Obecność

Przez lata obecność amerykańskich żołnierzy w Polsce stała się symbolem bezpieczeństwa i trwałości sojuszu z Waszyngtonem. Problem w tym, że znaczna jej część ma charakter rotacyjny i pozostaje uzależniona od politycznych decyzji podejmowanych za oceanem.

Jeszcze dekadę temu wojskowa obecność USA w Polsce miała charakter symboliczny. Amerykańskie pododdziały pojawiały się głównie na ćwiczeniach, a dyskusje o stałych bazach – z forsowanym przez polityków pomysłem „Fort Trump” – traktowano bardziej jako polityczny sygnał niż realny projekt wojskowy. Rosyjska agresja przeciwko Ukrainie całkowicie zmieniła jednak znaczenie Polski w strategii NATO i USA.

Kluczowa dla obrony państw bałtyckich

Pierwszy przełom nastąpił po aneksji Krymu w 2014 roku. Wówczas NATO rozpoczęło wzmacnianie wschodniej flanki, a Waszyngton uruchomił European Deterrence Initiative – program finansowania zwiększonej obecności wojskowej w Europie. Do Polski zaczęły trafiać pierwsze większe rotacyjne kontyngenty wojsk lądowych, lotnictwa i sił specjalnych. Nadal były to jednak działania ograniczone skalą i podporządkowane przede wszystkim odstraszaniu politycznemu.

Dopiero pełnoskalowa rosyjska inwazja na Ukrainę z lutego 2022 roku uczyniła z Polski jedno z najważniejszych państw dla amerykańskiej obecności wojskowej w Europie. Liczba amerykańskich żołnierzy stacjonujących nad Wisłą wzrosła do około 10 tys., Polska stała się głównym hubem logistycznym wsparcia dla Ukrainy, a jednocześnie kluczowym zapleczem dla operacji NATO na całej wschodniej flance.

Zmienił się także charakter tej obecności. Jeszcze przed rosyjską inwazją z 2022 roku widocznymi symbolami rosnącego zaangażowania wojskowego USA w Polsce były budowana baza systemu Aegis Ashore w Redzikowie oraz rozwijane w Poznaniu wysunięte dowództwo V Korpusu armii amerykańskiej. Po 2022 roku znacznie większego znaczenia nabrała infrastruktura logistyczna: lotniska, centra przeładunkowe, magazyny sprzętu i węzły transportowe.

Szczególną rolę odgrywa dziś Powidz, gdzie ulokowano jeden z najważniejszych w Europie magazynów Army Prepositioned Stocks. To właśnie tam przechowywany jest ciężki sprzęt dla amerykańskiej brygady pancernej – czołgi Abrams, bojowe wozy piechoty, artyleria i wyposażenie logistyczne. Tego rodzaju infrastruktura ma ogromne znaczenie dla strategii NATO, ponieważ pozwala szybko przerzucać do Europy żołnierzy bez konieczności transportowania całego wyposażenia przez Atlantyk.

W praktyce Polska stała się dla Amerykanów czymś więcej niż tylko państwem-gospodarzem dla kilku baz. Dziś pełni rolę logistycznego pomostu między Zachodem a wschodnią flanką NATO. W razie kryzysu lub wojny infrastruktura ta miałaby kluczowe znaczenie również dla przerzutu wojsk sojuszniczych do państw bałtyckich.

Nie oznacza to jednak, że Polska stała się nowym centrum amerykańskiej obecności wojskowej w Europie. Pod tym względem kluczową rolę nadal odgrywają Niemcy. To tam znajdują się strategiczne dowództwa USA, ogromne zaplecze logistyczne, infrastruktura lotnicza oraz bazy wykorzystywane do operacji nie tylko europejskich, lecz także globalnych. Według danych Pentagonu w Niemczech stacjonuje około 35–38 tys. amerykańskich żołnierzy, na stałe, a nie jak w Polsce – rotacyjnie.

