Kryptonimy

„Dzielny dzik”, „Bystry epifaktor”, „Mądry lekarz” czy po prostu „Anakonda” – kryptonimy ćwiczeń bywają poważne, zagadkowe, a czasem wręcz komiczne. Za każdą taką nazwą stoi jednak zestaw zasad, wielostopniowy proces uzgodnień i logika, której przeciętny obserwator zwykle nie dostrzega.

Podczas VIII zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Afganistanie stacjonujące w Ghazni Zgrupowanie Bojowe „Alfa” realizowało wspólnie z amerykańskim wojskiem wiele przedsięwzięć bojowych. Operacjom nadawano kryptonimy z inicjatywy Amerykanów i według ich zasad. Zwykle były to frazy w stylu „Nocna furia” czy „Czarny orzeł”, zapisywane rzecz jasna po angielsku. Aż któregoś razu poproszono Polaków, by wymyślili własny kryptonim. Dowodzący Alfą ówczesny płk Jarosław Górowski rzucił pomysł, który obezwładnił sojuszników. „Szczerbiec!”, rzekł, zaraz wyjaśniając, że chodzi o miecz, i to nie byle jaki, a archetypiczny, będący jednym z polskich insygniów koronacyjnych. „Jarek opowiedział mi tę historię podczas przekazywania obowiązków”, wspomina gen. bryg. dr Rafał Miernik, dowódca Alfy podczas kolejnej, IX zmiany. „Mało się nie popłakałem ze śmiechu”, przyznaje. „Oczywiście Amerykanie nie byli w stanie tego wymówić, więc »Szczerbiec« przepadł”, dodaje szef Zarządu Szkolenia P7 Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.

Wymóg poprawnej polszczyzny

Sił Zbrojne RP nie biorą dziś udziału w operacjach bojowych, ale intensywnie się szkolą. Tymczasem wszystkie ćwiczenia wojsk od batalionu wzwyż – a jest ich rocznie ponad 900 – wymagają własnego kryptonimu. Wymyśla się je podczas opracowywania tzw. instrukcji, dokumentu określającego zasady organizacji ćwiczeń. Trzon zespołu autorskiego wystawia Zarząd P7 SGWP, w jego skład wchodzą też, w zależności od potrzeb, przedstawiciele dowództw rodzajów sił zbrojnych, rodzajów wojsk i związków taktycznych. „Taki zespół liczy około dwudziestu osób”, mówi płk Dariusz Jaros, szef Oddziału Programowania Szkolenia Dowództw i Ćwiczeń SZRP w SGWP. „Zwykle trzeba kilku spotkań, by wypracować ostateczny kształt dokumentu, a całość, w tym fragment dotyczący kryptonimu, przechodzi weryfikację językową. Polonistki z Dowództwa Transformacji i Szkolenia Sił Zbrojnych dbają o to, by wszystko było napisane poprawną polszczyzną”.

Czy wspomniany zespół ma dowolność w dobieraniu nazw? Wydaje się, że jest ona spora – wiele kryptonimów brzmi jak efekt swobodnej zabawy słowami czy wręcz niepohamowanej fantazji. Dość wspomnieć takie przedsięwzięcia jak „Dzielna zawała”, „Dzielny bóbr” lub „Bystry epifaktor”. Rzeczywistość jest jednak bardziej złożona. Zasady nadawania kryptonimów są unormowane w dokumentach doktrynalnych – narodowych i natowskich – a te w dużej mierze pozostają niejawne. Z dostępnych informacji wynika, że kryptonim powinien składać się z dwóch słów w języku polskim – choć w ćwiczeniach będących wizytówką sił zbrojnych bądź mających charakter wielonarodowy dopuszczalny jest zapis po angielsku. Nazwa może charakteryzować podejmowaną w ćwiczeniach problematykę (np. „Szybki marsz”, „Silna zapora”) lub region, rzekę w rejonie stacjonowania jednostki wojskowej (np. „Ogniste Pomorze”, „Wartka Pilica”) bądź też termin realizacji (np. „Zimna wiosna”, „Jesienny ogień”). W oficjalnym zapisie kryptonimów należy używać wyłącznie wielkich liter poprzedzonych skrótem pk. („pod kryptonimem”), po myślniku dopełnionych ostatnimi dwiema cyframi roku realizacji zamierzenia, np. ćwiczenie pk. WARTKA PILICA-19.

