„Okno”

Pytanie „czy Polska obroniłaby się przed rosją?” jest źle postawione. Sugeruje bowiem, że należałoby porównać potencjały obu państw i na tej podstawie wskazać silniejszego. Tymczasem rosyjski atak na Polskę oznaczałby konflikt z NATO, a o jego przebiegu nie decydowałyby sumy czołgów, samolotów i żołnierzy. Liczyłby się potencjał, który każda ze stron mogłaby w określonym czasie skoncentrować na polskim teatrze działań, zaopatrywać, osłaniać i skutecznie używać.

rosja miałaby przy tym istotną przewagę początkową: sama wybrałaby moment agresji i mogłaby wcześniej przygotować środki uderzeniowe oraz skoncentrować część sił. NATO dysponowałoby nieporównanie większym potencjałem, ale rozproszonym pomiędzy wiele państw i baz. rosyjski plan nie musiałby więc zakładać pokonania całego Sojuszu, lecz uzyskanie i wykorzystanie chwilowej przewagi na polskim teatrze działań, zanim znacznie większy potencjał militarny NATO zacząłby rozstrzygać sytuację.

Taki scenariusz zawiera jednak sprzeczność. Im ambitniejszy byłby cel rosyjskiej operacji lądowej, tym większych sił wymagałoby jego osiągnięcie, a dużej koncentracji wojsk nie sposób przygotować bez pozostawienia śladów. Brygady i dywizje potrzebują paliwa, amunicji, transportu, zabezpieczenia medycznego, rozwiniętego dowodzenia i osłony przeciwlotniczej. rosja mogłaby ukrywać zamiary, termin ataku albo kierunek głównego wysiłku, ale wraz ze wzrostem skali operacji malałaby możliwość osiągnięcia pełnego zaskoczenia. Moskwa może relatywnie łatwo zaskoczyć NATO salwą rakietową, znacznie trudniej armią zdolną natychmiast wykorzystać jej skutki.

Dlatego pierwsza faza konfliktu musiałaby służyć nie tyle zadaniu Polsce możliwie dużych strat, ile stworzeniu warunków do dalszego prowadzenia operacji. rosyjskie uderzenie powinno ograniczyć zdolność polskich i sojuszniczych wojsk do działania oraz opóźnić rozwinięcie sił NATO. Właściwą miarą jego powodzenia nie byłaby więc liczba zniszczonych obiektów, lecz to, ile czasu pierwsza salwa kupiłaby rosji i ile odebrałaby NATO.

—–

To trudniejsze, niż sugeruje proste zestawienie rosyjskich rakiet z polskimi systemami przeciwlotniczymi. Doświadczenia wojny w Ukrainie pozwoliły rosji udoskonalić masowe ataki: bezzałogowce i wabiki absorbują uwagę obrony, pociski manewrujące atakują z innych kierunków i na innych wysokościach, a rakiety balistyczne stawiają obrońcę przed jeszcze innym problemem. Salwy mogą być rozciągane w czasie i prowadzone z wielu stron, tak by przeciążać nie pojedynczą baterię, lecz cały proces wykrywania, klasyfikacji celów i prowadzenia ognia.

Polska ma dziś dwie baterie Wisły z Patriotami, dwie jednostki ogniowe Małej Narwi oraz systemy krótszego zasięgu. Docelowa architektura obrony powietrznej nadal jednak powstaje, nie ma więc mowy o szczelnej osłonie kraju. Nie oznacza to jednak, że rosja mogłaby swobodnie wybierać cele i koncentrować na nich środki rażenia. Przeciwnie – pierwsza salwa musiałaby realizować kilka zadań jednocześnie. Jeśli Moskwa chciałaby ograniczyć możliwości działania polskiego lotnictwa, musiałaby atakować jego infrastrukturę. Jeśli chciałaby zwiększyć skuteczność następnych salw – radary i OPL. Jeśli zamierzałaby dezorganizować reakcję – dowodzenie i łączność. A jeśli za priorytet uznałaby utrudnianie napływu sojuszniczych wojsk – logistykę i infrastrukturę transportową. Wszystkie te cele konkurowałyby o tę samą pulę najcenniejszych środków rażenia.

W tym właśnie tkwi znaczenie polskiej OPL. Patriot nie musi zestrzelić wszystkiego, żeby wpłynąć na rosyjski plan. Jeśli określony obiekt jest kluczowy dla powodzenia operacji, napastnik musi uwzględnić możliwość przechwycenia części pocisków i skierować przeciw niemu odpowiednio większą salwę. Obrona powietrzna nie musi więc uczynić rosyjskiego uderzenia nieskutecznym. Wystarczy, że podniesie koszt ataku na najważniejsze cele i zwiększy niepewność jego rezultatu.

Nie można przy tym mierzyć powodzenia obrony procentem zestrzelonych pocisków. Może ona przechwycić większość z nich i ponieść operacyjną porażkę, jeśli kilka pozostałych wyłączy elementy krytyczne. Może też przepuścić więcej, ale zachować zdolność działania. rosja potrzebowałaby bowiem efektu kaskadowego, w którym uszkodzenie jednych elementów zwiększa podatność kolejnych, a suma lokalnych zakłóceń zaczyna prowadzić do paraliżu całego systemu.

