Archiwa tagu: Wehrmacht

Pojednanie?

Dziś przypada 77. rocznica zakończenia bitwy o Monte Cassino. Przy tej okazji, kilka lat temu, pisałem o sąsiedzie z kamienicy, w której mieszkałem jako dziecko i młodzieniec. W czasie II wojny światowej został on, jak wielu torunian, wcielony do Wehrmachtu i jak co najmniej kilkuset innych rodaków, trafił na Monte Cassino. Brał udział w walkach, strzelał do swoich, bo musiał – i nie chodziło jedynie o los rodziny, będącej „w zastawie” (której, gdyby zdezerterował, groziło zesłanie do obozu). Kto raz znalazł się w potrzasku bitwy, ten dobrze wie, że nade wszystko działa tam zasada „ja albo on”. Wzajemne mordowanie na okołoklasztornych wzgórzach miało charakter przemysłowy, a o życiu i śmierci decydowały ułamki sekund, szczęście i refleks. Na dopytywanie się, kto jest kim, zwykle nie było czasu. A skoro „tamci” strzelali, „ci” nie mieli wyjścia. W efekcie, Polacy leżą zarówno na polskim, jak i na niemieckim cmentarzu w pobliżu miejsca bitwy. Są pośród nich dwaj rodzeni bracia – jeden spoczywa u Niemców, drugi u Polaków. Nie da się wykluczyć, że strzelali do siebie…

Wracając do sedna – jakiś czas po publikacji postu skontaktowała się ze mną dawna sąsiadka i dopowiedziała historię naszego gospodarza. Okazało się – rzecz zdawać by się mogło nieprawdopodobna – że mieszkał drzwi w drzwi z innym weteranem bojów o klasztor, z tymże ten drugi walczył w korpusie Andersa. Z dzieciństwa pamiętam, że panowie nie darzyli się szczególną sympatią. Że owszem, zachowywali się wobec siebie grzecznie, ale o żadnej typowej dla tamtych czasów fraternizacji mowy nie było. Zdaniem mojej rozmówczyni, winna była wojna. Zadawniony uraz, choć po powrocie do domu ani jeden, ani drugi nie mieli lekko, o co dbała specyficznie pryncypialna komuna (ja, naiwny, sądziłem, że chodziło o zazdrość; „andersowiec” miał bowiem jedyny w kamienicy samochód – najpierw piękną warszawę, a później dużego fiata, którymi jeździł na taksówce. Niech mi zatem duch pana-stróża wybaczy te małostkowe podejrzenia).

Ale – i właśnie o tym opowiedziała mi sąsiadka – każdego roku 18 maja panowie szli razem pod gołębnik i siadali na pieńkach, w miejscu niedostępnym z okien kamienicy. Wyciągali małą butelkę wódki (Babcia mówiła na taką „kwatyrka” – chodzi o odpowiednik dzisiejszej „małpki”) i rozpijali ją z gwinta. Milczeli, każdy zajęty swoimi myślami. A jednak byli razem – i tak przez kilkadziesiąt lat. Po wszystkim znów wracali do chłodnej uprzejmości, zdawkowego „dzień dobry” i bieżących spraw załatwianych przez żony.

Czy było to pojednanie? Nie mam pojęcia. Na pewno obydwaj robili coś, co zwyczajnie mi imponuje. I co warte jest tego, by o tym wspominać.

—–

Nz. Szturm na klasztor/fot. Domena publiczna

Wrzesień

Nieuchronność klęski we wrześniu 1939 roku jest dla nas oczywistością. Lecz wywodzimy ją, zwykle, z fałszywych przesłanek, mitów i historycznych przekłamań. Że wojsko słabe i przestarzałe, że cofało się w popłochu, że w wymiarze taktycznym stać nas było jedynie na szaleńcze zrywy – jak choćby kawaleryjskie szarże – tyleż odważne, co głupie i najczęściej nieskuteczne. I że dla Niemców kampania wrześniowa to był spacerek.