Dwuczłonowość niesie pułapki

„Nie wolno stosować skrótów i oznaczeń przypisanych do ćwiczeń realizowanych przez dowództwa NATO lub inne międzynarodowe struktury dowodzenia”, zastrzega płk Jaros. „Określając kryptonim, uwzględnia się system nazw przyjęty dla danego szczebla organizacyjnego, na którym prowadzone będą ćwiczenia”, mówi, wskazując kolejne zasady. W siłach zbrojnych RP indywidualne kryptonimy stosuje się w odniesieniu do ćwiczeń organizowanych przez m.in. SGWP, Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych, Operacyjne RSZ, Komendę Główną Żandarmerii Wojskowej, dowództwa komponentów czy wreszcie poszczególnych oddziałów (brygad, pułków, formacji równorzędnych).

I tak np. dla przedsięwzięć realizowanych przez Sztab Generalny WP zarezerwowano pory roku, dla KGŻW nazwy miesięcy. Dla wojsk lądowych przewidziano nazwy dzikich zwierząt lądowych, takich jak borsuki, rysie czy pumy. Ćwiczenia sił powietrznych winny nosić kryptonimy odwołujące się do drapieżnych ptaków – orłów, jastrzębi itp. Do domeny morskiej przypisano miana morskich zwierząt (przede wszystkim ptaków) i wiatrów. Wojska medyczne i cybernetyczne zobligowane są do sięgania po terminologię specjalistyczną, np. nazwy sprzętów. W użytku są również nazwy kamieni szlachetnych, kiedyś wykorzystywane przez wojewódzkie sztaby wojskowe, dziś przez wojskowe centra rekrutacji.

„Dzięki temu osoby wtajemniczone już po kryptonimie mogą określić, kto jest organizatorem danego przedsięwzięcia”, zwraca uwagę płk Jaros. I dodaje, że do 2023 roku w WP obowiązywały określenia jednowyrazowe, takie jak „Ryś”, „Borsuk” czy „Granica”. „Przejście na kryptonimy dwuczłonowe wynikało przede wszystkim z potrzeby dostosowania się do standardów NATO”, tłumaczy mój rozmówca. „Było to o tyle konieczne, że każde państwo członkowskie zgłasza do natowskiego programu ćwiczeń własne przedsięwzięcia szkoleniowe, otwarte dla sojuszników. Poza tym granica między ćwiczeniami narodowymi a międzynarodowymi coraz bardziej się zaciera. Dziś nawet na poziomie brygady w wielu przedsięwzięciach uczestniczą żołnierze innych państw, choćby dlatego, że stacjonują na terytorium Polski. Ujednolicone nazewnictwo jest po prostu wygodniejsze dla wszystkich”, przekonuje Dariusz Jaros. I tak organizowana od lat „Anakonda” od tego roku będzie się nazywać „Dzielny husarz” (ang. „Brave Hussar”), a inne cykliczne ćwiczenie – „Dragon” – w przyszłym roku odbędzie się pod kryptonimem „Polski dragon”.

Owa dwuczłonowość, choć spełnia wymóg sojuszniczej standaryzacji, niesie też pułapki – przy konieczności stworzenia dziewięciuset kryptonimów nie zawsze da się uniknąć zabawnych zestawień. Zasadniczo jednak nazwa ćwiczeń – zwłaszcza tych największych, składających się z całej serii przedsięwzięć szkoleniowych – ma też pełnić rolę skróconego komunikatu strategicznego. Dobrym przykładem jest ubiegłoroczny „Żelazny obrońca ‘25”, nazwa federacji ponad 30 ćwiczeń różnych rodzajów sił zbrojnych, będących odpowiedzią na działania armii rosyjskiej i białoruskiej. Na bieżący rok zaplanowano dwie takie federacje: w czerwcu odbył się „Bursztynowy obrońca ‘26”, we wrześniu wystartuje „Czarny obrońca ‘26” – z podobnym przekazem, lecz o skali mniejszej niż zeszłoroczne działania.

A jak powstają kryptonimy natowskie? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w „Polsce Zbrojnej”. Dostęp do wersji elektronicznej znajdziecie pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Atak czołgów, wspartych śmigłowcami szturmowymi. Epizod ćwiczeń „Anakonda 10”/fot. własne

Rozkazy…

Spytali mnie dziś w radio (w Jedynce), czy odetchnąłem z ulgą po decyzji Trumpa, że nie tylko nie będzie redukcji sił amerykańskich w Polsce, ale wręcz kontyngent zostanie powiększony o kolejne 5 tys. żołnierzy. Co łącznie da 15 tys. wojskowych, ekwiwalent dywizji – nie lada siłę. Odrzekłem, że tak, i nie – że jest ulga, ale jest też niepokój. A po prawdzie, to tego drugiego jest nawet więcej. Dlaczego?

