(Nie)wojna

Premier Donald Tusk od kilkunastu dni mówi o rosnącym zagrożeniu wyjątkowo otwarcie. 13 września, po rosyjskich atakach w pobliżu przejścia Jagodzin–Dorohusk, stwierdził, że „najbliższe tygodnie i miesiące będą okresem bardzo wzmożonych akcji ze strony rosyjskiej” i nie można wykluczyć, że eskalacja obejmie również terytorium Polski. Cztery dni później w Sejmie mówił o możliwości „hybrydowych uderzeń dronami i rakietami” na państwa wspierające Ukrainę. Minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz ocenia z kolei, że rosja wspina się po kolejnych szczeblach „drabiny eskalacyjnej”.

Jeszcze mocniej zabrzmiała wypowiedź Radosława Sikorskiego. Szef MSZ powiedział podczas wizyty w Nowym Jorku, że polskie władze otrzymują „z wielu źródeł” informacje, iż rosja „szykuje coś dużego” jeszcze w tym roku. Wymieniał przy tym różne możliwości, między innymi operację pod fałszywą flagą, która mogłaby posłużyć Kremlowi jako uzasadnienie kolejnej mobilizacji.

Inaczej akcenty rozkłada otoczenie prezydenta. Szef Biura Polityki Międzynarodowej Marcin Przydacz przekonuje, że rządowa komunikacja prowadzi do niepotrzebnego „przegrzewania” tematu i może wywoływać panikę. Nie neguje jednak samego zagrożenia: przyznaje, że dalsze rosyjskie prowokacje są możliwe, a realnych niebezpieczeństw nie należy lekceważyć. Spór dotyczy więc w dużej mierze sposobu mówienia o ryzyku.

To już się dzieje

Jeśli jednak odłożyć polityczne przepychanki na bok, katalog tego, co rosja może zrobić Polsce, jest całkiem konkretny. Co więcej, części tych działań nie trzeba sobie wyobrażać.

W maju 2024 roku spłonęło centrum handlowe Marywilska 44 w Warszawie. Polskie władze początkowo nie przesądzały przyczyn pożaru, późniejsze śledztwo doprowadziło jednak prokuraturę i służby do wniosku, że było to podpalenie dokonane przez grupę działającą na zlecenie rosyjskiego wywiadu. W kwietniu tego roku do sądu trafił akt oskarżenia przeciw pięciu osobom w sprawie grupy odpowiedzialnej za podpalenia i przygotowania do nich w Polsce, na Litwie i Łotwie. Według prokuratury celem było m.in. zastraszanie ludności i oddziaływanie na opinię publiczną.

W listopadzie ubiegłego roku doszło z kolei do aktów dywersji na linii kolejowej Warszawa–Dorohusk. Prokuratura zarzuciła dwóm obywatelom Ukrainy działanie na rzecz rosyjskiego wywiadu. Uszkodzenie infrastruktury stworzyło bezpośrednie niebezpieczeństwo katastrofy kolejowej. Po tym zdarzeniu uruchomiono operację „Horyzont”, w ramach której wojsko zaczęło wspierać służby w ochronie infrastruktury kolejowej.

To dobrze pokazuje charakter zagrożenia. rosja nie musi wysyłać do Polski własnych funkcjonariuszy. Może werbować ludzi przez internet, płacić za wykonanie pojedynczych zadań i wykorzystywać osoby, które formalnie nie mają z rosyjskimi służbami nic wspólnego. Celem mogą być tory, magazyny, zakłady przemysłowe, obiekty związane z pomocą dla Ukrainy albo infrastruktura energetyczna. Skutek dla ludzi jest jednak całkowicie realny: pożar, zatrzymane pociągi, zniszczone mienie, a w skrajnym przypadku ofiary.

Podobne działania można prowadzić bez podkładania ładunków czy wzniecania pożarów. 29 grudnia 2025 roku przeprowadzono skoordynowany cyberatak na polską energetykę. Objął co najmniej 30 farm wiatrowych i fotowoltaicznych, przedsiębiorstwo produkcyjne oraz elektrociepłownię dostarczającą ciepło niemal pół milionowi odbiorców. CERT Polska określił go jako pierwszy znany w naszym kraju cyberatak na sektor energetyczny, którego celem było wyłącznie niszczenie. Atakujący uszkodzili część urządzeń i próbowali nieodwracalnie zniszczyć dane. Nie udało im się jednak przerwać dostaw energii ani ciepła. Infrastruktura użyta podczas operacji pokrywała się z wykorzystywaną przez grupy wiązane przez zachodnie służby z rosyjską FSB.

Następna próba może być skuteczniejsza. Dla mieszkańca miasta rosyjski atak nie musi więc oznaczać widoku samolotów czy czołgów. Może oznaczać brak prądu, ogrzewania, wody albo problemy z komunikacją. Sam minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski, uzasadniając program wzmacniania cyberbezpieczeństwa wodociągów, mówił, że jeden skuteczny atak może odciąć wodę i sparaliżować funkcjonowanie całego miasta.