A figa z makiem – chciałoby się rzec. Przewaga Niemiec była znaczna, w starciu jeden na jednego ostatecznie dałaby im zwycięstwo. Ale nie wynikałoby ono z jakiejś totalnej technologicznej asymetrii, gdyż Wojsko Polskie było armią względnie nowoczesną i liczną. Ponadto posiadało kadrę oficerską niższego i średniego szczebla, która znała się na wojskowym rzemiośle. I bitnego, dobrze zmotywowanego żołnierza. Niemcy przekonywali się o tym raz zarazem, bo nawet w odwrocie Polacy potrafili kąsać wyjątkowo boleśnie. Co po pięciu tygodniach kampanii sprawiło, że Wehrmacht potrzebował ponad sześciu miesięcy, by znów stanąć na nogi.

Co zatem zawiodło? Przede wszystkim sojusznicy. Niemcy były do pokonania – wspólnym wysiłkiem Polski, Francji i Wielkiej Brytanii. Niestety, 12 września, podczas konferencji w Abbeville, Francuzi i Brytyjczycy ustalili, że nie będą kontynuować działań ofensywnych wobec Rzeszy. To wówczas skazano Rzeczpospolitą na rychłą przegraną. Ostateczny cios przyszedł 17 września, gdy do agresji włączył się Związek Radziecki.

Ale Stalin wcale się nie śpieszył z wejściem na tereny Rzeczpospolitej. A gdy już wszedł, Polakom wystarczyłaby jedna czwarta przedwojennego potencjału WP, by na długie tygodnie zaryglować wschodnie wrota – tak podłej jakości były wyczerpane czystkami i uzbrojone w zawodny sprzęt oddziały armii czerwonej. Niemcom z kolei nie udało się w pierwszym tygodniu wojny zamknąć w kleszczach i zniszczyć najważniejszych jednostek Wojska Polskiego po zachodniej stronie Wisły. Fall Weisse – plan ataku na Rzeczpospolitą – już po kilku dniach ofensywy należało skorygować. W Polsce – wbrew utartym mitom – wcale nie było Blitzkriegu (choć czołgi i lotnictwo, rzecz jasna, odegrały w tej kampanii istotną rolę).

Skoro więc było tak „dobrze”, to dlaczego było tak źle? Odpowiedź na to pytanie przynosi książka Kacpra Śledzińskiego „Potop’39”.

Dawno nie czytałem tak dobrze napisanej rozprawy historycznej. Mniejsza jednak o walory literackie – skupmy się na przytaczanych faktach. Gdy czyta się opisywane wydarzenia, dominującym jest wrażenie „ślepoty i głuchoty”, w jakiej funkcjonowali polscy dowódcy batalionów, pułków, brygad, dywizji, a nawet całych (!) armii. Szybko zawalił się system łączności, „świadomość operacyjną” zyskiwali nasi oficerowie zwykle wedle jednego schematu – rozpoznania bojem, co często wiązało się z licznymi stratami. Decydowano się też na szaleńcze eskapady – nie tylko gońców, ale i samych dowódców – w poszukiwaniu sztabów współpracujących czy podległych jednostek. Generał szukał generała, włócząc się po terenach, na których mógł się czaić nieprzyjaciel…

W takich warunkach konieczna była improwizacja, dla której z kolei niezbędnym warunkiem byłaby znajomość planów obronnych naczelnego dowództwa. I tu dochodzimy do sedna – dowódcy poszczególnych armii nie znali szczegółów założeń Planu Z.! Rydz Śmigły zazdrośnie strzegł tej wiedzy, dopuszczając do niej wyłącznie najbliższych współpracowników. Mało tego, po kilku dniach wojny dał nogę z Warszawy – wówczas całkiem jeszcze bezpiecznej – przenosząc się do Brześcia, zupełnie nieprzygotowanego do przyjęcia i obsługi naczelnego dowództwa. Kontakt z marszałkiem właściwie został zerwany, dowódcy armii uzyskiwali jego odpowiedzi często dopiero po kilkunastu godzinach. Jak w takiej sytuacji dowodzić niemal milionowym wojskiem i to w warunkach mobilnej kampanii, w której sytuacja zmieniała się z godziny na godzinę?

