Rekruci

O wpływie kryzysu demograficznego na możliwości obronne państwa, rozmawiam z dr Anetą Baranowską, socjolożką wojska z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego. Wywiad ukazał się w najnowszym numerze miesięcznika „Polska Zbrojna”. Poniżej jego obszerny fragment, całość znajdziecie w papierowej wersji magazynu. Zapraszam do lektury!

„(…) Jak kryzys demograficzny wpłynie na możliwości militarne Polski?

Chcielibyśmy w 2035 roku mieć 300-tysięczną armię, ale przy takiej demografii to pomysł trudny do zrealizowania. Z prostej przyczyny – kolejne roczniki są coraz mniej liczne. A przecież obok armii i innych instytucji publicznych mamy gospodarkę, która również potrzebuje dopływu świeżej krwi. O młodych, którzy wejdą na rynek pracy, trzeba będzie stoczyć ostrą bitwę.

Ostrzejszą niż teraz?

Dziś wojsko jest we względnie dobrej sytuacji jako pracodawca, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach i na wschodzie Polski. Ale na rynek pracy coraz liczniej wchodzi pokolenie Z, którego wartości i oczekiwania są częściowo rozbieżne z tym, co oferuje wojsko. Mam tu na myśli hierarchiczną strukturę, dyspozycyjność, częste zmiany miejsca zamieszkania. Wielu młodych nie chce w ten sposób pracować, więc armia będzie musiała wykazać się wielką elastycznością, by zdobyć ich zainteresowanie. To nie jest niemożliwe, ale na pewno trudne.

Równolegle konieczne staną się też inne działania, na przykład wydłużenie czasu trwania służby.

Amerykanie już od jakiegoś czasu prowadzą badania, by ustalić, do jakiego wieku można być wydajnym żołnierzem. Nasze wyobrażenia o tym, że po pięćdziesiątce nie da się już „zasuwać w polu” zapewne zostaną zweryfikowane. Ale oprócz dłuższej służby wojsko zostanie zmuszone do szukania innych rozwiązań. Na pewno do korzystania w coraz większym stopniu z nowych technologii – co już dziś widzimy w Ukrainie. Dronizacja i robotyzacja pola walki będzie tylko postępować. Szerokie zastosowanie autonomicznych systemów i sztucznej inteligencji pozwoli częściowo zniwelować problemy wynikające z demografii, ale na końcu i tak potrzebny będzie człowiek.

To może powinniśmy rozważyć budowanie formacji zaciężnych, w których nie służyliby obywatele RP, a cudzoziemcy z obcymi paszportami?

Przyznam, że się nad tym zastanawiałam. I przekonał mnie argument gen. Rajmunda Andrzejczaka, na „nie”. Były szef sztabu podkreślał kwestię kompetencji językowych, bez których nie ma mowy o sprawnym działaniu. A ilu znajdziemy cudzoziemców odpowiednio dobrze władających polskim i chcących służyć w takich jednostkach?

(…)

Może zatem wojsko powinno szerzej otworzyć bramy koszar dla kobiet?

Ale one są otwarte. Kobiety stanowią dziś niemal piątą część personelu sił zbrojnych, w WOT nawet czwartą. Jesteśmy armii niezbędne, realizujemy mnóstwo ważnych zadań i mogę sobie wyobrazić, że będzie nas w mundurach więcej. Ale nie zapominajmy o cechach fizycznych, które sprawiają, że nie jesteśmy w stanie równie efektywnie wykonywać części zadań. Oczywiście znam sporo żołnierek sprawniejszych i silniejszych od niejednego żołnierza, ale nie łudźmy się, że kobiety zastąpią mężczyzn jedna do jednego.

Czyli nie mamy wyjścia i wracamy do służby obowiązkowej?

To mogłoby być jakieś rozwiązanie, pod warunkiem, że szkolenie nie wyglądałoby jak w PRL-u. Gdy dziś rozmawia się z młodymi ludźmi o służbie obowiązkowej, to oni częściej są na „nie”. Nie z zasady, ale dlatego, że panuje pośród nich przekonanie o nudnej i nieefektywnej służbie. Mówią o „betonie”, „fali” i nicnierobieniu; nie chcą tego dla siebie, szkoda im czasu. Pokolenie Z musi się realizować, stawać przed wyzwaniami, zdobywać dodatkowe kompetencje, w tym przypadku takie, które byłyby przydatne także poza wojskiem.

(…)

Z naszej dotychczasowej rozmowy wynika, że bezpieczeństwo Polski w istotnej mierze zależy od tego, czy uda nam się rozwiązać problem niskiej dzietności.

Obecny współczynnik dzietności – 1,1 – jest najniższym od czasów II wojny światowej. By zapewnić zastępowalność pokoleń, musi być na poziomie 2,1. To jest skala naszego dramatu. Oczywiście w obiegu jest mnóstwo mniej lub bardziej uprawnionych wyjaśnień spadku dzietności, ale jeśli chcemy solidnych odpowiedzi, na podstawie których zaplanujemy sensowną politykę społeczną, potrzebujemy pogłębionej diagnozy społecznej.

Co już wiemy na pewno?