Dobrym przykładem jest lotnictwo. rosja nie musiałaby zniszczyć większości polskich F-16 i F-35. Wystarczyłoby ograniczyć liczbę wykonywanych przez nie lotów – uszkodzić infrastrukturę, zakłócić dostawy paliwa i uzbrojenia. NATO przygotowuje się na taki scenariusz, rozwijając koncepcję Agile Combat Employment, czyli operowania z wielu baz i lokalizacji zapasowych. Podczas Ramstein Flag 2026 ponad 200 statków powietrznych operowało z 20 miejsc, w tym z drogowych odcinków lotniskowych. Takie rozproszenie nie daje lotnictwu odporności na uderzenia, ale znacząco komplikuje zadanie napastnika: zamiast skupiać się na kilku bazach, musiałby on stale oddziaływać na całą sieć miejsc, z których mogą operować samoloty.

—–

Jeżeli pierwsze uderzenie nie sparaliżowałoby polskiego systemu, z każdą kolejną dobą problem rosji stawałby się większy. NATO nie rozpoczynałoby wojny od zera. Część sił już znajduje się na wschodniej flance, kolejne mają wcześniej przypisane zadania w regionalnych planach obronnych, a system wzmocnienia obejmuje zarówno szybko dostępne posiłki, jak i ciężkie siły kolejnych rzutów.

Nie znaczy to, że cały potencjał Sojuszu pojawiłby się w Polsce natychmiast. Najszybciej można zwiększyć aktywność lotnictwa operującego również z baz poza Polską. Inaczej wygląda przerzut personelu do wcześniej rozmieszczonego sprzętu, a jeszcze inaczej ruch ciężkich związków taktycznych wraz z logistyką. Ten pierwszy mechanizm można wykorzystać dzięki kompleksowi Army Prepositioned Stocks-2 w Powidzu, który przy pełnym wyposażeniu może mieścić ponad pięć tysięcy głównych elementów sprzętu, w tym Abramsy, Bradleye i haubice Paladin. Personel można przerzucić drogą powietrzną znacznie szybciej niż czołgi, bojowe wozy piechoty, artylerię i pozostałe wyposażenie. Napływ sojuszniczych sił byłby więc procesem rozłożonym w czasie, ale rozpoczynającym się na długo przed przybyciem do Polski pierwszych ciężkich jednostek przewożonych z zachodu Europy.

rosja musiałaby zatem nie tyle zatrzymać ten proces, ile dostatecznie go spowolnić. Dlatego tak duże znaczenie miałaby infrastruktura. Nie trzeba trwale zniszczyć kolei, żeby osiągnąć efekt wojskowy – wystarczy opóźnić transporty. Nie trzeba zniszczyć wszystkich lotnisk – wystarczy zmniejszyć liczbę wykonywanych lotów. Im więcej jednak tras alternatywnych, zapasowych lokalizacji i możliwości naprawy, tym więcej wysiłku potrzeba do utrzymania tego samego efektu. Pociski przeznaczone na kolejne uderzenia w transport i logistykę nie mogą w tym samym czasie atakować OPL, dowodzenia czy wojsk na froncie.

Nie sposób uczciwie powiedzieć, czy rosyjskie „okno możliwości” trwałoby dobę, trzy dni czy tydzień. Zależałoby to od wcześniejszego ostrzeżenia, gotowości NATO, rezultatów pierwszych uderzeń i skali rosyjskiej koncentracji. Wiadomo natomiast, co stopniowo by je zamykało: kolejne sojusznicze samoloty, systemy OPL, rozwijane dowództwa, uruchamiane zapasy sprzętu i napływające związki lądowe. Każdy kolejny element zwiększałby siłę dostępną NATO na polskim teatrze działań i zmniejszał znaczenie przewagi, jaką rosji dawały wybór momentu ataku oraz wcześniejsza koncentracja sił.

Jeśli pierwsza faza nie przyniosłaby rozstrzygnięcia, początkowa premia za inicjatywę zaczęłaby maleć – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Wojsko Polskie podczas ćwiczeń na poligonie w Nowej Dębie/fot. własne

Armia

Jakich zdolności potrzebuje Polska, żeby rosyjscy planiści uznali atak na nasz kraj za przedsięwzięcie zbyt ryzykowne i kosztowne? I czy właśnie takie wojsko budujemy?

Na obronność Polska przeznaczy w 2026 roku 200,1 mld zł, czyli 4,81 proc. PKB. To poziom wydatków, który jeszcze kilka lat temu trudno byłoby sobie wyobrazić. W ślad za pieniędzmi idą ogromne zakupy: Abramsy i K2, armatohaubice Krab i K9, wyrzutnie HIMARS i Homar-K, samoloty F-35, systemy Wisła i Narew, drony, satelity, amunicja. Równolegle rośnie liczebność wojska, a minister Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiedział budowę „Armii 500” – półmilionowego potencjału obejmującego zarówno żołnierzy czynnej służby, jak i przygotowanych rezerwistów.

Można więc próbować mierzyć siłę WP liczbą czołgów, dział, samolotów czy żołnierzy. Problem w tym, że doświadczenia trwającej już piąty rok pełnoskalowej wojny rosyjsko-ukraińskiej mocno skomplikowały taki rachunek. Okazało się, że nawet liczna i dobrze uzbrojona armia może mieć poważne problemy, jeśli zawodzi jej rozpoznanie, dowodzenie i logistyka. Że sprzęt potrzebuje ogromnych ilości amunicji, części zamiennych i paliwa. Że dron kosztujący ułamek ceny czołgu potrafi go unieruchomić, a magazyn lub stanowisko dowodzenia kilkaset kilometrów od frontu nie jest już bezpiecznym zapleczem.