Nim odpowiem na to pytanie, ustalmy, do czego w ogóle potrzebne są amerykańskie wojska w Polsce. Przede wszystkim po to, by odstraszać Rosję – tak brzmi najpopularniejsza interpretacja. Zgodnie z nią, sama obecność żołnierzy USA oznacza, że ewentualny atak na Polskę automatycznie staje się problemem Waszyngtonu, a nie wyłącznie Warszawy. To polityczny i wojskowy „bezpiecznik”, który ma zmniejszać ryzyko agresji. To zarazem prawda i naiwność. Bez trudu wyobrażam sobie sytuację, w której rosjanie atakują Polskę, robiąc wszystko, by nie skrzywdzić ani jednego Amerykanina – o ile ci sami nie wejdą do wojny. W tym właśnie zawiera się istota efektywnej dla nas obecności sił USA – w ich gotowości, lub nie, do włączenia się do walki. Innymi słowy, to, że dodatkowy zawodnik jest na ringu, o niczym jeszcze nie przesądza, ważne, czy rzeczony użyje pięści czy oprze się o liny, albo wręcz zejdzie z maty.

Przy takim sposobie myślenia przestaje mieć znaczenie, ilu faktycznie Amerykanów u nas stacjonuje. Czy jest to 5, 10 czy 15 tys. O czym piszę nie dla siana defetyzmu, ale po to, byśmy przestali fetyszyzować liczby. Bo nawet 100-tysięczny kontyngent – jeśli zabraknie  politycznej zgody na jego użycie – przed niczym nas nie uchroni. I tu właśnie są źródła mojego niepokoju. Trump i jego administracja zrobili już tak wiele, by podważyć swoją wiarygodność, że trudno im ufać „z automatu”. I nawet nie chodzi o to, że w Waszyngtonie mogę sobie przekalkulować, że wojowanie im się nie opłaca; to, jakkolwiek złe dla Polski, broniłoby się jeszcze swoją racjonalnością. Problem w tym, że w amerykańskiej administracji po lutym 2025 roku panuje koszmarny bałagan, nie ma jasnych, wypracowanych polityk i strategii. Uproszczając, w czym nie ma wielkiej przesady, dużo – zbyt dużo – zależy od tego, w jakim humorze danego dnia obudzi się amerykański przywódca. Często wiedziony nie chłodną kalkulacją, ale emocją, impulsem i osobistymi obsesjami. Przeraża mnie fakt, jak bardzo jesteśmy – cały świat jest – uzależnieni od kaprysu tego człowieka.

Ale dobrze, załóżmy, że w sytuacji poważnej próby administracja Trumpa stanie na wysokości zadania. Albo że będzie to już inna, posttrumpowska administracja (czytaj – normalna) – czy to coś zmienia w naszych rozważaniach na temat obecności sił USA w Polsce? Czy kwestia liczebności ma znaczenie? Otóż Szanowni, dla Polski drugorzędne, Amerykanie nie są tu bowiem tylko dla nas, a precyzyjniej rzecz ujmując, są przede wszystkim dla Bałtów. Powiedzmy to wprost, na przekór dominującej retoryce – Rzeczpospolitej w dającej się przewidzieć perspektywie nie grozi fizyczny rosyjski najazd. Armia putina jest na to „za krótka”, zbyt zdemolowana przez Ukraińców; nie stać jej na próbę inwazji tak dużego państwa jak Polska, z tak dużym i stosunkowo silnym wojskiem (póki ono duże i relatywnie silne jest – nie zapominajmy o tym!). Na marginesie warto zauważyć, że w tej diagnozie kryje się niebagatelna rola ukraińskich sił zbrojnych. Prawdę mówiąc, są one dziś większym i efektywniejszym gwarantem bezpieczeństwa dla naszego kraju niż armia amerykańska, realnie bowiem upuszczają rosji krew. Warto o tym pamiętać, gdy mówimy o naszych priorytetach bezpieczeństwa.

Wracając zaś do sedna – „oni” tu nie przyjdą, ale mogą spróbować wejść do któregoś z maleńkich państw bałtyckich; to jakoś sobie ogarną mimo poniesionych w Ukrainie strat. Dla Litwy, Łotwy i Estonii głębią strategiczną jest Rzeczpospolita – to tu, w razie W, będzie zaplecze logistyczne dla operacji obronnej NATO na wschodniej flance. Stąd ruszą sojusznicze siły, jeśli pojawi się groźba rosyjskiego ataku na któreś z trzech państw. Im więcej będzie tu gotowych do szybkiego działania Amerykanów, tym lepiej. Im więcej będą mieli zmagazynowanego na miejscu sprzętu, tym większa to będzie siła.

