Kampania

Źródła – zarówno ukraińskie, jak i rosyjskie – raportują o ponownym wzmożeniu walk toczonych na obszarze poddonieckiej Awdijiwki. Przypomnijmy, dziesięć dni temu rosjanie rozpoczęli tam operację zaczepną, rzucając do walki sporą liczbę żołnierzy i sprzętu ciężkiego. Po czterech dobach co rusz ponawianych szturmów presja moskali osłabła. Przyznał to – w jednym z wywiadów – sam putin, mówiąc o planowej pauzie i przejściu do działań obronnych. Od przedwczoraj rosjanie znów atakują, a analitycy militarni przyglądają się ich szturmom z rosnącym zdumieniem.

Wydawało się bowiem, że rosyjscy generałowie poszli po rozum do głowy. I że po tragicznych wydarzeniach spod Bachmutu i Wuhłedaru nie będą już z bezwzględną determinacją szafować żołnierskim życiem. Nic bardziej błędnego. Potwierdzone wizualnie rosyjskie straty w czołgach i wozach opancerzonych – poniesione pod Awdijiwką od 10 października do dziś – dochodzą do dwustu sztuk, realnie zatem może to być nawet trzysta zniszczonych i uszkodzonych pojazdów. A mówimy o technice (po)sowieckiej, w większości starszej generacji. To nie są zachodnie bradleye czy leopardy, przy projektowaniu których przeżywalność załogi była najistotniejszym priorytetem. Te 200-300 trafionych rosyjskich maszyn, to 200-300 spopielonych, a w najlepszym razie poważnie poranionych załóg. A przecież straty ludzkie są znacznie większe, niż by to wynikało z prostego przemnożenia „pojazd razy załoga”, bo walczy również piechota, no i ogień artyleryjski razi pozycje wyjściowe i tyły. Przez większość z ostatnich dziesięciu dni Ukraińcy zgłaszali straty przeciwnika na poziomie 800-900 żołnierzy „wyeliminowanych z walki” (a ubiegłej doby miało to być aż 1380 unieszkodliwionych moskali). Duża część tego „urobku” pochodziła właśnie spod Awdijiwki. Pisałem już o tym nie raz, powtórzę więc tylko skrótem – Ukraińcy manipulują danymi dotyczącymi strat rosjan. Sugerują, że wszyscy „wyeliminowani” to zabici, tymczasem ów zbiór obejmuje także rannych i wziętych do niewoli (co twierdzę w oparciu o ujawnione analizy zachodnich wywiadów). Tak czy inaczej, w bojach o Awdijiwkę poległo i odniosło rany kilka tysięcy moskali (zapewne około pięciu tysięcy). Oznacza to zagładę dwóch pułków, biorąc pod uwagę utracony sprzęt ciężki – ekwiwalentu dywizji.

A to wszystko w 10-dniowych starciach o 30-tysięczne przed wojną miasteczko. Po co?

Awdijiwka nie ma żadnego strategicznego znaczenia. Patrząc z perspektywy rosjan, problem z nią polega na tym, że stanowi niewielkie wybrzuszenie w ich pozycjach. I jest kłopotliwa wizerunkowo, bo broni się od… 9 lat. Najpierw miasteczko usiłowali zdobyć tak zwani separatyści, po 24 lutego 2022 roku przyłączyły się do nich regularne oddziały armii rosyjskiej. Bez skutku. W rosyjskiej sferze informacyjnej Awdijiwka urosła do miana twierdzy, co nijak ma się do technicznych aspektów ukraińskiej obrony. Nie ma tam żadnych bunkrów i bóg wie jakich ulepszeń, nie ma wyjątkowo licznej załogi. Są dobrze rozmieszczone punkty ogniowe, jest sensowna rotacja oddziałów, jest też coś, czego na tym odcinku frontu bardzo rosjanom brakuje – świetnie wstrzelana, precyzyjna artyleria. No i są drony, których Ukraińcy w Awdijiwce – co przyznają sami rosjanie – mają po prostu więcej.