Wojna bez wystrzału

Są też działania mniej spektakularne, ale odczuwalne przez tysiące ludzi. rosja od lat zakłóca nad Bałtykiem sygnały nawigacji satelitarnej. Według danych zebranych przez Ośrodek Studiów Wschodnich tylko od stycznia do kwietnia 2025 roku odnotowano ponad 122 tys. lotów nad regionem, podczas których zgłoszono zakłócenia GNSS. Nie oznacza to, że samolot po utracie GPS natychmiast znajduje się w niebezpieczeństwie – lotnictwo korzysta również z innych systemów nawigacyjnych. Zakłócenia zwiększają jednak obciążenie załóg i kontrolerów oraz zmniejszają przewidywalność ruchu.

Do tej samej kategorii należą cyberataki na instytucje publiczne i przedsiębiorstwa, próby ingerowania w systemy teleinformatyczne czy działania przeciw infrastrukturze krytycznej. Nie każdy taki incydent można oczywiście przypisać rosji. Skala zagrożenia rośnie jednak szybko: w 2025 roku krajowe zespoły reagowania na incydenty cyberbezpieczeństwa obsłużyły niemal 273 tys. zdarzeń, o 144 proc. więcej niż rok wcześniej.

rosja próbuje również wpływać na to, jak Polacy interpretują prawdziwe wydarzenia. Po ubiegłorocznej dywersji na linii Warszawa–Dorohusk w polskojęzycznej infosferze pojawiła się kampania przerzucająca odpowiedzialność na Ukrainę. Ministerstwo Cyfryzacji opisywało schemat: prawdziwe zdarzenie, oficjalny komunikat, następnie alternatywna narracja i w końcu oskarżenia wobec Ukraińców. Podobne działania wykorzystują historyczne spory polsko-ukraińskie, przestępstwa popełniane przez obywateli Ukrainy czy napięcia związane z uchodźcami.

Ich celem nie musi być przekonanie Polaków, że rosja ma rację. Wystarczy pogłębianie konfliktów, osłabianie zaufania do instytucji państwa i podważanie poparcia dla Ukrainy. Z perspektywy Moskwy szczególnie atrakcyjne są przy tym operacje łączące kilka narzędzi: najpierw rzeczywisty akt sabotażu, później rozpowszechnianie fałszywych informacji o jego sprawcach, a na końcu wykorzystanie wywołanych w ten sposób emocji.

To właśnie tutaj przebiega dziś najbardziej problematyczna granica między pokojem a wojną. NATO jednoznacznie deklaruje, że poważny cyberatak lub inne działania hybrydowe mogą zostać uznane za zbrojną napaść i doprowadzić do uruchomienia art. 5. Nie określa jednak z góry progu – każda sytuacja ma być oceniana indywidualnie.

Na końcu tej skali znajduje się zagrożenie najbardziej oczywiste – klasyczne uderzenie wojskowe. O czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne – ze mną i własne

„Okno”

Pytanie „czy Polska obroniłaby się przed rosją?” jest źle postawione. Sugeruje bowiem, że należałoby porównać potencjały obu państw i na tej podstawie wskazać silniejszego. Tymczasem rosyjski atak na Polskę oznaczałby konflikt z NATO, a o jego przebiegu nie decydowałyby sumy czołgów, samolotów i żołnierzy. Liczyłby się potencjał, który każda ze stron mogłaby w określonym czasie skoncentrować na polskim teatrze działań, zaopatrywać, osłaniać i skutecznie używać.

rosja miałaby przy tym istotną przewagę początkową: sama wybrałaby moment agresji i mogłaby wcześniej przygotować środki uderzeniowe oraz skoncentrować część sił. NATO dysponowałoby nieporównanie większym potencjałem, ale rozproszonym pomiędzy wiele państw i baz. rosyjski plan nie musiałby więc zakładać pokonania całego Sojuszu, lecz uzyskanie i wykorzystanie chwilowej przewagi na polskim teatrze działań, zanim znacznie większy potencjał militarny NATO zacząłby rozstrzygać sytuację.

Taki scenariusz zawiera jednak sprzeczność. Im ambitniejszy byłby cel rosyjskiej operacji lądowej, tym większych sił wymagałoby jego osiągnięcie, a dużej koncentracji wojsk nie sposób przygotować bez pozostawienia śladów. Brygady i dywizje potrzebują paliwa, amunicji, transportu, zabezpieczenia medycznego, rozwiniętego dowodzenia i osłony przeciwlotniczej. rosja mogłaby ukrywać zamiary, termin ataku albo kierunek głównego wysiłku, ale wraz ze wzrostem skali operacji malałaby możliwość osiągnięcia pełnego zaskoczenia. Moskwa może relatywnie łatwo zaskoczyć NATO salwą rakietową, znacznie trudniej armią zdolną natychmiast wykorzystać jej skutki.

