Konwój

Zlały mi się ostatnie dni w jeden i wciąż się gubię ze wskazaniem, kiedy co się wydarzyło. Czy w poniedziałek, czy w środę – jeden czort. Między niedzielą rano a wczorajszym wieczorem spałem w łóżku zaledwie 3,5 godziny, większość czasu spędzając w aucie na trasie Kraków-Kijów-Charków-Bachmut i z powrotem (plus kilka drzemek na siedzeniu pasażera; dość, by dalej funkcjonować, za mało, by odpocząć). O czym wspominam z prośbą o zrozumienie. Podzielę się niemal wszystkim, co zobaczyłem i usłyszałem podczas tego wyjazdu – ale na raty.

Dla porządku dodam, że konwój, z którym jechałem, dowiózł do Bachmutu 15 ton pomocy humanitarnej. Wojsko z kolei otrzymało drony i generatory. Wyjazd zorganizowała Fundacja Otwarty Dialog, od dawna zaangażowana w pomoc Ukrainie.

Pytacie mnie, jak jest w Bachmucie – i tym zajmę się na początek, zwłaszcza że kilka spraw wymaga wyjaśnienia.

Zacznijmy od tego, że miasto – wbrew pojawiającym się informacjom – nie jest kompletnie zrujnowane. Nam, Polakom, takie określenie kojarzy się ze zgładzoną przez Niemców Warszawą. Zrównaną z ziemią, szczególnie na terenie dawnego getta. Przedmieścia Bachmutu od wschodniej i północnej strony rzeczywiście wyglądają fatalnie, ale nawet tam nie sposób mówić o totalnej destrukcji. Niewiele jest całkiem rozbitych domów, choć sporo zostało na tyle poważnie uszkodzonych, że nie nadają się już do zamieszkania. Przykładem niech będzie rozdzielony detonacją blok ze zdjęcia. W centrum i pozostałej części miasta wiele budynków stoi nietkniętych, pośród nich wielkogabarytowe wieżowce. Mniej więcej jedna trzecia całej zabudowy nosi wyraźne ślady ostrzałów: wypalone mieszkania – czasem całe piętra – zarwane dachy, usiane dziurami od odłamków fasady, pozbawione szyb okna. Główne drogi – mimo iż zryte gąsienicami – pozostają przejezdne; powalone drzewa, lampy i słupy energetyczne na bieżąco usuwa z jezdni wojsko. Gdzieniegdzie widać leje, których liczba (wraz z opisanymi zniszczeniami) potwierdza, że Bachmut nie jest zasadniczym celem artyleryjskiego ostrzału. Bitwa toczy się pod miastem i nad nim.

Odgłosy przelatujących nad miejscowością pocisków często zlewają się w jeden nieprzerwany grzmot. Nasłuchując z pozycji „w środku miasta”, składają się nań przede wszystkim dźwięki wystrzałów, z rzadka eksplozji. „Bo biją nasi”, zapewniali mnie żołnierze. Jeden z nich, Jurij (poświęcę mu więcej uwagi w innym wpisie, gdyż to arcyciekawa postać) stwierdził wręcz: „jak zaczynały się boje o Bachmut, rosjanie mieli dziesięć razy więcej luf niż my. Teraz jest jeden do jednego”. Nie wiem, czy rzeczywiście tak się sprawy mają – z miejsc, w których byłem, miałem bliżej do pozycji ukraińskiej artylerii, a ta waliła gęsto.

„Są pięć kilometrów stąd”, mówił Jurij, gdy zatrzymaliśmy się na północno-wschodnich obrzeżach miasta. I wskazał przestrzeń u wylotu drogi prowadzącej do Sołedaru. „Na razie za daleko, by sięgnął nas ogień z broni ręcznej, ale cały czas próbują podchodzić bliżej”.

Nie, nie ludzką falą – jak często podaje się w mediach. Morska analogia jest o tyle zasadna, że rosjanie raz za razem atakują ukraińskie linie, ale nie masą. Wróg wysyła w bój kilku-kilkunastoosobowe grupy, które operują jednocześnie w wielu miejscach. „Kłują” ukraińską obronę z zamiarem zmęczenia obrońców. Wiele takich pododdziałów zostaje unicestwionych, te, którym udaje się zająć choć trochę nowego terenu, natychmiast się okopują. Determinacja i konsekwencja wsparta precyzyjnym jak na rosjan ogniem oraz umiejętnościami żołnierzy desantu. Jest ich pod Bachmutem coraz więcej, stopniowo zastępują wagnerowców. Nie chcę z tego wyciągać żadnych ogólnych wniosków, ale z tego, co usłyszałem, wynika, że w podbachmuckich bojach rosjanie przestają używać zmobilizowanych jesienią rezerwistów.