Byle tylko przyszły odpowiednie rozkazy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Karbala

22 lata temu w irackim mieście Karbala rozegrała się bitwa o City Hall – najpoważniejsze starcie polskich żołnierzy od zakończenia II wojny światowej.

Był 3 kwietnia 2004 roku. Mimo późnej pory Karbala nie spała. W centrum co jakiś czas rozlegały się serie z broni maszynowej. Ogień koncentrował się wokół ratusza, znanego jako City Hall. Im głębiej w noc, tym bardziej kanonada gęstniała, zmieniał się też jej charakter. To już nie były tylko serie z broni ręcznej. Syk wystrzeliwanych „erpegów” i ich eksplozje mogły oznaczać jedno: City Hall stał się celem skoordynowanego ataku.

Do kompleksu zmierzał patrol sił szybkiego reagowania. Kolumna Honkerów i BRDM-ów ruszyła z położonej pod miastem bazy Lima po informacji, że w Karbali „trochę strzelają”. Żołnierze zabrali więcej amunicji niż zwykle. „Ledwie dojechaliśmy, dostaliśmy ogień z karabinów i granatników RPG”, wspomina Hubert Świątkiewicz, wówczas dowódca drużyny. „Szybko przeskoczyliśmy na teren ratusza i wtedy się zorientowaliśmy, że brakuje nam tłumacza. Rozpłaszczył się przerażony na pace Honkera. Trzeba było po niego wracać…”, relacjonuje podoficer. Dopiero po ściągnięciu cywila w bezpieczniejsze miejsce Świątkiewicz i jego koledzy mogli zająć stanowiska na dachach City Hall.

Symboliczny punkt w mieście

Na początku kwietnia 2004 roku niemal cały południowy Irak ogarnęła fala zbrojnych wystąpień zwolenników szyickiego duchownego Muktady as-Sadra. Jego milicja w krótkim czasie przejęła kontrolę nad wieloma dzielnicami miast. Sytuację dodatkowo komplikowało święto Aszura. Do Karbali przybywały dziesiątki tysięcy szyickich pielgrzymów, a tak wielkie zgromadzenia sprzyjały mobilizacji zwolenników as-Sadra.

Polski kontyngent odpowiadał za bezpieczeństwo dużej części południowo-środkowego Iraku w ramach Wielonarodowej Dywizji Centrum–Południe. W bazie Lima pod Karbalą stacjonowali polscy, amerykańscy i tajscy żołnierze, w samym mieście – Bułgarzy. W znajdującym się w centrum metropolii City Hall mieściły się natomiast władze prowincji, komisariat oraz niewielkie więzienie. Kto panował nad ratuszem, ten symbolicznie panował nad miastem. Dlatego w nocy z 3 na 4 kwietnia powstańcy szybko właśnie tam skierowali ogień.

Gwałtowność ataku zaskoczyła Polaków. „Nic nie wskazywało na to, że wydarzy się coś tak dużego”, przekonuje Rafał Radomski, wówczas starszy kapral i strzelec rozpoznania. Jak jednak przyznaje, już wcześniej zdarzały się trudne sytuacje. Podczas jednego z patroli jego oddział został zablokowany na ulicy. „Z przodu samochód, z tyłu samochód, i strzały zza muru. Na szczęście udało nam się wyrwać”. O napięciu w mieście świadczyło też zachowanie bojowników. „Chodzili z bronią zupełnie jawnie”, wspomina Jacek Klimanek, wtedy starszy sierżant.

Najbardziej niepokojący sygnał przyszedł ze strony miejscowych formacji bezpieczeństwa. Plut. Paweł Erdmann zapamiętał jedną z nocy poprzedzających wybuch powstania. „W pobliżu naszej bazy stacjonował batalion irackiej policji. W pewnym momencie cały po prostu zniknął. Wiedzieliśmy, że zabrana przez tamtych broń trafi do przeciwnika”.

„Byliśmy jak monolit”

4 kwietnia bitwa rozgorzała na dobre. „Ostra wymiana ognia zaczęła się około pierwszej w nocy”, wspomina Hubert Świątkiewicz. „Dopiero gdy muezin zaczął wzywać do modlitwy i zrobiło się jasno, atak wyraźnie osłabł”. Napastnicy strzelali wprost z ulicy oraz z dachów i okien pobliskich budynków. Do broni ręcznej i „erpegów” wkrótce dołączyły moździerze. „To ich i snajperów baliśmy się najbardziej”, przyznaje Rafał Radomski.

