Przeprawy

Dawno temu, w Iraku, miałem okazję do dłuższej rozmowy z wyższym rangą amerykańskim wojskowym. Ów generał zaczął służbę w czasach, kiedy Europę dzielił mur, a konfrontacja NATO-Układ Warszawski była całkiem realnym scenariuszem. Pogadaliśmy więc i o tym, w ostatecznie bardzo swobodnej atmosferze off the record. „Baliśmy się waszych wojsk inżynieryjnych”, przyznał w którymś momencie oficer, mówiąc o komponencie saperskim ludowego Wojska Polskiego. Byłem tym zaskoczony, lecz mój rozmówca nie żartował. W latach 80. służby wywiadowcze Zachodu kładły nacisk na wysoką skuteczność tej części naszego wojska. W połączeniu z potężnymi pancernymi zgrupowaniami armii radzieckiej stwarzało to ryzyko szybkich, zmasowanych uderzeń, niezależnie od warunków terenowych. „Wy stawiacie tymczasowe przeprawy, sowieci jadą; wszystko w ekspresowym tempie. Dlatego w razie ewentualnej wojny tak ważne było zniszczenie waszej armii”, wyjaśniał Amerykanin. Pokiwałem głową; jako dziecko komuny dobrze pamiętałem katastroficzne zapowiedzi dotyczące ewentualnej wojny Zachód-Wschód. Wiedziałem, że owo zniszczenie de facto oznaczało uczynienie z ówczesnej Polski poatomowej pustyni.

Szczęśliwie historia potoczyła się inaczej, lecz dla wojsk inżynieryjnych naszej armii nie była łaskawa. Kilka lat temu zrobiłem wywiad z gen. Waldemarem Skrzypczakiem, który krytycznie wypowiadał się na temat możliwości WP. W tle była sprawa przeprawy pontonowej, budowanej w Warszawie przy okazji awarii oczyszczalni „Czajka”. Szło to jak po grudzie, nie dlatego, że współczesne wojsko „nie umi” w stawianie mostów. Po prostu, przez lata zaniedbaliśmy tę część saperskich kompetencji. Zużył się sprzęt, za mało było szkoleń, te, które się odbywały, rozpisywano na „zawsze zwycięskie”, a w praktyce mało spektakularne scenariusze. Ot, przeprawa kompani czołgów przez strumyk gdzieś na poligonie. „Przygotowanie natarcia w trudnych warunkach terenowych” zaliczone? Zaliczone! I jakoś to się bujało.

– Putin tymczasem szkoli, modernizuje, stawia przed wojskiem trudne zadania – mówił gen. Skrzypczak. – (…) Jakiś czas temu obejrzałem rosyjski film instruktażowy, zdobyty przez sojuszników, w którym brygada pancerna forsowała Don lub Dniestr. Szeroką jak diabli rzekę. Czołgi się zatrzymały, załogi przygotowały wozy do przeprawy po dnie. 45 minut później wszystkie trzy bataliony były już na drugim brzegu.

– A ile zajęłaby to nam bądź Amerykanom? – zapytałem.

– I my, i oni, czekalibyśmy na most, który następnie trzeba byłoby rozwinąć. Przypuszczam, że przeprawa potrwałaby dwa dni.

Nie cytuję tych słów z powodu złośliwości – boże broń. Szanuję „Wodza” i wiem, że to dobry oficer. Ale i on najwyraźniej uległ iluzji niesamowitej mobilności, skuteczności, prędkości działania współczesnej rosyjskiej armii. Na początku kwietnia oglądałem film nagrany z drona, ilustrujący przeprawę agresorów przez Doniec w okolicach Izjumu. Ehh, gdyby tylko Ukraińcy mieli silniejsze lotnictwo… Improwizacja aż biła po oczach (miast mobilnych mostów, widziałem bród zasypany wielkogabarytowymi śmieciami, po których przejeżdżały czołgi; nie wszystkie, bo część utonęła). No i ta nonszalancja – masa sprzętu zgromadzona w jednym miejscu, bez należytego zabezpieczenia przeciwlotniczego. A oglądałem manewr w wykonaniu oddziałów elitarnej 4. Kantemirowskiej Dywizji Pancernej. Wspominam o tym, bo Donbas jest bardzo trudnym terenem, poprzecinanym rzekami, strumieniami, z dużą ilością bagien. Nie sposób go szybko zająć bez wsparcia sprawnych służb inżynieryjnych. A przecież Ukraińcy się tam bronią, co dodatkowo utrudnia sprawę. Dlatego orkom idzie jak idzie – posuwają się do przodu znaczenie wolniej niżby to wynikało z przypisywanych im umiejętności.

