Trauma

W Wietnamie służyło około 2,7 mln Amerykanów, w większości 19-letnich chłopców, wcielonych do armii w ramach poboru. Przez lata sądzono, że ich powrót na łono społeczeństwa odbywa się w sposób harmonijny. Ot, kolejne pokolenie z epizodem wojennym w życiorysach. Coś jednak było nie tak…

Gdy w latach 80. przeprowadzono National Vietnam Veterans Readjustment Study (NVVRS) – pierwsze szeroko zakrojone badanie epidemiologiczne weteranów – wyniki okazały się szokujące. 15% badanych doświadczało aktualnych objawów zespołu stresu pourazowego, a blisko 30% miało je w którymś momencie życia. W liczbach bezwzględnych oznaczało to setki tysięcy ludzi – nawet do 830 tys. przypadków chronicznego PTSD.

Jeszcze bardziej poruszające są inne dane. Choć brak jednego, w pełni wiarygodnego rejestru, wiele analiz – opartych m.in. na statystykach Departamentu ds. Weteranów (U.S. Department of Veterans Affairs, VA) i badaniach epidemiologicznych – wskazuje, że liczba samobójstw weteranów Wietnamu mogła przekroczyć 100 tys., a według niektórych szacunków sięgać nawet 150 tys. Oznaczałoby to, że więcej żołnierzy odebrało sobie życie po powrocie, niż zginęło w samej wojnie, gdzie amerykańskie straty wyniosły około 58 tys. poległych.

Jak zauważa psychiatra Robert Jay Lifton, jeden z pionierów badań nad doświadczeniem wietnamskim, „dla wielu z tych ludzi wojna nie była wydarzeniem z przeszłości – była stanem, który trwał”.

Dlaczego Wietnam „produkował” traumę?

Skala problemów psychicznych wśród weteranów wynikała w dużej mierze ze specyfiki samego konfliktu. W Wietnamie nie dało się wyznaczyć wyraźnej linii frontu. Zagrożenie było wszechobecne i permanentne. Wróg pozostawał niewidoczny – mógł kryć się zarówno w dżungli, jak i wśród cywilów. Patrol, który jednego dnia przebiegał spokojnie, następnego mógł zakończyć się zasadzką. Jak podkreślał Jonathan Shay – autor książki „Achilles in Vietnam” (1994) – jednym z kluczowych czynników traumatyzujących jest „ciągłe oczekiwanie śmierci, bez możliwości przewidzenia, skąd nadejdzie zagrożenie”. Tego rodzaju permanentna czujność prowadzi do głębokiego przeciążenia układu nerwowego i utrwala reakcje stresowe, które nie wygasają po zakończeniu służby.

Istotnym elementem była również organizacja służby. Amerykańscy żołnierze trafiali do Wietnamu na 12-miesięczne tury, po czym wracali do kraju – często indywidualnie, bez swojej jednostki. Ten system miał swoje zalety logistyczne, ale z psychologicznego punktu widzenia okazał się katastrofalny. Rozbijał więzi w oddziałach, które w innych konfliktach stanowiły podstawowy mechanizm radzenia sobie ze stresem. Jednocześnie uniemożliwiał symboliczne „zamknięcie” doświadczenia wojny. „Jednostka nie wracała razem – rozpadała się jeszcze przed powrotem do domu”, zauważał Shay. W efekcie żołnierz pozostawał sam ze swoim doświadczeniem, pozbawiony wsparcia tych, którzy przeżyli to samo.

Jednym z najbardziej charakterystycznych – i najbardziej destrukcyjnych – aspektów wojny była jej moralna ambiwalencja. W przeciwieństwie do II wojny światowej, która była postrzegana jako konflikt „słuszny”, Wietnam od początku budził kontrowersje. Żołnierze wielokrotnie uczestniczyli w działaniach trudnych do pogodzenia z własnym systemem wartości. Najbardziej znanym przykładem pozostaje masakra w Mỹ Lai, gdzie amerykańscy żołnierze zamordowali setki cywilów. Jak pisał Robert Jay Lifton, tego rodzaju doświadczenia prowadziły do głębokiego rozdarcia wewnętrznego. „Trauma nie polega tylko na tym, co ktoś przeżył – ale także na tym, co zrobił lub czego nie zdołał powstrzymać”. To właśnie ten wymiar – dziś określany jako „moral injury” – okazywał się szczególnie trudny do przepracowania.