Walki miały swój rytm. „Pół godziny ciszy, pięć minut strzelaniny. Godzina spokoju i znowu kilka, kilkanaście minut ognia”, wspomina Paweł Erdmann. W przerwach żołnierze poprawiali stanowiska i łapali oddech – jedli, spali, niektórzy nawet grali w karty. „Ja robiłem zdjęcia”, Radomski uśmiecha się szeroko. „Koledzy się ze mnie podśmiewali, ale potem wszyscy chcieli, żebym im pozgrywał pliki”, opowiada nieformalny kronikarz karbalskiej bitwy.

„Bałeś się?”, po tym pytaniu Paweł Erdmann chwilę się zastanawia. „Z jednej strony ta cała kanonada przypominała mi wtedy sylwestrowe fajerwerki”, mówi. „Ale z drugiej, tamci nie odstępowali, a nas walczyło zaledwie kilkudziesięciu i mieliśmy ograniczoną ilość amunicji. Wokół było wrogie, wielkie miasto, czułem, że jesteśmy jak samotna wyspa na oceanie. Zwłaszcza nocą, kiedy wiedzieliśmy, że śmigłowce nie latają, i może być problem z logistyką. Był taki moment, w którym uznałem, że jak przełamią nasze pozycje, to ostatnią pestkę zachowam dla siebie”, wyznaje Erdmann. „Nie nadaję się na zakładnika”, dodaje.

„Pamiętam jednego z moich żołnierzy”, do rozmowy włącza się Świątkiewicz. „Chłopak oparł się o ścianę i powiedział, że nie będzie strzelał. Trzeba było go postawić na nogi”. Każdy musiał sobie w głowie poukładać tę sytuację. „Tylko idiota się nie boi”, stwierdza Jacek Klimanek. „Za pierwszym razem wszedłem na dach bez problemu, bo nie wiedziałem, co mnie czeka. Ale kiedy miałem wejść drugi raz…”, nasz rozmówca zawiesza głos. „Słyszałem strzały, wiedziałem już, jak to wygląda”, relacjonuje. Mimo wątpliwości Klimanek wrócił na stanowisko. Żaden z jego kolegów nie opuścił też swojego. Strach nie znikał, ale przestawał paraliżować. Liczyło się tylko to, żeby utrzymać pozycje i nie dopuścić przeciwnika do budynku. „Byliśmy jak monolit”, konkluduje Erdmann.

Ten monolit wcale nie był czymś oczywistym – dlaczego? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w magazynie i portalu „Polska Zbrojna”. Oto link do tego materiału, gdzie znajdziecie również więcej zdjęć z Karbali. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Pozycja na dachu City Hallu. Zdjęcie prezentuję dzięki uprzejmości jednego z obrońców ratusza, Pawła Erdmanna

Uzależnienie

Skala amerykańskiej obecności wojskowej na terytorium RP oraz tempo modernizacji Sił Zbrojnych, opartej w dużej mierze na sprzęcie z USA, sprawiły, że relacje Warszawy z Waszyngtonem weszły w nową fazę. Stany Zjednoczone są nie tylko głównym gwarantem bezpieczeństwa Polski, lecz także partnerem realnie wpływającym na zdolności obronne państwa w perspektywie dekad. Taka koegzystencja „na dziś” wzmacnia odstraszanie, ale jednocześnie niesie poważne ryzyka operacyjne i strategiczne.

Po 1989 roku relacje Polski z USA miały głównie wymiar polityczny. Waszyngton odegrał kluczową rolę w procesie włączania Warszawy do zachodnich struktur bezpieczeństwa, zwieńczonym wejściem do NATO w 1999 roku. Przez kolejne lata współpraca wojskowa koncentrowała się jednak na misjach ekspedycyjnych – Iraku i Afganistanie – nie przekładając się ani na stałą obecność wojsk USA w Polsce, ani na głęboką integrację operacyjną. Przełom przyniósł dopiero rok 2014 – rosyjska agresja na Ukrainę uruchomiła proces, który w ciągu dekady radykalnie zmienił znaczenie Polski w amerykańskiej architekturze bezpieczeństwa w Europie.