I właśnie ta różnica jest kluczowa dla zrozumienia rzeczywistego charakteru amerykańskiej obecności nad Wisłą. Polska stała się ważnym elementem wojskowej architektury NATO, ale nie oznacza to jeszcze budowy trwałego, modelu stałego stacjonowania wojsk USA. Wręcz przeciwnie – obecny system opiera się przede wszystkim na elastyczności, mobilności i możliwości szybkiego wzmacniania flanki w razie kryzysu.

Stała obecność czy stała rotacja?

Klasyczny model stałego stacjonowania wojsk USA ukształtował się jeszcze w czasach zimnej wojny. W Niemczech Zachodnich, we Włoszech czy w Wielkiej Brytanii Amerykanie budowali rozbudowane garnizony z pełnym zapleczem logistycznym, mieszkaniowym i administracyjnym. Na miejscu stacjonowały całe jednostki wraz z rodzinami żołnierzy, szkołami, szpitalami i infrastrukturą pozwalającą funkcjonować przez dekady. Tego rodzaju obecność oznaczała trwałe strategiczne zakorzenienie.

Polska wygląda dziś inaczej. Choć liczba amerykańskich żołnierzy jest największa w historii relacji wojskowych obu państw, 96 proc. sił przebywa nad Wisłą czasowo. Jednostki te regularnie wymieniają się w ramach kolejnych rotacji, zwykle trwających od kilku do kilkunastu miesięcy.

To właśnie dlatego eksperci mówią o modelu „persistent presence”, czyli obecności trwałej politycznie, ale realizowanej poprzez rotację wojsk. Z perspektywy odstraszania efekt może być podobny – amerykańscy żołnierze stale znajdują się w Polsce – jednak dla Pentagonu taki system daje znacznie większą elastyczność.

Rotacyjny model obecności ma kilka zalet. Po pierwsze pozwala szybciej reagować na zmieniającą się sytuację bezpieczeństwa. Liczbę wojsk można relatywnie łatwo zwiększać lub zmniejszać bez konieczności formalnego zamykania baz czy wycofywania całych garnizonów. Po drugie ogranicza koszty polityczne i społeczne, jakie wiążą się z permanentnym stacjonowaniem dużych sił za granicą. Po trzecie umożliwia utrzymywanie większej liczby jednostek w gotowości do działań na różnych kierunkach jednocześnie.

Ten model dobrze odpowiada obecnej strategii USA wobec Europy. Amerykanie nie przygotowują się dziś do prowadzenia wieloletniej wojny lądowej na kontynencie na wzór zimnej wojny. Ich celem jest raczej stworzenie systemu szybkiego wzmocnienia NATO w razie kryzysu. Kluczową rolę odgrywają więc mobilność, logistyka i możliwość błyskawicznego przerzutu sił przez Atlantyk.

Właśnie dlatego tak duże znaczenie mają magazyny sprzętu, infrastruktura transportowa i wysunięte dowództwa. W razie zagrożenia do Europy mogą zostać przerzuceni żołnierze, którzy na miejscu odbiorą wcześniej przygotowane wyposażenie. To rozwiązanie tańsze i bardziej elastyczne niż utrzymywanie na stałe wielkich zgrupowań wojskowych.

Jednocześnie rotacyjny charakter tej obecności sprawia, że pozostaje ona bardziej podatna na polityczne zmiany w Waszyngtonie. Redukcja liczby wojsk rotacyjnych jest bowiem znacznie łatwiejsza niż likwidacja wielkich stałych baz. Nie wymaga wieloletnich procesów administracyjnych ani kosztownych operacji przenoszenia infrastruktury. W praktyce oznacza to, że skala amerykańskiej obecności w Polsce może stosunkowo szybko zmieniać się wraz z priorytetami kolejnych administracji USA.

I właśnie tu pojawia się zasadnicza różnica między politycznym wyobrażeniem o „amerykańskim parasolu” a rzeczywistą logiką działania Pentagonu. Dla państw Europy Środkowej obecność wojsk USA jest często postrzegana jako trwała gwarancja bezpieczeństwa. Dla samych Stanów Zjednoczonych pozostaje jednak przede wszystkim narzędziem realizacji bieżącej strategii.

