Podprogowo

„W tej chwili nie widzimy bezpośredniego zagrożenia atakiem”, oświadczył w niedzielę, 30 sierpnia, anonimowy przedstawiciel NATO cytowany przez Reutersa. Jednocześnie zaznaczył, że rosja nasila ataki na Ukrainę oraz działania hybrydowe w Europie. NATO – zapewnił – pozostaje czujne.

Dzień wcześniej z Warszawy popłynął komunikat brzmiący znacznie bardziej alarmistycznie. Po rozmowie z sekretarzem generalnym NATO Markiem Ruttem premier Donald Tusk napisał, że rosyjska eskalacja postępuje, a najbliższe pół roku może okazać się rozstrzygające. Polska i NATO powinny być przygotowane na różne scenariusze. „Nie możemy wykluczyć prowokacji ze strony rosji przeciwko któremuś z państw NATO”, ostrzegł szef rządu RP.

Z kolei prezydent Finlandii Alexander Stubb w opublikowanym tego samego dnia wywiadzie dla niemieckiego „Bilda” stwierdził, że nie spodziewa się rosyjskiego ataku na państwo NATO. Powołał się przy tym zarówno na informacje wywiadowcze, jak i siłę odstraszania Sojuszu. Jego zdaniem rosja ponosi w Ukrainie straty, które utrudniają jej otwarcie drugiego frontu, zaś sprawdzanie militarnej determinacji NATO byłoby dla Moskwy pozbawione sensu. Nie znaczy to – zastrzegł – że Europa może przestać przygotowywać się na najgorszy scenariusz.

Kto więc ma rację? Wszyscy. Mówią bowiem o różnych rzeczach.

—–

rosyjski atak na NATO najłatwiej wyobrazić sobie jako powtórkę z 24 lutego 2022 roku. Koncentrację wojsk, przygotowania logistyczne, uderzenia rakietowe i lotnicze, a następnie przekroczenie granicy przez jednostki lądowe. W przypadku Sojuszu najczęściej przywoływany jest przy tym kierunek bałtycki – Estonia, Łotwa i Litwa – albo Polska.

Taki scenariusz rzeczywiście trudno dziś uznać za najbardziej prawdopodobny. rosja nadal prowadzi pełnoskalową wojnę przeciw Ukrainie i angażuje w nią ogromną część swojego potencjału wojskowego. Musiałaby przy tym liczyć się z wejściem w konflikt z sojuszem dysponującym nieporównanie większym potencjałem gospodarczym i wojskowym oraz bronią jądrową.

I właśnie przewaga Sojuszu ma kluczowe znaczenie dla odstraszania. Jego istotą jest przekonanie przeciwnika, że ewentualny atak nie pozwoli mu osiągnąć zakładanych celów albo pociągnie za sobą koszty większe od możliwych korzyści. NATO wzmacnia ten mechanizm, zwiększając siły na wschodniej flance, rozbudowując plany obronne i podnosząc wydatki wojskowe. Sojusz oficjalnie określa rosję jako najpoważniejsze i bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa państw NATO.

Rzecz w tym, że między pokojem a rosyjskimi czołgami przekraczającymi granicę NATO znajduje się jeszcze bardzo dużo miejsca. I Moskwa potrafi z niego korzystać.

—–

Najświeższego przykładu dostarczyły Niemcy. 1 września władze w Berlinie oficjalnie uznały rosję za odpowiedzialną za próbę zamachu na lotnisku Lipsk/Halle. Na początku sierpnia znaleziono tam drona wyposażonego w materiał wybuchowy. Według niemieckich mediów celem mógł być ukraiński samolot transportowy.

Minister spraw wewnętrznych RFN Alexander Dobrindt poinformował, że konfiguracja drona, rodzaj materiału wybuchowego i technika detonacji były znane z wcześniejszych rosyjskich operacji hybrydowych oraz wojny przeciw Ukrainie. Niemiecki rząd uznał więc incydent za rosyjski atak hybrydowy. Moskwa zaprzecza, by miała z nim cokolwiek wspólnego.