Dlatego pytanie o armię zdolną odstraszyć rosję trzeba postawić inaczej.

—–

Polska nie buduje sił zbrojnych po to, aby samodzielnie wygrać wojnę z federacją. Jesteśmy członkiem NATO i polskie plany obronne są częścią planów całego Sojuszu. NATO utrzymuje dziś dziewięć wielonarodowych grup bojowych na swojej wschodniej flance, ćwiczy ich rozwijanie do większych związków taktycznych i opiera obronę regionu na połączeniu sił już znajdujących się na miejscu z szybko dostępnymi posiłkami.

To bardzo ważne zastrzeżenie, bo zmienia sposób myślenia o tym, jak silne powinno być WP. Nie musi być liczniejsze od rosyjskiego ani dysponować większą liczbą samolotów, rakiet i czołgów niż rosja. Musi natomiast sprawić, że Moskwa nie będzie mogła liczyć na szybkie rozstrzygnięcie wojny.

Przy czym jej pierwsze godziny wcale nie muszą oznaczać wielkiej bitwy lądowej. rosja dysponuje pociskami balistycznymi i manewrującymi oraz ogromną liczbą bezzałogowców. Wojna w Ukrainie pokazuje, że ich celami stają się nie tylko wojska, lecz także lotniska, systemy obrony powietrznej, stanowiska dowodzenia, magazyny, zakłady przemysłowe, energetyka i infrastruktura transportowa.

Dlatego armia odstraszająca rosję musi być przede wszystkim trudna do sparaliżowania. Nie może zależeć od kilku obiektów, których zniszczenie przerwie jej „układ nerwowy”. Potrzebuje rozproszonych i zapasowych stanowisk dowodzenia, mobilnych systemów, chronionych magazynów, odpornej łączności i zdolności do szybkiego odtwarzania uszkodzonej infrastruktury.

Potrzebuje również obrony powietrznej – ale nie tylko tej najbardziej efektownej, zdolnej zwalczać samoloty i rakiety balistyczne. Ukraina pokazała problem, którego przed 2022 rokiem nie dostrzegano w pełnej skali: przeciwnik może atakować setkami relatywnie tanich dronów, zmuszając obrońcę do zużywania znacznie droższych pocisków.

Polska buduje więc kolejne warstwy obrony. Wisła ma zapewniać ochronę m.in. przed pociskami balistycznymi, Narew przed celami na krótszych dystansach. Do tego dochodzą Pilica+ oraz rozwijane zdolności antydronowe. W styczniu podpisano umowę na 18 modułów bateryjnych systemu SAN przeznaczonego m.in. do zwalczania bezzałogowców.

Nie oznacza to, że nad Polską powstanie szczelna kopuła. Takiej obrony nie ma żadne państwo. Chodzi o coś innego: ochronę najważniejszych elementów państwa i wojska na tyle skuteczną, aby przeciwnik nie mógł liczyć, że pierwsza fala uderzeń odbierze Polsce zdolność do dalszej walki.

—–

Zasięg broni nie jest tym samym co zdolność skutecznego rażenia na taki dystans. Rakieta mogąca przelecieć kilkaset kilometrów niewiele daje, jeśli jej użytkownik nie wie, gdzie znajduje się cel. Dlatego obok efektorów potrzebne są sensory: radary, satelity, drony rozpoznawcze, rozpoznanie radioelektroniczne oraz system dowodzenia zdolny zebrać informacje z wielu źródeł i szybko przekazać je temu, kto może zaatakować wykryty cel. Liczy się nie tylko to, kto widzi dalej, ale także kto szybciej zamienia informację w decyzję i decyzję w uderzenie.

To jeden z obszarów polskiej modernizacji, który pozostaje mniej widowiskowy niż zakup nowych czołgów czy samolotów, ale z roku na rok nabiera większego znaczenia. Polska rozwija wojskowe rozpoznanie satelitarne, kupuje kolejne systemy bezzałogowe i rozbudowuje systemy radarowe oraz rozpoznania elektronicznego. Same F-35 również nie są wyłącznie samolotami służącymi do przenoszenia uzbrojenia – są elementami sieci zbierającej i przekazującej informacje o polu walki.

W wielkim uproszczeniu: kupujemy nie tylko coraz silniejszą pięść, ale również oczy i układ nerwowy, które pozwolą nią skutecznie uderzyć.

Sama obrona jednak nie wystarczy. Wiarygodne odstraszanie wymaga możliwości zadawania przeciwnikowi strat również daleko od własnej granicy. Nie chodzi przy tym o bombardowanie rosyjskich miast. Z wojskowego punktu widzenia istotne są stanowiska dowodzenia, wyrzutnie rakiet, lotniska, magazyny amunicji i paliwa, węzły logistyczne czy miejsca koncentracji wojsk. Im dalej od linii frontu rosjanie muszą chronić takie obiekty, tym więcej sił muszą przeznaczać na ich obronę i tym trudniej prowadzić operację zaczepną.