Że młodzi decydują się na dzieci po spełnieniu co najmniej trzech warunków. Pierwszy to bycie w związku, który daje poczucie bezpieczeństwa. Drugi – posiadanie mieszkania. Trzeci – stałej pracy. Zaspokojenie tych potrzeb może sprawić, że dzietność wzrośnie.

Państwo może pomóc w zakupie pierwszego mieszkania, częściowo regulować rynek pracy, ale problem z nawiązywaniem stałych relacji przez młodych ludzi wykracza poza jego kompetencje.

Ta trudność w budowaniu stałych związków w dużej mierze wynika z tego, że młodzi są zanurzeni w rzeczywistości wirtualnej. Trzeba ich odkleić od smartfonów. Mam tu na myśli na przykład administracyjne ograniczenia dla najmłodszych w dostępie do mediów społecznościowych. Z drugiej strony nie możemy wszystkiego zwalać na państwo. Przyjrzyjmy się współczesnej rodzinie. Badania pokazują, że statystyczny ojciec spędza pół godziny dziennie na bezpośredniej rozmowie czy zabawie z dzieckiem. Jak ono ma się uspołeczniać, gdy na tym podstawowym poziomie brakuje mu przestrzeni do okazywania emocji?

Czyli problem naszej demografii w taki czy inny sposób ogniskuje się wokół domu?

W dużej mierze w domu w znaczeniu dosłownym. Konkludując, możemy zaryzykować takie stwierdzenie: będą mieszkania, będą dzieci, będą też rekruci.

Dr Aneta Baranowska jest adiunktem w Katedrze Polityki Bezpieczeństwa Wydziału Nauk o Polityce i Administracji Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Specjalizuje się w socjologii wojska i wojny, obszar jej zainteresowań badawczych obejmuje również demografię społeczną, politykę społeczną i politykę bezpieczeństwa.

—–

Szanowni, gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełna oferta pod tym linkiem.

Nz. Żołnierz 6 Brygady Powietrznodesantowej, zdjęcie ilustracyjne/fot. 6BDP

Tarcza

Rozmowa z gen. broni Stanisławem Czosnkiem, zastępcą szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, o wszechstronnych działaniach na rzecz Tarczy Wschód.

Czym właściwie jest Narodowy Program Odstraszania i Obrony Tarcza Wschód?

To nasza odpowiedź na politykę Federacji Rosyjskiej i Białorusi. Wyciągnęliśmy wnioski z wojny w Ukrainie i uznaliśmy, że musimy mieć coś więcej niż dotychczasowe plany obronne. W ramach wstępnych przygotowań wzięliśmy pod uwagę stan prawny, w jakim nasze państwo funkcjonuje w realiach pokoju, uwzględniliśmy konieczność ochrony środowiska naturalnego, konieczność uszanowania własności prywatnej, no i rzecz jasna wymóg zachowania części naszych zamiarów w tajemnicy. Tak pojawiła się koncepcja Tarczy Wschód [TW].

Mówiąc o polityce Rosji, ma Pan na myśli agresję na Ukrainę, tak?

Owszem, ale chodzi też o działania wymierzone bezpośrednio w Polskę. Przyjrzyjmy się rosyjskiemu modus operandi. Opiera się ono na tzw. koncepcji Gierasimowa, przewidującej cztery fazy konfrontacji: budowanie konfliktu, eskalację, działania rozstrzygające i wreszcie rozwiązanie konfliktu metodą faktów dokonanych. Obecnie, w naszych relacjach z Federacją Rosyjską, jesteśmy gdzieś między pierwszym a drugim etapem. Chcąc uniknąć trzeciego – twardej kinetycznej konfrontacji, jaka stała się udziałem Ukrainy – musimy być odpowiednio przygotowani. Wszak lepiej być mądrym przed szkodą niż po szkodzie.

(…)

Zatem wystawiamy lufy przy samej granicy…

Jeżeli chcemy zapewnić integralność terytorium Rzeczypospolitej, musimy być przygotowani do rozpoczęcia walki na granicy, w bezpośrednim kontakcie.

(…) Ostatnio na Litwie pojawiła się koncepcja tzw. linii księcia Witolda, a wraz z nią założenie, że na strategicznych odcinkach należy przygotować fortyfikacje już w czasie pokoju. Litwa bowiem jest za mała, by ryzykować, że nie zdąży z budową umocnień, gdy napięcie zacznie gwałtownie eskalować. A my?

Zacznijmy od tego, że przygotowując rozbudowę inżynieryjną, postawiliśmy się w roli najeźdźców. Wytypowaliśmy m.in. możliwe korytarze manewru i drogi podejścia. Wiemy więc, co chcemy w ten czy inny sposób zablokować, także przy użyciu obiektów terenowych. Część tych obiektów już została zbudowana. Kolejne kilkadziesiąt jest przygotowywanych do rozbudowy.

Mówimy o zaporach przeciwczołgowych?