Napiszę o tym więcej w kolejnym materiale, a teraz wrócę jeszcze do miasta i jego mieszkańców. Zostało ich kilka tysięcy (taki rząd wielkości podają ukraińscy żołnierze). Starcy, którzy ani myślą opuszczać swoich domów, oraz ci, którzy nie mają gdzie, do kogo i za co uciekać. Spotkałem się z opinią, że sporo tam żulików – alkoholików, narkomanów, bezdomnych – z oburzającą jak dla mnie sugestią, że takim ludziom nie warto pomagać. Ani myślę brać udział w żenującej dyskusji, tym niemniej chciałbym zwrócić uwagę, że Bachmut pozbawiony jest prądu, gazu, ogrzewania. Że ludzie – jak mężczyzna na zdjęciu – nie zawsze mają dostęp do wody innej niż ta z kałuż. Spróbujcie przeżyć w takich warunkach, zimą, kilka tygodni – nawet najzdrowsza, rumiana buźka zmieni się w nieco żulikowate, opuchnięte oblicze, a najbardziej wyszukaną garderobę zastąpi wielowarstwowa „cebulka”.

Nie wiem, ilu spośród tych, którzy zostali, czeka na „wyzwolenie” przez armię rosyjską. Spotkałem we wtorek jedną taką osobę – starszego mężczyznę. „Będzie co będzie”, powiedział mi do kamery, wcześniej opowiadając o żonie i dzieciach, którzy jeszcze przed wojną wyemigrowali do rosji. „Chciałbym do nich, bo tu nic mnie nie trzyma”, przyznał, w rosyjskich żołnierzach widząc swój „pomost” do bliskich. Ot, donbaska rzeczywistość – w wydaniu, które słuszny gniew na rosjan często nam przesłania…

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Wagner-SS

Trwa kolejna odsłona bitwy o Bachmut, tym bowiem jest próba zajęcia pobliskiego Sołedaru, miasteczka liczącego przed wojną 10 tys. mieszkańców. W mediach pojawia się coraz więcej alarmistycznych doniesień, z części z nich można wywieść wniosek, że lada moment posypie się cały ukraiński front w Donbasie. To oczywista bzdura – Sołedar, którego upadek jest w zasadzie przesądzony, „nie ma takiej mocy”. Tym niemniej faktem jest wyjątkowa determinacja rosjan. Którzy atakują, nie oglądając się na straty. A te idą w setki zabitych dziennie.

Patrząc na mapę, ich zamysł wydaje się oczywisty – Sołedar to brama do Bachmutu, dogodna pozycja do szturmu na miasto od północy. Ewentualnie konieczny do pokonania punkt oporu na drodze do oskrzydlenia Bachmutu i wyjścia na tyły obrońców.

Tyle logiki operacyjnej. Ta jednak nie daje całej odpowiedzi na pytanie o motywacje rosjan. Pełniejszy ich obraz zyskujemy uwzględniając kwestie propagandowe. Ale i tu należy szukać „drugiego dna”, bo wcale nie idzie o proste, wizerunkowe korzyści płynące z ewentualnego zajęcia Bachmutu. Ważniejsze jest to, kto będzie mógł się tym pochwalić. W okołobachmuckich bojach stają naprzeciw siebie żołnierze armii ukraińskiej i rosjanie, ale za kulisami toczy się rosyjsko-rosyjska wojna o wpływy i władzę.

Zdefiniujmy najpierw środowisko, zaczynając od rosyjskich mediów. Przede wszystkim społecznościowych, bo to one wzięły na siebie obowiązek relacjonowania „specjalnej operacji wojskowej”. W mainstreamie próżno szukać licznych doniesień z frontu – zainteresowanie rosjan zaspakajają na Telegramie wojenni blogerzy. Już od 6 stycznia (od momentu nasilenia ataków na Sołedar) przekonują oni, że „nasi” powodują ogromne straty wśród Ukraińców. Co istotne, „nasi” to wagnerowcy – co jest wręcz obsesyjnie podkreślane (i nie do końca zgodne z prawdą, o czym dalej). Wagnerowcy są zdyscyplinowani, mają inicjatywę i stosują nowatorskie taktyki (choć nie bardzo wiadomo jakie). Trudno oprzeć się wrażeniu, że to oni – nie wojsko – są wiodącą siłą nie tylko na bachmuckim odcinku, ale wręcz na całym froncie.

Jednocześnie trwa grillowanie ministerstwa obrony i dowództwa armii w związku z katastrofą w Makiejewce. Wprost wyśmiewa się odwet, czyli ataki rakietowe na miejsca rzekomej koncentracji ukraińskiego wojska w Kramatorsku. Na tapecie jest też bożonarodzeniowy rozejm, postrzegany przez blogerów jako żenująca próba przypodobania się Zachodowi. Oczywiście ani razu nie pada nazwisko putina – winni tych wszystkich „głupot” są szojgu i generałowie.

Blogerzy siedzą w kieszeni jewgienija prigożyna, właściciela Grupy Wagnera – to oczywisty wniosek po lekturze ich wpisów.

Nie tylko tych ostatnich. Kilka dni temu, gdy załamało się bezpośrednie rosyjskie natarcie na Bachmut, szef Wagnera – przy wsparciu blogerów – odsądzał regularne wojsko od czci i wiary. To przez armię i jej dowódców wagnerowcy nie zdobyli miasta. Nie było wsparcia, amunicji, współpracy – twierdził prigożyn.