Polska rozwija tę zdolność od kilku lat. Służą jej artyleria rakietowa HIMARS i Homar-K, lotnicze pociski JASSM i JASSM-ER, a w przyszłości także kolejne rodzaje uzbrojenia przenoszonego przez F-35. Do tego dochodzi ogromny potencjał klasycznej artylerii lufowej budowany wokół Krabów i południowokoreańskich K9.

—–

Przed 2022 rokiem europejskie armie przygotowywały się przede wszystkim do konfliktów mniej intensywnych niż pełnoskalowa wojna. Ukraina przypomniała, jak szybko wielka wojna zużywa wszystko. Co w związku z tym? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Natowscy

Współczesny żołnierz świadomie wybiera służbę, akceptuje jej rygory, ale oczekuje profesjonalizmu, wskazania sensu, rozwoju i poszanowania własnej podmiotowości.

Kmdr ppor. Damian Przybysz jest starszym oficerem flagowym w dowództwie 3 Flotylli Okrętów. „Pochodzę z wojskowej rodziny. Mój ojciec jest chorążym, służy w Darłowie, w bazie lotnictwa marynarki wojennej. A ja dorastałem w jej sąsiedztwie, po części w samej bazie”, wspomina. Jako dziecko zaliczał praktycznie wszystkie imprezy organizowane przez jednostkę, chodził na wojskową pływalnię, zajęcia karate, siatkówki. Mnóstwo czasu spędzał w towarzystwie rówieśników – podobnie jak on, dzieci żołnierzy. Inaczej być nie mogło, skoro mieszkał w „wojskowym” bloku. Decyzję o włożeniu munduru podjął jeszcze w liceum. Najpierw myślał o lotnictwie, ostatecznie stanęło na marynarce; tak czy inaczej, armia była dla niego oczywistym wyborem.

„Od zawsze szukałam drogi, która miałaby sens i pozwoliła robić coś ważnego dla innych”, opowiada por. Magdalena Trzebińska-Gawin, oficer prasowy 6 Brygady Powietrznodesantowej. „Przed rozpoczęciem służby studiowałam na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie, ale gdy pojawiła się szansa związania swojej przyszłości z Brygadą, wiedziałam, że to jest miejsce dla mnie. To była świadoma decyzja i nigdy jej nie żałowałam”, zapewnia nasza rozmówczyni.

Z danych Sztabu Generalnego Wojska Polskiego wynika, że na koniec czerwca 2026 roku w Siłach Zbrojnych RP służyło ponad 220 tys. żołnierzy – 27,4 tys. oficerów, 73,9 podoficerów oraz 119 tys. szeregowych. Blisko 38 tys. z nich – 17% – stanowiły kobiety. Miażdżąca większość wszystkich mundurowych – 155 tys. – pełniła zawodową służbę wojskową, niemal 39 tys. terytorialną. Ponad 14 tys. osób odbywało właśnie dobrowolną zasadniczą służbę wojskową. Na początku 2026 roku – kiedy w szeregach armii pozostawało 217 tys. osób – średni wiek żołnierza wynosił 34,1 roku (w przypadku kobiet były to 33 lata, mężczyzn 35,2 roku). Oznacza to, że przeciętny mundurowy urodził się już w wolnej Polsce, dorastał w kraju należącym do NATO, a do wojska trafił po zawieszeniu obowiązkowej służby wojskowej. „Nie zna armii z poboru ani wojska sprzed akcesji Polski do NATO. Mundur nie był dla niego obowiązkiem, lecz świadomym wyborem. Należy do pokolenia żołnierzy, dla których zawodowa służba i funkcjonowanie według standardów NATO nie są celem reform, lecz naturalnym i jedynym znanym środowiskiem”, konkluduje dr Marcin Sińczuch, socjolog, zastępca kierownika Wojskowego Biura Badań Społecznych, które jest komórką wewnętrzną Wojskowego Centrum Edukacji Obywatelskiej.

Zrozumieć rozkaz

To poczucie naturalności nie ogranicza się do procedur czy standardów szkolenia. Jeszcze kilkanaście lat temu polscy żołnierze często wyjeżdżali na manewry z sojusznikami z poczuciem, że mają się od kogo uczyć i co nadrabiać. Dziś taka perspektywa – za sprawą nabytego doświadczenia oraz ogromnej skali prowadzonej od kilku lat modernizacji – w dużej mierze zniknęła. „Nasi żołnierze nie mają już kompleksów wobec kolegów z armii NATO”, przekonuje ppłk dr Artur Zielichowski, kierownik Zakładu Teorii Przywództwa Akademii Wojsk Lądowych we Wrocławiu. „Nie wstydzą się ani swojego wyszkolenia, ani wyposażenia. Wiedzą, że są partnerami, a nie ubogimi krewnymi z Europy Wschodniej”.

Ale zmiana jest znacznie głębsza, bo inny jest sam człowiek noszący mundur. To skutek procesów społeczno-demograficznych, napędzanych przez milenialsów – osoby urodzone między 1981 a 1996 rokiem – oraz pokolenie Z, które na świat przyszło w latach 1997–2012. Zwłaszcza ci drudzy, tzw. zetki, mają w sobie potrzebę redefinicji zasad rządzących życiem społecznym. „A armia pozostaje wiernym odbiciem społeczeństwa”, zauważa Joanna Łatacz, kierownik WBBS. „To truizm, ale o tyle ważny, że zmiany następujące w społeczeństwie, zachodzą też w wojsku”.