Europa ważna, ale Chiny ważniejsze

Rosyjska agresja przeciwko Ukrainie sprawiła, że USA ponownie stały się głównym gwarantem bezpieczeństwa Europy. To amerykańskie wojska najszybciej wzmocniły wschodnią flankę NATO, amerykański przemysł dostarczył znaczną część uzbrojenia dla Ukrainy, a amerykańskie systemy rozpoznania, logistyki i dowodzenia stały się fundamentem wsparcia dla Kijowa. W wielu europejskich stolicach pojawiło się przekonanie, że era strategicznego zwrotu USA ku Azji została przynajmniej czasowo zatrzymana.

W Waszyngtonie sytuację postrzega się jednak inaczej. Dla kolejnych administracji – zarówno demokratycznych, jak i republikańskich – najważniejszym długoterminowym wyzwaniem pozostają Chiny. To rywalizacja na Indo-Pacyfiku wyznacza dziś główny kierunek planowania strategicznego Pentagonu, modernizacji sił zbrojnych i inwestycji wojskowych USA.

… o czym więcej przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Grafika ilustracyjna, wygenerowana przez AI

Wyzwanie

Wbrew alarmistycznym doniesieniom z ostatnich tygodni, ryzyko rosyjskiego ataku na Polskę pozostaje znikome. Tym niemniej nie da się go zredukować do zera. W przypadku rosji mamy bowiem do czynienia z reżimem cechującym się wybitną agresywnością i determinacją, pod przywództwem osoby, której antypolonizm w coraz większym stopniu przekształca się w obsesję (kto wątpi w tę diagnozę, niech odsłucha wywiadu putina dla Tuckera Carlsona). Zarazem istotą wojskowego planowania jest jego wielowariantowość, uwzględniająca scenariusze od najlepszych po najgorsze. Polska musi zatem mieć plan obrony przed rosyjską agresją – czy nam się to podoba czy nie.

—–

I takie plany istnieją, są co jakiś czas aktualizowane, a ponieważ Rzeczpospolita należy do NATO, stanowią część sojuszniczej strategii. Z zasady są tajne, ale ich ogóle założenia można wyczytać na przykład ze scenariuszy manewrów. I tak odbywające się obecnie Steadfast Defender 2024 służą przećwiczeniu obrony po uprzednim rosyjskim ataku na państwa wschodniej flanki, w tym kluczowego dla jej powodzenia przerzutu amerykańskich sił do Europy. Epizody są i będą rozgrywane m.in. w Finlandii, krajach nadbałtyckich, w Polsce i Rumunii.

Bez wchodzenia w zbędne szczegóły, w przypadku naszego kraju operacja obronna podzielona jest na dwie fazy. W pierwszej chodzi o spowalnianie rosyjskiego marszu na zachód, w drugiej – gdy nadejdzie już wsparcie – o wyrzucenie wroga z zajętych obszarów. Istotne znaczenie przypisuje się tu Wiśle jako nieprzekraczalnej barierze, za którą będą się koncentrować przewidziane do kontrataku siły.

Oddawanie terenu przy jednoczesnym skrwawianiu przeciwnika na przygotowanych wcześniej punktach i rubieżach oporu to strategia, którą w pierwszej fazie pełnoskalowej wojny zastosowała armia ukraińska. Czy była to właściwa opcja? Jakie jeszcze wnioski z ukraińskiej operacji obronnej płyną dla Polski i NATO?

—–

Doktrynalny spór o to, jak się bronić – czy stawiać „tamę” od razu przy granicy, czy prowadzić elastyczną, manewrową operację i potraktować wschód kraju jako głębię operacyjną – nie jest nowy i sięga początków III Rzeczpospolitej. Ostatecznie zwyciężyła koncepcja druga i to ona zapisana jest w najważniejszych dokumentach dotyczących bezpieczeństwa narodowego.