Nie tylko, ale z oczywistych powodów nie będziemy rozmawiać o szczegółach. Mogę jednak powiedzieć, że chodzi również o odpowiednie spreparowanie całej drożni, choćby tzw. studzienkowanie, czyli przygotowanie do niszczenia mostów czy całych odcinków drogowych. Owo spreparowanie działa też w drugą stronę, mam na myśli takie prace inżynieryjne, które sprawią, że będziemy mogli się poruszać w rejonie operacji obronnej. Chodzi o budowę i rozbudowę dróg – wojewódzkich, powiatowych i gminnych – do standardu umożliwiającego użycie ciężkiego sprzętu, jakim dysponują siły zbrojne. Mówię tu na przykład o Abramsach, K2 czy Leopardach, ważących po 60–70 t.

Na wschodzie Polski ograniczona nośność mostów jest poważnym problemem…

Właśnie. A to nie jest wyłącznie problem Wojska Polskiego, co podkreślam, by zwrócić uwagę, że nasze założenia muszą być i są integrowane z planami NATO.

Czy te plany przewidują również budowę schronów, bunkrów, stanowisk strzeleckich?

Oczywiście, każda zapora ma sens tylko wtedy, kiedy jest broniona.

(…)

Wracając do ukraińskich doświadczeń – one jednoznacznie pokazują, że miny to istotny element każdych umocnień…

TW budujemy, bazując na obowiązującym stanie prawnym, a ten nakłada pewne ograniczenia. Jeśli idzie o miny przeciwpancerne, będziemy je wykorzystywać wszędzie tam, gdzie uznamy to za stosowne. Co zaś się tyczy min przeciwpiechotnych – Polska ratyfikowała konwencję ottawską w 2012 roku. Nasz kraj – obok Litwy, Łotwy, Estonii i Finlandii – zapewne wypowie to porozumienie, ale póki ono obowiązuje, póty nie ma możliwości wykorzystania min przeciwpiechotnych w działaniach bojowych i w ramach przygotowań do nich.

Czyli na razie niczego nie zakopujemy, działamy reaktywnie, w zależności od sytuacji międzynarodowej?

My wiemy, że na wojnę są nam potrzebne miny, ale uwarunkowania czasu pokoju nie pozwalają na ich postawienie. Trzymamy się jednak filozofii działania „przed szkodą”, mamy więc miny zgromadzone w magazynach i, jak będzie trzeba, szybko je rozłożymy.

TW będzie korzystać walorów terenowych, prawda?

Czołg może przejechać przez torfowisko, ale pojedzie tak daleko, jak daleko zdoła podążyć za nim cysterna z paliwem. Musimy więc rozdzielić te dwa elementy. Znamy cechy wschodniego sprzętu, wiemy, jakie są jego możliwości trakcyjne i zamierzamy to wykorzystać. Zarazem nie chcemy zbyt ingerować w środowisko naturalne. Mamy sprzęt inżynieryjny, który pozwala nam w bardzo szybki sposób przygotować teren do walki. Jeżeli stwierdzimy, że będzie taka konieczność, zrobimy to.

W razie potrzeby sięgniemy też po inne rozwiązania. Nikomu nie trzeba tłumaczyć charakterystyki geograficznej województwa warmińsko-mazurskiego. A my wiemy, gdzie trzeba odkręcić kurek, żeby rozlać wodę po całym regionie i skutecznie uprzykrzyć nieprzyjacielowi życie.

TW to koncepcja holistyczna, obejmująca wiele obszarów związanych z przygotowaniem i prowadzeniem operacji obronnej. Ta wymaga na przykład odpowiedniego zaplecza medycznego.

Nie chcemy stawiać nowych szpitali, nie mamy na to czasu i pieniędzy. Ale wybudujemy i dostosujemy lądowiska oraz drogi dojazdowe do placówek, zgodnie z wymaganiami dla ciężkiego sprzętu wojskowego. Przygotujemy też dodatkowe sale operacyjne, czy wreszcie przeszkolimy personel tych szpitali w zakresie medycyny pola walki.

Z ukraińskich doświadczeń wynika, że Rosjanie bez skrupułów atakują szpitale. Dodatkowe sale będą pod ziemią?

My nie jesteśmy Rosją, przestrzegamy prawa humanitarnego i konwencji genewskich. Lecz bierzemy pod uwagę, że czerwony krzyż na dachu szpitala nie będzie honorowany. Wspomniane już systemy UMB mogą też posłużyć do budowy obiektów pod powierzchnią ziemi. Chcemy to przetestować podczas wrześniowych ćwiczeń „Iron Defender”.

Czy fortyfikacje w ramach TW będą kończyły się na styku granic Polski, Białorusi Ukrainy? Historia wojen pokazuje, że skutecznym sposobem pokonania umocnień bywa ich obejście.

Mamy 850 km granicy, począwszy od obwodu królewieckiego aż po Ustrzyki. I cała ta granica zostanie przygotowana do prowadzenia działań obronnych. To nie oznacza, że będziemy blokować przesmyk suwalski łączący nas z krajami bałtyckimi, nie odgrodzimy się też od Ukrainy. Jednak w momencie narastania napięcia dokładnie takie same zabezpieczenia pojawią się wzdłuż całej północno-wschodniej granicy RP, także na odcinku polsko-ukraińskim. Nie zobaczycie Państwo w tych rejonach rozwiniętych elementów rozbudowy fortyfikacyjnej, ale zobaczycie np. zgromadzone, przygotowane do rozstawienia prefabrykaty.