Dlatego pierwsza faza konfliktu musiałaby służyć nie tyle zadaniu Polsce możliwie dużych strat, ile stworzeniu warunków do dalszego prowadzenia operacji. rosyjskie uderzenie powinno ograniczyć zdolność polskich i sojuszniczych wojsk do działania oraz opóźnić rozwinięcie sił NATO. Właściwą miarą jego powodzenia nie byłaby więc liczba zniszczonych obiektów, lecz to, ile czasu pierwsza salwa kupiłaby rosji i ile odebrałaby NATO.

—–

To trudniejsze, niż sugeruje proste zestawienie rosyjskich rakiet z polskimi systemami przeciwlotniczymi. Doświadczenia wojny w Ukrainie pozwoliły rosji udoskonalić masowe ataki: bezzałogowce i wabiki absorbują uwagę obrony, pociski manewrujące atakują z innych kierunków i na innych wysokościach, a rakiety balistyczne stawiają obrońcę przed jeszcze innym problemem. Salwy mogą być rozciągane w czasie i prowadzone z wielu stron, tak by przeciążać nie pojedynczą baterię, lecz cały proces wykrywania, klasyfikacji celów i prowadzenia ognia.

Polska ma dziś dwie baterie Wisły z Patriotami, dwie jednostki ogniowe Małej Narwi oraz systemy krótszego zasięgu. Docelowa architektura obrony powietrznej nadal jednak powstaje, nie ma więc mowy o szczelnej osłonie kraju. Nie oznacza to jednak, że rosja mogłaby swobodnie wybierać cele i koncentrować na nich środki rażenia. Przeciwnie – pierwsza salwa musiałaby realizować kilka zadań jednocześnie. Jeśli Moskwa chciałaby ograniczyć możliwości działania polskiego lotnictwa, musiałaby atakować jego infrastrukturę. Jeśli chciałaby zwiększyć skuteczność następnych salw – radary i OPL. Jeśli zamierzałaby dezorganizować reakcję – dowodzenie i łączność. A jeśli za priorytet uznałaby utrudnianie napływu sojuszniczych wojsk – logistykę i infrastrukturę transportową. Wszystkie te cele konkurowałyby o tę samą pulę najcenniejszych środków rażenia.

W tym właśnie tkwi znaczenie polskiej OPL. Patriot nie musi zestrzelić wszystkiego, żeby wpłynąć na rosyjski plan. Jeśli określony obiekt jest kluczowy dla powodzenia operacji, napastnik musi uwzględnić możliwość przechwycenia części pocisków i skierować przeciw niemu odpowiednio większą salwę. Obrona powietrzna nie musi więc uczynić rosyjskiego uderzenia nieskutecznym. Wystarczy, że podniesie koszt ataku na najważniejsze cele i zwiększy niepewność jego rezultatu.

Nie można przy tym mierzyć powodzenia obrony procentem zestrzelonych pocisków. Może ona przechwycić większość z nich i ponieść operacyjną porażkę, jeśli kilka pozostałych wyłączy elementy krytyczne. Może też przepuścić więcej, ale zachować zdolność działania. rosja potrzebowałaby bowiem efektu kaskadowego, w którym uszkodzenie jednych elementów zwiększa podatność kolejnych, a suma lokalnych zakłóceń zaczyna prowadzić do paraliżu całego systemu.

Dobrym przykładem jest lotnictwo. rosja nie musiałaby zniszczyć większości polskich F-16 i F-35. Wystarczyłoby ograniczyć liczbę wykonywanych przez nie lotów – uszkodzić infrastrukturę, zakłócić dostawy paliwa i uzbrojenia. NATO przygotowuje się na taki scenariusz, rozwijając koncepcję Agile Combat Employment, czyli operowania z wielu baz i lokalizacji zapasowych. Podczas Ramstein Flag 2026 ponad 200 statków powietrznych operowało z 20 miejsc, w tym z drogowych odcinków lotniskowych. Takie rozproszenie nie daje lotnictwu odporności na uderzenia, ale znacząco komplikuje zadanie napastnika: zamiast skupiać się na kilku bazach, musiałby on stale oddziaływać na całą sieć miejsc, z których mogą operować samoloty.

—–

Jeżeli pierwsze uderzenie nie sparaliżowałoby polskiego systemu, z każdą kolejną dobą problem rosji stawałby się większy. NATO nie rozpoczynałoby wojny od zera. Część sił już znajduje się na wschodniej flance, kolejne mają wcześniej przypisane zadania w regionalnych planach obronnych, a system wzmocnienia obejmuje zarówno szybko dostępne posiłki, jak i ciężkie siły kolejnych rzutów.