Jeśli sama wojna była doświadczeniem granicznym, to powrót do kraju często pogłębiał problem. Weterani wracali do społeczeństwa głęboko podzielonego, w którym narastał sprzeciw wobec konfliktu. Zamiast uznania spotykali się z obojętnością, a czasem wrogością. Nie było parad zwycięstwa ani społecznego rytuału przejścia, który pozwalałby symbolicznie zamknąć doświadczenie wojny. Żołnierz, który jeszcze dzień wcześniej funkcjonował w warunkach permanentnego zagrożenia, następnego dnia znajdował się w cywilnej rzeczywistości, bez przygotowania i bez wsparcia.

Wojna, która została w środku

Jednym z najbardziej znanych świadectw traumy wietnamskiej jest historia Rona Kovica – byłego żołnierza piechoty morskiej, który w 1968 roku został ciężko ranny i sparaliżowany od pasa w dół. Jego losy spopularyzował film „Urodzony 4 lipca”. Kovic w swoich wspomnieniach opisywał poczucie winy, gniew i całkowitą utratę sensu. „Czułem, że nie mam już żadnego miejsca w tym kraju”, pisał w książce „Born on the Fourth of July”, wydanej w 1976 roku. Przez lata zmagał się z depresją i myślami samobójczymi, zanim zaangażował się w działalność antywojenną. Jego historia pokazuje, że trauma wojenna rzadko ma jeden wymiar – fizyczny i psychiczny uraz często wzajemnie się wzmacniają.

Znacznie mniej znane, ale liczniejsze, są historie anonimowych weteranów, które zebrano m.in. w badaniu NVVRS. Wielu z nich opisywało powracające obrazy walki – tzw. flashbacki – które pojawiały się nagle, często po latach od zakończenia służby. „Czuję zapach dżungli, słyszę helikoptery i znowu tam jestem”, relacjonował jeden z uczestników badania. Te doświadczenia często prowadziły do izolacji społecznej. Weterani unikali kontaktów, mieli trudności z utrzymaniem pracy i relacji rodzinnych. W badaniach wskazywano wyraźny związek między PTSD a nadużywaniem alkoholu i substancji psychoaktywnych – które stawały się formą samoleczenia.

W wielu przypadkach trauma przekładała się także na przemoc w życiu codziennym. Badania prowadzone w latach 80. wskazywały, że weterani z objawami PTSD byli istotnie bardziej narażeni na konflikty rodzinne i zachowania agresywne. Rozpady małżeństw, problemy wychowawcze i przemoc domowa stawały się częścią szerszego obrazu społecznych konsekwencji wojny.

Trauma weteranów szybko stała się fizycznie widoczna – szacuje się, że w latach 80. znaczną część populacji bezdomnych w USA stanowili weterani, w tym duża grupa uczestników wojny wietnamskiej. Według analiz VA nawet jedna trzecia bezdomnych mężczyzn mogła mieć za sobą służbę wojskową, a wśród nich dominowali właśnie weterani Wietnamu.

Czy państwo było na nich gotowe? Albo inaczej – jak bardzo nie było przygotowane? Tego dowiecie się z dalszej części artykułu, który jest uzupełnieniem anonsowanego tu już materiału czołówkowego majowego numeru „Polski Zbrojnej”, poświęconego opiece psychologicznej w armii. Miesięcznik dostępny jest w wersji papierowej, e-wydanie – gdzie przeczytacie także inne moje teksty – znajdziecie pod tym linkiem. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Helikoptery UH-1D zabierają żołnierzy armii amerykańskiej z pola bitwy, 1966 rok/fot. sierż. James K. F. Dung, US Army/domena publiczna

