Młotkowy

Rosyjska propaganda latami wmawiała odbiorcom, że federacja dysponuje „drugą armią świata”. Status ten miał być z jednej strony dziedzictwem potężnej armii radzieckiej, z drugiej, efektem wieloletniej modernizacji, rozpoczętej w pierwszej dekadzie XXI w. Na ów przekaz nabrali się nawet specjaliści – cywilni i mundurowi – w przededniu inwazji spekulując, że rosjanie przeprowadzą atak według zachodnich wzorców nowoczesnej wojny. Że „od ręki”, korzystając z dalekonośnej precyzyjnej amunicji, dokonają potężnego uderzenia w kluczowe elementy ukraińskiego systemu obronnego.

Lecz minęła pierwsza doba inwazji, a rosjanie użyli niewiele ponad stu rakiet. W kolejnych dniach jeszcze mniej, tysiąc po trzech miesiącach działań. Intensywność precyzyjnego ognia dramatycznie niska jak na „drugą armię świata”. By rzucić na kolana kraj wielkości Ukrainy, moskale musieliby strzelać 4-5 razy więcej. Musieć a móc robi różnicę…

Armia rosyjska weszła do wojny bez należytego zapasu precyzyjnej amunicji (nie tylko rakietowej). I bez zdolności bazy przemysłowej, by ów zapas zapewnić. Ale to nie zapóźnienie technologiczne oraz jego skutki zrujnowały wizerunek „drugiej armii świata” – zadecydowały o tym braki w dużo bardziej prozaicznych kompetencjach. Najpierw bowiem „umarła” rosyjska logistyka. Po prawdzie stało się to jeszcze przed inwazją, którą poprzedziło długotrwałe sterczenie w polu wyznaczonych do operacji oddziałów. Pal licho, gdy było ciepło, a reżim gotowości bojowej pozwalał na liczne przepustki. Problem zaczął się późną jesienią 2021 r., gdy spadkowi temperatury towarzyszyło podniesienie poziomu alertu. Wieczorem 24 lutego 2022 r. – po obejrzeniu kilku filmów z udziałem wziętych do niewoli rosjan – napisałem na Facebooku: „(…) to w dużej mierze wystraszeni poborowi. Chłopcy. Z oznakami wyziębienia i dłuższego nadużywania alkoholu. Mści się pozostawienie na długie tygodnie wojska w zimowym stepie”.

Kilka dni wcześniej w mediach wypłynęło zdjęcie zrobione w obwodzie kurskim przy granicy z Ukrainą. Przedstawiało kilkudziesięciu rosyjskich wojskowych w niewielkiej sali dworcowej. Żołnierze leżeli jeden przy drugim, ściśnięci, korzystając z dobrodziejstwa ogrzanego pomieszczenia. Zaraz potem mieli wracać do zimnych namiotów, ale w tamtej chwili większość z nich drzemała. Wyglądali niczym sterta zwłok, w najlepszym razie stos rannych. „Chyba putin rzeczywiście blefuje, chce jedynie Ukrainę przestraszyć”, przyszło mi do głowy, w której nie mieściło się, że z wojskiem w tak fatalnej kondycji można planować agresję. Wtedy nie miałem jeszcze pojęcia, że żołnierzom wydano przeterminowane racje żywnościowe, a wozom przewidzianym do wykonania szybkich i głębokich rajdów nie zapewniono dostatecznej ilości paliwa.

27 lutego 2022 r. sieć była już nabita materiałami kręconymi przez ukraińskich cywilów, obrazującymi skutki załamania się rosyjskiej logistyki. Głodnych żołnierzy szabrujących sklepy i wymuszających jedzenie od przypadkowych osób czy wojskowych kierowców kradnących ropę ze stacji paliw. Najbardziej szokowały obrazki porzuconych czołgów, dział samobieżnych i transporterów opancerzonych. Sprzęt nie był zniszczony, nie nosił śladów uszkodzeń – po prostu, nie było doń paliwa. Gwoli uczciwości warto nadmienić, że niekiedy rosyjscy pancerniacy – chcąc uniknąć udziału w walkach – sami opróżniali baki.