Minister szojgu nie reaguje, ale wojskowi nie pozostają dłużni, choć nie mają aż tylu tub. W anonimowych wpisach na Telegramie wylewają żale na prigożyna i jego podwładnych. Że się panoszą, że ich potrzeby muszą być realizowane w pierwszej kolejności, że dostają więcej amunicji, lepsze jedzenie, ba, lepsze kwatery.

Napięcie na linii Wagner-armia jest aż nadto widoczne, sygnalizują je od dłuższego czasu także zachodnie i ukraińskie służby specjalne.

Tymczasem władimir putin awansuje na dowódcę wojsk lądowych aleksandra łapina – „generała niezdarę”, którego prigożyn – do spółki z razmanem kadyrowem – publicznie oskarżał o jesienne porażki. I namawiał do samobójstwa po utracie Izjumu.

Mamy więc armię z szojgu na czele, i mamy najemników z ich szefem. A nad nimi cara, niby sprawiedliwego, bo z jednej strony składającego liczne obietnice wzmocnienia wojska, z drugiej, pozwalającego wagnerowcom – niczym udzielnym książętom – mieć swój własny odcinek frontu.

Jest to sytuacja podobna do relacji między Wehrmachtem a Waffen-SS – na co zwrócił uwagę historyk wojskowości Marcin Jop. Oczywiście, nie jeden do jednego, ale w obszarach kluczowych dla powodzenia operacji wojskowych widzimy bardzo podobne tarcia i ich skutki. Mowa o rywalizacji o zasoby – ludzkie i materiałowe – o częściowej niekompatybilności wynikłej z odmiennych kompetencji oraz o niezależności niegdyś cechującej Waffen-SS, dziś Wagnera. W dalszej kolejności o utracie atutu elitarności, co w czasie II wojny światowej dotyczyło esesmanów, obecnie zaś dotyczy wagnerowców.

– Heinrich Himmler nie miał przełożenia na wojsko, dlatego postanowił wybudować własne – twierdzi dr Alicja Bartnicka zajmująca się historią III Rzeszy (ta wypowiedź to fragment wywiadu, który opublikowałem na początku roku – zainteresowanych odsyłam do lektury). „Kucharz putina” – jak mówi się o prigożynie – zapewne nie marzył o wielkiej samodzielności (i władzy), powołując Grupę Wagnera. Choć formalnie to jego prywatna inicjatywa, nie ulega wątpliwości, że działał na zlecenie Kremla. Moskwa potrzebowała rzekomo komercyjnej firmy najemniczej, by używać jej wszędzie tam, gdzie nie dało się, z różnych powodów, posłać regularnej armii. Ale ambicje „kucharza” – sądząc po jego publicznej aktywności – chyba się zwiększyły. Nic nie wskazuje na to, by „zerwał się” putinowi, ale z roli podwykonawcy wobec wojska i MON, ewidentnie usiłuje przejść na pozycje równorzędne ministrowi obrony i szefowi sztabu generalnego.

„Emancypacja” Grupy Wagnera to skutek i cel tych ambicji.

Waffen-SS, której początek dały trzy pułki piechoty ochrzczone w boju podczas kampanii wrześniowej, w grudniu 1944 roku liczyła 950 tys. żołnierzy. Miała najlepszy sprzęt i pierwszeństwo w dostępie do wszelkich zasobów (od lata 1944 roku nowe dywizje pancerne i zmotoryzowane tworzono wyłącznie w ramach tej formacji). Oddziały SS uchodziły też za najbitniejsze, co zwykle nie wynikało z kunsztu taktycznego, a fanatyzmu. I jakkolwiek wielu generałów Wehrmachtu ostatecznie doceniło tę cechę, większość do końca wojny sądziła, że armia wykorzystałaby środki przeznaczone na Waffen-SS w znacznie bardziej efektywny sposób. Tym bardziej, że odrębna struktura dowodzenia i własne służby łączności „czarnej elity” utrudniały współpracę w polu.

Nie znamy wielu szczegółów dotyczących bieżącej współpracy między Grupą Wagnera a armią rosyjską. Z dostępnych informacji wynika, że wagnerowcy mają dużą swobodę w definiowaniu celów taktycznych. I że jak „poproszą” wojsko o wsparcie, musi ono zostać zapewnione (oczywiście, z poprawką na rosyjski bardak). W Bachmucie i Sołedarze potrzebują artylerii, „mobików” na wabia (by skupiali na sobie ukraiński ogień, tym samym demaskowali pozycje obrońców) oraz pomocy oddziałów WDW, bez których sami wagnerowcy sobie nie poradzą.

I tu znów dygresja historyczna. Waffen-SS w założeniu miało być elitarne (a bazą dla tej elitarności była czystość rasowa).