—–

Jeszcze na początku lat 2010. obecność wojsk USA w Polsce miała charakter epizodyczny. Dziś mówimy o stałej, choć formalnie rotacyjnej obecności liczonej w tysiącach żołnierzy oraz o infrastrukturze o znaczeniu regionalnym. Kluczową rolę odegrały amerykańskie programy wzmacniania wschodniej flanki NATO – najpierw European Reassurance Initiative, a następnie European Deterrence Initiative. W ich ramach USA sfinansowały przerzut sił, magazynowanie sprzętu, rozbudowę infrastruktury oraz intensyfikację ćwiczeń. Po 2022 roku skala obecności została dodatkowo zwiększona. W efekcie Polska pełni dziś funkcję jednego z głównych węzłów logistycznych i dowódczych dla wschodniej flanki NATO, a na jej terytorium ulokowano elementy amerykańskiego systemu dowodzenia i wsparcia operacyjnego.

Ramy prawne tej obecności stworzyła podpisana w 2020 roku umowa o wzmocnionej współpracy obronnej (EDCA). Otworzyła ona drogę do długofalowego planowania obecności wojsk USA oraz wieloletnich inwestycji infrastrukturalnych, współfinansowanych przez stronę polską. Ich łączna wartość liczona jest w miliardach złotych.

Po 2014 roku Stany Zjednoczone stały się dla Polski także dominującym dostawcą uzbrojenia. Według danych Stockholm International Peace Research Institute (SIPRI), w latach 2014–2023 USA odpowiadały za około 60–70 procent wartości importu ciężkiego uzbrojenia do Polski. Żaden inny dostawca nie zbliżył się do tego poziomu.

Jeszcze dekadę wcześniej struktura importu była wyraźnie bardziej zróżnicowana. Polska korzystała z dostawców europejskich, izraelskich i amerykańskich, a istotną rolę odgrywał przemysł krajowy. Po aneksji Krymu, a szczególnie po 2022 roku, ten model został zastąpiony strategią szybkiej koncentracji zakupów u jednego partnera.

Skala tej zmiany jest bezprecedensowa. W latach 2022–2024 Polska podpisała z USA kontrakty zbrojeniowe o wartości liczonej w dziesiątkach miliardów dolarów, obejmujące systemy obrony powietrznej, artylerię rakietową, lotnictwo bojowe oraz ciężkie wojska lądowe. W krótkim czasie amerykańskie technologie stały się podstawą kluczowych zdolności bojowych Sił Zbrojnych RP.

Istotne jest nie tylko tempo zakupów, lecz ich struktura. Polska importuje z USA przede wszystkim systemy o znaczeniu strategicznym, a nie jedynie wyposażenie uzupełniające. Oznacza to, że realna gotowość bojowa wojska – od obrony powietrznej po zdolności uderzeniowe – jest coraz silniej powiązana z amerykańskimi łańcuchami logistycznymi, serwisowymi i szkoleniowymi.

Na tle innych państw regionu skala tej koncentracji jest wyjątkowa. Rumunia czy państwa bałtyckie również zwiększyły zakupy w USA, jednak w ich przypadku amerykański sprzęt nie dominuje całej struktury sił zbrojnych. Polska, modernizując niemal wszystkie kluczowe komponenty armii w krótkim czasie, przyjęła model, w którym jeden dostawca odgrywa rolę systemową.

Z punktu widzenia krótkoterminowego bezpieczeństwa jest to rozwiązanie skuteczne: przyspiesza modernizację, zwiększa interoperacyjność z NATO i wzmacnia odstraszanie. W dłuższej perspektywie oznacza jednak koncentrację ryzyka. Im większy udział jednego państwa w kluczowych zdolnościach bojowych, tym większe znaczenie mają decyzje podejmowane poza granicami kraju – nie tylko polityczne, lecz także budżetowe, prawne i przemysłowe.

—–

Skala zakupów uzbrojenia z USA nie oznacza automatycznie utraty suwerenności decyzyjnej. Oznacza jednak rosnącą zależność funkcjonalną, która ujawnia się nie na etapie podpisywania kontraktów, lecz podczas eksploatacji sprzętu – w czasie pokoju, kryzysu i wojny.

Nowoczesne systemy bojowe nie są samowystarczalne. Ich realna wartość zależy od dostępu do serwisu, części zamiennych, oprogramowania i amunicji. W przypadku sprzętu pochodzącego z USA oznacza to uzależnienie od certyfikowanych procedur, decyzji administracyjnych oraz zdolności przemysłu zbrojeniowego poza Polską. Nawet krótkotrwałe ograniczenia w tym obszarze mogą wpływać na gotowość bojową.