Dlaczego tak? Ano Wojsko Polskie jest za małe i nie ma odpowiedniego potencjału technicznego, by większość jednostek liniowych delegować do bitwy granicznej. Ba, nie jest w stanie samodzielnie obronić kraju, może co najwyżej stworzyć warunki dla natowskiej odsieczy. Mówiąc wprost, jednoczesne przebywanie w strefie walk – w zasięgu rażenia wszystkich systemów bojowych rosyjskiej armii – zbyt wielkiego komponentu WP, oceniono jako zbyt ryzykowne. W takim ujęciu przegranie „wielkiej bitwy granicznej” mogłoby być równoznaczne z przegraniem całej wojny.

Sytuacja wyglądałaby inaczej, gdyby strefa przygraniczna była „wdzięczniejszym” terenem do obrony, ale Wisła – stanowiąca poważną przeszkodę terenową – płynie tam gdzie płynie. Wysokie nasycenie wojska bronią przeciwlotniczą oraz systemami pozwalającymi dławić rosyjską artylerię również ułatwiłoby sprawę (dając luksus wystawienia do walki od razu większych sił). Ale jest jak jest – mamy armię „wyspowo nowoczesną” i upośledzoną w zakresie wielu zdolności. Zbyt podatną na ryzyko nokautującego pierwszego uderzenia przy użyciu środków napadu powietrznego i artylerii.

—–

Z drugiej strony, za sprawą wojny w Ukrainie, wiemy dziś znacznie więcej o tym, czym jest, jakie ma możliwości i jak walczy rosyjskie wojsko.

Nominalnie gigantyczna przewaga rosjan nie dała im panowania w powietrzu – rosyjscy piloci okazali się kiepsko wyszkoleni, ich samoloty zużyte bądź szybko się zużywające, a zapas precyzyjnej broni niewielki. Tymczasem siły powietrzne RP – jakkolwiek mniejsze od ukraińskich z przedednia inwazji – są od nich lepiej wyposażone i wyszkolone, co tylko podniosłoby stopień trudności, przed jakimi stanęliby rosyjscy piloci.

Zdolność strategicznych uderzeń rakietowych – przed inwazją uważana za główny atut rosji – także okazała się na poły pustym sloganem. Agresorzy strzelają rzadko, niecelnie, większość ich rakiet i pocisków manewrujących jest strącana bądź z przyczyn technicznych (kiepska jakość!) w ogóle nie dolatuje do celu. Obrona przeciwlotnicza to pięta achillesowa WP, ale też obszar, gdzie w ciągu kilku lat będziemy mieli do czynienia z poważnym skokiem jakościowym. Doświadczenie ostatnich dwóch lat uczy również, że o wsparcie sojusznicze w tym zakresie nie jest trudno.

Idźmy dalej. Marynarka wojenna rosji to parodia sił morskich – Ukraińcy, w zasadzie pozbawieni floty, nie tylko skutecznie ochronili wybrzeże przed desantem. Zerwali rosyjską blokadę, ba, co rusz topią i uszkadzają kolejne okręty wroga. Bałtyk tymczasem to „natowskie jezioro” i bez uprzedniej koncentracji sił (to po prostu „dom” kilku sojuszniczych flot).

Wróćmy na ląd – stosowanie przez moskali „walca artyleryjskiego” nie złamało ukraińskiej obrony w Donbasie. Spowodowało zużycie gigantycznych środków, obnażając niską efektywność tej metody. I można by tak długo i dużo, generalnie dość powiedzieć, że nie taki diabeł straszny, jak go malują.

—–

Zarazem jednak bardziej straszny, niż można się było spodziewać…

…o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem na portalu Interia.pl – wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Sreeen z Google Maps

Pozycje

Pierwsze doniesienia o poważnej koncentracji rosjan przy granicy z Ukrainą pochodzą z połowy listopada 2021 roku. Generał Kyryło Budanow, szef ukraińskiego wywiadu wojskowego, powiedział wówczas amerykańskiemu portalowi „Military Times”, że rosja planuje inwazję na początku 2022 roku. Wówczas wydawało się, że to kolejna z licznych katastroficznych zapowiedzi, składanych przez urzędników z Kijowa, niekoniecznie znajdujących pokrycie w faktach. Lecz niebawem w identycznym tonie zaczęli wypowiadać się przedstawiciele zachodnich rządów, z prezydentem Joe Bidenem na czele. Na dowód prezentując dane satelitarne, z których jasno wynikało, że coś się szykuje.