Tych zmian jest sporo, na początek warto wspomnieć o jednej, dotykającej fundamentalnej dla sił zbrojnych kwestii – rozkazu. Wbrew obiegowym opiniom, współczesny żołnierz nie ma problemu z dyscypliną czy wykonywaniem poleceń. „Istota zmiany kryje się nie w samym rozkazie, lecz w tym, co go poprzedza”, tłumaczy dr Sińczuch. „Coraz więcej żołnierzy oczekuje, że przed podjęciem decyzji dowódca wysłucha opinii podwładnych, pozwoli im przedstawić argumenty i wspólnie przeanalizować możliwe rozwiązania. Dopiero później zapada decyzja, która – jako rozkaz – pozostaje bezdyskusyjna i podlega wykonaniu”. To samo zjawisko dostrzega ppłk Zielichowski. „Młodsi żołnierze nie oczekują zniesienia rygorów”, przekonuje. „Chcą natomiast rozumieć sens zadań. Kiedy wiedzą, czemu służy rozkaz i jaki cel ma przynieść, angażują się w jego realizację z pełnym przekonaniem”. Zmienia się więc nie istota dowodzenia, lecz sposób budowania autorytetu dowódcy – coraz częściej opartego na kompetencjach, komunikacji i zaufaniu, a nie wyłącznie na stopniu wojskowym.

Znaczenie rodziny

Według danych SG WP z początku 2026 roku, niemal co drugi żołnierz (47%) pozostaje w związku małżeńskim, a 44% wychowuje co najmniej jedno dziecko. W rodzinach wojskowych dorasta dziś niemal 170 tys. dzieci, przy czym blisko 6% żołnierzy ma troje lub więcej potomstwa, a 459 wojskowych co najmniej pięcioro dzieci. Ów rodzinny kontekst nie pozostaje bez wpływu na sposób funkcjonowania armii. Jeszcze dwie–trzy dekady temu od żołnierza oczekiwano, że podporządkuje wojsku właściwie całe swoje życie. Kolejne przeniesienia i rozłąki z rodziną były naturalnym elementem wojskowej rzeczywistości. Dziś służba nadal wymaga tego rodzaju wyrzeczeń. „Zdarzają się długie szkolenia, ćwiczenia, kursy”, przyznaje por. Trzebińska-Gawin. „Trzeba dobrze organizować swój czas i doceniać każdą wspólną chwilę”, konkluduje.

Zarazem i tu zachodzą zmiany. „Na przestrzeni kilkunastu lat obserwujemy wzrost znaczenia rodziny w systemie wartości żołnierza”, relacjonuje Joanna Łatacz. Kiedyś decyzja o przeniesieniu do innej jednostki była czymś oczywistym. Żołnierz akceptował jej skutki, a wraz z nim jego najbliżsi, co zwykle oznaczało dwa scenariusze – przenosiny całej rodziny bądź życie „na dwa domy”. Dziś wojskowi są bardziej asertywni – oczekują od armii, że ta uwzględni takie czynniki jak miejsce pracy współmałżonka, edukację dzieci czy możliwość pozostania blisko rodzinnego domu. Negocjują swoje przenosiny, a czasami potrafią zrezygnować ze służby, gdy ich zabiegi nie przynoszą skutku. „Współczesna armia – podobnie jak inni pracodawcy – musi brać pod uwagę życie swojego personelu poza miejscem pracy”, mówi kierownik WBBS.

Znaczenie rodziny wybrzmiewa z opowieści innych naszych rozmówców. Mateusz, podoficer z 16 Brygady Zmotoryzowanej [nie podajemy nazwisk żołnierzy na prośbę jednostki], mówi o tym tak: „Przez osiem lat służyłem w Braniewie i tam się przeniosłem. Kiedy powstała jednostka w Wielbarku, od razu się do niej zgłosiłem, bo mogłem wrócić w rodzinne strony. Teraz już nie muszę mieszkać dwieście kilometrów od domu. To dla mnie duży komfort – mam pół godziny do pracy i pół godziny z powrotem”. Jego imiennik, szeregowy z 15 Brygady Zmechanizowanej, ma podobne refleksje. „Wojsko dało mi stabilizację”, podkreśla. „To okazało się bardzo ważne, kiedy musiałem pogodzić życie zawodowe z obowiązkami wobec syna wymagającego szczególnej opieki. Po służbie wracam do domu i mam czas dla dziecka”.

Niewykluczające się motywacje

Gdzie w tym wszystkim patriotyzm? Nie za dużo pragmatyzmu? „Patriotyzm i pragmatyzm nie wykluczają się, lecz wzajemnie uzupełniają”, twierdzi Joanna Łatacz. Jak pokazują badania WBBS, współczesny żołnierz najczęściej wymienia kilka motywów podjęcia służby jednocześnie. Chce wykonywać pracę ważną dla państwa i służyć społeczeństwu, ale ceni sobie również stabilność zatrudnienia i uposażenie pozwalające na utrzymanie rodziny. Ppłk dr Artur Zielichowski zwraca uwagę, że motywacje prowadzące do włożenia munduru nie muszą być tożsame z tymi, które pozwalają wytrwać w służbie przez kolejne lata. „Kandydatów przyciągają możliwość wykonywania ciekawej pracy, stabilne zatrudnienie, perspektywa rozwoju i poczucie celu. Ale w momencie zwątpienia, w sytuacjach trudnych, pieniądze przestają być istotnym motywatorem. Tylko motywacja ideologiczna i egzystencjalna pozwalają pojechać na kolejne ćwiczenie, znowu znosić rozłąkę z rodziną”, podkreśla wykładowca AWL.