To już nie operacja dezinformacyjna czy próba włamania do rządowej sieci komputerowej. Dron przewożący materiał wybuchowy mógł zniszczyć samolot, spowodować pożar i zabić ludzi. Jednocześnie sposób przeprowadzenia tej operacji zasadniczo różni się od otwartego ataku militarnego. Z rosji nie nadleciał bombowiec, nie wystartowała rakieta balistyczna, granicy Niemiec nie przekroczyli rosyjscy żołnierze. Zamiast jednoznacznego aktu agresji mamy działanie, którego sprawcę trzeba najpierw ustalić, a jego związek z rosyjskim państwem – udowodnić.

I właśnie ta niejednoznaczność jest istotą problemu.

rosja od lat prowadzi przeciw państwom europejskim działania, które NATO i Unia Europejska określają jako kampanię hybrydową. Obejmuje ona cyberataki, sabotaż, ingerencję w procesy polityczne, operacje informacyjne, zakłócanie systemów elektronicznych i działania przeciw infrastrukturze krytycznej. W lipcu Rada Północnoatlantycka ponownie oficjalnie potępiła rosyjskie cyberoperacje wymierzone w państwa Sojuszu. UE mówi z kolei o „uporczywych, skoordynowanych i długotrwałych” rosyjskich kampaniach hybrydowych.

Nie chodzi przy tym o przypadkowy zbiór incydentów. W rosyjskim sposobie prowadzenia konfrontacji działania militarne, wywiadowcze, informacyjne, gospodarcze i cybernetyczne mogą być elementami jednej strategii. Pozwalają wywierać presję na przeciwnika bez podejmowania ryzyka związanego z otwartą wojną.

Można zakłócać GPS. Można atakować sieci komputerowe. Można podpalać magazyny, uszkadzać infrastrukturę albo wykorzystywać pośredników do przeprowadzenia sabotażu. Można również prowadzić operacje wpływu, których celem nie jest zniszczenie konkretnego obiektu, lecz pogłębienie politycznych i społecznych podziałów. Każde z tych działań może powodować realne szkody. Ale czy to już wojna?

—–

Z punktu widzenia bezpieczeństwa NATO istotne jest więc nie tylko ryzyko otwartego rosyjskiego ataku, lecz także to, jak daleko Moskwa może posunąć się poniżej progu wojny. Cyberatak powodujący kilkugodzinną awarię? Sabotaż linii kolejowej? Uszkodzenie kabla na dnie Bałtyku? Dron nad bazą wojskową? Eksplozja w magazynie? Atak na samolot przewożący uzbrojenie dla Ukrainy?

A jeśli w takim zdarzeniu zginą ludzie?

Nie istnieje taryfikator określający, ile zniszczonych transformatorów, samolotów czy ofiar oznacza przekroczenie granicy między działaniem hybrydowym a zbrojnym atakiem. I nie jest to przypadek – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Przestrzeń

No więc po wczorajszym wpisie spotkałem się z argumentem, że ewentualna utrata Litwy, Łotwy i Estonii niewiele zmieniłaby w strategicznym położeniu Polski, bo przecież już dziś mamy setki kilometrów granicy z rosją i Białorusią. Może i brzmi to rozsądnie – do chwili, gdy zaczniemy patrzeć na mapę nie jak na szkolny atlas, lecz jak na przestrzeń prowadzenia wojny.

Dziś Polska ma 104 km granicy z Litwą. Owszem, w porównaniu z 210 km granicy z obwodem królewieckim i 430 km z Białorusią nie wygląda to imponująco. Tyle że te 104 km są dziś granicą z sojusznikiem. Nie trzeba jej bronić przed litewskimi czołgami, osłaniać przed rosyjskimi grupami dywersyjnymi ani przygotowywać na przyjęcie uderzenia pełnoskalowego.

Gdyby państwa bałtyckie znalazły się pod rosyjską kontrolą, sytuacja zmieniłaby się zasadniczo. Polska dostałaby kolejny bezpośredni kierunek zagrożenia. I nie wystarczyłoby dopisać do rachunku: „było 640 kilometrów niebezpiecznej granicy, zrobiło się 744”. Granicy nie bronią cyfry w Excelu. Bronią jej ludzie, wozy bojowe, artyleria, systemy przeciwlotnicze, drony, rozpoznanie, logistyka i odwody.

Już w sytuacji zagrożeń hybrydowych zabezpieczenie takiego odcinka wymagałoby znaczących sił – ekwiwalentu brygady WP. W przypadku realnego ryzyka wojny pełnoskalowej mówilibyśmy o konieczności wystawienia co najmniej wzmocnionej dywizji. Dywizji, której nie można byłoby użyć na przykład do osłony Warszawy czy gdziekolwiek indziej. To właśnie jest jedna z najbardziej niedocenianych walut strategii: siły związane na jednym kierunku są siłami niedostępnymi na drugim.