Nie znaczy to, że cały potencjał Sojuszu pojawiłby się w Polsce natychmiast. Najszybciej można zwiększyć aktywność lotnictwa operującego również z baz poza Polską. Inaczej wygląda przerzut personelu do wcześniej rozmieszczonego sprzętu, a jeszcze inaczej ruch ciężkich związków taktycznych wraz z logistyką. Ten pierwszy mechanizm można wykorzystać dzięki kompleksowi Army Prepositioned Stocks-2 w Powidzu, który przy pełnym wyposażeniu może mieścić ponad pięć tysięcy głównych elementów sprzętu, w tym Abramsy, Bradleye i haubice Paladin. Personel można przerzucić drogą powietrzną znacznie szybciej niż czołgi, bojowe wozy piechoty, artylerię i pozostałe wyposażenie. Napływ sojuszniczych sił byłby więc procesem rozłożonym w czasie, ale rozpoczynającym się na długo przed przybyciem do Polski pierwszych ciężkich jednostek przewożonych z zachodu Europy.

rosja musiałaby zatem nie tyle zatrzymać ten proces, ile dostatecznie go spowolnić. Dlatego tak duże znaczenie miałaby infrastruktura. Nie trzeba trwale zniszczyć kolei, żeby osiągnąć efekt wojskowy – wystarczy opóźnić transporty. Nie trzeba zniszczyć wszystkich lotnisk – wystarczy zmniejszyć liczbę wykonywanych lotów. Im więcej jednak tras alternatywnych, zapasowych lokalizacji i możliwości naprawy, tym więcej wysiłku potrzeba do utrzymania tego samego efektu. Pociski przeznaczone na kolejne uderzenia w transport i logistykę nie mogą w tym samym czasie atakować OPL, dowodzenia czy wojsk na froncie.

Nie sposób uczciwie powiedzieć, czy rosyjskie „okno możliwości” trwałoby dobę, trzy dni czy tydzień. Zależałoby to od wcześniejszego ostrzeżenia, gotowości NATO, rezultatów pierwszych uderzeń i skali rosyjskiej koncentracji. Wiadomo natomiast, co stopniowo by je zamykało: kolejne sojusznicze samoloty, systemy OPL, rozwijane dowództwa, uruchamiane zapasy sprzętu i napływające związki lądowe. Każdy kolejny element zwiększałby siłę dostępną NATO na polskim teatrze działań i zmniejszał znaczenie przewagi, jaką rosji dawały wybór momentu ataku oraz wcześniejsza koncentracja sił.

Jeśli pierwsza faza nie przyniosłaby rozstrzygnięcia, początkowa premia za inicjatywę zaczęłaby maleć – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Wojsko Polskie podczas ćwiczeń na poligonie w Nowej Dębie/fot. własne

Armia

Jakich zdolności potrzebuje Polska, żeby rosyjscy planiści uznali atak na nasz kraj za przedsięwzięcie zbyt ryzykowne i kosztowne? I czy właśnie takie wojsko budujemy?

Na obronność Polska przeznaczy w 2026 roku 200,1 mld zł, czyli 4,81 proc. PKB. To poziom wydatków, który jeszcze kilka lat temu trudno byłoby sobie wyobrazić. W ślad za pieniędzmi idą ogromne zakupy: Abramsy i K2, armatohaubice Krab i K9, wyrzutnie HIMARS i Homar-K, samoloty F-35, systemy Wisła i Narew, drony, satelity, amunicja. Równolegle rośnie liczebność wojska, a minister Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiedział budowę „Armii 500” – półmilionowego potencjału obejmującego zarówno żołnierzy czynnej służby, jak i przygotowanych rezerwistów.

Można więc próbować mierzyć siłę WP liczbą czołgów, dział, samolotów czy żołnierzy. Problem w tym, że doświadczenia trwającej już piąty rok pełnoskalowej wojny rosyjsko-ukraińskiej mocno skomplikowały taki rachunek. Okazało się, że nawet liczna i dobrze uzbrojona armia może mieć poważne problemy, jeśli zawodzi jej rozpoznanie, dowodzenie i logistyka. Że sprzęt potrzebuje ogromnych ilości amunicji, części zamiennych i paliwa. Że dron kosztujący ułamek ceny czołgu potrafi go unieruchomić, a magazyn lub stanowisko dowodzenia kilkaset kilometrów od frontu nie jest już bezpiecznym zapleczem.

Dlatego pytanie o armię zdolną odstraszyć rosję trzeba postawić inaczej.

—–

Polska nie buduje sił zbrojnych po to, aby samodzielnie wygrać wojnę z federacją. Jesteśmy członkiem NATO i polskie plany obronne są częścią planów całego Sojuszu. NATO utrzymuje dziś dziewięć wielonarodowych grup bojowych na swojej wschodniej flance, ćwiczy ich rozwijanie do większych związków taktycznych i opiera obronę regionu na połączeniu sił już znajdujących się na miejscu z szybko dostępnymi posiłkami.

To bardzo ważne zastrzeżenie, bo zmienia sposób myślenia o tym, jak silne powinno być WP. Nie musi być liczniejsze od rosyjskiego ani dysponować większą liczbą samolotów, rakiet i czołgów niż rosja. Musi natomiast sprawić, że Moskwa nie będzie mogła liczyć na szybkie rozstrzygnięcie wojny.