Drugi zawał rosyjskiej logistyki nastąpił latem 2022 r., w efekcie używania przez Ukraińców wyrzutni Himars. Ich zasięg (do 80 km) i precyzja pozwoliły na masowe niszczenie rosyjskich magazynów. Zmusiło to rosjan do porzucenia idei dużych składów, tworzonych tuż na zapleczu stanowisk bojowych. Rosyjska artyleria się zadławiła, żołnierze nie mieli co jeść. Operacja ofensywna ustała, szerzył się defetyzm, który przesądził o wrześniowej klęsce agresorów na charkowszczyźnie. Odsunięcie magazynów na odległość 100 km od frontu przyniosło ulgę, ale i nowe kłopoty. Rosyjska logistyka bazuje na kolei, co wraz z niedostateczną liczbą aut i opartym o siłę ludzkich rąk załadunkiem skutkuje „zjawiskiem zasięgu ciężarówki”. Maksymalnie 100 km od najbliższej linii kolejowej – tyle wynosi odległość pozwalająca na efektywne działania rosyjskich jednostek wojskowych. Im ten dystans się zwiększa, tym bardziej szwankują dostawy. Pod koniec drugiego roku pełnoskalowej wojny szwankują regularnie.

Rosyjskie słabości, dekomponujące mit „drugiej armii świata”, można być wymieniać godzinami. Byleby nie zapomnieć, że rosjanie również uczą się i wyciągają wnioski.

Jakie? Przeczytacie o tym w dalszej części tekstu. Opublikowałem go w portalu Interia.pl – oto link do całości.

Nz. Szef sztabu generalnego armii rosyjskiej gen. gierasimow…/fot. MOFR

WR(z)E?

W miniony weekend spore poruszenie w środowisku eksperckim – ale i pośród zwykłych obserwatorów wojny w Ukrainie – wywołały dwa zdjęcia opublikowane przez ukraińską armię. Przedstawiały one czołg typu Abrams, operujący – jak wynikało z udostępnionych informacji – w pobliżu linii frontu. Miejsce wykonania fotografii – a wedle załączonego opisu miała to być charkowszczyzna – stało się przyczynkiem do dyskusji o planach zarówno ukraińskiego, jak i rosyjskiego dowództwa. Dyskusji toczonej w oparciu o przekonanie, że jeśli gdzieś pojawiły się Abramsy, to wkrótce „coś się tam wydarzy, zapewne ważnego”.

Północno-wschodni odcinek ukraińsko-rosyjskiego frontu nie jest w ostatnim czasie terenem szczególnie zażartych walk. Po co zatem wysyłać tam najlepsze w arsenale ukraińskiej armii czołgi? Siły Zbrojne Ukrainy oficjalnie otrzymały od USA 31 Abramsów (dla jednego batalionu wedle tamtejszych standardów). Z nieoficjalnych informacji wynika, że ta liczba może być dwa razy większa, nie znamy też treści amerykańskich deklaracji dotyczących uzupełniania nieuniknionych strat w sprzęcie. Tak czy inaczej, Abramsów w ZSU nie ma za wiele, co oznacza m.in., że ich bojowy chrzest na tej wojnie musi zostać starannie przygotowany, ewentualnie być reakcją na naprawdę poważne zagrożenie.

Owa staranność jest o tyle istotna, że debiut innych zachodnich czołgów – niemieckich Leopardów – wypadł fatalnie. Na Zaporożu wozy z niedouczonymi załogami rzucono na silnie zaminowane tereny, bez należytego wsparcia. Zemścił się wówczas m.in. brak dostatecznej liczby trałów, co skutkowało obrazkami płonących Leopardów. Ostatecznie zniszczeniu nie uległa duża liczba czołgów, ale efekt propagandowy był dramatycznie demoralizujący. Mniejsza o rosyjską pewność, że mogą zagraniczne „cuda techniki” niszczyć – dużo gorszy był sceptycyzm zachodnich polityków i opinii publicznych co do kompetencji ukraińskich żołnierzy i dowódców. „Przekazujemy im kosztowny sprzęt, a oni chyba nie potrafią go właściwie użyć” – oto sedno tych wątpliwości. Generalne niepowodzenie zaporoskiej kontrofensywy tylko je wzmogły.

„Staranne przygotowanie” sugeruje nam w pierwszej kolejności działania zaczepne. Wydaje się jednak, że nawet w lokalnej skali są one obecnie poza możliwościami armii ukraińskiej. Samymi czołgami ataków przeprowadzić się nie da, a w walkach na Zaporożu ZSU mocno wyczerpały zapasy amunicji artyleryjskiej. A zatem chodzi o przygotowania natury defensywnej, z rolą przewidzianą dla Abramsów? Czołgi co do zasady są bronią ofensywną, ale należy pamiętać, że lokalne kontrataki to element dobrze prowadzonej obrony. No i nie możemy zapomnieć o pochodzeniu amerykańskiej konstrukcji. To „dziecko zimnej wojny” (we współczesnej wersji rzecz jasna unowocześnione), zaprojektowane do masowego zwalczania sowieckich czołgów sunących po europejskich równinach. Dotychczasowe doświadczenia z użycia Abramsów przeciwko wozom radzieckiej proweniencji pokazują, że amerykańskie maszyny znakomicie wywiązują się z powinności bezwzględnego egzekutora.