Bomby…

Z prowadzonych od ponad stu lat obserwacji wynika, że stres pourazowy (PTSD) dotyka średnio jedną czwartą posłanych na wojnę mundurowych. Wiemy, że jest chorobą rozszerzoną, że jego skutki w postaci przemocy, alkoholizmu i rozpadu więzi rodzinnych, doskwierają też najbliższym żołnierza. Między 2014 a początkiem 2022 roku przez front w Donbasie przewinęło się 100 tys. rosyjskich „ochotników”, w latach 2015-24 ponad 50 tys. rosjan służyło w Syrii. W realiach pełnoskalowej wojny z Ukrainą liczba posłanych do walki dobiła do trzech milionów. Połowa wciąż służy, około dwustu tysięcy zginęło. Reszta, w tym pół miliona rannych i kontuzjowanych, wróciła do domów. Oni i ich trauma.

W lipcu 2022 roku Służba Bezpieczeństwa Ukrainy opublikowała przechwyconą rozmowę rosyjskiego żołnierza z żoną. „Nie masz pojęcia, co się tutaj dzieje. Nie wiem, jak po czymś takim mam wrócić do normalnego życia”, mówił mężczyzna. „Wiesz, ile trupów widziałem? (…) Bez głowy, bez nóg, bez tułowia”, rosjanin opowiadał o stertach ciał poległych towarzyszy. „Cholera, tak bardzo chcę wrócić do domu, to wszystko jest takie bolesne. Ale (…) nie wyobrażam sobie świata, gdzie trzeba płacić rachunki”, słychać było na nagraniu. Dalej wojskowy zapewniał, że jeśli wróci, pójdzie na cmentarz, gdzie pochowano jego babcię, „anioła stróża”. „Potem odwiedzę wszystkie kościoły”, zaklinał przyszłość rosjanin.

W potocznych wyobrażeniach o skutkach wojny na Wschodzie zwykle skupiamy się na Ukrainie i jej obywatelach. Umyka nam, że problem wojennej traumy dotknie też rosjan; już dotyka. Ocalałych z pożogi żołnierzy, ale i mieszkańców przygranicza, żyjących w cieniu wojny (lub w warunkach okupacji) i związanych z nią ryzyk. Ba, rezydentów stolicy, która wbrew buńczucznym zapowiedziom notabli wcale nie ma „najlepszej obrony przeciwlotniczej na świecie”. To kolejne – poza wojskowymi – setki tysięcy ofiar. Osobliwe dziedzictwo „geopolitycznego geniuszu” putina, które wygeneruje następne dramaty długo po tym, jak umilkną już działa. Skąd ów wniosek? Dość powiedzieć, że do 2010 roku samobójstwo popełniło 100 tys. amerykańskich weteranów wojny w Wietnamie; to niemal dwa razy tyle, ile wyniosły straty poniesione w walkach.

—–

Ale zostawmy antycypacje i skupmy się na bieżących wydarzeniach. Bodaj najtragiczniejszy wymiar wojennej traumy – poza samobójstwami – związany jest z przestępstwami popełnianymi przez weteranów, których ofiarami padają bogu ducha winni ludzie.

28-letni iwan rossomachin wrócił do wsi Nowy Burieniec w marcu 2023 roku. Od razu wszedł w zatargi z miejscową społecznością – pił, zaczepiał kobiety, lżył mężczyzn, prowokując ich do bójek. Któregoś razu, kompletnie pijany, zamordował staruszkę. 85-latka odmówiła weteranowi pieniędzy na wódkę, ten dźgnął ją więc kilkanaście razy nożem. Nożownikiem okazał się również aleksiej demeszczenko – dawny ochotnik uśmiercił tym narzędziem innego (nieznanego sobie wcześniej) gościa baru we Włodzimierzu. Niejaki siergiej klewcow, „kontraktor” spod Archangielska – po tym, jak pokłócił się z kolegą – wzniecił ogień w holu mieszkalnego bloku. W efekcie zginęła 49-letnia kobieta, a jej 7-letnie dziecko i przypadkowy mężczyzna zostali ranni. Pożar z tragiczniejszymi skutkami wywołał stanisław ionkin, inny uczestnik „spec-operacji”. W listopadzie 2022 roku 23-latek użył rakietnicy w wypełnionym po brzegi lokalu rozrywkowym w mieście Kostroma; 13 osób spaliło się żywcem.