Przy czym należy mieć świadomość, że TW to nie jest tylko strefa nadgraniczna, ale obszar do linii Wisły. Istnieje konieczność budowy dodatkowych osi przeprawy przez duże przeszkody wodne, także przez Wisłę. Musimy być gotowi do tego, żeby zapewnić mobilność sobie i wojskom sojuszniczym, działającym w ramach tzw. planów regionalnych.

Trzeba stawiać nowe mosty?

Raczej przygotować przyczółki w wybranych lokalizacjach, tak, by w razie potrzeby od strony technicznej i formalno-prawnej nie było kłopotu z założeniem tymczasowej przeprawy. Takiego komfortu nam brakowało podczas ostatniej powodzi na Dolnym Śląsku. Saperzy mogli postawić most w kilkadziesiąt godzin, ale trzeba było tygodni na załatwienie mnóstwa formalności…

(…)

Kto w czasie pokoju będzie zabezpieczał instalacje TW? Powstanie coś na wzór batalionów fortecznych?

Zadania w tej materii przejmują wojska obrony terytorialnej, które we współpracy z układem pozamilitarnym będą miały za zadanie utrzymanie instalacji obronnych w stałej gotowości do użycia. W ramach swej struktury utworzyły już tzw. komponent ochrony pogranicza złożony z 1. Podlaskiej Brygady OT, 4. Warmińsko-Mazurskiej Brygady OT, 19. Nadbużańskiej Brygady OT i 20 Przemyskiej Brygady OT. Jako że dwie ostatnie są w trakcie tworzenia, przejściowo zadania te wykonują obecnie 2. Lubelska Brygada OT i 3. Podkarpacka Brygada OT.

Gdzie jest miejsce dla wojsk operacyjnych?

Będą wprowadzone w ten teren w ramach ćwiczeń lub, nie daj Boże, w sytuacji kryzysowej.

Całość rozmowy z generałem, którą przeprowadziłem razem z red. Tadeuszem Wróblem, znajdziecie na portalu „Polska Zbrojna” – oto link do tego materiału. Wywiad dostępny jest również w papierowym wydaniu magazynu.

—–

Szanowni, w e-sklepie Patronite możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

„Zetki”

„Czy ‘zetki’ nas obronią?”, zastanawiały się kilka dni temu media. Temat wjechał na tapet za sprawą Centrum Doktryn i Szkolenia Sił Zbrojnych (CDiS SZ), które przyjrzało się postawom i wartościom pokolenia „Z”, istotnym w kontekście rekrutacji i służby wojskowej. CDiS SZ prowadziło badania przez dwa lata (2023-2024), niedawno opublikowało raport końcowy – i to on stanowił źródło medialnych dociekań.

No więc „czy ‘zetki’ nas obronią?” – moim zdaniem, to nie jest właściwie postawione pytanie. Zakłada bowiem, że obowiązek obrony spoczywa wyłącznie na młodych, a to jest oczywista nieprawda. Jest sytuacją za wszech miar pożądaną, by do służby wojskowej zgłaszali się przede wszystkim 20-parolatkowie, ale taki stan rzeczy dotyczy armii czasu pokoju. W przypadku pełnoskalowej wojny i powszechnej mobilizacji „w kamasze” pójdzie kilkadziesiąt roczników. Spójrzmy na Ukrainę, gdzie średni wiek żołnierza przekracza 40 lat, gdzie dolny próg obowiązkowej mobilizacji ustanowiono najpierw na poziomie 27., a potem 25. roku życia. Wielokrotnie pisałem, że chodzi tu o potrzebę zachowania najcenniejszego rezerwuaru ludnościowego, nie będę zatem rozwijał wątku. Warto wszak podkreślić, że ta sama zależność dotyczyłaby i Polski, również mierzącej się z deficytem demograficznym.

A mamy w tym zakresie jeszcze polską specyfikę. 16 lat temu przeszliśmy na model niedużej, zawodowej armii i zawiesiliśmy zasadniczą służbę wojskową (ZSW). To oznacza, że najmłodsi absolwenci ZSW mają dziś 37 lat. A musimy pamiętać, że w ostatnich latach obowiązkowej służby do wojska szedł niewielki odsetek męskiej populacji, że masowe szkolenia ustały w latach 90. Stąd bierze się mediana polskiego rezerwisty, która wynosi obecnie… 50 lat. Dopiero powrót do masowych szkoleń sprawi, że ta zacznie się obniżać. Na dziś, gdyby doszło do wojny, w pierwszym rzucie wystawilibyśmy do walki zawodowe wojsko – a mediana żołnierza w służbie czynnej to prawie 40 lat – zaś mobilizacja najpierw objęłaby przede wszystkim wyszkolonych rezerwistów, czyli panów w mocno średnim wieku.

Czy pojawiliby się też młodsi ochotnicy? Z badań Centrum Doktryn i Szkolenia Sił Zbrojnych wynika, że tak. Gdyby wybuchła wojna, 48 proc. Polaków w wieku 18-25 lat zgłosiłaby się do wojska, by wziąć czyny udział w konflikcie. Co czwarty młody (26 proc.) deklaruje w takiej sytuacji chęć wyjechania z kraju. Co piąty (19 proc.) udzielałby się w organizacjach charytatywnych i humanitarnych.