Czyżby więc to rosjanie szykowali coś dużego? Coś, z czego zdaje sobie sprawę ukraińskie dowództwo? Przepowiednie dotyczące uderzenia w okolicach Charkowa – czy to z okupowanej ługańszczyzny czy poprzez ponowne otwarcie frontu na północy Ukrainy – pojawiają się regularnie. Zimą i wiosną tego roku przewidywano wejście do akcji 1. Gwardyjskiej Armii Pancernej, odbudowanej po wcześniejszych krwawych zmaganiach. Wedle rozmaitych scenariuszy, jej 700 czołgów i półtora tysiąca transporterów opancerzonych ruszyłoby na Charków czy wręcz na Kijów. W innej opcji owa pancerna pięść zostawiłaby miasta i skoncentrowanym uderzeniem na południe zmusiła Ukraińców do opuszczenia pozycji w Donbasie, w reakcji na możliwe okrążenie. Tymczasem szczytem rosyjskich możliwości okazało się zajęcie Bachmutu. Skąd więc przypuszczenia, że tym razem rosjanie mogą zagrać o większą stawkę?

Przemawiają za tym dwie przesłanki. Po pierwsze, jeśli zsumujemy wyniki częściowej mobilizacji z jesieni ub.r., rutynowych poborów (wiosennego i jesiennego) oraz bieżącej rekrutacji, po uwzględnieniu dotychczasowych strat wyjdzie nam, że rosyjskie wojska lądowe mogą mieć w odwodach poza Ukrainą nawet 100 tys. żołnierzy. Jeśli są odpowiednio wyposażeni, mówimy o znacznym potencjale ofensywnym. A czy są? Jednostki bezpośrednio zaangażowane w walki już od wielu miesięcy działają w realiach sprzętowych niedoborów. Brakuje 40, a niekiedy nawet 60 proc. etatowych czołgów, wozów bojowych czy armat. Stoi to w sprzeczności z doniesieniami rosyjskiej propagandy, sugerującej, że baza przemysłowo-remontowa działa pełną parą, dając wojsku wszystko, co niezbędne. Z dużym prawdopodobieństwem jest to „pic na wodę”, ale może też być tak, że ów sprzęt jednak powstaje/uzdatnia się go do użycia po wyjęciu z magazynów. Frontowcy go nie dostają, bo dowództwo chomikuje czołgi i całą resztę dla potrzeb dużej ofensywy.

Po drugie, moskale już od kilku tygodni zostawiają szereg śladów sugerujących, że rozmieścili przy północnej granicy Ukrainy znaczny komponent przeznaczony do walki radiowo-elektronicznej (WRE). Mam tu na myśli szereg urządzeń służących do zakłócania pracy satelitów, dronów, precyzyjnej amunicji, łączności, pomocnych nie tylko w fizycznym niszczeniu potencjału przeciwnika, ale i przy maskowaniu ruchów własnych wojsk. I oczywiście, takie działania mogą być elementem „maskirówki” (dezinformacji), ale w tej chwili za mało wiemy, by wykluczyć, że są to realne przygotowania.

Ps. Wczoraj w Ukrainie poległ kolejny rosyjski generał – władimir zawadzki. Formalnie zastępca dowódcy 14. Korpusu Armijnego, faktycznie – zwłaszcza w sytuacjach bojowych – jego rzeczywisty dowódca. Niezły rzemieślnik, więc śmierć zawadzkiego jest dla Ukraińców dobrą wiadomością. Wóz generała najechał na minę, oficer zginął na miejscu.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Ukraiński Abrams w pobliżu linii frontu (jedna z dwóch ujawnionych fotografii)/fot. ZSU

Stosy

Jeszcze kilka dni temu nie miałem jasności, czy ukraińską kontrofensywę na południu należy uznać za zakończoną. Ukraińcy atakowali rosyjskie pozycje w miejscu najbardziej obiecującego wyłomu – pod Robotyne – rzucając do walki dużą liczbę sprzętu ciężkiego, w tym zachodnie czołgi i transportery opancerzone. Broniący się rosjanie presję wytrzymali, po czym intensywność wymiany ognia znacząco spadła. Obecnie siły zbrojne Ukrainy nadal prowadzą na Zaporożu aktywne działania bojowe, ale w bardzo ograniczonym zakresie. Ich celem nie jest kontynuacja natarcia do wybrzeża Morza Azowskiego. Chodzi już „tylko” o nękanie przeciwnika, angażowanie jego potencjału i rezerw oraz drobne korekty w przebiegu linii frontu, tak, by mieć lepsze pozycje obronne i, ewentualnie, wyjściowe w perspektywie kolejnych operacji zaczepnych.