Podpalacz został skazany na 20 lat. To łagodna kara wziąwszy pod uwagę liczbę ofiar. Szczególnie gdy zestawimy ów wyrok z piętnastoma laty odsiadki za „rozpowszechnianie fałszywych informacji o rosyjskiej armii”, czyli nazywanie specjalnej operacji wojskowej wojną i pisanie/mówienie o zbrodniach popełnianych przez żołnierzy putina. A w przypadku ionkina moskiewski sąd i tak wykazał się niemałą dozą pryncypialności, generalnie bowiem państwo rosyjskie przymyka oko na ekscesy „bohaterów z Ukrainy”. Karze ich tylko w ewidentnych sytuacjach, zabrania publicznych dyskusji o problemach wywoływanych przez weteranów. Na poziomie centralnym nie są podejmowane żadne inicjatywy, które mogłyby pomóc zbrutalizowanym mężczyznom w przejściu na pokojowe realia. Przemoc domowa zawsze była w rosji tematem marginalizowanym (co znalazło odbicie w skandalicznym ustawodawstwie, które pozwala na bezkarne pierwsze pobicie żony czy partnerki), w przypadku rodzin weteranów mamy zatem do czynienia z podwójnym systemowym zobojętnieniem.

—–

Jak wynika z ustaleń „Wiorstki” – projektu prowadzonego przez opozycyjnych dziennikarzy – od początku pełnoskalowej inwazji (do końca września br.) żołnierze, którzy wrócili do ojczyzny, popełnili co najmniej 242 morderstwa. 227 osób zostało zaś przez nich okaleczonych. W wielu przypadkach zbrodni dopuszczano się w recydywie. Tak było ze wspomnianym iwanem rossomachinem, który w 2020 roku został skazany na 14 lat więzienia za zabójstwo. rossomachin, jak co najmniej 50 tys. innych rosyjskich osadzonych, zgodził się pojechać na wojnę w zamian za obietnicę amnestii. Byli więźniowie zwykle trafiali do Grupy Wagnera, ale kilka tysięcy zostało skierowanych do regularnej armii. Co najmniej jedna trzecia z wszystkich powołanych zginęła, ale większość – po półrocznej służbie – wróciła do kraju. A mówimy o wybitnie skryminalizowanym towarzystwie, co wynikało z dwóch powodów. Po pierwsze, rzeczywistość rosyjskich kolonii karnych ma wyjątkową moc degradującą, po drugie, na wojenny kontrakt najchętniej zgadzali się sprawcy najbrutalniejszych przestępstw, za które odsiadywali najdłuższe wyroki.

Tacy ludzie są jak tykające bomby, które kiedyś w końcu wybuchną.

Ale więzienne epizody i wcześniejsza skłonność do przemocy nie dają pełnej odpowiedzi na pytanie o przyczyny kryminalnych zachowań weteranów. Brutalizacja i nawyk używania siły ugruntowane podczas wojny też nie. Źródła traumy skutkującej destrukcyjnymi zrachowaniami tkwią również w samej strukturze i specyfice rosyjskiej armii.  W socjologii wykorzystuje się pojęcie „kultura przemocy”, opisujące warunki, w których szeroko rozumiany gwałt staje się integralną częścią czyjejś codzienności. Zsocjalizowana w takich warunkach osoba, ofiara, nawykowo wchodzi w rolę oprawcy, gdy ujawnią się ku temu odpowiednie możliwości. Świadomi tego uniwersalnego mechanizmu, przyjrzyjmy się stosunkom społecznym panującym w rosyjskiej armii.