Czy to są dobre wyniki? Niezłe. A tym, którzy na widok tych cyfr popadają w czarnowidztwo, polecam garść statystyk z Ukrainy. W połowie grudnia 2021 roku Kijowski Międzynarodowy Instytut Socjologii opublikował wyniki badań, z których wynikało, że 55 proc. Ukraińców jest gotowych stawić opór w wypadku rosyjskiej agresji. Z czego 33 proc. z bronią w ręku, a 22 proc. uczestnicząc w akcjach obywatelskiego sprzeciwu. Reszta albo nie zrobiłaby nic, albo uciekła w bezpieczniejsze rejony kraju lub wyjechała za granicę. Co się wydarzyło później, wiemy – przez pierwsze miesiące „pełnoskalówki” Ukraina miała nadmiar ochotników, z których większość stanowili mężczyźni w wieku 20-35 lat. Potem – na skutek przedłużającej się wojny i wysokich strat – entuzjazm przygasł, a z czasem mieliśmy do czynienia z poważnym kryzysem mobilizacyjnym. Dziś jednak problem niedostatku „siły żywej” można uznać za rozwiązany, choć – gwoli rzetelności – odtwarzanie stanów osobowych ZSU odbywa się głównie poprzez pobór, nie ochotniczy zaciąg. W Polsce zapewne mielibyśmy do czynienia z podobną sytuacją – falującym entuzjazmem i finalną koniecznością oparcia się o przymus (poboru).

—–

Wróćmy jednak do pokolenia „Z” i wspomnianych badań CDiS SZ. Piszę o nich więcej w tekście dla „Polski Zbrojnej” (oto link do tego materiału), na użytek tego wpisu chciałbym zacytować garść ciekawych danych. Seria pytań wprost związana z rekrutacją do sił zbrojnych zaczęła się od zachęt do służby. W ocenie młodych, najważniejsze w tym kontekście jest stałe zwiększanie wysokości wynagrodzeń (27 proc. odpowiedzi), możliwość pełnienia służby w pobliżu miejsca zamieszkania (25 proc.), perspektywa rozwoju indywidualnego (20 proc.) oraz dodatkowe przywileje (20 proc.). Na pytanie o to, czy byliby gotowi do przeprowadzki w razie podjęcia służby w armii (lub innej służbie mundurowej), „nie” odparło 57 proc. ankietowanych. Odpowiedzi na „tak” stanowiły 41 proc. całości. Poproszeni o wskazanie czynników zniechęcających do służby w armii badani wymienili: ciągłą dyspozycyjność (29 proc.), częstą zmianę miejsca zamieszkania (21 proc.) oraz hierarchiczną strukturę organizacyjną wojska (14 proc.).

Przedmiotem kolejnego pytania była motywacja kandydatów do służby w wojsku. Zdaniem ankietowanych, ochotników zachęca głównie: stabilność finansowa (24 proc.), możliwość uzyskania wcześniejszych praw emerytalnych (19 proc.) i możliwość rozwoju indywidualnego (11 proc.).

W kontekście ewentualnego wstąpienia do służby wojskowej, biorący udział w badaniu, w swojej subiektywnej ocenie uważają się za: sprawnych fizycznie (23 proc.), zdyscyplinowanych i lojalnych (19 proc.), zdolnych do działania pod presją czasu (12 proc.) i posiadających cechy przywódcze (11 proc.). 57 proc. przedstawicieli pokolenia „Z” sądzi, że regularne ćwiczenia wojskowe powinny dotyczyć wszystkich obywateli, 29 proc. ma na ten temat odmienne zdanie.

—–

Co te wyniki mówią nam o młodych Polakach i ich gotowości do służby? Jak armia winna się do tego ustosunkować? Przedstawiciele pokolenia „Z” cenią sobie indywidualizm, rozwój osobisty, elastyczność, tzw. work-life balance. Tradycyjne wartości wojskowe, jak hierarchia, dyscyplina i bezwzględne podporządkowanie, są dla nich mniej atrakcyjne.

– Zaskoczyła mnie potrzeba bliskości miejsca zamieszania, bo to ostro kontrastuje z wizerunkiem młodych jako mobilnych, często wręcz niezakorzenionych – przyznaje ppłk Arkadiusz Czaplewski z CDiS SZ, jeden ze współautorów badania. – A zarazem trudno mi wyobrazić sobie wojsko, które nie byłoby strukturą hierarchiczną, wymagającą dużej dyspozycyjności. Dlatego w strategiach rekrutacyjnych trzeba podkreślać inne atuty służby, jej unikatowość. Podbijajmy fakt, że wojsko się zmienia, kupuje mnóstwo nowoczesnej broni – radzi oficer, zwracając uwagę na łatwość w przyswajaniu nowinek, jaka cechuje młodych Polaków (co również wynika z badań, a o czym więcej w tekście dla „PZ”).

Przedstawiciele generacji „Z” cenią sobie organizacje, które promują elastyczne godziny pracy i pracę zdalną. Stąd konieczność położenia nacisku na promowanie takich modeli służby jak Wojska Obrony Terytorialnej, Dobrowolna Zasadnicza Służba Wojskowa, ale też rozmaitych działań podejmowanych przez resort obrony w zakresie edukacji wojskowej i proobronnej (jak program „Trenuj z wojskiem”).