Przy czym jej pierwsze godziny wcale nie muszą oznaczać wielkiej bitwy lądowej. rosja dysponuje pociskami balistycznymi i manewrującymi oraz ogromną liczbą bezzałogowców. Wojna w Ukrainie pokazuje, że ich celami stają się nie tylko wojska, lecz także lotniska, systemy obrony powietrznej, stanowiska dowodzenia, magazyny, zakłady przemysłowe, energetyka i infrastruktura transportowa.

Dlatego armia odstraszająca rosję musi być przede wszystkim trudna do sparaliżowania. Nie może zależeć od kilku obiektów, których zniszczenie przerwie jej „układ nerwowy”. Potrzebuje rozproszonych i zapasowych stanowisk dowodzenia, mobilnych systemów, chronionych magazynów, odpornej łączności i zdolności do szybkiego odtwarzania uszkodzonej infrastruktury.

Potrzebuje również obrony powietrznej – ale nie tylko tej najbardziej efektownej, zdolnej zwalczać samoloty i rakiety balistyczne. Ukraina pokazała problem, którego przed 2022 rokiem nie dostrzegano w pełnej skali: przeciwnik może atakować setkami relatywnie tanich dronów, zmuszając obrońcę do zużywania znacznie droższych pocisków.

Polska buduje więc kolejne warstwy obrony. Wisła ma zapewniać ochronę m.in. przed pociskami balistycznymi, Narew przed celami na krótszych dystansach. Do tego dochodzą Pilica+ oraz rozwijane zdolności antydronowe. W styczniu podpisano umowę na 18 modułów bateryjnych systemu SAN przeznaczonego m.in. do zwalczania bezzałogowców.

Nie oznacza to, że nad Polską powstanie szczelna kopuła. Takiej obrony nie ma żadne państwo. Chodzi o coś innego: ochronę najważniejszych elementów państwa i wojska na tyle skuteczną, aby przeciwnik nie mógł liczyć, że pierwsza fala uderzeń odbierze Polsce zdolność do dalszej walki.

—–

Zasięg broni nie jest tym samym co zdolność skutecznego rażenia na taki dystans. Rakieta mogąca przelecieć kilkaset kilometrów niewiele daje, jeśli jej użytkownik nie wie, gdzie znajduje się cel. Dlatego obok efektorów potrzebne są sensory: radary, satelity, drony rozpoznawcze, rozpoznanie radioelektroniczne oraz system dowodzenia zdolny zebrać informacje z wielu źródeł i szybko przekazać je temu, kto może zaatakować wykryty cel. Liczy się nie tylko to, kto widzi dalej, ale także kto szybciej zamienia informację w decyzję i decyzję w uderzenie.

To jeden z obszarów polskiej modernizacji, który pozostaje mniej widowiskowy niż zakup nowych czołgów czy samolotów, ale z roku na rok nabiera większego znaczenia. Polska rozwija wojskowe rozpoznanie satelitarne, kupuje kolejne systemy bezzałogowe i rozbudowuje systemy radarowe oraz rozpoznania elektronicznego. Same F-35 również nie są wyłącznie samolotami służącymi do przenoszenia uzbrojenia – są elementami sieci zbierającej i przekazującej informacje o polu walki.

W wielkim uproszczeniu: kupujemy nie tylko coraz silniejszą pięść, ale również oczy i układ nerwowy, które pozwolą nią skutecznie uderzyć.

Sama obrona jednak nie wystarczy. Wiarygodne odstraszanie wymaga możliwości zadawania przeciwnikowi strat również daleko od własnej granicy. Nie chodzi przy tym o bombardowanie rosyjskich miast. Z wojskowego punktu widzenia istotne są stanowiska dowodzenia, wyrzutnie rakiet, lotniska, magazyny amunicji i paliwa, węzły logistyczne czy miejsca koncentracji wojsk. Im dalej od linii frontu rosjanie muszą chronić takie obiekty, tym więcej sił muszą przeznaczać na ich obronę i tym trudniej prowadzić operację zaczepną.

Polska rozwija tę zdolność od kilku lat. Służą jej artyleria rakietowa HIMARS i Homar-K, lotnicze pociski JASSM i JASSM-ER, a w przyszłości także kolejne rodzaje uzbrojenia przenoszonego przez F-35. Do tego dochodzi ogromny potencjał klasycznej artylerii lufowej budowany wokół Krabów i południowokoreańskich K9.

—–

Przed 2022 rokiem europejskie armie przygotowywały się przede wszystkim do konfliktów mniej intensywnych niż pełnoskalowa wojna. Ukraina przypomniała, jak szybko wielka wojna zużywa wszystko. Co w związku z tym? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Weto

Nie wierzcie tym, którzy piszą, że na Kremlu strzelają dziś korki szampanów, bo prezydent RP zawetował ustawę o SAFE. W Moskwie dobrze wiedzą, że unijne pieniądze i tak do Polski trafią. Później i na nieco gorszych warunkach, ale będzie z czego wzmacniać potencjał obronny. Więc – patrząc z perspektywy putinoidów – nie ma się z czego cieszyć.