—–

Historia tej formacji to pasmo przemocy stosowanej także przez jednych żołnierzy wobec innych. Diedowszczyna – odpowiednik naszej „fali” z czasów zasadniczej służby wojskowej – była w rosyjskim wojsku obecna już wcześniej, lecz na dobre rozgościła się w garnizonach dopiero w czasach Sowietu. Koszarowa przemoc – jakkolwiek brutalna – miała także funkcjonalny wymiar: wojsko pilnowało się samo. Nie zwalczano jej zatem nadmiernie entuzjastycznie, choć po rozpadzie ZSRR stało się jasne, że przynosi więcej szkód niż korzyści. Oficerowie danych jednostek mogli mieć spokój, ale armii jako całości zaczęło brakować przyzwoitego rekruta. Kto mógł bowiem, wykupywał się od poboru – skala korupcji w wojenkomatach była tak wysoka, że w połowie lat 90. XX wieku w niektórych regionach od służby migało się 80–90 proc. młodych mężczyzn. Dotyczyło to przede wszystkim bardziej zasobnych miast, z europejskiej części rosji, zamieszkanej przez Słowian – generalnie lepiej wykształconych i zdrowszych niż mieszkańcy zabiedzonej Azji. Deficyt „białych” potęgowały zmiany polityczne – wybicie się na niepodległość Białorusi i Ukrainy (zwłaszcza ta druga dostarczała armii sowieckiej najwartościowszego rekruta).

Idźmy głębiej – Związek Sowiecki był państwem rasistowskim, rosja odziedziczyła ten kulturowy rys. Narody Kaukazu, środkowej i dalekiej Azji nawet wcześniej, w czasach carskich, postrzegano jako gorsze. W rosyjskiej myśli politycznej pisano o nich jako o „pozbawionych mocy państwowotwórczych”. Skazanych zatem na rosyjską misję cywilizacyjną, co w praktyce oznaczało kolejne inkorporacje terenów, rusyfikację elit i brutalne rugowanie lokalnych elementów kultury. W relacjach międzyludzkich zaś owo podejście skutkowało poczuciem wyższości, okazywanym przez „białych” śniadolicej czy żółtoskórej mniejszości. W armii przekładało się to na utrudniony dostęp mniejszości etnicznych do wyższych stanowisk dowódczych (średnich zresztą również) oraz nagminną praktyką wykorzystywania mieszkańców Kaukazu i Azjatów do najcięższych prac – poprzez kierowanie ich do jednostek pomocniczych. W latach 60. XX wieku ów instytucjonalny rasizm ugruntował też praktykę nieprzyjmowania do służby w siłach strategicznych (jądrowych) żołnierzy o „niewłaściwym” pochodzeniu, przede wszystkim muzułmanów z Kaukazu.

—–

Diedowszczyna w czasach ZSRR miała – można by rzec, nawiązując do sowieckiej retoryki – internacjonalistyczny charakter. Bito młodych bez względu na pochodzenie i religię, przede wszystkim Słowian, bo stanowili miażdżącą większość. Motyw rasistowski w tych prześladowaniach nie był dominujący. Ale przyszły lata 90., w których obok wspomnianych powodów niedostatku „białego” rekruta pojawiły się także inne ważne zjawiska. Europejskie rosjanki przestały rodzić, wskaźniki reprodukcji spadły do poziomu niegwarantującego prostej zastępowalności. Tymczasem Kaukaz i część azjatyckich republik – mimo postępującej pauperyzacji – nie przeszły załamania demograficznego, a z czasem dzietność zaczęła tam nawet rosnąć. Górę wzięły czynniki kulturowe (w islamie posiadanie licznego potomstwa to etyczny imperatyw), nie bez znaczenia były również transfery socjalne uruchomione wraz z nastaniem ery putinowskiej stabilizacji, finansowanej ze sprzedaży kopalin (dalej było biednie, ale jakoś stabilniej…). A że wojsko zaczęło przyzwoicie płacić, koszmarnie zabiedzona (nie)rosyjska prowincja zyskała kolejny pretekst, żeby się zaciągnąć.