Jest więc w rosyjskim przekazie „twierdza”, co Ukraińcy umiejętnie podbijają, sugerując, że i dla nich miasteczko ma ogromne symboliczne znacznie. Że jest czymś więcej niż dogodnym punktem obrony, pozwalającym na zadawanie rosjanom poważnych strat przy relatywnie niedużym zaangażowaniu własnego potencjału. Jedna z odsłon takich działań to wizyta w Awdijewce gen. Walerego Załużnego, do której doszło w ostatnich dniach (materiał na ten temat ujawniono kilka godzin temu).

A zatem mówimy o miejscu, które w logice propagandy Kremla jest dzisiejszym odpowiednikiem Bachmutu. Z czego wynika, że zdobycie Awdijewki byłoby pretekstem do wielkiej celebry, „dowodem”, że to rosjanie mają inicjatywę i że generalnie – mimo problemów – spec-operacja idzie zgodnie z planem.

Po co te zaklęcia? Cel, moim zdaniem, jest bardzo konkretny. W marcu przyszłego roku w rosji odbędą się wybory prezydenckie. Wiadomo, kto je wygra (jeśli dożyje…), wiadomo, że cała wyborcza procedura to tylko fasada. Ale nie rozumie funkcjonowania autorytarnych reżimów ten, kto ignoruje fetę, igrzyska – nie dostrzega legitymizującego charakteru wszelkiej maści najlepiej masowych pokazówek. Kandydat-putin potrzebuje „amunicji”, by móc z przytupem zainaugurować swoją kampanię. By pokazać się jako władimir-zwycięzca, gotowy przynieść rosji kolejne chwały, a nie jako stetryczały dziadyga, któremu nic nie wychodzi. Mają więc generałowie dać mu ten sukces, bez oglądania się na straty.

Na Wschodzie bez zmian.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Zniszczone pod Awdijiwką rosyjskie pojazdy/fot. ZSU

Dylemat

Od wczoraj Bachmut pozostaje zamknięty dla dziennikarzy oraz wolontariuszy dostarczających pomoc humanitarną pozostałym w mieście cywilom. Ewentualny wjazd wymaga teraz specjalnej przepustki, co do zasady „humanitarkę” należy zdawać w nieodległej Konstantynówce – dalszą dystrybucją zajmie się wojsko. Warunki bezpieczeństwa w mieście i wokół niego znacznie się pogorszyły, zaczął się bowiem etap walk ulicznych. Na ukraińskie tyły przenikają też grupy dywersyjne rosjan, generując dodatkowe zagrożenia. Decyzja władz nie jest niczym wyjątkowym i wprost wynika z przepisów stanu wojennego, lecz i tak dała pretekst do spekulacji. Zdaniem jednych komentatorów, Ukraińcy szykują się do kontruderzenia, inni są przekonani, że lada moment obrońcy opuszczą miejscowość. W obu przypadkach, patrząc z perspektywy wojska, lepiej zrobić to w warunkach medialnej ciszy, bez zbędnych świadków.

Jak jest w istocie, niebawem się przekonamy, choć nie sądzę, by na tym odcinku frontu Ukraińcy próbowali przejąć inicjatywę. Uczciwie mówiąc, nie mają tam dość pierwszorzutowych jednostek, a atakowanie przy użyciu obrony terytorialnej mija się z celem (nie ta jakość, w związku z czym straty byłyby ogromne, korzyści zaś wątpliwe). Rzut oka na mapę przemawia za scenariuszem wycofania się – Bachmut i okolica stały się wybrzuszeniem z trzech stron otoczonym przez rosjan. Wyjście z miasta pozwoliłoby na uniknięcie okrążenia i skrócenie linii frontu. Zapasowe pozycje w tym rejonie doniecczyzny budowane są już od dawna (niektóre zaczęto wznosić jeszcze w 2014 roku, po wyzwoleniu z rąk „separatystów” Słowiańska i Kramatorska), zatem jest się gdzie „zaczepić” i dalej wykrwawiać rosjan. Jeszcze więcej powie nam mapa fizyczna, przedstawiająca ukształtowanie terenu. Dojrzymy na niej, że Bachmut znajduje się w zagłębieniu. Otaczające miejscowość wzgórza świetnie sprawdzały się jako pozycje obronne, gorzej, gdy rosjanom – za cenę ogromnych strat – jednak udaje się je zajmować. Błogosławieństwo staje się przekleństwem, bo z góry atakujący po prostu widzą więcej, co przekłada się na wyższą skuteczność ich ognia.