Ostatecznie wątpliwości co do zakończenia działań ofensywnych rozwiał dowódca ukraińskiej armii. W środowym wywiadzie dla brytyjskiego „The Economist” gen. Walery Załużny przyznał, że „wojna znalazła się w impasie”. Konflikt nabrał pozycyjnego charakteru i Ukraina nie ma teraz możliwości, by tę sytuację zmienić. Czy ZSU poniosły porażkę? Co ów iście pierwszowojenny sposób zmagań oznacza dla armii i państwa ukraińskiego?

W oparciu o publiczne deklaracje (głównie polityków) i analizę podjętych działań, zasadnym wydaje się wniosek, że zamiarem ofensywy na południu było rozcięcie rosyjskiego korytarza lądowego łączącego okupowany Donbas z Krymem. Razem z innymi operacjami – uderzeniami w infrastrukturę wojskową i flotę czarnomorską oraz przerwaniem krymskiej przeprawy – doprowadziłoby to do wyizolowania półwyspu, co w dalszym planie mogłoby zmusić rosjan do jego porzucenia. Przy tak ambitnych celach pięciomiesięczne wysiłki zakończone przesunięciem linii frontu o 17 km, i to na niewielkim odcinku styku wojsk, każą oceniać kontrofensywę jako nieudaną.

Wojska ukraińskie zgromadzone do ataku okazały się za małe/słabe, zaś rosyjskie pozycje zbyt silne i dobrze przygotowane. Takie postrzeganie sprawy jest zasadne, ale absolutnie niepełne. Zwróćmy bowiem uwagę na sposób, w jaki Ukraińcy prowadzili walki na południu. Nie wiem, w którym momencie generałowie ZSU uznali, że nie ma szansy na szybkie dojście do morza. Prawdopodobnie było to dla nich klarowne po kilkunastu dniach zmagań. Wiele wskazuje na to, że wybrano wówczas opcję „mozolnej szarpaniny” bez konkretnych zdobyczy terytorialnych, prowadzonej z nadzieją, że w którymś momencie rosyjska obrona się posypie. W tym celu Ukraińcy w nieobserwowanym dotąd zakresie wykorzystywali swój atut – celniejszą i dalej bijącą artylerię. Masakrowanie rosjan – oraz ich zaplecza – przybrało spektakularną postać. Na Zaporożu „zmielono” w sumie (rzecz jasna nie tylko ogniem artylerii) ekwiwalent kilku rosyjskich dywizji, ale Ukraińcy się przeliczyli, zakładając, że dramatyczne straty skłonią rosyjskie władze do ustępstw. „To był mój błąd” – przyznaje w wywiadzie dla „The Economist” Załużny. „Rosja ma co najmniej 150 tys. zabitych (w całej wojnie – dop. MO). W każdym innym kraju taka liczba ofiar zatrzymałaby działania zbrojne” – twierdzi generał.

I tu jest pies pogrzebany. Na Kremlu nie przejmują się stosami trupów. W ostatnich dniach widać to pod Awdijiwką, gdzie rosjanie ponoszą horrendalne straty, a generałowie i tak nie odpuszczają, pchając kolejne masy do krwawych szturmów. Zatem nawet „przemysłowe” zabijanie rosyjskich żołnierzy to za mało.

Pisałem niedawno, że rosyjskie dowództwo skoncentrowało się na obronie dotychczasowych zdobyczy i ograniczonych operacjach zaczepnych. Taki przebieg wojny ma się nijak do pierwotnych ambicji Kremla, który przed 24 lutego 2022 roku planował zdobyć całą Ukrainę. Lecz nie łudźmy się, że władze rosji porzuciły swoje plany. W dłuższej perspektywie wojna pozycyjna bardziej premiuje rosjan. Na ich korzyść działa demografia, a więc rezerwy mobilizacyjne (moskali jest ponad 140 mln, Ukrainę zamieszkuje obecnie około 30 mln ludzi). Rosyjska gospodarka nie jest fizycznie zniszczona, rosja nadal dysponuje pokaźnymi rezerwami walutowymi. Wciąż czerpie korzyści z renty po Związku Radzieckim i jego wielkiej armii. Co prawda magazyny pustoszeją w szybkim tempie, a jakość i wiek sprzętu pozostawiają coraz więcej do życzenia, ale masa robi swoje. By ją zniszczyć, Ukraińcy muszą poświęcać własne ograniczone zasoby. Gromadzone w ogromnej mierze dzięki zewnętrznej pomocy, bez której Ukraina – z jej pokiereszowaną gospodarką – nie przetrwałaby długo. W czym rosja upatruje swej największej szansy, licząc, że przedłużająca się wojna pozycyjna – wojna bez widocznych rozstrzygnięć – ostatecznie zniechęci Zachód do pomocy Kijowowi. A słaba Ukraina zgodzi się na daleko idące ustępstwa. Naiwne założenie? Tylko jeśli USA i reszta sojuszników wytrwają w postanowieniu wsparcia dla Kijowa. I zapewnią tego wsparcia tyle, i o takich parametrach, by armia ukraińska zyskała nad rosyjską wyraźną przewagę technologiczną. By jakością pokonała ilość.