– Sytuację zmieniła wojna – znów zacytuję dr Bartnicką. – III Rzesza rozpaczliwie potrzebowała rekruta, dlatego do Waffen-SS zaczęto wcielać ochotników, (najpierw) z ludów germańskich. (…) Klęski ponoszone na Wschodzie skomplikowały sytuację. Hindusi, Arabowie, Albańczycy, Chorwaci czy Bośniacy zasilali szeregi Waffen-SS, bo Niemcy po prostu potrzebowali mięsa armatniego.

Grupa Wagnera u początków istnienia składała się z byłych żołnierzy rosyjskich sił specjalnych. Można mieć (słuszne) zastrzeżenia do ich kompetencji – zwłaszcza na tle zachodnich „specjalsów” – jednak jak na rosyjskie standardy to była elita. Była, bo już nie żyje – między lutym a grudniem ub.r. poległo i zostało rannych ponad 20 tys. wagnerowców. A większość uzupełnień stanowią mężczyźni bez odpowiedniego przygotowania wojskowego, w dużej mierze bijący się o ułaskawienie więźniowie. Fanatyczni – jak wynika z ukraińskich relacji – ale samym fanatyzmem wojować nie sposób. Stąd potrzeba sięgnięcia po żołnierzy WDW, o których wszak – w kontekście okołobachmuckich zmagań – niespecjalnie się mówi.

Bo Sołedar zdobędzie Wagner. Legitymizując się w oczach rosjan jako siła zdolna przełamać impas.

Czyniąc to z korzyścią dla budżetu. Żołnierz regularnej armii zarabia 160 tys. rubli (ok. 10 tys. zł). Pensja wagnerowca z odpowiednim doświadczeniem jest nawet cztery razy wyższa, ale tacy najemnicy to w Grupie mniejszość, więźniowie zaś dostają mniej niż 5 tys. zł. A większość z nich nie dożywa pierwszej wypłaty. W czym kryje się kolejna oszczędność. Odszkodowanie za śmierć w „operacji specjalnej” wynosi obecnie 12 mln rubli (750 tys. zł), ale przysługuje wyłącznie rodzinom personelu wojskowego (oraz gwardii i policji). Bliscy wagnerowców na takie wsparcie się nie łapią.

Podwładni prigożyna (i on sam) są więc użyteczni nie tylko dlatego, że w jakiejś mierze niwelują skutki nieufności putina wobec armii (cecha dzielona z Hitlerem). Na szczęście ta użyteczność w szerszym planie bardziej rosji szkodzi niż pomaga.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Ukraińska artyleria gdzieś w okolicach Bachmutu/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych

Mordor

„Czy Amerykanie mają źródła osobowe w rosyjskich centralach wojskowych?”, pytał Piotra Niemczyka, byłego wiceszefa UOP dziennikarz Tygodnika „Przegląd”. „Na pewno jakieś mają, ale tym się nie pochwalą. Wiemy więc niewiele, ale możemy się domyślać. Popatrzmy np. na historię lotniska w Hostomelu. Tam miała zacząć się wojna, miał wylądować rosyjski desant i zająć obiekty rządowe, telewizję, parlament. Wokół Kijowa jest sześć lotnisk, a Ukraińcy nie mieli wystarczających sił, by wszystkich pilnować. Ale Hostomela pilnowali. Jeżeli mieli przygotowane siły do obrony tego lotniska, to znaczy, że prawidłowo wytypowali miejsce, gdzie desant nastąpi. Wiedzieli to. Prawdopodobnie na podstawie informacji wywiadowczych”, usłyszał w odpowiedzi.

Rozmowa została opublikowana na początku sierpnia, dwa tygodnie później „Washington Post” wypuścił doskonały tekst pt.: „Droga ku wojnie”, rekonstruujący zdarzenia, jakie miały miejsce od późnego lata 2021 roku, aż po pierwsze chwile rosyjskiej inwazji. Dziennikarze rozmawiali z przedstawicielami dyplomacji i służb specjalnych, przede wszystkim z USA, ale też z innych zachodnich krajów. No i z Ukrainy. Kreml spotkań z reporterami odmówił, co w sumie nie dziwi, zważywszy na fakt, że tekst po całości obnaża cyniczną grę rosji, której władze tylko udawały, że chciałyby rozwiązań dyplomatycznych. Moskwa parła ku wojnie, wbrew swoim intencjom – i to jest istota tego tekstu – pozostając niemal całkowicie transparentna dla amerykańskiego wywiadu. Waszyngton wiedział, co się dzieje, czerpiąc informacje zarówno z samych szczytów rosyjskiej władzy, jak i z poziomu pojedynczych oddziałów skoncentrowanych przy granicy z Ukrainą.

Ta przejrzystość rosji to absolutny fenomen w dziejach zakulisowych rozgrywek. Temat warty oddzielnego postu, dziś bowiem chciałbym się skupić na czym innym.

„(…) 12 stycznia Burns (dyrektor CIA William Burns – dop. MO) spotkał się w Kijowie z Zełenskim i przedstawił szczerą ocenę sytuacji. Obraz wywiadowczy wyklarował się do tego stopnia, że było już oczywiste, iż Rosja planowała uderzyć na Kijów i zdekapitować rząd centralny. Stany Zjednoczone znały kluczowe elementy planowanej bitwy: Rosja zamierzała desantować swoje siły na lotnisku w Hostomelu, na przedmieściach stolicy, gdzie pasy startowe mogły pomieścić ogromne transportowce przewożące żołnierzy i broń. Tam miał się rozpocząć atak na Kijów”, czytamy we wspomnianym tekście w „Washington Post”.