Ale dodatkowe sto kilometrów granicy to byłby nasz najmniejszy problem.

Litwa, Łotwa i Estonia mają razem ponad 175 tys. km kw. powierzchni. To więcej niż połowa terytorium Polski. I dzisiaj ta przestrzeń należy do NATO. Mogą na niej stacjonować wojska państw bałtyckich i ich sojuszników, mogą działać lotniska, magazyny, stanowiska dowodzenia, radary i systemy obrony powietrznej. Już dziś Sojusz utrzymuje w każdym z trzech państw swoje wysunięte siły lądowe, a na Łotwie obecność NATO została rozwinięta do szczebla brygady.

To jest właśnie głębia strategiczna, której nie widać, kiedy mierzy się bezpieczeństwo linijką przyłożoną do polskiej granicy.

W razie wojny te 175 tys. km kw. jest przestrzenią, na której przeciwnika można wykrywać, wiązać, razić i zatrzymywać, zanim znajdzie się na terytorium Polski. Jest miejscem, do którego można przerzucać sojusznicze wojska i z którego mogą operować siły powietrzne. W najbardziej brutalnym ujęciu: jest przestrzenią, na której można stoczyć bitwę o wschodnią flankę NATO, zamiast zaczynać ją na Suwalszczyźnie.

Utrata państw bałtyckich oznaczałaby odwrócenie tej logiki. Przestrzeń, która dziś zwiększa głębię obrony NATO, zwiększałaby głębię operacyjną rosji. Lotniska, porty, drogi, linie kolejowe i tereny dogodne do rozmieszczenia wojsk znalazłyby się po drugiej stronie frontu. Zamiast miejsca, z którego NATO broni Polski, mielibyśmy przestrzeń, z której przeciwnik może Polsce zagrozić.

Idźmy dalej.

Państwa bałtyckie nie leżą po prostu „gdzieś na północ od Polski”. Litwa i Łotwa przylegają do Białorusi od północy i północnego zachodu. Dopóki należą do NATO, białoruski kierunek strategiczny nie jest dla rosji swobodną przestrzenią otwartą ku Bałtykowi. Jeszcze wyraźniej widać to na przykładzie obwodu królewieckiego. Dziś jest on rosyjską eksklawą, odciętą lądem od reszty federacji przez terytorium NATO. To ogromnie komplikuje jego logistykę wojskową: ciężkiego sprzętu, amunicji czy paliwa nie można po prostu wozić z rosji ciężarówkami i pociągami przez własne terytorium.

Po utracie Litwy geografia zaczęłaby pracować dokładnie odwrotnie. Zniknąłby problem izolacji obwodu królewieckiego od kontrolowanego przez rosję zaplecza na wschodzie, a rosyjska przestrzeń wojskowa przesunęłaby się na północną granicę Polski. To, co dziś jest rosyjską eksklawą wciśniętą między państwa NATO, stałoby się zachodnim krańcem znacznie większego obszaru znajdującego się pod kontrolą przeciwnika.

Państwa bałtyckie nie są więc dla Polski jakimś odległym dodatkiem do NATO, którego obrona wynika wyłącznie z traktatowej solidarności. Broniąc Litwy, Łotwy i Estonii, bronimy także Polski – tyle że robimy to setki kilometrów od naszych granic. A lepiej mieć potencjalne pole bitwy pod Narwą niż pod Augustowem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. ćwiczenia 17WBZ na poligonie w Wędrzynie, zdjęcie ilustracyjne/fot. własne

Prowokacje

Szef MSZ Radosław Sikorski ostrzegł niedawno przed rosyjską operacją pod fałszywą flagą z wykorzystaniem przejętych ukraińskich dronów. Kilka dni później minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz poinformował, że rosjanie rzeczywiście weszli w posiadanie znacznej liczby takich maszyn i mogą próbować wykorzystać je do działań na terenie Polski.

Głos w sprawie zabrał też minister-koordynator służb specjalnych. Tomasz Siemoniak zwrócił uwagę, że rosyjskie operacje mogą polegać na sabotażu i podsycaniu napięć między Polakami a Ukraińcami. Sam fakt, że podobne ostrzeżenia jednocześnie formułują szefowie dyplomacji, MON i służb specjalnych, pokazuje, iż scenariusz prowokacji jest przez państwo traktowany całkowicie serio.