Pod koniec grudnia 2021 roku liczebność kontyngentu oszacowano na ponad 100 tys. (a wedle „Washington Post”, który powoływał się na źródła w CIA, mogło to być nawet 175 tys. wojskowych), lokalizując silne zgrupowania wojsk pancernych, artylerii, lotnictwa oraz – co wywołało szczególne zaniepokojenie – rozwinięte komponenty logistyczne. Gdy wiosną 2021 roku Kreml posłał nad granice z Ukrainą 100 tys. żołnierzy, towarzyszyła im mocno ograniczona logistyka, za mała do przeprowadzenia operacji zaczepnej. Kolejnym novum był charakter pierwszej części operacji – wiosenną koncentrację rosjanie przeprowadzili „na pokaz”, w świetle kamer i aparatów. Jesienią przerzut jednostek odbył się skrycie. Amerykanie zaobserwowali ruchy wojska w październiku, w listopadzie poinformowali o nich sojuszników i Ukraińców. Wówczas w miejscach dyslokacji stacjonowało już ponad 90 tys. rosyjskich żołnierzy.

Moskwa najpierw nabrała wody w usta, jak zwykle zapewniając, że chodzi tylko o ćwiczenia, i że rosja ma prawo przemieszczać wojska gdzie chce w obrębie federacji. Później Kreml zmienił narrację i ustami siergieja ławrowa, ministra spraw zagranicznych, wskazał Ukrainę jako winną eskalacji napięcia. „Kijów szykuje się do zintensyfikowania wojny na wschodzie kraju”, twierdził ławrow, sugerując, że Moskowa nie pozwoli skrzywdzić prorosyjskich separatystów.

Maski spadły pod koniec listopada 2021 roku, gdy głos zabrał sam putin. Z jego słów wynikało, że Kreml oczekuje wycofania się Zachodu ze współpracy militarnej i wsparcia politycznego dla Ukrainy. I że celem Kremla jest również stworzenie strefy buforowej na wschodniej flance NATO. Ów bufor – obejmujący kraje nadbałtyckie i Polskę – miałby być „wolny” od istotnych sił i systemów uzbrojenia Sojuszu.

Zachód nie zamierzał z rosją dyskutować o statusie NATO w Europie środkowo-wschodniej. Co zaś się tyczy Ukrainy: „Prezydent Joe Biden wyraził głębokie zaniepokojenie Stanów Zjednoczonych i europejskich sojuszników koncentracją rosyjskich sił wokół Ukrainy. Jasno przekazał, że USA i sojusznicy odpowiedzą silnymi sankcjami gospodarczymi oraz innymi środkami w przypadku militarnej eskalacji”. Tak brzmiał oficjalny komunikat Białego Domu z 7 grudnia 2021 roku, wydany po specjalnej telekonferencji z udziałem putina.

Kreml uznał, że Zachód blefuje – i resztę opowieści już znamy.

Ale historia mogła potoczyć się inaczej. Nie sądzę, by Waszyngton ugiął się pod presją Moskwy i pozwolił na przekształcenie wschodniej flanki w szarą strefę bezpieczeństwa. Po prawdzie, jestem przekonany, że nawet rosjanie nie mieli na to nadziei. Ich żądania z końca 2021 roku wpisywały się w strategię typową dla sowieckiej dyplomacji: „stawiaj poprzeczkę oczekiwań jak najwyżej – bezczelnie, impertynencko – niech będą nawet nierealistyczne, bo z im wyższego progu zaczniesz schodzić, tym więcej realnie ugrasz”. W tak zdefiniowanych warunkach rosja łaskawie zgodziłaby się nie kwestionować statusu Polski i krajów nadbałtyckich, w zamian za to, że Zachód definitywnie „odczepiłby się” od Ukrainy. Takie „deale” skutecznie robili sowieci, robiła je później rosja – czemu więc miałoby się nie udać?

Na marginesie – wywodząca się z sowieckiego korzenia ukraińska dyplomacja również stara się stosować strategię pozornych ustępstw; z różnymi efektami. Ale to temat na oddzielny tekst.