W strategiach rekrutacyjnych uwzględniających cechy pokolenia „Z”, koniecznym jest prezentowanie wojska jako miejsca, gdzie tradycyjna hierarchia nie wyklucza otwartości na dialog, kreatywności, inicjatywy czy współpracy. No i w ostatecznym rozrachunku wojsko takie musi być – z czym w rzeczywistości bywa różnie i co stanowi poważne wyzwanie na przyszłość.

– Z naszych badań wynika, że młodzi są gotowi podporządkować się jasnym regułom. Że potrafią działać wspólnie, jeśli widzą sens. Że są tolerancyjni wobec różnorodności kulturowej, religijnej i społecznej, co sprzyja budowaniu zespołów opartych na wzajemnym zaufaniu – wylicza ppłk Czaplewski i dodaje jeszcze jedną istotną cechę – wyższy od poprzednich pokoleń wskaźnik kompetencji w zakresie znajomości języków obcych. – Młodzież ma mnóstwo atutów, z których armia może czerpać garściami – konkluduje oficer.

—–

Na dziś to tyle. Do tematyki ściśle ukraińskiej wrócę jutro. Zachęcam Was do wsparcia mojego ukraińskiego raportu, który w znaczniej mierze powstaje dzięki Wam – Waszym subskrypcjom i „kawom”. Piszę ostatnio rzadziej, gdyż coraz trudniej zbilansować ów projekt (a to naprawdę angażująca praca). No ale ufam, że sprawy się naprostują.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Adamowi Andrzejowi Jaworskiemu i Arkadiuszowi Wiśniewskiemu (za „wiadro kawy”!) oraz Małgorzacie Łukaszewskiej.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Inna

W sobotę byłem w Limanowej, gdzie oddano do użytku nowoczesny kompleks koszarowy dla miejscowego 114 batalionu piechoty lekkiej. Obiekt powstał z inicjatywy miejscowego samorządu, który chciał, by wojsko do Limanowej wróciło. No więc armia powołała wspomnianą jednostkę, a „lokalni” zorganizowali pieniądze, stworzyli celową spółkę, i w dwa lata uwinęli się z budową koszarowca dla 500 ludzi.

MON przejął obiekt i teraz ma 10 lat na jego wykupienie (w systemie ratalnym). Ciekawy przykład współpracy między publicznymi podmiotami; samorządy w Gorzowie i Włocławku również chciałyby pójść tą drogą.

Ale ja nie o tym.

Przez ostatnie 10 lat w ograniczony sposób interesowałem się codziennym funkcjonowaniem Wojska Polskiego. Wessały mnie inne tematy związane nie tylko z obronnością, no i Ukraina, zwłaszcza po 24 lutego 2022 roku. Stopniowo jednak wracam do swoich bazowych zainteresowań (rzecz jasna nie odpuszczając Ukrainy), wszak WP staje się w tym momencie jedną z kluczowych instytucji państwa polskiego. Takie mamy czasy…

I do brzegu – „moja” armia, ta z wojen w Iraku i Afganistanie, była trochę inna od obecnej. Więc wciąż oswajam się z pewnymi sytuacjami. Na przykład z tym, jak wiele jest w szeregach kobiet. One oczywiście były w wojsku wcześniej – w misyjnych, „eksportowych” jednostkach WP, z którymi pracowałem najczęściej, było tych dziewcząt więcej niż gdzie indziej. Ale tak czy inaczej należały do zdecydowanej mniejszości.

Dziś również stanowią mniejszość, ale to całkiem już liczna i widoczna część armii. Szczególnie w wojskach obrony terytorialnej.

Ani myślę narzekać – od ćwierćwiecza zawodowo obserwuję różne armie i wiem, że te najlepsze mają w swoich szeregach duże odsetki kobiet. Jako socjologowi, marzy mi się wojsko na wskroś obywatelskie, a tego nie da się zbudować bez udziału połowy społeczeństwa. Zaś w obecnej sytuacji demograficznej w ogóle nie sposób stworzyć dużych sił zbrojnych – a takich potrzebujemy – wyłącznie w oparciu o męski zasób. Chce ktoś więc czy nie, kobiety w mundurach to konieczność.

I gitara, jako rzecze klasyk. Ino ja, stary dziad, muszę się deczko przyzwyczaić…

—–

Ps. Dziś i jutro jestem w podróży. Z ukraińskim raportem wracam w środę. Ten powstaje w istotnej mierze dzięki Wam, polecam zatem Waszej uwadze poniższe przyciski.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Uroczystość otwarcia koszar w Limanowej/fot. własne

Przeniesienie

Co więc powinniśmy zrobić? – tym pytaniem zakończyłem wczoraj tekst o wojsku na polsko-białoruskiej granicy. Artykuł, w którym przekonywałem Czytelników, że „granica” armię degraduje, bo Wojsko Polskie nie zajmuje się tym, do czego je powołano – szkoleniem na okoliczność prawdziwej wojny.

No więc co powinniśmy zrobić?