Zaznaczmy przy tym, że ewentualna prowokacja miałaby uderzyć nie tyle w Polskę, ile w zachodni system wsparcia dla Ukrainy. Nasz kraj pozostaje jednym z najważniejszych szlaków transportu uzbrojenia i pomocy humanitarnej oraz (niezależnie od ostatnich napięć) jednym z głównych politycznych sojuszników Kijowa. Gdyby po spektakularnym incydencie przez wiele tygodni trwała debata o bezpieczeństwie transportów, odpowiedzialności Ukrainy czy sensie dalszego angażowania się Polski w pomoc sąsiadowi, Kreml osiągnąłby swój cel. Nie musiałby niszczyć infrastruktury ani zajmować terytorium. Wystarczyłoby skłonić część opinii publicznej do zadania pytania: „Czy dalsze wspieranie Ukrainy nie sprowadza zagrożenia również na nas?”.

—–

Działania hybrydowe opierają się na wykorzystaniu niejednoznaczności. Najlepsza prowokacja to taka, której sprawcy nie da się od razu wskazać. Im więcej pytań pojawi się w pierwszych godzinach po incydencie, tym większe pole do działania zyska propaganda. Jej zadaniem nie musi być nawet przekonanie opinii publicznej do jednej, konkretnej wersji wydarzeń. Często wystarczy podważyć zaufanie do ustaleń państwowych instytucji i zasiać przekonanie, że „prawdy i tak nie da się ustalić”.

Równie ważna jest skala samego incydentu. Zbyt duży atak mógłby okazać się dla Kremla niekorzystny. Gdyby jednoznacznie przypisano go rosji i uznano za akt agresji wobec państwa NATO, Moskwa ryzykowałaby zdecydowaną odpowiedź Sojuszu. Znacznie korzystniejszy byłby więc incydent ograniczony – a zarazem na tyle poważny, by wywołać ogromne emocje.

Kluczową rolę odegrałby czas. Współczesne operacje informacyjne rozstrzygają się często nie w ciągu tygodni, lecz pierwszych godzin. Jeszcze zanim służby zabezpieczą miejsce zdarzenia i rozpoczną śledztwo, internet obiegają zdjęcia i nagrania, pojawiają się pierwsze komentarze, a media społecznościowe wypełniają się hipotezami. W takiej sytuacji fakty bardzo szybko przegrywają z emocjami.

rosyjskie służby doskonale rozumieją mechanizmy funkcjonowania współczesnego obiegu informacji. Dlatego celem prowokacji nie byłoby jedynie doprowadzenie do samego incydentu. Równie istotne byłoby przygotowanie gruntu pod jego interpretację – poprzez wcześniejsze kampanie dezinformacyjne, wzmacnianie skrajnych środowisk w mediach społecznościowych czy rozpowszechnianie narracji podważających wiarygodność państwowych instytucji. Jeśli po zdarzeniu społeczeństwo natychmiast podzieli się na zwalczające się obozy, wykonawcy operacji mogą uznać swoją misję za zakończoną.

—–

Najczęściej wskazywanym scenariuszem jest atak z wykorzystaniem bezzałogowców. rosja dysponuje ukraińskimi dronami zdobytymi na polu walki: zarówno maszynami przejętymi w całości, jak i wrakami, które można przebudować, naprawić lub wykorzystać do skopiowania charakterystycznych elementów konstrukcji. Teoretycznie pozwalałoby to przygotować aparat, którego pierwsze oględziny sugerowałyby ukraińskie pochodzenie.