Ponadto po kompromitującej porażce pod Wuhłedarem, rosjanie jeszcze bardziej wzmogli presję na Bachmut – rocznica inwazji tuż za rogiem, a COŚ zdobyć muszą. Ów polityczno-propagandowy imperatyw przełożył się na praktyczny wymiar – od soboty transporty z amunicją artyleryjską kierowane są na bachmucki odcinek frontu kosztem tego wuhłedarskiego. Ktoś w rosyjskim dowództwie najwyraźniej uznał, że dwóch srok za ogon ciągnąć się nie da.

Inna sprawa, że pod Wuhłedarem rosjanie potrzebują jeszcze co najmniej kilku dni, by otrząsnąć się po zeszłotygodniowym laniu. Ukraińcy perfekcyjnie wykorzystali tam właściwości płaskiego jak stół terenu. Zaminowali pola na podejściu do miasta, kanalizując rosyjski ruch do nielicznych dróg. I gdy kolumny wroga ruszyły, dostały się w pułapkę. Ukraińcy bowiem ostrzelali drogi specjalną amunicją RAAMS, czyli pociskami artyleryjskimi zawierającymi miny przeciwpancerne. To jeden z rodzajów „minowania narzutowego” – pojedynczy armatni pocisk przenosi dziewięć ładunków, które „uwalnia” na ostrzelanym obszarze. Remote Anti-Armor Mine System pozwala na tworzenie pól minowych nie „na zapas/na wszelki wypadek”, ale dokładnie tam, gdzie są w danym momencie potrzebne. Nie wymaga saperów, a standardowych haubic (na przykład amerykańskich M-777), strzelających z dużo bezpieczniejszego dystansu (od 4 do 18 km).

Co istotne, miny RAAMS po dobie ulegają samozniszczeniu, mówimy zatem o broni znacznie bezpieczniejszej dla cywilów, umożliwiającej zarazem szybkie wykorzystanie porażonych obszarów – na przykład dróg do przeprowadzenia kontrataku.

No i pod Wuhłedarem rosjanie zetknęli się właśnie z taką amunicją. Z dróg zjechać nie mogli – bo w polu czyhały tradycyjne miny – szosy zaś zaroiły się od niespodzianek. Oglądaliśmy to na filmach z ukraińskich dronów, które rejestrowały ruchy rosyjskich czołgów i wozów bojowych. Na jednym z materiałów widzimy trzynaście wylatujących w powietrze pojazdów. Co więcej, towarzyszy temu kompletne pogubienie i bezradność rosyjskich załóg, które zachowują się niczym ślepcy pozbawieni instynktu samozachowawczego. Mówiąc wprost, ładują się na miny tak głupio, że aż wydaje się to nieprawdopodobne.

A jednak się zdarzyło. W jednym z poprzednich postów napisałem, że winny tej masakry jest gen. Aleksiej Kim, jeden z zastępców szefa sztabu generalnego armii rosyjskiej, autor koncepcji „ofensywy zimowej”. Wedle jej założeń, rosjanie mają ponawiać ataki raz zarazem, by determinacją i presją złamać przeciwnika. Na odcinku wuhłedarskim za praktyczną realizację koncepcji wziął się niejaki Rustam Muradow, jeden z najgłupszych i najbrutalniejszych generałów federacji. To on przez kilka dni słał do walki kolejne oddziały, mając za nic fakt, że te nawet nie były w stanie rozwinąć natarcia. No ale rozkaz to rozkaz, co zresztą pozwala zrozumieć obawy niektórych rosyjskich generałów (tych mądrzejszych…) przed skutkami literalnego traktowania założeń „ofensywy zimowej”. Tego, co ich zastosowanie oznacza dla resztek kadrowej armii rosyjskiej.