W następstwie tych procesów w armii doszło do etnicznego przemodelowania. Tuż przed inwazją na Ukrainę jedną trzecią wojska putina stanowili muzułmanie oraz wyznawcy innej religii niż prawosławie. Nie znajduje to odzwierciedlenia w strukturze etnicznej rosji, gdzie „biali” to niemal trzy czwarte populacji. Co więcej, z konieczności „czarni” zajęli dużą część stanowisk podoficerskich (nawet 40 proc.) i specjalistycznych. Pogardzani obywatele drugiej kategorii otrzymali instytucjonalną władzę, a w wielu jednostkach przestali być mniejszością.

No i się zaczęło – odgrywanie się za bycie tym gorszym – w cywilu, w armii. Diedowszczyna zmieniła się w ziemlaczestwo, w dyskryminację na tle rasowym (samo ziemlaczestwo oznacza „wspólnotę” i nie musi nieść negatywnych skojarzeń). Media rosyjskie o tym nie piszą, bo nie mogą, MON zachowuje urzędowy optymizm, ale informacje z koszar i tak wyciekały, wzmagając determinację etnicznych rosjan, którzy jeszcze bardziej zaczęli unikać wcielania w kamasze.

I tak wysłano na wojnę armię „na wejście” już zdemoralizowaną, pochodzącą ze społecznych dołów, nawykłą do nieuzasadnionej przemocy, często traktowanej jako rozrywka, narzędzie władzy i kompensacji życiowych upokorzeń. Armię pielęgnującą etniczne uprzedzenia, której zafundowano dodatkową rasistowską indoktrynację. Wedle niej Ukraińcy to ludzie gorszego sortu, a ukraińskość to ideologiczna aberracja, którą – oczywiście dla dobra rosji – należy wytrzebić. Więc trzebiono i nadal się trzebi.

A później ci trzebiący wracają do domów…

—–

Osoby, które chciałby nabyć moją najnowszą książkę pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilka innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu. Polecam się w perspektywie świąt i podchoinkowych prezentów!

Nz. Dojrzałem do momentu, by stworzyć dla blogu wizualną identyfikację. Ufam, że się Wam podoba. Czasem będę ją wykorzystywał do ilustracji tekstów, jak dziś.

Artykuł, w nieco innej formule, pierwotnie ukazał się w portalu Interia.pl

Ubytki

Dziś będzie o żałobie i ubytkach w społecznej tkance.

Mój dobry znajomy z Ukrainy stracił w Donbasie córkę. Poległa latem, była ochotniczką, która przed lutym tego roku ani myślała zakładać mundur. Iść śladem ojca, zawodowego żołnierza. „Nie zabijam ich bezpośrednio, ale przykładam do tego ręce. I tylko to, zemsta na okupantach, nadaje teraz mojemu życiu sens”, przyznał niedawno ów oficer. „Nie wiem, co będzie, gdy skończy się wojna…”, dodał.

—–

Znam wiele osób, które straciły na wojnie kogoś bliskiego. Rozmawiałem kiedyś z ojcem Sylwestra, spadochroniarza poległego w Iraku w 2004 roku, zapalonego rowerzysty.

– Na swój ostatni rower wydał sześć tysięcy złotych, wtedy to była masa pieniędzy – mówił ojciec poległego. – A i tak godzinami siedział w piwnicy, dorabiał, przerabiał, coś tam ulepszał. Skończył techniku mechaniczne, więc miał smykałkę do takiej roboty. Przed wyjazdem do Iraku zamówił nawet specjalną ramę, kolejne dwa tysiące na to wydał. Przyszła już po jego śmierci…

– Niechciana pamiątka po hobby syna.

– Wie pan – mężczyzna uśmiechnął się lekko. – Sylwek, zanim pojechał, położył ten swój rower na szafie. Zdjąłem go tylko raz, wziąłem na cmentarz i zrobiłem zdjęcie przy grobie. A potem odłożyłem na miejsce. Leżał tam, w jego pokoju, przez dwanaście lat. Nie miałem odwagi, by cokolwiek z nimi zrobić.