Taki dron nie musiałby uderzyć w obiekt wojskowy. Wręcz przeciwnie – wybór celu mającego oczywiste znaczenie militarne zwiększałby ryzyko, że incydent zostanie uznany za rosyjski atak na zaplecze NATO. Z punktu widzenia prowokatora bardziej użyteczny byłby cel cywilny, lecz kojarzący się z pomocą dla Ukrainy: skład kolejowy, magazyn, zakład produkcyjny czy terminal przeładunkowy. Przy czym jego zniszczenie nie byłoby najważniejsze. Istotniejszy byłby chaos wokół ustalenia, skąd przyleciał dron i kto go wysłał.

rosjanie mogliby zadbać, aby trasa lotu prowadziła przez ukraińską przestrzeń powietrzną lub przebiegała w sposób umożliwiający przedstawienie incydentu jako skutku ukraińskiego ataku, awarii albo utraty kontroli nad maszyną. Jeszcze większy efekt informacyjny dałoby pojawienie się w innym miejscu bezzałogowca o wyraźnie ukraińskiej konstrukcji, który spadłby bez detonacji i został sfotografowany przez przypadkowych świadków przed przyjazdem służb. Nie byłby to dowód odpowiedzialności Kijowa, lecz w pierwszych godzinach dla wielu odbiorców mógłby nim zostać.

—–

Drugi wariant to klasyczny sabotaż infrastruktury. rosja nie musiałaby używać żadnego środka napadu powietrznego. Wystarczyłby pożar, eksplozja albo awaria wywołana przez ludzi działających na miejscu.

Tego rodzaju operacja byłaby prostsza do przeprowadzenia niż skomplikowany atak dronowy i łatwiejsza do ukrycia. Sprawcą nie musiałby być rosyjski funkcjonariusz. Dotychczasowe działania rosyjskich służb w Europie pokazały, że do prostych aktów sabotażu można werbować pośredników za pośrednictwem komunikatorów internetowych, często nie ujawniając im nawet, dla kogo rzeczywiście pracują. Zleceniodawca może znajdować się setki kilometrów dalej, a wykonawca otrzymać jedynie adres, instrukcję i obietnicę zapłaty.

Również w tym przypadku nie chodziłoby wyłącznie o straty materialne. Pożar magazynu paliw można przedstawić jako dowód bezradności państwa. Uszkodzenie linii kolejowej – jako znak, że transporty dla Ukrainy narażają Polskę na rosyjski odwet. Awarię sieci energetycznej – jako rezultat wojny, w którą rzekomo niepotrzebnie daliśmy się wciągnąć. Ta sama eksplozja może więc spełniać jednocześnie kilka funkcji: zakłócić działanie infrastruktury, zmusić służby do kosztownej reakcji i stać się paliwem dla kampanii propagandowej.

Trzeci scenariusz nie wymagałby ataku na infrastrukturę ani użycia dronów. Jego celem byłyby bezpośrednio relacje polsko-ukraińskie. rosyjskie służby mogłyby spróbować wywołać incydent, który dałoby się przedstawić jako przestępstwo dokonane przez Ukraińców przeciwko Polakom albo przez Polaków przeciwko Ukraińcom.

Możliwości jest wiele: podpalenie ośrodka dla uchodźców, pobicie uczestników demonstracji, dewastacja miejsca pamięci, atak na organizację pomagającą Ukrainie, a w najbardziej drastycznym wariancie – zabójstwo lub eksplozja podczas wydarzenia publicznego. Najważniejszy byłby dobór miejsca i symbolu. Incydent powinien dotykać istniejących napięć: sporów historycznych, kosztów pomocy, obecności uchodźców albo przekonania, że Ukraińcy są w Polsce traktowani lepiej niż jej obywatele.

To może być wariant nawet bardziej użyteczny niż atak dronowy. Nie wymaga skomplikowanej techniki, a jego konsekwencje społeczne mogą być równie silne. Wystarczyłoby pozostawić ślady sugerujące określony motyw, rozpowszechnić odpowiednio zmontowane nagranie albo podsunąć mediom fałszywą informację o narodowości sprawcy. Nawet szybkie zdementowanie takiej wersji nie musiałoby już zatrzymać fali emocji.

I tu się zatrzymajmy. Ten tekst ma swój ciąg dalszy – przeczytacie go w oryginalnej wersji, którą opublikowałem w portalu TVP.Info; oto link do tego materiału. Na potrzeby tego wpisu chciałbym dodać, że moim zdaniem to ostatni z wariantów jest najbardziej prawdopodobny, bo najbezpieczniejszy dla rosjan. Antyukraińskie ekscesy już mają miejsce, antyukraińskie nastroje – nawet jeśli w większości przypadków jest to zwykła niechęć – stają się coraz powszechniejsze. To podatny grunt dla rosyjskich działań. Dlatego oczekiwałbym od służb nie tylko szybkiego ujmowania sprawców, ale też – a może przede wszystkim – intensywnej operacji rozpoznawczo-wywiadowczej, prowadzonej w środowiskach „prawdziwych patriotów”. To tam rosjanie mają swoją piątą kolumnę.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Mołdawia

Niedzielne wybory parlamentarne w Mołdawii określane były jako „najważniejsze w historii kraju”. Utrata większości przez rządzącą proeuropejską Partię Działania i Solidarności (PAS) otworzyłaby bowiem drogę do władzy ugrupowaniom prorosyjskim. Szczęśliwie PAS prezydent Mai Sandu zdobył ponad 50 proc. głosów i ma większość niezbędną do samodzielnego rządzenia.