To znaczy jest – ale nim rozwinę tę myśl, pozwólcie na krótkie wprowadzenie. Moskwę strasznie bolą te nasze zbrojenia. Im ich więcej, im szybciej i efektywniej się toczą, tym bardziej zamyka się rosji okienko strategiczne do ataku na Polskę. W perspektywie kilku lat może się zamknąć całkowicie – w tym sensie, że atak na nas będzie dla nich kompletnie nieopłacalny.

Zgrzyta więc Moskwa zębami na wszelkie „turbodoładowania”, które w szybszym tempie mnożą nasz potencjał. Z ich perspektywy SAFE to czyste zło.

Ale złem było to, co działo się już wcześniej – militarne przebudzenie sprzed kilku lat. Stał za tym ówczesnym pisowski rząd – chwała mu za to – ale stała też niemal cała opozycja. Remilitaryzacja była wynikiem politycznego konsensusu, porozumienia ponad podziałami. Które, co istotne, przetrwało zmianę władzy i zamianę politycznych ról. Zbrojenia kontynuowano – jeszcze bardziej spektakularnie – przedkładając dobro państwa ponad partyjne interesy.

Mieli więc rosjanie dwa powody do zmartwień – nie tylko ów rosnący potencjał, ale też ową zgodę; fakt, iż Polacy potrafili wyjąć kwestię bezpieczeństwa z bieżącej politycznej napierdalanki.

Ale w ostatnich tygodniach coś się zmieniło. PiS wykonało woltę, n a g l e stając się zdecydowanym wrogiem programu, który mógłby w krótkim czasie zmultiplikować nasze możliwości obronne. Pisowski prezydent nie wyszedł z szeregu, czego zwieńczeniem jest dzisiejsze weto.

Nawrocki mówi, że ma kontrpropozycję. Bzdura; cała ta idea zerowego SAFE to ekonomiczne mrzonki; jeśli chcecie, mogę w innym wpisie rozłożyć to na czynniki pierwsze. Na potrzeby tego postu poprzestańmy na stwierdzeniu, że duet Nawrocki-Glapiński wymyślił pretekst dla weta, nic więcej. A samo weto potrzebne jest wyłącznie po to, by rząd nie miał sukcesu, jakim byłyby zdobyte tanim kosztem miliardy dla naszej zbrojeniówki. Zwłaszcza że duża część tych pieniędzy zostałaby wydatkowana przed kolejnymi wyborami. Oto cała tajemnica pisowskiej SAFE-histerii i dzisiejszego weta.

Gdzie tu rosjanie? Ano właśnie daliśmy im dowód, że nie ma już dla nas żadnej świętości, że bezpieczeństwo też może być zakładnikiem polityki wewnętrznej. Że logika interesu partyjnego jest ważniejsza niż racja stanu. Byleby „nasi znów rządzili”.

I właśnie z tego powodu na Kremlu strzelają dziś korki; putinoidy mogą mieć nadzieję, że „polaczki same się załatwią”.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Szabrownicy

17 września, wieczorem, poprosiłem Was o pomoc. Chodziło o danie odporu wzbierającej fali fejków, dotyczących śmierci oficera Wojska Polskiego. Ppłk Konrad Barnaś, szef sztabu 12 Bazy Bezzałogowych Statków Powietrznych, zmarł 12 września, po długiej, nieuleczalnej chorobie. Odszedł w hospicjum, gdzie spędził ostatnie tygodnie życia. Gdy pięć dni później informacja o jego śmierci pojawiła się w mediach, rozpętało się szaleństwo. Co rusz ktoś sugerował, że to nieprzypadkowy zgon, że pułkownika zabito, bo za dużo wiedział. Szybko pojawiły się sugestie, że śmierć Barnasia ma związek z dronami, które w nocy z 10 na 11 września przyleciały do nas… no właśnie, przyleciały z rosji, ale w teoriospiskowej narracji podważono ów fakt. Zmarły wiedział, skąd „tak naprawdę” wystartowały bezpilotniki – i musiał zginąć. W najbardziej pojechanych interpretacjach budowano opowieść o spisku władz Ukrainy i Polski, które wspólnie dokonały dronowego ataku pod obcą flagą. Zwalenie winy na rosję miało wciągnąć nasz kraj w wojnę, na czym rzekomo bardzo zależy obecnym władzom Rzeczypospolitej. Barnaś, z racji zajmowanego stanowiska (tu drony, tam drony, wiadomo…), wszedł w posiadanie niewygodnej wiedzy i resztę historii już znacie. Ale było też mnóstwo „stonowanych” sugestii typu „nie wiem, ale mi to śmierdzi”. Podejrzana miała być nie tylko koincydencja z wydarzeniami z nocy z 10 na 11 września, ale i milczenie ministerstwa obrony, które o śmierci pułkownika nie poinformowało opinii publicznej.