Szczególnie wrażliwym elementem jest oprogramowanie. Współczesne platformy wojskowe funkcjonują w sieciach cyfrowych, wymagają aktualizacji i integracji z systemami dowodzenia NATO. Dostęp do pełnej funkcjonalności bywa regulowany przepisami eksportowymi i zapisami kontraktowymi. W praktyce oznacza to, że sprawność sprzętu nie zależy wyłącznie od decyzji użytkownika.

Kolejnym obszarem ryzyka jest amunicja i logistyka. Zaawansowane systemy uzbrojenia są projektowane pod konkretne typy amunicji, produkowane w ograniczonej liczbie zakładów. Jeśli państwo nie posiada własnych mocy produkcyjnych lub licencji, tempo prowadzenia działań bojowych staje się pochodną dostępności dostaw z zagranicy.

Zależność dotyczy także szkolenia i kadr. Obsługa najbardziej zaawansowanych systemów wymaga długotrwałych programów szkoleniowych i certyfikacji, często realizowanych z udziałem zagranicznych instruktorów. Zdolność do szybkiego zwiększenia liczby wyszkolonych załóg w sytuacji kryzysowej jest więc ograniczona nie tylko zasobami ludzkimi, lecz także procedurami.

Wreszcie pojawia się wymiar planowania operacyjnego. Głęboka interoperacyjność z siłami USA i NATO zwiększa skuteczność wspólnych działań, ale jednocześnie sprawia, że część zdolności jest projektowana pod scenariusze sojusznicze. Samodzielne użycie sił w warunkach ograniczonego wsparcia staje się bardziej wymagające – technicznie i logistycznie.

Nie jest to zależność polityczna w klasycznym sensie. Nikt nie podejmuje decyzji za Warszawę. Jest to jednak zależność systemowa, w której realna sprawność wojska coraz silniej zależy od czynników zewnętrznych. W sprzyjających warunkach wzmacnia to bezpieczeństwo. W mniej sprzyjających – ogranicza pole manewru.

A dodajmy do tego czynnik czynnik politycznej nieprzewidywalności, o którym więcej w dalszej części tekstu. Opublikowałem go w portalu TVP.Info – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ćwiczenia 6BPD na Pustyni Błędowskiej, na pierwszym planie amerykański wóz typu Humvee/fot. 6BPD

Piątka

21 grudnia 2011 roku Rawza, maleńka wioska tuż przy głównej drodze Afganistanu Highway 1, stała się miejscem największego dramatu w historii misji zagranicznych Wojska Polskiego.

Tego dnia, w eksplozji miny-pułapki, zginęło pięciu polskich żołnierzy. Najmłodszy z nich miał 22,  najstarszy 33 lata. Jechali jednym wozem – pojazdem M-ATV, popularnym „mrapem”. Nie brali udziału w operacji bojowej, ochraniali pracowników PRT (Provincial Reconstruction Team), zespołu odbudowy prowincji; cywilno-wojskowej struktury zajmującej się projektami pomocowymi.

Szokujące meldunki medyków

Nic nie zapowiadało nadchodzącej tragedii. Konwój czterech mrapów dotarł do wioski bez problemów, sama wizyta przebiegła sprawnie. Gdy się zakończyła, specjaliści i ochraniający ich żołnierze wrócili do pojazdów. Kolumna ruszyła i wówczas nastąpiła eksplozja co najmniej kilkudziesięciokilogramowego IED. Plac spowiły tumany kurzu, kamienie i odłamki tłukły w pancerze wozów. Minę „wyłapał” czwarty w kolumnie „mrap”. Medycy, którzy dotarli do wraku jako pierwsi, podali dramatyczną ocenę stanu załogi…

Tysiące kilometrów dalej, w Warszawie, rozdzwoniły się telefony. Jeden z nich na biurku ówczesnego ppłk. Mirosława Ochyry, rzecznika Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych. „Skontaktował się ze mną oficer z dyżurnej służby operacyjnej”, opowiada Ochyra. „Pierwszy komunikat mówił o trzech zabitych i kilku rannych; takie informacje spłynęły od zaatakowanych do centrum dowodzenia w Afganistanie. Zaraz potem zadzwonił do mnie dowódca operacyjny, wtedy był nim gen. Edward Gruszka. »Przyjdź, mamy poważną sprawę«, powiedział krótko. Już u szefa dowiedziałem się, że wszyscy polegli byli z tej samej 20 Bartoszyckiej Brygady Zmechanizowanej”, wspomina.