„Moskwa znowu przegrała!”, „Na Kremlu wielkie rozczarowanie!”, „Hybrydowy atak putina na Mołdawię nie przyniósł odpowiedniego skutku” – oto niektóre tytuły z polskiej i zagranicznej prasy, komentujące elekcję na krańcach Europy Wschodniej. Triumfalny ton jest jak najbardziej zasadny – rosja rzeczywiście zainwestowała ogromne pieniądze w operację zmiany władzy w Mołdawii. W tamtejszej infosferze zaroiło się od propagujących prorosyjskie i antyzachodnie treści botów, Moskwa aktywowała lokalnych agentów wpływu, korumpowała i szantażowała członków komisji wyborczych, jednocześnie alarmując świat, że podejmowane przez Kiszyniów próby obrony przed tą presją, to de facto antydemokratyczne praktyki, mające na celu wyrugowanie opozycji. Krew w piach; większość Mołdawian wybrała kierunek proeuropejski, a ponieważ były to kolejne wybory, możemy już mówić o utrwalającym się trendzie.

Tylko czy Moskwa na tę woltę pozwoli? – zastanawia się część komentatorów, zwracając uwagę na istnienie Naddniestrza. To zbuntowana, prorosyjska część Mołdawii, od 1992 roku stanowiąca quasi-państwowy twór, nieuznawany przez cywilizowany świat. Jego mieszkańcy chcieliby integracji z rosją, tak przynajmniej twierdzą tamtejsze „władze”, no i rzecz jasna Kreml. Oczywiście scenariusz powrotu do „poradzieckiej macierzy” miałby obejmować nie tylko Naddniestrze, a całą byłą sowiecką republikę. Ale chcieć a móc to dwie różne sprawy, Naddniestrze bowiem, jak i całą Mołdawię, oddziela od rosji Ukraina.

Dla rosyjskiej armii to wyzwanie, któremu ta nie jest w stanie podołać. A bez uprzedniego wyeliminowania z gry Ukrainy, nawet posiadając Naddniestrze rosja nie zagrozi Mołdawii. Ale to nie oznacza, że „można się rozejść”. Znacząca część mołdawskich elit politycznych i społeczeństwa zorientowała się na Zachód, ku integracji z Europą, ale nadal mówimy o „tradycyjnej” rosyjskiej strefie wpływów. A to znajduje swoje odbicie nie tylko w działaniach i deklaracjach Moskwy. U wielu Mołdawian żywe są sowieckie sentymenty i prorosyjskie sympatie – to jakieś 30 proc. populacji, co zresztą widać w wynikach ostatnich wyborów. Ci ludzie (a mowa o mieszkańcach kraju spoza Naddniestrza), to dla rosji baza do dalszych działań. A naiwnością byłoby założenie, że Moskwa uzna wynik wyborów, wolę mołdawskiej większości, i odpuści sobie dalsze mieszanie. Jest więcej niż pewne, że nadal będzie dążyć do wywołania ostrego kryzysu politycznego w najbiedniejszym kraju Europy. I sprawienia, by cały stał się Naddniestrzem, a z czasem częścią federacji.

Czy można temu jakoś zaradzić? Zwycięstwo partii założonej przez prezydent Maię Sandu oznacza, że kraj nadal będzie się reformował, aby w 2028 roku zakończyć negocjacje akcesyjne do Unii Europejskiej. Przyszła integracja – a wraz z nią rosnący poziom życia – wygaszą znaczną część prorosyjskich ciągot; ta wiara, oparta o doświadczenia środkowo-europejskich demoludów, stoi za działaniami obecnych władz w Kiszyniowie. Towarzyszy jej przekonanie, że sukces zwesternizowanej Mołdawii ułatwi w przyszłości reintegrację ze zbuntowanym Naddniestrzem, którego mieszkańcy przekonają się o nieatrakcyjności „ruskiego miru”. Ale czy takie pokojowe podejście przetrwa próbę czasu?