—–

By odpowiedzi stały się bardziej oczywiste, warto najpierw wskazać intencje naszych wrogów – federacji rosyjskiej i jej „podwykonawcy”, czyli Białorusi. Żyłowanie możliwości i obniżanie potencjału naszej armii to nie wszystko. Celem Moskwy i Mińska jest również zburzenie egzystencjalnego spokoju Polaków, którzy do tej pory – dzięki położeniu Polski z dala od migracyjnych szlaków – żyli wolni od problemu nielegalnej imigracji. I nie tyle o sam psychiczny dobrostan chodzi, co o fakt, że ów niepokój idealnie nadaje się do podkręcenia „wojny polsko-polskiej”. Jako wspólnotę, cechuje nas zróżnicowane podejście do kwestii migracji. W 2021 roku dało się to wpisać w napięcia na linii władza-opozycja, dziś sprawa jest bardziej skomplikowana. Tym niemniej na kontinuum postaw nadal można wyróżnić dwie skrajności – od osób, które by do migrantów strzelały (także do kobiet i dzieci), po takie, które wszystkich obcych witałyby chlebem i solą. By zarządzać konfliktem w takim środowisku nie trzeba wiele – wystarczy odpowiednio wzmagać migracyjną presję na granicy.

I to w zasadzie tyle, jeśli idzie o ogólne cele, choć dla porządku warto wspomnieć, że w 2021 roku Moskwie chodziło o coś jeszcze – o stworzenie wokół Ukrainy, w ramach przygotowań do inwazji, nieprzyjaznego środowiska. W odniesieniu do Polski liczono, że rozbuchane nastroje antyimigranckie – choć bazujące na niechęci do Azjatów i Afrykanów (w dużej części muzułmanów) – przełożą się również na stosunek do Ukraińców. Kreml słusznie założył, że atak na sąsiada wywoła uchodźczy exodus, dla którego bramą siłą rzeczy stanie się Rzeczpospolita. Gdyby Polacy postawili tamę, Ukraińcy mieliby problem. Tamę niechęci, która jako ważny składnik postaw społecznych stanowiłaby presję na rząd, co w konsekwencji mogłoby doprowadzić do fizycznego zamknięcia granicy. W wariancie mniej dla Moskwy pożądanym docierający do Polski uchodźcy z Ukrainy znaleźliby się w nieprzyjaźnie nastawionym otoczeniu. Ich pognębienie to wartość sama w sobie, zarazem też doświadczenie, które zmniejszyłoby skalę wychodźstwa. A pamiętajmy jak ważnym powodem rosyjskiej agresji była chęć pozyskania nowego „ludzkiego rezerwuaru” (piszę o tym w swojej najnowszej książce, której lekturę niezmiennie Państwu polecam). No i wreszcie polska wrogość wobec ukraińskich uchodźców mogłaby przerodzić się w generalnie negatywny, a co najmniej obojętny stosunek do Ukrainy i jej sprawy. Wówczas nawet teoretyczne rozważania o zewnętrznym wsparciu dla napadniętego kraju nie miałyby racji bytu.

Na szczęście te kalkulacje putina okazały się chybione, a Polacy przyjęli Ukraińców z życzliwością. Górę wzięła bliskość kulturowa, kluczowa w okazywaniu empatii (bardziej dotyka nas dramat tych, których znamy, i tych, którzy wydają nam się podobni do nas; nad cierpieniami odległych i „egzotycznych” społeczności potrafimy przejść do porządku dziennego). Zapewne nie bez znaczenia była też „wspólnota losów” – podzielane przez oba narody doświadczenie rosyjskiej agresji – i będącą konsekwencją tych historii rusofobia. Wspólny wróg ma tę zaletę, że potrafi jednoczyć.

—–

Tym wrogiem jest rosja i jej białoruski „podwykonawca” – raz jeszcze to podkreślę, bo w potocznej percepcji granicznego kryzysu gdzieś ta odpowiedzialność się zaciera, a wraz z nią umyka możliwość zjednoczenia (co skądinąd jest sporym sukcesem tego wroga). Winni całego zła stają się migranci, to na nich ogniskuje się złość wielu Polaków. Mamy tu do czynienia z przemieszczeniem agresji – zjawiskiem psychologicznym polegającym na przeniesieniu agresji z jej źródła (które zazwyczaj jest niedostępne) na obiekt zastępczy (przedmiot lub osobę), pełniący funkcję „kozła ofiarnego”. Ukaranie kozła może nam przynieść psychiczną ulgę – w realiach „granicy” przełożyć się na chwilowe ograniczenie presji – ale czy rozwiąże problem? Nie. A czy jego źródło rzeczywiście jest niedostępne? Też nie – rosja i Białoruś są tu jednością, karząc Mińsk, dobierzemy się do skóry Moskwy. Jak?

– Aż dziw bierze, że dotąd tego nie zrobiliśmy – mówił mi dr Piotr Łubiński, specjalista w zakresie międzynarodowego prawa humanitarnego i karnego, dziś pracownik naukowy Uniwersytetu Jagiellońskiego. – Działania Białorusi tworzą szkody i koszty po stronie polskiej. Są intencjonalne, co łatwo dowieść. Wystawiajmy więc Mińskowi rachunki za każdą podejmowaną na granicy procedurę. Odpowiedzmy sankcjami, pamiętając, że najdotkliwsze wynikną ze wspólnego działania większej liczby państw. Przekonajmy więc Unię. Utrata możliwości eksportu potasu, zamrożenie aktywów finansowych, wpisywanie kolejnych osób na listę niepożądanych gości. Metod jest mnóstwo, a na razie żadna nie została wykorzystana. No i jest Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości. To, co robi Mińsk, wyczerpuje zarzut przemytu ludzi.