I o tym właśnie mówi we wspomnianym wywiadzie gen. Załużny. Jego zdaniem, powolne dostarczanie broni przez Zachód jest frustrujące i pozwoliło rosji przegrupować się i przygotować obronę, nie to jednak stanowi główną przyczyną trudnej sytuacji Ukrainy. „Ważne jest, aby zrozumieć, że tej wojny nie można wygrać za pomocą broni minionej generacji i przestarzałych metod. Nieuchronnie doprowadzą one do zastoju, a w konsekwencji do porażki” – wieszczy generał. Jak zauważa, decydującym czynnikiem nie będzie żaden pojedynczy nowy wynalazek, ale połączenie wszystkich już istniejących rozwiązań technicznych: dronów, narzędzi wojny elektronicznej, zdolności przeciwartyleryjskich i sprzętu do rozminowywania. „Musimy wykorzystać moc drzemiącą w nowych technologiach” – mówi Załużny.

Czy usłyszą go za Zachodzie? Jeśli nie, będzie „ziemia za pokój”. Co z czysto humanitarnego punktu widzenia nie brzmi aż tak źle – dopóty, dopóki nie uświadomimy sobie, kim są rosjanie. I ile warte są ich gwarancje. Przestrzenna rozległość jest jednym ze strategicznych atutów Ukrainy – trudno ją zawojować, gdy do pokonania są tak wielkie dystanse. Okrojona, będzie celem łatwiejszym, a że rosja wykorzysta pokój do odbudowy armii i nie zrezygnuje z podboju – choćby z czysto rewanżystowskich pobudek – można uznać za pewnik. Co oznacza, że rosjan trzeba popędzić jak najdalej i sprawić, by odechciało im się wojować. Tu i teraz. Setki tysięcy trupów to za mało, żeby się sparzyli? Wartość państwowych aktywów rosji zamrożonych na Zachodzie to 300 mld dol. Z pieniędzmi oligarchów mówimy o bilionie dolarów. Przepadek istotnej części tego majątku mógłby wpływowym rosjanom uzmysłowić, że wojna się nie opłaca. No i byłoby za co finansować dozbrajanie, a potem odbudowę i dozbrajanie Ukrainy.

Piłka jest po stronie wpływowych ludzi na Zachodzie.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Zdjęcie ilustracyjne/fot. Sztab Generalny ZSU

Porażka?

„Po klęsce ukraińskiej ofensywy na Zaporożu…”, tak już kilka razy zaczął swoje teksty jeden z obecnych w polskiej infosferze (pro)rosyjskich aktywistów medialnych. Chłop zasięgi ma marne, kompetencje analityczne niskie, zaś wiedzę z zakresu wojskowości na poziomie Wikipedii i folderów reklamowych rosyjskich firm zbrojeniowych (gdzie jak wiemy „anałoga-w-miru-niet”). Tym niemniej suma działań wielu takich „żuczków” – sączących jad kremlowskiej propagandy do naszego „krwiobiegu” – nade wszystko zaś nierealistyczne oczekiwania opinii publicznych (tak w Polsce, jak i w innych proukraińskich krajach), przekładają się na powszechność percepcji, zgodnie z którą na Zaporożu Ukraińcy ponieśli porażkę.

Tylko czy takie postrzeganie spraw wytrzymuje konfrontację z rzeczywistością?

Wraz z początkiem tego tygodnia ZSU ponowiły natarcia w rejonie Robotyne, gdzie utworzono największy wyłom w rosyjskich pozycjach obronnych. Po raz pierwszy od kilku tygodni w atakach użyto sprzętu ciężkiego – czołgów i wozów opancerzonych (m.in. niemieckich leopardów i amerykańskich strykerów). Natarcie nie zyskało powodzenia, rosjanom udało się zniszczyć kilka pojazdów. Gdy piszę te słowa, walki na tym odcinku frontu znów mają ograniczony charakter, ale koncentracja ukraińskich oddziałów każe zakładać, że relatywny spokój nie potrwa długo. Do czego zmierzam? Ano do tego, że bitwa wciąż trwa, odtrąbienia końca kampanii nie było, trudno zatem o całościową jej ocenę.