Szczęściem w nieszczęściu nie doszło też do eskalacji napięcia po ataku. Zaraz po wybuchu trzy pozostałe wozy zajęły pozycje obronne, a niebawem do Polaków dołączył patrol ANA (Afghan National, czyli armii afgańskiej). Wkrótce na miejsce dotarły też polskie Rosomaki. W Afganistanie eksplozja IED zwykle była wstępem do kolejnych działań. Napady często miały postać zasadzek kombinowanych, w trakcie których używano również broni ręcznej, a niekiedy moździerzy i dział bezodrzutowych. W tym przypadku prawdopodobnie wiadomość o zbliżającym się wsparciu odstraszyła napastników. Zaczęła się ewakuacja – zabitych i żywych. Ciała poległych zabrały śmigłowce i wozy ewakuacji medycznej, a reszta patrolu, osłaniana przez Rosomaki, wróciła do Ghazni.

Najsmutniejsza wigilia w życiu

Gdy zdziesiątkowany patrol dotarł do bazy, jego uczestnicy uformowali pieszą kolumnę za WEM-em wiozącym ciało Piotra Ciesielskiego, dowódcy, odprowadzając je do dyżurnego punktu medycznego. „Potem były oficjalne pożegnania i wigilia… najsmutniejsza w życiu”, przyznaje Przemysław Kapuściński, w 2011 roku specjalista w PRT.

A jeszcze potem były pogrzeby w Polsce. Wszyscy polegli zostali pośmiertnie awansowani. Spoczęli w swoich rodzinnych miejscowościach. Pogrzeb mł. chor. Piotra Ciesielskiego odbył się w Ostródzie. Sierż. Marcin Szczurowski został pochowany w Morągu, sierż. Krystian Banach w Pieckach koło Mrągowa, sierż. Marek Tomala w Borowie koło Annopola, a sierż. Łukasz Krawiec w Jelnie koło Nowej Sarzyny.

Ale to wcale nie był koniec tej historii. W połowie listopada 2012 roku, w prowincji Ghazni, w starciu z sojuszniczymi siłami specjalnymi został zabity Hafiz Sardar. Jego śmierć stanowiła zwieńczenie kilkumiesięcznej operacji wywiadowczej, rozpoczętej po zamachu w Rawzie. „Zabity talibski dowódca odpowiedzialny był m.in. za organizację i przeprowadzenie (…) ataku na patrol z 21 grudnia 2011 roku, w wyniku którego zginęło pięciu polskich żołnierzy”, podano w komunikacie Dowództwa Operacyjnego RSZ. „Sardar był nierozważny”, mówi Mirosław Ochyra. „Po takich atakach ich organizatorzy zwykle uciekali z Afganistanu, on został. Kilka razy wymknął się komandosom, ale ci ostatecznie go dopadli”.

Rozmiar tragedii nie przeszedł w Polsce bez echa. „Mam wrażenie, że po 21 grudnia Polacy zaczęli trochę inaczej myśleć o naszym udziale w misjach zagranicznych”, dzieli się swoim spostrzeżeniem Przemysław Kapuściński. „Zaczęło to bardziej przypominać postawę charakterystyczną dla Amerykanów, ujętą w haśle »szacunek i wsparcie«”. Społecznym nastrojom poszli w sukurs politycy, „szacunkowi i wsparciu” nadając zinstytucjonalizowanej formy. By uczcić zabitych, w 2015 roku ustanowiono 21 grudnia Dniem Pamięci o Poległych na Misjach. „Cieszy mnie to upamiętnienie”, przyznaje Kapuściński. „Chłopaki na to zasłużyły”, dodaje. „To nie byli zwykli wojskowi”, napisała w swojej książce „Jej Afganistan…” Magdalena Pilor, która w 2011 roku również pracowała w PRT. „To byli przyjaciele, koledzy. Mieli rodziny, marzenia, mieliśmy wspólny cel – wrócić”.

Piątce z czwartego wozu się nie udało…

Rozszerzoną wersję tego reportażu opublikowałem w „Polsce Zbrojnej” – oto link do tego materiału.

—–

PS. Doniesienie o ataku pojawiło się w depeszy Reutersa już kilkanaście minut po fakcie. Do dziś nie wiadomo, skąd agencja miała tak szybko informację o wydarzeniach z 21 grudnia 2011 roku. Jest to o tyle istotne, że depeszę zilustrowano wykonanym na miejscu zdjęciem, przedstawiającym zniszczonego „mrapa”. Agencja zasłoniła się niejawnością źródeł, podkreślając, że dane pochodziły od współpracowników na miejscu, ale nie od dziennikarzy.

Nz. Świąteczny stół upamiętniający poległych, przygotowany w Ghazni, podczas wigilii w 2011 roku, trzy dni po tragedii/fot. archiwum blogu zAfganistanu.pl