Nie każdy więc może być żołnierzem na dobre i na złe – co widać również w statystykach. W 2025 roku 94,5% żołnierzy zawodowych pozostało w służbie – i był to najwyższy poziom retencji od początku XXI wieku. Ale spośród blisko 7,8 tys. tych, którzy w tamtym czasie pożegnali się z mundurem, 46% nie nabyło jeszcze uprawnień emerytalnych. Co więcej, znacząca część decyzji o odejściu zapadła w ciągu pierwszych pięciu lat służby. Innymi słowy, armię przedwcześnie opuściło kilka tysięcy wyszkolonych żołnierzy, niektórzy z nich mogliby nosić mundur jeszcze przez wiele lat. „Pozostaje to przedmiotem szczegółowych analiz oraz działań ukierunkowanych na wzmacnianie motywacji do długoterminowej służby”, tak do sprawy odniósł się Sztab Generalny WP.

Co mogłoby wzmocnić motywacje żołnierzy? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który stworzyłem we współpracy z redakcyjnymi kolegami Łukaszem Zalesińskim i Jakubem Zagalskim. Został on opublikowany w sierpniowym numerze miesięcznika „Polska Zbrojna” – jako materiał czołówkowy. W magazynie są także dwa inne moje artykuły – zachęcam do ich lektury. „Papier” jest nadal w sprzedaży, cyfrową wersję magazynu znajdziecie pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Żołnierze 16 DZ podczas służby na wschodniej granicy/fot. 16DZ

Kryptonimy

„Dzielny dzik”, „Bystry epifaktor”, „Mądry lekarz” czy po prostu „Anakonda” – kryptonimy ćwiczeń bywają poważne, zagadkowe, a czasem wręcz komiczne. Za każdą taką nazwą stoi jednak zestaw zasad, wielostopniowy proces uzgodnień i logika, której przeciętny obserwator zwykle nie dostrzega.

Podczas VIII zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Afganistanie stacjonujące w Ghazni Zgrupowanie Bojowe „Alfa” realizowało wspólnie z amerykańskim wojskiem wiele przedsięwzięć bojowych. Operacjom nadawano kryptonimy z inicjatywy Amerykanów i według ich zasad. Zwykle były to frazy w stylu „Nocna furia” czy „Czarny orzeł”, zapisywane rzecz jasna po angielsku. Aż któregoś razu poproszono Polaków, by wymyślili własny kryptonim. Dowodzący Alfą ówczesny płk Jarosław Górowski rzucił pomysł, który obezwładnił sojuszników. „Szczerbiec!”, rzekł, zaraz wyjaśniając, że chodzi o miecz, i to nie byle jaki, a archetypiczny, będący jednym z polskich insygniów koronacyjnych. „Jarek opowiedział mi tę historię podczas przekazywania obowiązków”, wspomina gen. bryg. dr Rafał Miernik, dowódca Alfy podczas kolejnej, IX zmiany. „Mało się nie popłakałem ze śmiechu”, przyznaje. „Oczywiście Amerykanie nie byli w stanie tego wymówić, więc »Szczerbiec« przepadł”, dodaje szef Zarządu Szkolenia P7 Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.

Wymóg poprawnej polszczyzny

Sił Zbrojne RP nie biorą dziś udziału w operacjach bojowych, ale intensywnie się szkolą. Tymczasem wszystkie ćwiczenia wojsk od batalionu wzwyż – a jest ich rocznie ponad 900 – wymagają własnego kryptonimu. Wymyśla się je podczas opracowywania tzw. instrukcji, dokumentu określającego zasady organizacji ćwiczeń. Trzon zespołu autorskiego wystawia Zarząd P7 SGWP, w jego skład wchodzą też, w zależności od potrzeb, przedstawiciele dowództw rodzajów sił zbrojnych, rodzajów wojsk i związków taktycznych. „Taki zespół liczy około dwudziestu osób”, mówi płk Dariusz Jaros, szef Oddziału Programowania Szkolenia Dowództw i Ćwiczeń SZRP w SGWP. „Zwykle trzeba kilku spotkań, by wypracować ostateczny kształt dokumentu, a całość, w tym fragment dotyczący kryptonimu, przechodzi weryfikację językową. Polonistki z Dowództwa Transformacji i Szkolenia Sił Zbrojnych dbają o to, by wszystko było napisane poprawną polszczyzną”.