„No ale minęło już tyle czasu …”, może powiedzieć ktoś. Zgadza się, pięć miesięcy to w realiach wojny błyskawicznej cała wieczność. Tyle że w Ukrainie nie toczy się blitzkrieg! Taką formułę konfliktu usiłowali narzucić rosjanie na początku inwazji. I owszem, łatwo zajęli ponad jedną czwartą kraju, ale równie błyskawicznie odpuścili znaczną część zdobyczy, wiejąc spod Kijowa i Charkowa. Później tempo narzucili Ukraińcy – błyskotliwą ofensywą na charkowszczyźnie i wymęczoną, jednak relatywnie krótką kampanią na chersońszczyźnie. To z tamtego okresu – z pierwszych faz wojny – pochodzi przekonanie, że w bojach o niepodległość i granice Ukrainy możliwe są szybkie, spektakularne rozstrzygnięcia. Problem w tym, że po drodze sporo się zmieniło – rosjanie podwoili liczebność kontyngentu stacjonującego w Ukrainie (dziś to 400 tys. ludzi „na teatrze”), wysiłek wojska koncentrując na obronie dotychczasowych zdobyczy. Dobrze się do tego zadania przygotowując, zwłaszcza na odcinkach, gdzie ukraińskie natarcia były łatwe do przewidzenia. Jak na Zaporożu.

Nierealistyczne oczekiwania napędza(ła) również wiara w możliwości zachodniego sprzętu. Fetyszyzowany, w oczach wielu stał się wunderwaffe, pewną gwarancją szybkiego sukcesu. Wojna w Ukrainie jasno potwierdziła, że zachodnia technologia wojskowa jest lepsza od rosyjskiej (i sowieckiej), ale przecież i ona czasoprzestrzeni nie zakrzywia. Jednym wystrzałem tysięcy moskali nie zabija. Ba, użyta w ograniczonym zakresie (kłania się ilość i asortyment dostaw, na jakie mogła i może liczyć Ukraina…), po pośpiesznym przeszkoleniu dla załóg i obsługi, traci część swoich atutów. Ukraińcy walczą na Zaporożu (i nie tylko) bez przewagi w powietrzu, tymczasem to w kompletnym ekosystemie – obejmującym wszystkie niezbędne rodzaje broni – poszczególne typy uzbrojenia ujawniają pełnię swych możliwości. Decyzja o przekazaniu Ukrainie samolotów wielozadaniowych F-16 zapadała już po rozpoczęciu ofensywy, a samo przekazanie to proces, który potrwa jeszcze wiele miesięcy. Prędko więc zachodnich maszyn nad południową Ukrainą nie zobaczymy.

„Po co więc w ogóle zaczynali?”, można by zapytać. „Tak szewc kraje, jak mu materii staje”, brzmi popularne powiedzenie. A rzeczony szewc kroić musiał, bo czas działał wyłącznie na korzyść rosjan – mając go więcej, moskale jeszcze bardziej zabetonowaliby się na Zaporożu (co ostatecznie i tak próbują robić, ale w zakresie mniejszym niż byłoby to możliwe, gdyby nie konieczność angażowania ludzi i zasobów do utrzymania pozycji obronnych). I teraz oddzielmy medialny szum – opinie (pseudo)ekspertów i wypowiedzi polityków – od tego, co tak naprawdę wiemy o zamiarach ukraińskiego dowództwa. Nie ukrywało ono, jaki jest cel operacji na południu – że jest nim rozcięcie rosyjskiego korytarza lądowego łączącego okupowany Donbas z Krymem – ale nikt publicznie nie definiował ram czasowych operacji. Nie ma żadnych wiarygodnych informacji, które rzucałyby światło na dokładne kalkulacje ukraińskich sztabowców. Nie wiemy, kiedy chcieli dojść do morza. Czy zakładali blitzkrieg czy mozolną szarpaninę, w efekcie której rosyjska obrona się posypie. Pamiętam mapki z pierwszych dni ofensywy, ilustrujące rzekome zamiary ZSU; branżowy internet „jarał się” nimi niczym świętym Graalem, tymczasem okazały się fejkiem. Bez dostępu do danych planistycznych nie sposób przesądzać, czy mamy do czynienia z klęską. Bo może wszystko idzie zgodnie z planem? Ukraińska generalicja ma sporo wad, ale jej „kwiat” jak dotąd realistycznie oceniał możliwości własnych wojsk i wojsk wroga. Może nam się to podobać lub nie, ale w ramach tego osądu mieści się przekonanie, że angażowanie rosjan w ciężkie boje bez konkretnych zdobyczy terytorialnych ma sens (bo w którymś momencie nastąpi „kumulacja” i przeciwnik pęknie). A zauważmy, że efektem działań na Zaporożu jest „zmielenie” kilku rosyjskich dywizji, w tym istotnych elementów elitarnych formacji WDW.

