki – trików umożliwiających przetrwanie na polu walki, współpracę z innymi i przede wszystkim zabijanie przeciwnika – wymaga wielomiesięcznych szkoleń. I choć część rezerwistów może już „bazowe” kompetencje posiadać, nie zapominajmy, że wojna wymusza szkoleniowe korekty. Wiele z dotychczasowych rosyjskich założeń taktycznych zostało właśnie brutalnie sfalsyfikowanych. Konkludując, nie spodziewam się znaczących rosyjskich uzupełnień. Raczej większej brutalizacji działań z wykorzystaniem przewagi w artylerii i lotnictwie oraz dążenia do lokalnych wyłomów, z nadzieją, że przy którejś okazji ukraiński front się posypie.

Jak na razie wielkich szans na to nie ma. W ocenie amerykańskich służb, armia ukraińska zachowała ponad 80% wyjściowego potencjału. I wciąż jest dozbrajana. Brutalne ataki na cywilów nadal nie złamały woli oporu, „rozstrzygające” uderzenie przy użyciu broni masowego rażenia jest mało prawdopodobne. Jeszcze przed wizytą Joe Bidena w Europie, NATO dało do zrozumienia Kremlowi, że tego rodzaju eskalacja zostanie uznana za przekroczenie czerwonej linii, po której Sojusz zaangażuje się w działania zbrojne. Ustanowienie strefy no-fly nad Ukrainą w ciągu 2-3 dni wyeliminowałoby z akcji rosyjskie lotnictwo, co w dalszej kolejności przełożyłoby się na niepowodzenia na lądzie. A tak spotęgowanego blamażu Moskwie nie udałoby się przedstawić „swoim” jako zwycięstwa.

Ale i Ukraińcy nie mają lepiej, jeśli idzie o zwycięską narrację. Na obecnym etapie wojny niepodległość kraju zdaje się być niezagrożona, co obiektywnie patrząc, jest wspaniałym triumfem. Lecz z drugiej strony, straty terytorialne chyba są nieuniknione. I nie chodzi o Krym, z zajęciem którego Ukraińcy de facto się już pogodzili. Ani też o donbaskie quasi-republiki, które po 8 latach mafijnych rządów i rabunkowej gospodarki, są ekonomicznie, materialnie i społecznie zdewastowanie. Ich powrót na łono Ukrainy wiązałby się z gigantycznym obciążeniem, będącym zarazem – na skutek intensywnej rusyfikacji (a może bardziej „putinizacji”…) tamtejszej ludności – czymś na wzór brania odpowiedzialności za kukułcze jajo. Chodzi o świeżo podbite przez Rosjan tereny. W optymistycznym dla Ukrainy scenariuszu agresorzy wycofają się z północy (bo i po co im zdewastowane ziemie, na których tak bardzo ich nienawidzą?). Ale o dobrowolnym zwróceniu terytoriów łączących Krym z Donbasem Kijów może zapomnieć. A czy znajdzie siły, by je odbić?

—–

Nz. artyleria obrońców/fot. Siły Zbrojne Ukrainy

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 15/2022

Szanowni Czytelnicy! Na swoim profilu facebookowym prowadzę relację z ukraińskiego frontu. Staram się codziennie wrzucić posty zawierających coś więcej niż informacje, które moglibyście przeczytać gdzie indziej. Śledzą mnie tysiące ludzi, polecam się zatem także uwadze Czytelników blogu.

Jeśli docenisz moją pracę, proszę:

Postaw mi kawę na buycoffee.to