Czy wspomniany zespół ma dowolność w dobieraniu nazw? Wydaje się, że jest ona spora – wiele kryptonimów brzmi jak efekt swobodnej zabawy słowami czy wręcz niepohamowanej fantazji. Dość wspomnieć takie przedsięwzięcia jak „Dzielna zawała”, „Dzielny bóbr” lub „Bystry epifaktor”. Rzeczywistość jest jednak bardziej złożona. Zasady nadawania kryptonimów są unormowane w dokumentach doktrynalnych – narodowych i natowskich – a te w dużej mierze pozostają niejawne. Z dostępnych informacji wynika, że kryptonim powinien składać się z dwóch słów w języku polskim – choć w ćwiczeniach będących wizytówką sił zbrojnych bądź mających charakter wielonarodowy dopuszczalny jest zapis po angielsku. Nazwa może charakteryzować podejmowaną w ćwiczeniach problematykę (np. „Szybki marsz”, „Silna zapora”) lub region, rzekę w rejonie stacjonowania jednostki wojskowej (np. „Ogniste Pomorze”, „Wartka Pilica”) bądź też termin realizacji (np. „Zimna wiosna”, „Jesienny ogień”). W oficjalnym zapisie kryptonimów należy używać wyłącznie wielkich liter poprzedzonych skrótem pk. („pod kryptonimem”), po myślniku dopełnionych ostatnimi dwiema cyframi roku realizacji zamierzenia, np. ćwiczenie pk. WARTKA PILICA-19.

Dwuczłonowość niesie pułapki

„Nie wolno stosować skrótów i oznaczeń przypisanych do ćwiczeń realizowanych przez dowództwa NATO lub inne międzynarodowe struktury dowodzenia”, zastrzega płk Jaros. „Określając kryptonim, uwzględnia się system nazw przyjęty dla danego szczebla organizacyjnego, na którym prowadzone będą ćwiczenia”, mówi, wskazując kolejne zasady. W siłach zbrojnych RP indywidualne kryptonimy stosuje się w odniesieniu do ćwiczeń organizowanych przez m.in. SGWP, Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych, Operacyjne RSZ, Komendę Główną Żandarmerii Wojskowej, dowództwa komponentów czy wreszcie poszczególnych oddziałów (brygad, pułków, formacji równorzędnych).

I tak np. dla przedsięwzięć realizowanych przez Sztab Generalny WP zarezerwowano pory roku, dla KGŻW nazwy miesięcy. Dla wojsk lądowych przewidziano nazwy dzikich zwierząt lądowych, takich jak borsuki, rysie czy pumy. Ćwiczenia sił powietrznych winny nosić kryptonimy odwołujące się do drapieżnych ptaków – orłów, jastrzębi itp. Do domeny morskiej przypisano miana morskich zwierząt (przede wszystkim ptaków) i wiatrów. Wojska medyczne i cybernetyczne zobligowane są do sięgania po terminologię specjalistyczną, np. nazwy sprzętów. W użytku są również nazwy kamieni szlachetnych, kiedyś wykorzystywane przez wojewódzkie sztaby wojskowe, dziś przez wojskowe centra rekrutacji.

„Dzięki temu osoby wtajemniczone już po kryptonimie mogą określić, kto jest organizatorem danego przedsięwzięcia”, zwraca uwagę płk Jaros. I dodaje, że do 2023 roku w WP obowiązywały określenia jednowyrazowe, takie jak „Ryś”, „Borsuk” czy „Granica”. „Przejście na kryptonimy dwuczłonowe wynikało przede wszystkim z potrzeby dostosowania się do standardów NATO”, tłumaczy mój rozmówca. „Było to o tyle konieczne, że każde państwo członkowskie zgłasza do natowskiego programu ćwiczeń własne przedsięwzięcia szkoleniowe, otwarte dla sojuszników. Poza tym granica między ćwiczeniami narodowymi a międzynarodowymi coraz bardziej się zaciera. Dziś nawet na poziomie brygady w wielu przedsięwzięciach uczestniczą żołnierze innych państw, choćby dlatego, że stacjonują na terytorium Polski. Ujednolicone nazewnictwo jest po prostu wygodniejsze dla wszystkich”, przekonuje Dariusz Jaros. I tak organizowana od lat „Anakonda” od tego roku będzie się nazywać „Dzielny husarz” (ang. „Brave Hussar”), a inne cykliczne ćwiczenie – „Dragon” – w przyszłym roku odbędzie się pod kryptonimem „Polski dragon”.

Owa dwuczłonowość, choć spełnia wymóg sojuszniczej standaryzacji, niesie też pułapki – przy konieczności stworzenia dziewięciuset kryptonimów nie zawsze da się uniknąć zabawnych zestawień. Zasadniczo jednak nazwa ćwiczeń – zwłaszcza tych największych, składających się z całej serii przedsięwzięć szkoleniowych – ma też pełnić rolę skróconego komunikatu strategicznego. Dobrym przykładem jest ubiegłoroczny „Żelazny obrońca ‘25”, nazwa federacji ponad 30 ćwiczeń różnych rodzajów sił zbrojnych, będących odpowiedzią na działania armii rosyjskiej i białoruskiej. Na bieżący rok zaplanowano dwie takie federacje: w czerwcu odbył się „Bursztynowy obrońca ‘26”, we wrześniu wystartuje „Czarny obrońca ‘26” – z podobnym przekazem, lecz o skali mniejszej niż zeszłoroczne działania.