Te słowa padły jesienią 2021 roku, zgadnijcie, co do tej pory zrobiliśmy…

„Białoruś jest już obłożona sankcjami”, zauważy ktoś. Owszem, ale one nie są dotkliwe, a kraj łukaszenki nadal pozostaje furtką dla obchodzenia sankcji nałożonych na rosję. Tymczasem winniśmy zabiegać o to – co podkreśla sama białoruska opozycja – by Białoruś i federację rosyjską traktować jako jeden organizm państwowy (umowa stowarzyszeniowa między oboma krajami takie podejście ułatwia), także w odniesieniu do reżimu sankcyjnego. Najprościej rzecz ujmując, dojechać ich finansowo. Pomnożyć im koszty związane z hybrydową agresją.

Zarazem winniśmy dążyć do ograniczenia własnych kosztów – te związane z nieefektywnym wykorzystaniem armii są tu najwyższe i najważniejsze. Paradoksalnie na początek wiązałoby się to ze zwiększonymi wydatkami, chodzi bowiem o przeniesienie ciężaru odpowiedzialności na inną instytucję niż wojsko. Nie wiem, czy lepszym rozwiązaniem byłoby zbudowanie nowej formacji – na wzór przedwojennego Korpusu Ochrony Pogranicza – czy rozbudowa Straży Granicznej. Intuicja i doświadczenie podpowiadają mi, że lepiej nie startować od zera. Pouczający może tu być przykład Wojsk Obrony Terytorialnej, które według pierwotnych założeń miały już mieć docelową formułę, tymczasem wciąż są w budowie. Tak czy inaczej, chodzi o delegowanie zadań poza armię (a przynajmniej jej część operacyjną!), która naprawdę ma co robić. Wczoraj napisałem, że najlepsze brygady WP nie są w stanie efektywnie szkolić personelu – „bo granica”. Stwierdziłem, że dwa-trzy miesiące czy nawet pół roku takiego oderwania od rutyny armii nie zaszkodzi. Ale trzy lata robią w instytucji poważną kompetencyjną wyrwę – kilkadziesiąt tysięcy (!) nowych żołnierzy spędziło na poligonach i strzelnicach mniej czasu niż przy granicy. W realiach prawdziwej wojny „na wejście” stawiamy się w beznadziejnej sytuacji, skonkludowałem. A jest jeszcze gorzej, na co uwagę zwrócił mi doświadczony podoficer, służący do niedawna w elitarnej formacji. „Zapomniałeś o jednym”, napisał. „Ten stan nie trwa od ‘granicy’ tylko od pandemii. Ci, którzy przychodzili wtedy i znali na pamięć sanepid, szpitale ale nie strzelnice, dziś uczą innych”. Czego? W oparciu o jakie doświadczenie?

Armia musi się odbudować, dokonać absorpcji nowego sprzętu, zaaplikować sobie nauki i nauczki płynące z wojny na Wschodzie. Tuptanie przy płocie, czy nawet rozganianie agresywnego tłumu, temu nie sprzyja.

Wobec zaniechań z ostatnich trzech lat, gwałtowny odwrót wojska znad granicy nie wchodzi w grę. I tu pojawia się rzekoma potrzeba uporządkowania kwestii prawnych, związanych z obecnością żołnierzy na wschodzie kraju. Ze zdumieniem obserwuję działania MON, które zasługują na miano biegunki legislacyjnej. Oto bowiem pojawiają się kolejne pomysły na akty prawne, podczas gdy odpowiednie przepisy już istnieją. Wystarczy zacząć stosować Regulamin ogólny żołnierza Wojska Polskiego w zakresie dotyczącym służby wartowniczej.

Realną bieżącą potrzebą jest zapewnienie wojsku wsparcia – co możemy zrobić sięgając po zasoby Frontexu, agencji zajmującej się ochroną zewnętrznych granic UE. Nowy rząd chwali się znakomitymi kontaktami w unijnej administracji, teoretycznie więc powinno pójść gładko.

I wreszcie czas skończyć z wojenną narracją – nie tylko bowiem jest odklejona od rzeczywistości, ale ma też moc dzielenia Polaków. Zobaczmy, co dzieje się z percepcją rządowego projektu „Tarcza Wschód”. Planowane pola minowe, umocnienia, odtworzone bagna itp. postrzegane są jako instalacje mające przeciwdziałać nielegalnej imigracji. A przecież nie o to w tym chodzi – to nasze „dmuchanie na zimne” na okoliczność twardej rosyjskiej agresji, inwazji wojskowej. Niektórym pomysł wysadzania migrantów na minach odpowiada, inni pukają się w czoło. Obie strony kłócą się o coś, czego nie ma i nie będzie, a co jest wyłącznie skutkiem błędnej strategii komunikacyjnej. A Kremlowi w to graj…

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Granica/fot. Sztab Generalny WP