Mama Grzegorza – który zginął razem z Sylwestrem – przyznała z kolei:

– W domu mamy taki ołtarzyk, gdzie palimy świeczki, kładziemy kwiaty. I żyjemy dalej, uznając, że tak widocznie musiało być – mówiła dwanaście lat po utracie syna. Sprawiała wrażenie pogodzonej z rzeczywistością, lecz gdy poprosiłem o zdjęcia (które zamierzałem wykorzystać we wspominkowym artykule), rozpadła się na kawałki. Dowody dorastania, w połączeniu ze świadomością, że nie będzie już ciągu dalszego, zwróciły ból i wywołały łzy.

Rodzice Marcina – sapera poległego w Afganistanie – podporządkowali życie pielęgnowaniu pamięci o synu. Stał się on miejscowym bohaterem, jego grób regularnie odwiedzają uczniowie i harcerze. Przyjeżdżają wojskowe delegacje i weterani, a raz do roku – w rocznicę śmierci – koledzy z feralnego patrolu.

– Trwamy od jednej takiej wizyty do drugiej – usłyszałem kiedyś.

Żona zabitego przez irackich rebeliantów żołnierza nie chciała być wdową. Wyszła ponownie za mąż, została matką.

– Wspomnienia z tamtego życia są coraz mniej wyraźne, odchodzą – opowiadała mi przed laty. – Żegnam się z nimi stopniowo, tak jak kiedyś, powoli, żegnałam się z nienawiścią do ludzi, którzy zabili mi ukochanego mężczyznę.

—–

Są różne miary wojennych spustoszeń – jedna z nich dotyczy traumy. Da się ją nawet chwycić w statystyki. Z dotychczasowej praktyki medycznej wynika, że stres pourazowy dotyka średnio jedną czwartą posłanych na wojnę mundurowych. Mierzą się z nim również rodziny poległych i ciężej rannych. Wiemy, że jest chorobą rozszerzoną – że jej skutki (w postaci przemocy, alkoholizmu, rozpadu więzi rodzinnych) doskwierają też najbliższym żołnierza. Z danych ministerstwa obrony wynika, że przez misje w Iraku i Afganistanie przewinęło się 50 tys. naszych wojskowych – poległo 66, poważne rany odniosło około 300. Na tej podstawie możemy oszacować (przy całej świadomości ułomności metody), że trauma będąca efektem udziału Polski w obu tych wojnach dotyczy kilkudziesięciu tysięcy osób. Małego miasteczka. Problem społeczny? W szerszej skali nie.

Tymczasem między 2014 a początkiem 2022 roku przez front w Donbasie przewinęło się ponad 400 tys. Ukraińców. Od lutego ta liczba została co najmniej podwojona, niewykluczone, że doszła już do miliona. Każda kolejna rotacja na linii frontu – następująca w rytmie co dwa-trzy tygodnie – to kolejne tysiące przyszłych weteranów. I ofiar PTSD.

A przecież trauma nie ograniczy się tylko do wojskowych i ich rodzin. Nie jest tak, że jedynym naturalnym żerowiskiem pozostaną bliscy kilkudziesięciu tysięcy poległych i zabitych (na dziś jest to ok. 80 tys. Ukraińców – 30 tys. mundurowych, 50 tys. osób cywilnych). Trauma rozpleni się pośród setek tysięcy cywilów, którzy znaleźli się w potrzasku w rejonach walk. Upomni się o swoje w wielomilionowej masie mieszkańców miast narażonych na ataki rakietowe. Dopadnie część spośród przymusowych uchodźców.

To już nie będzie „małe miasteczko”, a „kawał kraju”. Problem społeczny w skali makro.