Wracając do sedna – Zachód nie odpuścił sobie Ukrainy, ale co by się wydarzyło, gdyby – „dla zachowania pokoju na kontynencie” – jednak uległ presji Moskwy? I jasno zapowiedział, że żadnego wsparcia dla walczącego kraju nie będzie? Rzekomo bezstronni realiści – których wysyp rejestruję już od dłuższego czasu – przekonują, że Ukraina musiałby wtedy dogadać się z rosją. Czyli bylibyśmy w punkcie, w jakim znajdujemy się obecnie, za to bez kilkuset tysięcy ofiar, które po drodze straciły życie.

Realpolitik, co? W dodatku przesiąknięty refleksją humanistyczną, bo przecież „ludzi szkoda”.

Ano szkoda, choć warto przy tej okazji zauważyć, że więcej niż połowę tych ofiar stanowią rosyjscy żołnierze. Których śmierć dla demokratycznego świata (zwłaszcza naszej jego części) wcale nie jest złą wiadomością. Przeciwnie – ale to szersza perspektywa, skupmy się na ukraińskiej.

No więc nie, nie bylibyśmy w takim samym punkcie bo:

Po pierwsze, wcale nie jest pewne, że zachodnie zainteresowanie sprawą ukraińską po dwóch latach pełnoskalowej wojny wygasa i że Kijów niebawem będzie osamotniony (a więc zmuszony się dogadywać). Nie będę się na ten temat rozwodził, myślę, że najbliższe tygodnie dadzą nam więcej jasności w tej kwestii.

Po drugie, Ukraina jest częściowo zdewastowana, poniosła ogromne ekonomiczne straty; dużo by o tym pisać, dość zauważyć. Tym niemniej jako państwo i społeczeństwo okrzepła. Ukraińcy przekonali się, że diabeł nie taki straszny, że moskali można pokonać, i że nie są w stanie zagrozić całemu państwu. Dobrze pamiętam klimat Ukrainy czasów porozumień mińskich (2014-2015), kiedy przekonany o własnej słabości Kijów akceptował urągające warunki. Dziś poczucie relatywnej siły daje Ukraińcom dużo lepszą pozycję negocjacyjną.

Po trzecie, pozycja negocjacyjna Moskwy jest teraz gorsza od tej z końca 2021 roku. Kreml rozbudowuje wojsko w oparciu o parytet ilości, ale to, co w armii rosyjskiej najwartościowsze, zginęło i poszło z dymem w Ukrainie. Koszmarne straty i niekompetencja przyniosły upadek geopolitycznego paradygmatu o sprawności rosyjskich sił zbrojnych. Przekonanie, że za rosją stoi „druga armia świata”, dekadami pozwalało Moskwie negocjować z pozycji dominującej. Obecnie wiemy już, że Kreml dysponuje armią w najlepszym razie z ostatnich pozycji pierwszej dziesiątki (oczywiście, mającą na wyposażeniu broń jądrową, ale ją – jako zmienną istotną – należałoby uwzględniać wyłącznie w rozważaniach o ewentualnej agresji na rosję; w innych scenariuszach ów „arsenał nie do ruszenia” nie ma znaczenia). Idźmy dalej, trudno wyobrazić sobie sytuację, w której Zachód zrezygnuje z kształtowania ram ewentualnych porozumień między Moskwą a Kijowem. Jest to o tyle istotne, gdyż znów wymaga uwzględnienia słabości rosji, która w ostatnich dwóch latach pozbyła się środków nacisku gospodarczego na kraje zachodniej wspólnoty. Mówiąc wprost, szantaż gaz-rurką już nie zadziała. Zadziałały za to sankcje, do których rosja jakoś się dostosowała – ale owo „jakoś” (reorientacja na Chiny) – siły rosyjskiej ekonomii nie buduje. Przeciwnie.