—–

Posuwają się na północnym odcinku donbaskiego frontu. Gen. Aleksander Dwornikow, mianowany przez Putina na głównodowodzącego sił inwazyjnych, nie jest strategicznym geniuszem. Ale taką ma reputację po zuchwałym zajęciu Krymu w 2014 roku oraz po kampanii w Syrii, prowadzonej na przełomie 2015 i 2016 roku. Tyle że półwyspu nie broniono, a na Bliskim Wschodzie wojskowy pupil Kremla mierzył się z lekkozbrojnymi bojówkami religijnych fanatyków (co to chętnie, acz zwykle niepotrzebnie ginęli). Tu zaś ma rosyjski dowódca jako przeciwnika zaprawione w boju, regularne wojsko. Nie walczy z nim, stosując jakieś spektakularne manewry – po prostu, wykorzystując przewagę ognia i stali oraz bezpieczne dla siebie niebo, systematycznie spycha Ukraińców na południe i zachód. Kunsztu w tym nie ma, jest za to solidna operacyjno-taktyczna robota u podstaw. „Zdaje się, że z Dwornikowem przyjechało sporo dowódców niższego szczebla – być może sam ich wybrał. W każdym razie widać już, że walczą inaczej, rozsądniej”, pisze mi emerytowany oficer WP, na bieżąco śledzący sytuację w Donbasie. Czasy szalonych rajdów „gdzie oczy poniosą” w wykonaniu rosyjskich czołgistów mamy już za sobą. Szkoda, bo Ukraińcy dobrze sobie radzili z likwidowaniem takich ugrupowań.

—–

O przewadze Rosjan w Donbasie decyduje przede wszystkim artyleria – lufowa i rakietowa – z którą obrońcy mogą sobie poradzić przy użyciu własnej artylerii. Wet za wet, plus wyprzedzające ostrzały na rozstawiające się/przemieszczające działa i wyrzutnie. W terminologii wojskowej nazywa się to ogniem kontrbateryjnym. Aby był skuteczny, obrońcy potrzebują dział o odpowiednim zasięgu oraz urządzeń – dronów, radarów pola walki – niezbędnych do precyzyjnego namierzenia stanowisk artyleryjskich wroga. Ukraińskie zasoby już mocno się wykruszyły, wiele z tego, co zostało, ma gorsze parametry od rosyjskich luf. Dlatego tak ważne są zachodnie dostawy wszelkiej maści systemów artyleryjskich. Ich różnorodność i skomplikowanie obsługi – podkreślane przez krytyków pomocy dla Kijowa – są pozorne. Ukraińcy wcale nie potrzebują długich miesięcy na szkolenia. „Z bożą pomocą wszystko szybko i ładnie pogarniemy”, pisze mi znajomy kapelan z ukraińskiej armii. I nie ma w tym wielkiej życzeniowości.

A skoro o bytach nadprzyrodzonych mowa.

– Na tej wojnie jest tylko jeden bóg. Wiesz, jak się nazywa? – spytał mnie kiedyś Witalij, weteran spod Iłłowajśka. Działo się to zimą 2015 roku, na froncie pod Debalcewem. Nie znałem odpowiedzi, więc pokręciłem głową. – Nazywa się Grad – Ukrainiec wypowiedział te słowa z mieszaniną złości, nienawiści i lęku. I ledwie padła nazwa rakietowej wyrzutni, usłyszeliśmy serię nie tak odległych wybuchów. Srogi bóg wojny przemówił.

Czas najwyższy, by w ten głos jeszcze uważniej wsłuchali się też najeźdźcy.

—–

Doceniasz moją pracę? Proszę zatem:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Relokacja

Przygotowując się do napisania „Międzyrzecza” rozmawiałem z wieloma osobami. Jedną z nich był dawno emerytowany generał, który szlify oficerskie otrzymał w środkowym PRL-u, a do grona wyższych dowódców WP dostał się w latach 80. Poruszaliśmy różne kwestie związane ze współczesną wojną manewrową i przy tej okazji zeszliśmy na temat hipotetycznego konfliktu „Układ Warszawski – NATO”. Usłyszałem wówczas bardzo wiele ciekawych informacji – część z nich pewnie wykorzystam w przyszłości (kusi mnie alternatywna historia, której tłem byłaby taka wojna…). Mniejsza jednak o to – patrząc z dzisiejszej perspektywy, istotą tego spotkania było następujące stwierdzenie mojego rozmówcy: te nasze plany ataku na Zachód to o kant dupy można było rozbić. Było w nich naiwne założenie, że stosunkowo łatwo uda się pokonać Amerykanów w Niemczech.