Wieczorem 17 września ten ściek insynuacji zmieniał się w rwący potok. Poinformowałem zatem Czytelników o rzeczywistych okolicznościach śmierci ppłk Barnasia i poprosiłem o udostępnianie tej informacji. Poza oczywistą potrzebą odkłamania sytuacji, stały za tym motywy nieco bardziej osobiste; uczciwość wymaga, bym Was o tym poinformował.

12 września byłem w Mirosławcu, w 12 Bazie; razem z operatorem z „Polski Zbrojnej” zamierzaliśmy zrealizować materiał na temat działalności jedynej w naszej armii jednostki wyposażonej w bezzałogowce Bayraktar. Temat klepnąłem na redakcyjnym kolegium miesiąc wcześniej, jeszcze w sierpniu z dowódcą Bazy ustaliliśmy konkretny termin wizyty.

Byliśmy w hangarze, gdzie trzymane są bezzałogowce, gdy płk Jacek Janowski, zwierzchnik Konrada Barnasia, otrzymał telefon o śmierci swojego szefa sztabu. Jacek – znamy się jeszcze z Afganistanu, więc będę też używał takiej formy – stał akurat przed kamerą, właśnie kręciliśmy jedną z „setek”. Odszedł na bok, by odebrać połączenie, a po chwili wrócił wyraźnie poruszony. Wyjaśnił nam, co się stało; gotowi byliśmy przerwać nagranie, ale dowódca Bazy zapewnił, że możemy działać dalej. Założył tylko przyciemniane okulary, by nie było widać załzawionych oczu. „Wybaczcie, straciłem nie tylko podwładnego, ale i dobrego kumpla”, tłumaczył, choć wcale nie musiał, bo przecież dobrze rozumieliśmy w czym rzecz.

Popołudniu – po kilku godzinach spędzonych z personelem Bazy – znów spotkaliśmy się z Jackiem, tym razem w jego gabinecie. Pułkownik czekał na żonę Konrada Barnasia, która miała przyjechać do jednostki i zabrać rzeczy zmarłego męża. Znów był poruszony, a ja cholernie mu współczułem. Wiedziałem, że to rutynowa procedura, wiedziałem, że takie są obowiązki dowódcy, ale wiedziałem też, że nie chciałbym być w jego skórze. „Brzemię dowodzenia”, przyszła mi do głowy ta fraza, zasłyszana niegdyś w jakimś wojennym filmie. „No ale to Jacek, twarda sztuka”, pomyślałem sobie. „Chłop po zestrzeleniu nad Irakiem wrócił do latania (na śmigłowcu Mi-24); kto ma sobie dać radę w trudnych sytuacjach, jak nie on”, z taką refleksją opuszczałem biuro, mijając się w drzwiach z żoną zmarłego.

Widok jej znękanej twarzy wrócił, gdy kilka dni później natknąłem się na cytowane wyżej wysrywy. Przypomniałem sobie smutnego Jacka, poruszonego młodego porucznika i jego kolegów, gdy dowiedzieli się o śmierci Barnasia. Te niestworzone historie biły w pamięć o zmarłym oficerze i już z tego powodu były niestosowne, ale zdałem sobie sprawę, że pokrzywdzonych jest więcej. Że spotkałem tych ludzi, że byłem świadkiem ich emocjonalnych reakcji – i że także z tego powodu nie powinienem milczeć.

Stąd mój apel do Czytelników.

Ale to nie koniec tego wpisu, cała sytuacja bowiem wymaga komentarza, gdyż dobrze ilustruje znacznie szersze zjawisko. Zacznijmy od przypomnienia definicji „użytecznego idioty”, wieloosobowego podmiotu będącego kluczowym narzędziem Rosji w prowadzonej przeciwko nam wojnie hybrydowej. „Użyt-idioci” to uczestnicy wymiany informacji propagujący korzystne dla Moskwy narracje. Niekoniecznie (a po prawdzie to z rzadka) prorosyjscy, za to pielęgnujący przydatne rosjanom resentymenty (antysemityzm, ukrainofobię, antyamerykanizm, niechęć do demokracji, świata zachodnich wartości itp.), zwolennicy teorii spiskowych lub zwyczajni atencjusze lubujący się w odzewie, jaki generują udostępniane przez nich treści. Są wśród także cyniczni gracze, dla których atencja to kapitał – rozumiany dosłownie jako mechanizmy „monetyzujące treści” czy pośrednio jako sposób na budowanie politycznych wpływów. Tak czy inaczej, dla szeroko definiowanego zysku tacy ludzie gotowi są podać dalej największą brednię. Nawet jeśli skutkiem jest dezawuowanie instytucji państwa polskiego, co w przypadku polityków nadaje ich czynom wyjątkowo amoralnego charakteru.