A zatem wcale nie jest tak, że „rosja może wszystko”, a Ukrainie pozostanie jedynie poddać się woli Moskwy. Pamiętajmy o tym, czytając coraz liczniejsze opracowania, pojawiające się przy okazji kolejnej rocznicy rosyjskiej agresji. W których często pojawia się ponura konstatacja, że „nie warto było walczyć”.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Ukraina jest częściowo zdewastowana, najbardziej na wschodzie. Tu w okolicach Chersonia/fot. własne

„Strachy”

Podczas prywatnego spotkania z przedstawicielami Rosji, sekretarz obrony USA James Mattis miał usłyszeć, że Moskwa nie zawahałaby się użyć taktycznej broni jądrowej przeciw wojskom NATO, gdyby doszło do wojny w krajach nadbałtyckich. Pisze o tym w swojej najnowszej książce „Strach” Bob Woodward (za „Rzeczpospolitą”).

Co to dla nas oznacza? Nic dobrego.

Oczywiście zawsze można machnąć ręką i na kilku płaszczyznach zdezawuować owo doniesienie. Bo dziennikarz (a nie żadne oficjalne źródło), bo spotkanie prywatne, bo mowa o „Pribałtyce”, nie zaś o Polsce. Rzecz jednak w tym, że Woodward to legenda amerykańskiego dziennikarstwa (niewtajemniczonym wyjaśniam – to ten od ujawnienia afery Watergate). Politykę zagraniczną z kolei uprawia się właśnie podczas nieformalnych spotkań – te oficjalne to tylko wisienki na torcie, możliwe, gdy utarto już pewne kompromisy bądź dokonano pewnych ustaleń właśnie w kuluarach. Co zaś się tyczy ostatniej kwestii – dość przyjrzeć się planom rosyjskich ćwiczeń strategicznych, by uświadomić sobie, że Polska zawsze występuje w nich „w pakiecie” z Litwą, Łotwą i Estonią. Nie sposób bowiem – tu kłania się mapa – odciąć państw nadbałtyckich od pozostałej części NATO, bez zajęcia północno-wschodnich rubieży Rzeczpospolitej.

„Wystarczy nie prowokować wojny z Rosją” – można by rzec, próbując w ten sposób ignorować zacytowane doniesienie. Tyle że nikt w NATO nie planuje ataku na Rosję, wykorzystując do tego celu wschodnią flankę sojuszu (czy jakąkolwiek flankę). Rosyjskie ostrzeżenie wiąże się w istocie z ewentualnymi zamiarami samej Moskwy. Groźba, jaką usłyszał Mattis, gdyby ją rozwinąć i przedstawić w bardziej zrozumiały sposób, brzmiałaby tak: „jeśli zajmiemy państwa nadbałtyckie, niech wam do głowy nie przyjdzie, by je odbijać. Bo wówczas w ruch pójdą nasze atomówki”.

O tym, że Rosjanie właśnie w ten sposób kalkulują, pisał w zeszłym roku gen. Richard Shirreff, były zastępca naczelnego dowódcy sił NATO w Europie. Jego fabularyzowana książka nosiła zresztą znamienny tytuł: „2017. Wojna z Rosją”.

Z rosyjskiego ostrzeżenia można też wywieść pozytywny wniosek – oto Moskwa sama przyznaje, że jest zbyt słaba, by wygrać konwencjonalny konflikt z NATO. No i co z tego, skoro ów słaby mocarz posiada argumenty niwelujące asymetrię?

Zatem nie pozostaje nam nic innego, jak zabezpieczyć się na ewentualność złego. Można to osiągnąć dwoma sposobami, najlepiej uskuteczniając oba jednocześnie. Polska jest krajem, którego potencjał pozwoliłby na zbudowanie w ciągu kilkunastu lat względnie silnej armii. Nie mówię o wojsku, które pokonałoby Rosjan – takie myślenie to mrzonki. Chodzi mi o siły zbrojne na tyle liczne, dobrze wyposażone i wyszkolone, by konfrontacja z nimi wiodła rosyjskich planistów do widma ekonomicznej katastrofy. Federacja ma potężną armię i słabiutką gospodarkę – taki plan wcale nie byłby niewykonalny, w sytuacji gdy tamtejsi generałowie nauczyli się już przeliczać straty na pieniądze.