Dziś wiemy już znacznie więcej o tym, jak miała wyglądać amerykańska reakcja na ewentualny atak ze strony armii bloku wschodniego. Pomijam wcześniejsze koncepcje z lat 60. i 70., kiedy istotą obrony miało być zmasowane użycie broni nuklearnej (istotą ataku zresztą też). Najbardziej interesuje mnie ostatni okres zimnej wojny, kiedy to nad Europą wisiało widmo potężnego konfliktu konwencjonalnego (z warunkowym, ograniczonym użyciem taktycznych systemów broni A). Otóż Stany Zjednoczone ani myślały dopuścić do głębokiej penetracji terytoriów swoich europejskich sojuszników. Zachodnie Niemcy miały być twardo bronione, to po pierwsze. Po drugie, działania zbrojne miały zostać możliwie najszybciej przeniesione na tereny przeciwnika. Teatrem rozstrzygających pojedynków zostałyby wówczas Wschodnie Niemcy i Polska (w mniejszym stopniu ówczesna Czechosłowacja) – pójścia dalej na wschód ówczesne NATO nie rozważało, zakładając, że naruszenie „rdzennych” radzieckich terytoriów sprowokowałoby Moskwę do niepohamowanego nuklearnego odwetu.

Strach pomyśleć, co by to dla nas oznaczało. Ale ja nie o tym.

Pod plany obrony i kontrataku szkolono wówczas całe NATO. Tym też zajmowały się siły stacjonujące w Niemczech – amerykańskie, brytyjskie, no i rzec jasna miejscowa Bundeswehra (która, niezależnie od natowskich planów, miała jeszcze własne, związane z „uporczywą obroną”). I pod to szykowana była cała militarna i około militarna infrastruktura, której imponujący fragment – w postaci bazy Ramstein – widziałem kiedyś na własne oczy, wracając „naokoło” z Afganistanu. Za sto lat nie wybudujemy w Polsce takiego „fortu” (inna sprawa, że i po co? Są w kraju pilniejsze potrzeby).

Zimna wojna się skończyła, świat się zmienił, zagrożenia w Europie również. Dziś amerykański kontyngent w Niemczech jest znacznie mniejszy niż 40 lat temu. A żołnierze US Army – niemal pięć tysięcy osób – stacjonują rotacyjnie w Polsce. Polska bowiem jest członkiem NATO i ma sojusznicze gwarancje, ujęte w tak zwane plany ewentualnościowe. Zakładają one, że w razie rosyjskiego zagrożenia, na terytorium Rzeczpospolitej wysłanych zostanie pięć dodatkowych dywizji Sojuszu (tyle wiadomo z części jawnej). Bo choć ZSRR już nie ma, to po rosyjskiej agresji na Ukrainę jasnym stało się, że Moskwa dąży do odbudowy wcześniejszych stref wpływów. I jakkolwiek ryzyko – z uwagi na słabość gospodarczą Rosji – duże nie jest, warto dmuchać na zimne.

Rząd PiS, i realizujący jego politykę prezydent, zakłada, że zwiększenie amerykańskiej obecności wojskowej w Polsce, połączone z zakupami sprzętu w USA, jeszcze bardziej zredukuje ryzyko rosyjskiej agresji. Założenie skądinąd słuszne, ale…

No właśnie. Nie dajcie sobie wmówić, że relokacja amerykańskich oddziałów z Niemiec do Polski, to krok w dobrą stronę. Europejskie zaplecze logistyczne armii amerykańskiej, zdolne obsłużyć poważny konflikt zbrojny, znajduje się w Niemczech. Mimo przesunięcia NATO na wschód, niewiele się w tym zakresie zmieniło przez ostatnie 40 lat. Redukcja amerykańskiej obecności w RFN jest więc de facto działaniem na szkodę Rzeczpospolitej. Mówiąc wprost, możemy pomarzyć o sprawnej realizacji planów ewentualnościowych, jeśli za Odrą nie będzie odpowiedniej infrastruktury, zdolnej obsłużyć idące nam na odsiecz wojska. Jej zbudowanie w Polsce wiązałoby się z gigantycznymi nakładami, na które nas nie stać. I w których nikt, włącznie z Amerykanami, nie zamierza partycypować.

Inna sprawa to zasadność takich inwestycji w kraju frontowym; przykre to, ale niezależnie od aliansów, głębią operacyjną dla wojsk sojuszniczych może być w najlepszym razie tylko połowa naszego kraju. W obecnym układzie ta położona na zachód od Wisły. Reszta (jeśli nie całość…), posłuży do łomotania się z wrogiem.

Całą sytuację można porównać do rozbiórki szpitala położonego w sąsiedniej miejscowości. Co z tego, że weźmiemy do siebie trochę sprzętu i kilka osób personelu? Per saldo nasze zdrowotne bezpieczeństwo na tym utraci. Bo choć nasza przychodnia zyska sposobność gipsowania prostych złamań, z udarem czy rozległym zawałem i tak sobie nie poradzi.

—–

Amerykanie nie zbudują w Polsce potężnej bazy logistycznej. Nz. lotnisko w Bagram/fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to