I już na koniec – ulubioną analogią (pro)rosyjskich aktywistów medialnych, stosowaną wobec zmagań na Zaporożu, jest bitwa na Łuku Kurskim. To porównanie godne historyków-dyletantów, niemniej warto o nim wspomnieć z jednego powodu. Zmagania z 1943 roku zakończyły się dla Niemców sromotną porażką – nie tylko nie przełamali sowieckich pozycji, ale na skutek kontrnatarć armii czerwonej utracili gros wcześniejszych zdobyczy. I szerzej, inicjatywę strategiczną. Taki jest realny wymiar klęski. Tymczasem na Zaporożu – mimo usilnych starań rosjan (ich wściekłych kontrataków) – nie ma mowy o „korektach terytorialnych” na niekorzyść Ukraińców. Zaś jedyne, na co rosjan stać – patrząc z perspektywy całego frontu – to dwie lokalne operacje zaczepne. Spooooro za mało, by mówić, że inicjatywa strategiczna jest teraz po ich stronie.

O czym więcej w kolejnym poście.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Zdjęcie ilustracyjne/fot. Sztab Generalny ZSU

Korek

„Na południu bez zmian”, przekonują nas (pro)rosyjscy aktywiści medialni, relacjonujący konflikt w Ukrainie. Co mają na myśli? Ano ukraińska kontrofensywa na Zaporożu wygasa, „utopiona w morzu krwi”, a rosjanie zasileni przez elitarne oddziały powietrznodesantowe w wielu miejscach odzyskują inicjatywę. Jest zatem „stabilnie”, co w tym przypadku oznacza, że „niczego już nie stracimy”, a słabnące, choć wciąż ponawiane ukraińskie ataki, „przybierają formę prób rozpaczliwego zdobycia czegokolwiek”. W tej narracji przydatne okazują się słowa gen. Marka Milley’a, dowódcy amerykańskiej armii, zdaniem którego Ukraińcy mogą jeszcze atakować przez 30-45 dni. Sformułowanie wyrwane z kontekstu sugeruje, że także w ocenie Pentagonu siłom zbrojnym Ukrainy kończą się zapasy oraz rezerwy niezbędne do prowadzenia operacji zaczepnych. Innymi słowy – przekonują agenci rosyjskiej propagandy – „wygrywamy!”. Jak kiedyś pod Kurskiem, gdzie armia radziecka wykrwawiła nacierających Niemców, ostatecznie odbierając im strategiczną inicjatywę – to jedna z popularniejszych analogii używanych przez polskich wielbicieli „ruskiego miru”. Tyleż nieprawdziwa, co idiotyczna, wszak w 1943 roku to nacierający byli agresorami, wiodły ich nazistowskie idee, a samą bitwę (serię bitew) zwieńczył potężny zwrot zaczepny w wykonaniu dotychczasowych obrońców. Na Zaporożu tymczasem atakują napadnięci, (neo)nazistowskie elementy pozostają istotną częścią ideologii broniących się rosjan, niezdolnych obecnie do jakichkolwiek poważniejszych ataków. Wszystko co najważniejsze jest zatem „na odwrót”, no ale – jak widać – medialnym szujom niespecjalnie to przeszkadza.

Pal ich licho, wracajmy do sedna. Jak wygląda sytuacja na ukraińskim froncie? Nim odpowiem na to pytanie, pozwólcie, że odniosę się do słów gen. Milley’a. Szef kolegium połączonych sztabów nie miał na myśli technicznych i ludzkich możliwości ZSU. Mówił o pogodzie, która za kilka tygodni może znacząco utrudnić prowadzenie działań ofensywnych. Może (sam nie raz pisałem o uciążliwościach rasputicy), ale wcale nie musi. Sięgnijmy pamięcią do zeszłego roku i tego, co działo się wówczas na południu Ukrainy. Działania zaczepne ZSU na chersońszczyźnie zaczęły się latem, na dobre rozkręcając się jesienią. Punkt kulminacyjny wypadł na przełomie października i listopada – to wtedy zmuszono rosjan do ucieczki na wschodni brzeg Dniepru. Chersoń wyzwolono 11 listopada, aktywne działania o dużym nasileniu trwały jeszcze kilka dni. Zatem patrząc od dziś, można przyjąć, że Ukraińcom zostały dobre dwa miesiące, zwłaszcza że długoterminowe prognozy nie przewidują gwałtownego załamania pogody. A na Zaporożu najgorsza i najtrudniejsza część roboty została przez ZSU wykonana.