Drugi sposób to już klasyczna polityka – dbanie o sojusze. „Chodzenie wokół nich” tak, by przyniosły efekt w postaci jak najliczniejszej obecności żołnierzy z innych krajów NATO. Im będzie ich więcej, tym mniejsze ryzyko, że Rosjanie zaatakują.

A teraz wróćmy na ziemię.

Od trzech lat konsekwentnie budujemy siłę naszej armii – na papierze. Symptomatyczny jest przykład z ostatnich dni – powołanie czwartej dywizji wojsk lądowych. Brzmi poważnie, ale gdy przyjrzymy się szczegółom, wychodzi błazenada. Nowy związek taktyczny ma powstać na bazie już istniejących jednostek. Jedyne nowo powołane struktury to dowództwo (kilkaset etatów sztabowych) oraz jeden batalion. Zatem nie 15 tys. nowych żołnierzy, a ledwie tysiąc. No ale „dywizja” jest świetnym produktem z zakresu politycznego marketingu. Nie do przecenienia tuż przed wyborami.

A sojusze? Polityka obecnie rządzących – jakkolwiek w wymiarze retorycznym mowa jest o czymś zupełnie przeciwnym – skutkuje coraz mocniejszym luzowaniem sojuszniczych więzi. Unia Europejska i NATO to byty różne, ale nierozerwalne. Wojna z tą pierwszą – prowadzona przez rząd RP – osłabia również naszą pozycję w NATO. Kto zechce wspierać polskiego pariasa, który ma za nic unijne reguły gry?

Rząd PiS – choć oficjalnie zaprzeczy – zdaje sobie z tego sprawę. I dlatego wdzięczy się do USA. „Kupimy u was to, kupimy tamto, będziecie zadowoleni” – deklaruje. Pokaźne płatności i zapowiedź kolejnych, ma nam zapewnić parasol Waszyngtonu. Pal licho, że część tych wydatków jest niepotrzebna (flotylla VIP), część dokonana z ogromnym opóźnieniem i w trybie mocno przepłaconym (Patrioty). Bo i tak efekt wcale nie jest przesądzony. Prezydent Trump, biznesmen, zapewne pochwala miliardowe transfery do amerykańskiej gospodarki. Osobiście może też patrzeć z sympatią na pisowską rewolucję w Polsce – w końcu lubi silnych ludzi. Rzecz w tym, że Ameryka to nie (tylko) Trump. Że ten ostatni niebawem przeminie – i to z łatką najgorszego prezydenta w historii USA. Amerykańskie pryncypia zaś pozostaną – a pośród nich poszanowanie reguł demokratycznej gry, lekceważonych teraz i łamanych przez PiS.

Dziś mamy w Polsce od paru setek do kilku tysięcy – w zależności od pory roku – amerykańskich żołnierzy. O zwiększeniu tej liczby nie ma mowy. Łatwiej za to wyobrazić sobie odwrotny scenariusz – tak, jak polskie władze machają ręką na demokrację, tak Waszyngton po Trumpie może machnąć ręką na Polskę. Bo po co wspierać autokratyczny reżim znad Wisły? Strategia oparcia Zachodu o Niemcy dobrze się przecież sprawdziła przez ponad 40 lat po II wojnie.

I co wtedy? Co, gdy będziemy nominalnym członkiem NATO, a ze wschodu rzeczywiście przyjdzie burza? Mając kiepskie wojsko, przegramy w ciągu kilku dni. A rosyjska gotowość do użycia taktycznej broni jądrowej skutecznie powstrzyma sojuszników od przyjścia nam z odsieczą. Na wojnie często gra się va banque – ale tylko wtedy, gdy cel jest tego warty. Postdemokratyczna Polska takim celem nie będzie…

—–

Czy w razie wojny zobaczylibyśmy amerykańskie myśliwce nad Polską? Nz. formacja F-22 nad Warszawą, prowadzona przez naszego F-16, podczas defilady z okazji święta Wojska Polskiego, sierpień 2018/fot. Bartek Bera

Postaw mi kawę na buycoffee.to