Co podkreślam, gdyż po pierwsze, teorie spiskowe wokół śmierci ppłk Barnasia to dobry przykład pożywki, na której wyrasta nieufność do armii i państwa, bo przecież „oni coś ukrywają!”. Po drugie, w tym konkretnym przypadku głos zabrali także politycy (działający otwarcie, bądź kryjący się za rzekomo społecznikowskimi profilami), dla których „sprawa Barnasia” stała się wygodnym pretekstem, by przywalić w politycznych konkurentów. Nie będę łobuzów reklamował z nazwiska (łatwo te treści znaleźć, jeśli komuś na tym zależy), ale dla ilustracji zjawiska przywołam komentarz jednego z nich: „wrócił Tusk, znikają ludzie”. Nie mógł się drań – jeden z drugim – powstrzymać. Jak szabrownik, u którego złodziejski instynkt bierze górę nad instynktem samozachowawczym. W tej analogii nasz złodziejaszek wychodzi na miasto, nad którym szaleje huragan, i kradnie cegły z muru oddzielającego miejscowość od kipiącego morza. „Przecież jak wezmę kilka, konstrukcja nie runie, a ja będę miał z czego dokończyć swój dom. Zresztą może wiatr ucichnie, morze się uspokoi i nic złego w mieście się nie wydarzy”, kalkuluje taki drań. Rozumiecie przenośnię? Burzą jest rosja, wiara w instytucje murem, polsko-polskie napierdalanki – i szerzej, patrząc już poza politykę, wszystkie działania, w których nie możemy się powstrzymać, by „dowalić”, „wykorzystać”, „zabłysnąć” czy „zmonetyzować” – rozbieraniem jego fragmentów. Może nic się nie wydarzy i jakoś to będzie – a co, jeśli nie?

Z czym zostaniemy, jeśli uwierzmy, że władza przeciw nam spiskuje, a armia zabija swoich oficerów? Gdzie będziemy, jeśli generalnie przestaniemy ufać w nasze instytucje, ba, stracimy zaufanie do innych, skoro „wszyscy kłamią” i „każdy ma coś do ukrycia”? Jaka będzie nasza społeczna odporność na zewnętrze zagrożenia, gdy tak naprawdę nie będziemy już społeczeństwem, a masą żyjących w tłumie odludków?

Nie potrafię przestać o tym myśleć, stąd też ten mój wpis.

Z uwagi na to, co robię, często pytają mnie, czy nie boję się, że wybuchnie wojna. To pytanie ma dwa wymiary – jeden związany z ryzykiem, drugi egzystencjalny. W pierwszym idzie o prawdopodobieństwo; nie będę się teraz nad tym rozwodził, poruszam bowiem tę kwestię regularnie, na użytek tego wywodu napiszę tylko, że moim zdaniem, inwazja rosji na Polskę jest mało realnym scenariuszem. Jeśli zaś idzie o wątek egzystencjalny, zwykle odpowiadam, że nie bez powodu przez lata zajmowałem się korespondencją wojenną; trudno mnie przestraszyć, a wizja ruskich czołgów i dronów nie jest czymś, co mnie paraliżuje. Gdyby stała się rzeczywistością, przyłączę się do ludzi, którzy będą rosjan zabijać – nie wiem, na ile będę w tym efektywny, ale na pewno się postaram. Koniec-kropka.

Jednak skłamałbym, gdybym napisał, że nie ma we mnie lęku, który czasem mnie paraliżuje.

Kilka lat temu wydałem powieść pt.: „Stan wyjątkowy” – w jej finale rosjanie niemal bez walki zajmują połowę Polski, a w niektórych miejscach wita się ich wręcz entuzjastycznie. Mam do tej książki mieszany stosunek, bo z jednej strony ów scenariusz był niezwykle prawdopodobny – w uniwersum „Stanu…” Polska zmaga się z koszmarną pandemią, dużo gorszą, niż ta z rzeczywistości, co skutkuje częściowym rozkładem struktur społecznych i państwowych. Taki kraj łatwo się atakuje… Z drugiej jednak, owa łatwość wydawała mi się, wciąż wydaje, nieco obrazoburcza. No bo jak to, my nie walczymy? Mimo różnych defetystycznych interpretacji nastrojów społecznych – co rusz obecnych w naszej publicystyce – ja w gruncie rzeczy nadal obstaję przy wizji, że w razie potrzeby, jako państwo i społeczeństwo, damy w ryj, komu trzeba.

Ale co, jeśli się mylę? Przecież mierzymy się z czymś znacznie gorszym niż tamta pandemia, z chorobą, która toczy nasze procesy poznawcze, ogłupia, nastawia wrogo wobec swoich. Z zakażeniem, którego trudno się pozbyć, bo przekazywać je dalej, to mieć doraźne korzyści. Nasi wrogowie o tym wiedzą – prowokują więc i wykorzystują nadarzające się okazje, by szerzyć wszelkiej maści dezinformacje. A one nas zmieniają i w którym momencie może się okazać, że na tyle mocno, że nie będzie już komu stawać do walki. Bo czego tu bronić, skoro nie ma żadnej świętości i żadnej wspólnoty?

Tego naprawdę się boję.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.