Dyplomacja USA dawała rosjanom do zrozumienia, że zna ich zamiary (oczywiście, bez szczegółów, ale w takiej sytuacji należy założyć, że przeciwnik wie dużo). Ukraińcy przerzucili pod Hostomel część swoich sił, co nie mogło ujść uwadze rosyjskiemu rozpoznaniu. A mimo to rankiem 24 lutego elitarne oddziały wojsk powietrznodesantowych (WDW) rzucono do walki o lotnisko. Ukraińcy zgotowali desantnikom krwawą łaźnię – dziesiątkując tym samym elitę rosyjskiej armii. Operacja, która miała dowieść kunsztu atakujących, skończyła się spektakularną klapą. Niewykluczone, że przesądziła o porażce rosjan na tym etapie wojny. A przecież wcale tak być nie musiało. Istnieje dość przesłanek, by sądzić, że komuś na Kremlu powinny zapalić się wszystkie czerwone lampki. W obliczu podejrzenia infiltracji plany inwazji należało skorygować, tymczasem – wiele na to wskazuje – rosjanie albo tego nie zrobili, albo postanowili zagrać va banque. Zdaje się, że wojsku nie dano możliwości wyboru. „(…) Wywiad USA ustalił, że plany wojenne Kremla nie trafiały do dowódców na polu bitwy, którzy mieli je zrealizować. Oficerowie nie znali rozkazów. Żołnierze pojawiali się na granicy, nie rozumiejąc, że idą na wojnę. Niektórzy analitycy rządu USA byli zdezorientowani tym brakiem komunikacji w rosyjskim wojsku”, piszą autorzy „Drogi ku wojnie”.

Gdy rozkazy już dotarły, skończyło się, jak skończyło. „(…) Przedstawiciele zachodnich wywiadów – patrząc wstecz na to, co okazało się chaotycznym atakiem na Kijów – przyznają, że przecenili skuteczność rosyjskiego wojska. ‘Założyliśmy, że zaatakują kraj w taki sam sposób, w jaki my byśmy to zrobili’ – powiedział jeden z brytyjskich urzędników”, cytuje „Washington Post”.

A teraz do sedna.

W weekend ze stanowiskiem wiceministra obrony federacji rosyjskiej pożegnał się odpowiedzialny za logistykę gen. Dmitrij Bułhakow. Zastąpił go gen. Michaił Mizincew, znany jako „Rzeźnik Mariupola”. Trudno powiedzieć, czy Mizincew spełni się na nowej posadzie, w każdym razie jego poprzednik poleciał za nieumiejętnie przeprowadzoną mobilizację. Po trzech dniach widać, że chaos mobilizacyjny trwa w najlepsze, a Bułhakow został rzucony na pożarcie w roli kozła ofiarnego.

Jest bowiem tak źle, że nawet w kraju, w którym kanały komunikacji zostały mocno ograniczone i poddane ostrej cenzurze, nie sposób ukryć toczącego się dramatu.

Oto kilka jego aktów (w oparciu o ogólnodostępne filmiki):

– „Armia rosyjska daje mundur i uzbrojenie, a resztę musicie załatwić sobie sami: śpiwór, matę turystyczną, podstawowe medykamenty, opaskę uciskową. Tę ostatnia znajdziecie w apteczce samochodowej. W torebce dziewczyny z kolei będą damskie podpaski i tampony. Bierzcie, bo przydadzą się wam do butów, gdy zamokną, i do zatykania ran postrzałowych”, mówi świeżo przybyłym poborowym rosyjska pani sierżant.

– Z tym uzbrojeniem bywa kłopot, bo do rąk żołnierzy trafiają pordzewiałe (źle przechowywane), rozklekotane kałasze. „Po co ci karabin, jesteś czołgistą”, relacjonuje słowa magazyniera świeżo obdarzony sprzętem żołnierz. A na zdjęciach wykonanych na węźle kolejowym w Irkucku oglądamy eszelon z 60-letnimi ciężarówkami, jadącymi na front. „Siła rdzy”, drwią internauci.

– Od czasu ogłoszenia częściowej mobilizacji z Rosji wyjechało ponad 261 tys. osób, podaje „Nowaja Gazieta”, powołując się na źródła w administracji putina. Jak dodaje, rosyjskie władze rozważają zamknięcie granic. Opublikowane dziś zdjęcia satelitarne pokazują sznury samochodów i nieprzebrane tłumy rosjan przy przejściach granicznych z Gruzją i Mongolią; exodus trwa w najlepsze.