—–

„Boję się, że odejdą najlepsi”, martwi się Czytelniczka, Polka, żyjąca między Kijowem a Warszawą. Chodzi jej o straty pośród personelu wojskowego, „ubytki w społecznej tkance, odczuwalne przez następne dekady”, jak sama pisze. „Zdolni do kontrolowanej przemocy, a jednocześnie moralnie poukładani i troskliwi. Na razie, nawet z wojną w tle, to oni nadają wszystkiemu ton. A chamy i trutnie nie śmią im podskakiwać. Mierzą do wzorca, zamiast bezczelnie promować swoją nicość”.

Nie podzielam tego pesymizmu. Bo oczywiście, zginęło i jeszcze zginie mnóstwo wartościowych ludzi. Z perspektywy ich rodzin to straty nie do powetowania, z poziomu lokalnych społeczności czy grup zawodowych – podobnie. Ale musimy pamiętać, że sytuacje graniczne – jak wojna – tworzą też „nowych ludzi”. To zbanalizowany przez literaturę fakt, ale fakt. To, jakie cechy tej nowej jakości wezmą górę, zależy od tego, jak skończy się wojna. Pozostańmy przy żołnierzach. Czy będą skazani na pofrontową zgorzkniałość czy porwie ich optymizm odbudowy? Czy Ukraina podzieli los Niemiec po I wojnie światowej, gdzie tłumy zdemobilizowanych mężczyzn stały się bazą dla niebezpiecznej ideologii, czy dajmy na to USA po II wojnie, gdzie weterani rzucili się do życia, generując nieprawdopodobny wzrost gospodarczy i skok demograficzny?

Prawdę mówiąc, niewiele tu zależy od Ukrainy, a od Zachodu – od tego, czy ją porzuci czy pomoże stanąć na nogi.

Jak na razie pozostaję optymistą.

—–

Nz. Ściana z wizerunkami poległych ukraińskich żołnierzy/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Feniks

Wojtek miał pecha – złapał za klamkę drzwi, szarpnął… i cały jego świat runął w jednej chwili.

Latem 1992 roku w Krajinie pełno było porzuconych domów. W wielu z nich wszystkie strony jugosłowiańskiego konfliktu umieszczały miny pułapki. Chodziło o to, by ładunki zabijały pragnących wrócić do swych domostw mieszkańców. Trafiło na Polaka, żołnierza sił ONZ.

Wojtek poniósł ciężkie rany, między innymi głowy. Tuż po zdarzeniu lekarze dawali mu… jeden procent szans na przeżycie.

– Wykaraskałem się – mówił wiosną zeszłego roku. Kręciłem głową z niedowierzaniem, czytając protokół przyjęcia pacjenta, sporządzony przez szpital w Zagrzebiu. „Cuda się zdarzają” – mówi się zwykle w takich sytuacjach. Ale to żaden cud! Wojtek trafił na wspaniałych ludzi – personel medyczny, rehabilitantów – no i przede wszystkim miał wielką wolę życia. I poczucie, że ma po co i do kogo wracać.

Ożenił się, doczekał dwóch synów. Pełni zdrowia nie odzyskał, ale nie jest przykuty do łóżka, nie jeździ na wózku.

Poznałem Wojtka w szpitalu weteranów, byliśmy na jednym turnusie, w jednym pokoju – przez niemal trzy tygodnie. Na własny użytek mówiłem o nim per „Feniks”.

Znam wielu takich Feniksów – weteranów, którzy mimo ciężkich ran (nie zawsze fizycznych), zdołali odbudować swoje życie. Ale znam też wielu, którym się nie udało. Niektórzy postanowili odejść z tego świata na własną rękę, inni żyją w cierpieniu, przeklinając swój los. I dzieląc owo cierpienie z najbliższymi. Często – zbyt często! – zapomniani przez państwo, które wysłało ich na wojnę…

Dziś wszyscy oni mają swoje święto – Dzień Weterana. Dobrego życia życzę Wam, Koleżanki i Koledzy.

—–

Nz. Jeden z budynków kompleksu wypoczynkowego w Kupari na południu Chorwacji. Nigdy nie odbudowany po zakończonej ponad dwadzieścia lat temu wojnie. Trafnie ilustrujący los wielu weteranów wszystkich wojen…/fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to