Rozszerzoną wersję tego tekstu znajdziecie na łamach portalu „Polska Zbrojna” – oto link do materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Długofalowo

„F-16 rozbił się w Radomiu. Fatalny błąd polskiego pilota w stosunkowo prostej sytuacji. Wiele mediów będzie nas przekonywać, że to wina Putina. Ale zawiniło szkolenie i słabe umiejętności pilota”, wpis tej treści ukazał się na platformie X tuż po tragicznym wypadku, w którym zginął mjr Maciej „Slab” Krakowian. Jego autorem jest Piotr Panasiuk, niegdyś polityk Konfederacji, słynący z szerzenia w Internecie prorosyjskiej i antyukraińskiej propagandy. Nie cytuję tych obrzydliwych wynurzeń bez powodu.

Panasiuk nie ma żadnych zawodowych kompetencji związanych z lotnictwem. Można by przyjąć, że ferowanie wyroków i krytykanctwo dają mu jakiś rodzaj satysfakcji, co biorąc pod uwagę motywacje wielu innych użytkowników Internetu, nie byłoby niczym nadzwyczajnym. Lecz charakter publicznej działalności tego medialnego aktywisty raczej wyklucza „zwyczajną złośliwość”. Jest bowiem Panasiuk rycerzem nie tylko prorosyjskiej i antyukraińskiej „prawdy”, ale i orędownikiem wszelkich haseł o antyzachodniej i antyeuropejskiej treści, który widzi Polskę w rosyjskiej strefie wpływów, zarówno w sferze politycznej, społecznej, jak i technologicznej (oraz wszelkich innych, których wymienienie zajęłoby zbyt wiele miejsca).

Patrząc z tej perspektywy, zacytowany wpis jawi się jako (kolejna) próba zdezawuowania kluczowej instytucji państwa polskiego – jego armii. Jeśli jeden z najlepszych polskich myśliwców ginie „w prostej sytuacji”, to co to mówi o systemie szkolenia oraz o kompetencjach innych lotników, niedelegowanych do prestiżowej roli pilota akrobacyjnego? Panasiuk sugeruje, że najlepsi polscy piloci są słabi, że całość personelu sił powietrznych jest źle wyszkolona. Próbuje też zasiać ziarno wątpliwości co do technicznych możliwości maszyn, które w Polsce cieszą się statusem kultowych – są symbolem naszych prozachodnich aspiracji, narzędziem przeskoku technologicznego, ale i źródłem finansowych wyrzeczeń, z jakimi wiązało się ich pozyskanie. Ów przekaz zmierza do tego, byśmy – jako odbiorcy – stracili zaufanie do elitarnego i jednego z najefektywniejszych komponentów Wojska Polskiego. Do idei westernizacji sił zbrojnych, a w docelowym zamiarze do armii jako takiej, na którą „nie warto wydawać pieniędzy, skoro i tak jest do niczego”. Kto na takiej refleksji – jeśli na dobre zakorzeni się w głowach znaczącej części Polaków – może skorzystać? Ano właśnie…

—–

Zostawmy Panasiuka – to tylko drobny element szerszego zjawiska. By je opisać, cofnijmy się do początku tego roku, kiedy opublikowany został raport Komisji ds. badania wpływów rosyjskich i białoruskich. O zgrozo, przeszedł on niemal bez echa, mimo iż zawiera alarmujące wnioski. Z prac Komisji wynika bowiem, że rosja – z wydatną pomocą Białorusi – prowadzi przeciwko Polsce długofalową wojnę kognitywną. Czym w ogóle jest ten rodzaj konfliktu? Najogólniej rzecz ujmując, chodzi o wpływanie na procesy myślowe, emocje i zachowania, by tym sposobem osiągnąć cele polityczne lub wojskowe. Bitwa toczy się na polu poznawczym, integrując elementy wojny informacyjnej, psychologicznej i cybernetycznej. Wykorzystuje się przy tym m.in. media społecznościowe i inne zdobycze technologii do kształtowania opinii, postaw i przekonań jednostek i grup.