– W obwodzie swierdłowskim na Uralu na wojnę z Ukrainą zmobilizowano 59-letniego chirurga. Lekarz Wiktor Djaczok nie widzi na jedno oko, ma problemy ze słuchem i cierpi na raka skóry. Choroby mężczyzny czynią go niezdolnym do służby, ale komisja wojskowa to zignorowała. „Sztuka jest sztuka”, cytat z „Krola” sam ciśnie się na usta.

– Osoby, które zmobilizowano w Rosji na wojnę z Ukrainą omyłkowo, mają wrócić do domów, oświadczył Ajsen Nikołajew, przywódca leżącej na wschodzie Syberii Jakucji. Dodał, że dotyczy to np. wielodzietnych ojców. „Są przypadki mobilizacji obywateli, którzy nie powinni być wcielani do wojska. Na przykład przypadki wezwań wielodzietnych ojców, którzy mają czworo i więcej dzieci poniżej 16. roku życia”, napisał na Telegramie. „Wszyscy, którzy zostali zmobilizowani przez pomyłkę, powinni wrócić. Te działania już się zaczęły”, zaznaczył.

– „A ja mobilizacji przeprowadzał nie będę”, zapewnia Razman Kadyrow. „Czeczenia wypełniła plan poboru w 254 procentach”, wylicza.

– W sąsiednim Dagestanie zaczęły się siłowe przepychanki, po tym, jak tysiące ludzi – przede wszystkim kobiet – wyszło protestować przeciw mobilizacji. Protest się rozkręca, a ktoś tam w federalnej administracji wpadł na pomysł, by do jego zduszenia posłać Rosgwardię z Czeczenii. Jak się Czeczeni z Dagestańczykami wezmą za łby, to Kaukaz znów zapłonie – zdaje się, że tego scenariusza nie wzięto pod uwagę (a może wzięto?).

– Wczoraj w komisji poborowej w Ust-Ilimsku 25-letni Rusłan Zinin zastrzelił dowódcę wojenkomatu. „Wolę iść do więzienia niż na wojnę”, przyznał tuż po zatrzymaniu.

– W sieci co rusz pojawiają się kolejne filmiki, z których wynika, że docierający do jednostek poborowi zwykle są zalani w sztok. Wódka ma tu funkcjonalny charakter; na trzeźwo chłopcy pewnie by tak chętnie nie pakowali się do koszar. „Zabawa się skończyła, od teraz jesteście żołnierzami!”, drze się na potężnie skacowanych mężczyzn jakiś podoficer. Ot, sedno całej sytuacji.

– Na innym filmiku widzimy budynek koszarowy wytrzebiony z wszystkich instalacji. Wygląda to jak obiekt w rozbiórce albo budynek przeznaczony do generalnego remontu. „Tak nas zakwaterowali”, śmieje się mężczyzna, autor materiału.

– Uśmiecha się gen. Walery Załużny, dowódca naczelny Ukraińskich Sił Zbrojny. „Zniszczyliśmy zawodową armię rosyjską, zniszczymy i tę z poboru”, zapowiada.

– Proces niszczenia już się zaczął. Wbrew twierdzeniom putina i szojgu, nowo powołani żołnierze nie przechodzą żadnych szkoleń przygotowawczych/zgrywających. Od razu wysyłani są na front jako uzupełnienie wykrwawionych oddziałów. W ostatnich dniach rosyjskie straty wzrosły 2-3-krotnie i sięgają 500-600 zabitych dziennie. To już nie jest wojna, to zbiorowe samobójstwo.

Przykładów obnażających prawdziwe oblicze mobilizacji jest oczywiście co niemiara – bez trudu je znajdziecie. Pozwoliłem sobie wymienić kilka, by tym sposobem zilustrować wnioski, o jakich mówią rozmówcy „Washington Post”. A jakie należy rozciągnąć nie tylko na wydarzenia już historyczne, ale i na to, co dzieje się obecnie, i co jeszcze się wydarzy. Na armię rosyjską nie wolno patrzeć tak, jak na armie zachodnie. A na rosję tak, jak na inne kraje. To odmienny świat, odmienna filozofia funkcjonowania. Istny Mordor – obdarty z humanitaryzmu, choć funkcjonalnie niewydolny, to silny masą. Pchany bezwzględnością dowództwa i władzy – do czasu aż rozpieprzy się na jakimś murze. Oby ten ukraiński nie skruszał.

—–

Nz. Zwycięstwo „Z”eków? Na tak postawione pytanie może być tylko jedna odpowiedź…/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Potrzask

Niemal trzy miesiące po rozpoczęciu „operacji specjalnej” w Ukrainie, rosyjski prezydent może świętować… zdobycie Mariupola, średniej wielkości miasta nad Morzem Azowskim. Nosz k…, pogratulować…

Tak, wyzłośliwiam się. Zachwyt rosyjskiej propagandy mnie nie dziwi – raczej śmieszy i sprawia, że kręcę głową z politowaniem. Ale do szewskiej pasji doprowadzają mnie zachwyty rodzimych użytecznych idiotów i sowieciarzy, piszących o „wielkim sukcesie armii rosyjskiej”, uwaga! – „celowo przemilczanym przez polskie media”. Mój boże, co trzeba mieć we łbie, żeby opowiadać takie bzdury?