A jak powstają kryptonimy natowskie? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w „Polsce Zbrojnej”. Dostęp do wersji elektronicznej znajdziecie pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Atak czołgów, wspartych śmigłowcami szturmowymi. Epizod ćwiczeń „Anakonda 10”/fot. własne

Rozkazy…

Spytali mnie dziś w radio (w Jedynce), czy odetchnąłem z ulgą po decyzji Trumpa, że nie tylko nie będzie redukcji sił amerykańskich w Polsce, ale wręcz kontyngent zostanie powiększony o kolejne 5 tys. żołnierzy. Co łącznie da 15 tys. wojskowych, ekwiwalent dywizji – nie lada siłę. Odrzekłem, że tak, i nie – że jest ulga, ale jest też niepokój. A po prawdzie, to tego drugiego jest nawet więcej. Dlaczego?

Nim odpowiem na to pytanie, ustalmy, do czego w ogóle potrzebne są amerykańskie wojska w Polsce. Przede wszystkim po to, by odstraszać Rosję – tak brzmi najpopularniejsza interpretacja. Zgodnie z nią, sama obecność żołnierzy USA oznacza, że ewentualny atak na Polskę automatycznie staje się problemem Waszyngtonu, a nie wyłącznie Warszawy. To polityczny i wojskowy „bezpiecznik”, który ma zmniejszać ryzyko agresji. To zarazem prawda i naiwność. Bez trudu wyobrażam sobie sytuację, w której rosjanie atakują Polskę, robiąc wszystko, by nie skrzywdzić ani jednego Amerykanina – o ile ci sami nie wejdą do wojny. W tym właśnie zawiera się istota efektywnej dla nas obecności sił USA – w ich gotowości, lub nie, do włączenia się do walki. Innymi słowy, to, że dodatkowy zawodnik jest na ringu, o niczym jeszcze nie przesądza, ważne, czy rzeczony użyje pięści czy oprze się o liny, albo wręcz zejdzie z maty.

Przy takim sposobie myślenia przestaje mieć znaczenie, ilu faktycznie Amerykanów u nas stacjonuje. Czy jest to 5, 10 czy 15 tys. O czym piszę nie dla siana defetyzmu, ale po to, byśmy przestali fetyszyzować liczby. Bo nawet 100-tysięczny kontyngent – jeśli zabraknie  politycznej zgody na jego użycie – przed niczym nas nie uchroni. I tu właśnie są źródła mojego niepokoju. Trump i jego administracja zrobili już tak wiele, by podważyć swoją wiarygodność, że trudno im ufać „z automatu”. I nawet nie chodzi o to, że w Waszyngtonie mogę sobie przekalkulować, że wojowanie im się nie opłaca; to, jakkolwiek złe dla Polski, broniłoby się jeszcze swoją racjonalnością. Problem w tym, że w amerykańskiej administracji po lutym 2025 roku panuje koszmarny bałagan, nie ma jasnych, wypracowanych polityk i strategii. Uproszczając, w czym nie ma wielkiej przesady, dużo – zbyt dużo – zależy od tego, w jakim humorze danego dnia obudzi się amerykański przywódca. Często wiedziony nie chłodną kalkulacją, ale emocją, impulsem i osobistymi obsesjami. Przeraża mnie fakt, jak bardzo jesteśmy – cały świat jest – uzależnieni od kaprysu tego człowieka.

Ale dobrze, załóżmy, że w sytuacji poważnej próby administracja Trumpa stanie na wysokości zadania. Albo że będzie to już inna, posttrumpowska administracja (czytaj – normalna) – czy to coś zmienia w naszych rozważaniach na temat obecności sił USA w Polsce? Czy kwestia liczebności ma znaczenie? Otóż Szanowni, dla Polski drugorzędne, Amerykanie nie są tu bowiem tylko dla nas, a precyzyjniej rzecz ujmując, są przede wszystkim dla Bałtów. Powiedzmy to wprost, na przekór dominującej retoryce – Rzeczpospolitej w dającej się przewidzieć perspektywie nie grozi fizyczny rosyjski najazd. Armia putina jest na to „za krótka”, zbyt zdemolowana przez Ukraińców; nie stać jej na próbę inwazji tak dużego państwa jak Polska, z tak dużym i stosunkowo silnym wojskiem (póki ono duże i relatywnie silne jest – nie zapominajmy o tym!). Na marginesie warto zauważyć, że w tej diagnozie kryje się niebagatelna rola ukraińskich sił zbrojnych. Prawdę mówiąc, są one dziś większym i efektywniejszym gwarantem bezpieczeństwa dla naszego kraju niż armia amerykańska, realnie bowiem upuszczają rosji krew. Warto o tym pamiętać, gdy mówimy o naszych priorytetach bezpieczeństwa.

Wracając zaś do sedna – „oni” tu nie przyjdą, ale mogą spróbować wejść do któregoś z maleńkich państw bałtyckich; to jakoś sobie ogarną mimo poniesionych w Ukrainie strat. Dla Litwy, Łotwy i Estonii głębią strategiczną jest Rzeczpospolita – to tu, w razie W, będzie zaplecze logistyczne dla operacji obronnej NATO na wschodniej flance. Stąd ruszą sojusznicze siły, jeśli pojawi się groźba rosyjskiego ataku na któreś z trzech państw. Im więcej będzie tu gotowych do szybkiego działania Amerykanów, tym lepiej. Im więcej będą mieli zmagazynowanego na miejscu sprzętu, tym większa to będzie siła.

Byle tylko przyszły odpowiednie rozkazy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.