„Z uwagi na nastawienie polskiego społeczeństwa, rosyjska narracja nie koncentruje się na promowaniu rosji. Opiera się natomiast na krytyce i podważaniu zaufania do instytucji i procesów demokratycznych, w tym rządu oraz NATO i Unii Europejskiej, zwiększaniu polaryzacji. Wzbudza niechęć do Ukraińców i innych narodowości, wyznań i mniejszości”, czytamy we wstępie do raportu. rosyjska wojna kognitywna ma doprowadzić do osłabienia i dezintegracji polskiego społeczeństwa (ale i Zachodu, wszak wymierzona jest także w inne kraje naszej wspólnoty).

Autorzy raportu wyodrębniają pięć wiodących schematów narracyjnych, stosowanych przez rosjan wobec Polski i Polaków. Pierwszy buduje wrażenie, że NATO i UE są opresyjne, wrogie, kolonizują swoich członków. Drugi przekonuje, że cywilizacja zachodnia upada, jest dekadencka i zdemoralizowana. Wedle trzeciego, w wojnie w Ukrainie rosja wygrywa i musi wygrać, co ma związek z czwartym schematem, takim mianowicie, że Ukraina to upadłe państwo, a Ukraińcy nie są narodem. I wreszcie piąty schemat ma nam uzmysłowić, że rosji – państwa nuklearnego, zwycięskiego w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej – nie można pokonać.

—–

Eksperci i ekspertki Komisji podkreślają, że w rosji wojna kognitywna jest oficjalnie uznanym elementem prowadzenia działań wojennych. Kreml wydaje na nią od 2 do 4 mld dolarów rocznie. Prowadzona jest w sposób konsekwentny i systematyczny, z inspiracji i przez służby oraz siły zbrojne federacji rosyjskiej, dystrybuowana w tzw. konglomeracie dezinformacyjnym (o którym szerzej w dalszej części tekstu). To nie jest tylko „zwykłe” wprowadzanie w błąd. To przede wszystkim wpływanie na opinie i postawy Polek i Polaków oraz procesy polityczne czy gospodarcze.

Jak dokładnie to działa? Rekonstruując ów mechanizm, opieram się o własne wieloletnie obserwacje (choć są one w istotnej mierze tożsame z ustaleniami komisji). Wynika z nich, że choć pierwotne źródła dezinformujące są rosyjskie, wieści idą w nasz świat już nie tyle za sprawą rosjan, co Polaków. Ludzi, których można podzielić na dwie kategorie. W pierwszej umieściłbym osoby o uprzywilejowanej pozycji, dbające o rosyjski interes poprzez wywieranie wpływu na miejscową opinię publiczną i instytucje. Polityków, naukowców, aktorów, biznesmenów, dziennikarzy; wszystkich, ze zdaniem których liczą się ich rodacy. A więc i gwiazdy Internetu, funkcjonujące wyłącznie na jego niwie – blogerów, youtuberów, właścicieli lub administratorów serwisów, tematycznych stron i forów. Innymi słowy, agentów wpływu, pełniących swoje role świadomie, choć z różnych pobudek – kryminalnych (szantaż), finansowych czy ideowych. Do drugiej kategorii zaliczyłbym „użytecznych idiotów”. Włodzimierz Lenin – autor tego określenia – posługiwał się nim w odniesieniu do zachodnich dziennikarzy, którzy 100 lat temu chwalili bolszewicką rewolucję, pomijając, umyślnie lub nie, różne jej wypaczenia. Ale ów epitet pasuje także do współczesnych internautów, propagujących korzystne dla Moskwy narracje, a nierzadko czyniących to w zgodzie z własnym postrzeganiem rzeczywistości i bez świadomości wysługiwania się rosji, ba, w sprzeczności z wyznawanymi antyrosyjskimi poglądami. (…) To uczestnicy wymiany informacji (…) pielęgnujący przydatne rosjanom resentymenty (antysemityzm, ukrainofobię, antyamerykanizm, niechęć do demokracji, świata zachodnich wartości itp.), zwolennicy teorii spiskowych lub zwyczajni atencjusze lubujący się w odzewie, jaki generują udostępniane przez nich treści.

To tylko część tekstu, który opublikowałem na łamach portalu TVP.Info – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. Fragment okładki jednej z moich książek. „(Dez)informacja” – wydana w 2018 roku! – traktuje o rosyjskiej wojnie kognitywnej i jej realnych, fizycznych następstwach/rys. Warbook

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.