Wrócę do sprawy Mariupola – na razie mam za mało danych, by napisać o okolicznościach upadku Azowstalu. Prawdę mówiąc, wcale nie jestem pewien, czy już możemy mówić o „całkowitym wygaszeniu oporu”…

Dziś chciałbym wrócić do kwestii rozszerzenia NATO – zwłaszcza że Szwecja i Finlandia oficjalnie złożyły akces do Sojuszu. Czy Moskwa może coś z tym zrobić (wczoraj pisałem, że na obstrukcję Turcji Putin nie ma co liczyć)? Rosjanie mogliby wrócić do twardej retoryki, idąc ścieżką atomowego szantażu. Zarówno Helsinki, jak i Sztokholm biorą na poważnie ryzyko takich gróźb. W obu stolicach jest oczywiste, że na okres przejściowy – od oficjalnego złożenia akcesu, po formalne członkostwo – Szwecja i Finlandia potrzebują nuklearnych gwarancji bezpieczeństwa. Waszyngton gotów jest je złożyć (oficjalnie; nieoficjalnie już zostały złożone), otwartą pozostaje kwestia, czy przyłączą się do nich Londyn i Paryż. Zapowiedź rychłej riposty unieważni ewentualne rosyjskie pohukiwania, wiadomo bowiem, że Moskwa nie zaryzykuje wymiany atomowych ciosów z Zachodem.

A czy byłaby w stanie dokonać konwencjonalnego ataku prewencyjnego? Wspominam o tym, gdyż część specjalistów od wojskowości uznaje, że jest to prawdopodobne – w nikłym zakresie, ale jest. W mojej ocenie, to dywagacje z poziomu political/war-fiction, bo Rosja nie ma siły na takie działania. Atak na Finlandię wymagałby zgromadzenia wojsk inwazyjnych co najmniej tak dużych, jak w przypadku Ukrainy – co właściwie kończy dyskusję (no bo co z Ukrainą i jak w przyśpieszonym tempie odtworzyć zdolność bojową poturbowanych tam oddziałów?). A przecież taka koncentracja nie uszłaby uwadze NATO. Co więcej, armia fińska od dekad sposobi się do odparcia inwazji ze wschodu – i jest do tego naprawdę nieźle przygotowana. Pokonać ją byłoby Rosjanom trudno, za cenę straszliwych strat. Już dziś ubytek 30 tys. wojskowych, poległych i rannych dotąd w Ukrainie, stanowi dla dowództwa rosyjskiej armii ogromne wyzwanie. Pokazuje, jak krótką „kołderką kadrową” – mimo nominalnie wysokich stanów osobowych – dysponuje wojsko Putina.

Owa kołderka staje na przeszkodzie do realizacji innego pomysłu na atak prewencyjny – zajęcia Gotlandii. Ta należąca do Szwecji wyspa, z uwagi na położenie, ma niebagatelne strategiczne znaczenie. Jej zdobycie pozwoliłoby Rosji zniwelować znaczną część skutków wstąpienia Szwecji i Finlandii do NATO. Byłby to taki rosyjski lotniskowiec w samym środku Bałtyku i jeśliby go wyposażyć w odpowiednie systemy ofensywne i defensywne, ciążyłby sojusznikom niczym kula u nogi. Tyle teorii, czas na realia. Desant w wykonaniu wojsk powietrznodesantowych Federacji jest w tej chwili właściwie niemożliwy. WDW zostały boleśnie wykrwawione w Ukrainie, proces odbudowy ich zdolności bojowych zajmie 2-3 lata. Desant morski jest jeszcze mniej prawdopodobny, bo gros okrętów desantowych Rosjanie wysłali na Morze Czarne (wszystkie najważniejsze jednostki zdolne do przeprowadzenia takiej operacji). „Bosforski korek” – przez który wiedzie droga powrotna na Bałtyk – dzierży w dłoni Turcja, a i desantowców w międzyczasie ubyło, po spektakularnym ukraińskim ataku rakietowym na port w Berdiańsku.

Może się więc Moskwa zżymać, ale nie zostaje jej nic innego, jak pogodzić się ze skutkami natowskiego akcesu Szwecji i Finlandii. A te będą katastrofalne. Dziś rosyjsko-fińskiej granicy strzeże jedna brygada regularnego wojska, wkrótce te siły trzeba będzie zwiększyć kilkukrotnie (Rosja naprawdę traktuje NATO jako zagrożenie…). I wyposażyć je we wszystko, co w armii rosyjskiej najlepsze – mimo „krótkiej kołderki”. W pożałowania godnej sytuacji znajdzie się flota bałtycka. Zatoka Fińska – „okno na świat” największego zgrupowania floty – stanie się szlakiem żeglugowym z obu stron kontrolowanym przez państwa NATO. W razie konfrontacji Rosjanie nie wyjdą stamtąd na otwarty akwen, bo ich okręty zostaną zniszczone przez nadbrzeżne wyrzutnie rakiet, ba, zagrożenie stworzy nawet zwykła artyleria, rozlokowana na fińskim i estońskim brzegu. Gdyby jakimś cudem któraś jednostka się przedarła, u ujścia zatoki natknie się na miny. Ten archaiczny zdawałoby się rodzaj broni, wciąż znajduje szerokie zastosowanie w wojnie morskiej. W ostatniej jej odsłonie, na Morzu Czarnym, przyczynił się do blokady ukraińskich portów z jednej strony, i do uniemożliwienia Rosjanom desantu z drugiej. Obaj przeciwnicy postawili własne miny, w efekcie Ukraina cierpi gospodarczo, bo nie wysyła morzem zboża, Rosja zaś dotąd nie zdobyła Odessy, co w istotnym stopniu odpowiada za niepomyślny przebieg „operacji specjalnej”. Na Bałtyku miny zamknęłyby rosyjską flotę w potrzasku, a rozstawienie ich nie nastręczałoby natowskim marynarkom większych kłopotów.