Ano właśnie. A Śmigły nie tylko się odciął. On wciąż miał swoje idee fixe związane z kierunkami obrony i ani myślał ustępować z wpływu na kolejne nominacje kadrowe. Gdy ceną rozgrywki był los kraju, on dawał szanse skompromitowanym oficerom (przykład generała Juliusza Rómmla, który porzucił swoich żołnierzy) i nie dopuszczał do dowodzenia znacznie bardziej uzdolnionych strategów, jak Sikorski czy Sosnkowski (temu drugiemu ostatecznie powierzył ważną funkcję, w sytuacji, w której nie było już ratunku dla pobitej armii). Zaś na koniec prysł do Rumunii, gdzie – gdy w Polsce jeszcze tliły się ogniska oporu – zajął się malowaniem obrazów.

Reasumując, nie można zwalać winy za wrześniową porażkę wyłącznie na niesłownych aliantów i złych sowietów. Indolencja najwyższego dowództwa naszej armii odegrała tu bowiem niebagatelną rolę – i to jest główny wniosek, jaki płynie z książki Śledzińskiego.

Żołnierz, jak zwykle, robił, co mógł. Dość powiedzieć, że niemal dwie trzecie polskich strat – wynoszących ogółem 55 tys. zabitych i 100 tys. rannych żołnierzy – było efektem działalności niemieckiego lotnictwa. Gdy porównany resztę – powstałą w wyniku bezpośrednich walk – ze stratami niemieckimi (17 tys. zabitych, 36 tys. rannych), wyjdzie nam równorzędny pojedynek, w którym każdy przyjęty cios równał się ciosowi wymierzonemu. Najsilniejszej wówczas armii świata…

kacper

—–

Fot. główne: Obsługa przeciwlotniczego karabinu maszynowego, Warszawa, wrzesień 1939/fot. domena publiczna

Fot. powyżej: Okładka książki Kacpra Śledzińskiego.

„Maciek”

Podczas niedawnej dyskusji na temat Kuklińskiego, jeden z internautów zapytał mnie, jak oceniłbym Polaków wcielonych do Wehrmachtu, którzy zdezerterowali do polskich oddziałów na  Zachodzie. „Uznałby ich pan za zdrajców?” – prowokował młody człowiek.

Odpowiedziałem, że nie da się porównać ludowego Wojska Polskiego z Wehrmachtem (wiedza, wiedza, wiedza!), że w dezerterach nie widziałbym zdrajców, oraz że miałem w rodzinie krewnych, którzy dokonali takiego czynu. Co między moimi bliskimi uchodziło za powód do dumy.

Na tym skończyłem ów wątek, ale dziś chciałbym go pociągnąć.

Jednym ze wspomnianych krewnych był brat mojej Babci. Gdy byłem wczesnym nastolatkiem, poznałem trochę szczegółów na temat jego ucieczki z armii niemieckiej – w szeregi której, jak wielu Pomorzaków, został przymusowo wcielony – do oddziałów Maczka.

Wuj, wówczas już bardzo schorowany, opowiadał o tym niechętnie. A w pewnym momencie zupełnie się zablokował. Aby zdezerterować – razem z jeszcze jednym Polakiem – musieli zabić trzech swoich kolegów, etnicznych Niemców. Brat Babci nawet po latach miał z tego powodu poczucie winy.

Nie rozumiałem tego.

– Przecież zabili Niemców – stwierdziłem.

– A Maćka byś zastrzelił? – spytała wówczas Babcia, mając na myśli mojego podwórkowego kompana.

– No jakby był Niemcem, to tak – odparłem. O ile dobrze pamiętam to zdarzenie, byłem wtedy całkowicie pewien swojej deklaracji.

Dziś nie wiem, czy zastrzeliłbym Maćka („Maćka”). Bo świat wcale nie jest czarno-biały. A kluczem do zrozumienia losów uwikłanych w szarą strefę ludzi, nie jest bezkompromisowość. Kluczem jest empatia. W takim dniu jak ten warto o tym pamiętać. Pod większością mogił obcych żołnierzy – a tych w Polsce przecież nie brakuje – nie spoczywają szczątki wojennych przestępców. Ci chłopcy również zasługują na swój znicz.

—–

Ceremonia pożegnania poległego w Afganistanie amerykańskiego żołnierza, zdjęcie ilustracyjne/fot. Adam Roik, Combat Camera