Z tej perspektywy ukraiński dylemat „czy warto narażać ludzi dla dalszej obrony Bachmutu”, wydaje się być z innego świata. I w sumie taki jest…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Krótkowzroczność?

– Obecnie operacja wojskowa udanie rozwija się w rejonie Wuhłedaru i Artiemowska – chwali się na konferencji prasowej siergiej szojgu, minister obrony rosji, używając przy tym starej nazwy Bachmutu. Zaiste, specyficzne rozumienie pojęcia „udane rozwijanie”. W rejonie Bachmutu trwają ciężkie walki, choć wbrew alarmistycznym doniesieniom miasto nie zostało okrążone. Część ukraińskich oddziałów cofnęła się do przedmieść, co dla atakujących oznacza zyski terytorialne na poziomie od kilkuset metrów do 3 km – liczone od momentu nasilenia rosyjskiej presji na Bachmut w połowie stycznia. A to wszystko za cenę bardzo wysokich strat w ludziach – od początku roku poległo lub zostało rannych 30 tys. rosyjskich żołnierzy, znaczna część na kierunku bachmuckim.

Ale to w okolicach Wuhłedaru trwa koszmarna z perspektywy rosjan rozwałka. Teren sprzyja użyciu czołgów i wozów bojowych, sprzyja też artylerii – ukraińskiej. Tylko dziś do południa Ukraińcy puścili z dymem lub uszkodzili około trzydziestu rosyjskich pojazdów. Podobnie jak wczoraj, nieco lepiej niż przedwczoraj, co za każdym razem daje 100-200 zabitych i co najmniej drugie tyle rannych (załogi plus towarzysząca im piechota). Co istotne, rosjanie giną w polu (dosłownie), tuż po opuszczeniu pozycji wyjściowych. Nie bardzo rozumiem, na czym ma polegać ich sukces, chyba że za jego miarę uznamy zasięg wraków („tam sięga rosja, gdzie stoją nasze wypalone czołgi”). Najpewniej w grę wchodzi typowo rosyjskie podejście do tematu – próba wymęczenia przeciwnika przy jednoczesnym nieliczeniu się ze stratami własnymi.

Tylko co dalej? W Bachmucie pałeczkę przejęły oddziały powietrznodesantowe, jednostki „zmechu”, które atakują Wuhłedar, również należą do elity rosyjskiej armii. A traktuje się je tak samo jak „nic niewartych” mobików czy kryminalistów zaciągniętych do Wagnera. Skąd ta determinacja rosyjskiej generalicji? Czas płynie, a obwód doniecki ma zostać zdobyty do marca – takie zadanie postawił przed siłami zbrojnymi putin. Separatyści i rosjanie kontrolują połowę regionu – i jest to stan, który nie uległ zasadniczym zmianom od lata ub.r. Marzec to już czwarty wyznaczony przez putina termin – wcześniejsze mijały wraz z końcem maja, czerwca i lipca 2022 roku. Za chwilę rocznica rozpoczęcia „specjalnej operacji wojskowej”, co dodatkowo wzmaga presję na sukces (swoją drogą, żenująco zredukowany względem pierwotnych planów zajęcia całej Ukrainy).

Ale w takim stylu rosjanie daleko nie zabrną. Wytraciwszy najwartościowsze wojsko, mogą zapomnieć o kolejnych akcjach ofensywnych. Albo więc mamy do czynienia z krótkowzrocznością rosyjskiego dowództwa („teraz Donbas, a potem się zobaczy”), albo innych celów poza „wyzwoleniem” obwodu donieckiego oraz utrzymaniem status quo na pozostałych okupowanych obszarach Moskwa nie ma. W obu przypadkach zapowiadana „wielka ofensywa rosjan” zwyczajnie się nie wydarzy.

Co wcale nie oznacza końca wojny…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Bachmuckie graffiti. Po lewej napis: „Bachmut kocha Ukrainę”, w środku wizerunek gen. Walerego Załużnego, podpisany następującą sentencją: „Z nami Bóg i ataman Załużny”. Zdjęcie z połowy stycznia br./fot. Marcin Ogdowski