Oczywiście, Rosja ma jeszcze porty w okręgu kaliningradzkim – a z nich wyjście na otwarty akwen. Tyle że i na północy, i na południu znajdują się kraje NATO. Silna obrona antyrakietowa i przeciwlotnicza częściowo zniwelowałaby problem. Specjaliści mówią w takim kontekście o „bąblu antydostępowym”, parasolu chroniącym okręty i naziemną infrastrukturę. Systemy przeciwlotnicze to perła w koronie armii i zbrojeniówki FR, ale także w tym przypadku wojna w Ukrainie obnażyła rzeczywiste możliwości rosyjskiego sprzętu. O jego jakości najlepiej świadczy fakt, że po trzech miesiącach od rozpoczęcia inwazji, ukraińskie lotnictwo wciąż ma się nieźle i dziesiątkuje rosyjskie oddziały, którym na froncie towarzyszy cała gama przeciwlotniczych środków odstraszania. Wracając zaś do Bałtyku – gdy stanie się „natowskim jeziorem”, możliwości operacyjne zachodnich lotnictw tylko się zwiększą.

Więc znów mam ochotę zacytować klasyka, Putinowi, w twarz. „Miałeś chamie złoty róg, (…) ostał ci się jeno sznur”.

—–

Nz. Żołnierz armii fińskiej podczas ćwiczeń/fot. Ministrostwo Obrony Finlandii

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dziadek

Dobrze poinformowane ptaszki ćwierkają o postawieniu w najwyższy stopień gotowości bojowej moskiewskiej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Nie wiem, czy ma to związek z jutrzejszą paradą i jej rutynowym zabezpieczeniem.

Wiem, że od czasu słynnego lotu Mathiasa Rusta, radziecka, a później rosyjska obrona przeciwlotnicza wielokrotnie stawiana była na nogi. W maju 1987 roku niemiecki nastolatek bezczelnie wylądował sowietom 100 metrów od placu Czerwonego, wcześniej pokonując kilkaset kilometrów przestrzeni powietrznej ZSRR. Wbrew potocznym przekonaniom, Ruskie widziały jego awionetkę, posłały nawet w jej stronę samoloty bojowe. Ale paraliż decyzyjny sprawił, że intruza nie zestrzelono. Policzek wymierzony wielkiej radzieckiej armii był siarczysty, a przekonanie lokatorów Kremla – że Moskwa ma najlepszą obronę przeciwlotniczą na świecie – zostało poważnie nadwątlone. I stąd obsesyjne wręcz alarmy i stany gotowości, którymi musztrowano wojsko od Gorbaczowa po Putina.

Czyżby kremlowscy znowu poczuli potrzebę upewnienia się, że nic im na łeb nie spadnie? Ukraińcy im niegroźni – możliwości ukraińskich sił zbrojnych w zakresie ataku na Moskwę są bliskie zeru. Co innego kozackie wypady na przygraniczny Biełgorod, co innego głęboka penetracja rosyjskiej przestrzeni. Może więc chodzi o NATO? Jeśli tak, mamy do czynienia z przejawem paranoicznych lęków moskiewskich elit władzy. A najpewniej samego Putina, którego Ukraińcy nazywają pogardliwe „dziadkiem z bunkra”. Słusznie, bo rosyjski prezydent okazał się tchórzem, który po 24 lutego zaszył się w rządowych kompleksach. W tej sytuacji zasadnym pozostaje pytanie, kogo zobaczymy jutro na placu Czerwonym – Putina czy jego sobowtóra?

A na zdjęciu sytuacja taktyczna wokół Wężowej Wyspy. Obrazek już trochę nieaktualny, bo wczoraj poszedł na dno kolejny rosyjski okręt (niewielka jednostka desantowa). Dla porządku odnotujmy, że ruski garnizon został wieczorem zbombardowany przez dwa ukraińskie samoloty, a orkowy śmigłowiec z uzupełnieniem poszedł z dymem, trafiony przez bayraktara (podczas wyładunku, więc przy tej okazji skrócono żywoty kolejnym wojakom z WDW)…

Postaw mi kawę na buycoffee.to