Budowanie umocnionych linii granicznych to istotny element rosyjskiej myśli wojskowej, sięgający czasów wczesnego Księstwa Moskiewskiego. W odmianie uwzględniającej bardziej nowoczesne wyzwania pola walki, obecny w podręczniku autorstwa gen. Wasilija Nowickiego z 1915 roku oraz jego późniejszych, sowieckich odmianach. Do tego rezerwuaru wiedzy odwołali się budowniczy pozycji obronnych na Zaporożu. I owszem, możemy się śmiać z rosyjskiej bylejakości oraz złodziejstwa, które tworzeniu „linii surowikina” towarzyszyły, ale nie zmienia to faktu, że umocnienia przygotowano przyzwoicie. Co więcej, nasycając je polami minowymi w skali, która pięć do dziesięciu razy przekraczała radzieckie normy. Prawdą jest, że ukraińskie plany zakładały różne scenariusze, w tym szybkie przełamanie nieprzyjacielskich linii dzięki skoncentrowanemu, silnemu atakowi jednostek pancernych i zmechanizowanych na wybrane punkty. Prawdą jest, że nic z tego nie wyszło, że koniecznym okazało się zastosowanie metody stopniowego wykruszania rosyjskiej obrony poprzez systematycznie ponawiane ataki niedużych grup szturmowych, wspartych silnym, precyzyjnym ogniem artylerii. W takich uwarunkowaniach nie powinno dziwić, że dzienny „urobek” ukraińskich oddziałów nie przekraczał 100-200 metrów, co przy głębokości rosyjskiego lądowego korytarza na Krym mogłoby oznaczać nawet dwuletnie zmagania.

Ale 60 proc. posiadanych na południu sił i środków rosjanie skierowali na pierwszą linię, druga i trzecia są dużo wątlejsze i słabiej obsadzone. Tymczasem ukraiński postępy pod Werbowe i Nowokropopiwką mają wszelkie cechy klasycznych wyłomów. Rosyjskie próby ich flankowania poprzez wściekłe ataki oddziałów WDW hamują ukraińskie postępy – ZSU bardziej skupia się na ochronie skrzydeł niż pogłębianiu występu. Ale w działaniach wojennych nie ma żadnej magii i innych cudów (jak rzekomy nadwiślański) – jest twardy konkret sprowadzający się do m.in. jakości sprzętu, wydolności logistyki, wyszkolenia, dowodzenia, motywacji. To musi jebnąć – że tak pozwolę sobie na nieco knajacki komentarz. Ktoś musi pęknąć. Jeśli rosjanie, ukraińskie oddziały będą niczym gaz wypuszczony z otwartej butelki. Jeśli pierwsi osłabną Ukraińcy, rosjanom uda się utrzymać korek w buzującej butelce. Skumulowana energia nie wydostanie się na zewnątrz i nie spustoszy rosyjskiego zaplecza.

Jak się domyślacie, moim zdaniem spustoszy. Ukraińcy wyjdą na drugą i trzecią linię i jest to kwestia najbliższych kilkunastu dni. Nie musi to oznaczać posypania się rosyjskiej obrony na Zaporożu – takim optymistą nie jestem – ale kampania z pewnością przyśpieszy. Po czym wnioskuję? Przesłanek jest mnóstwo, podrzucę Wam kilka z nich.

W rosyjskim sztabie generalnym trwają gorączkowe analizy poświęcone temu, jak zreorganizować obronę na Zaporożu. Moskiewscy generałowie zdają się wierzyć, że pchnięte do walki oddziały powietrznodesantowe jeszcze jakiś czas powstrzymają Ukraińców, ale co dalej? Opcje są dwie – trwanie przy obronie liniowej, wzdłuż całego frontu lub skupienie się na utrzymaniu najważniejszych miast. W takim scenariuszu twierdzami stałyby się Melitopol oraz Berdiańsk. Nie wiadomo, co ostatecznie wymyśli rosyjska „stawka”, ale fakt, że na poważnie rozważa się uporczywą obronę dwóch punktów dowodzi kruchości rezerw. Sam pomysł głupi nie jest – Ukraińcy przećwiczyli go w Bachmucie, miesiącami angażując i skrwawiając nieproporcjonalnie duże rosyjskie siły. Problem w tym, że rozciągnięta w linii obrona, to jednocześnie bardziej rozproszona logistyka – upierdliwa, jednak bezpieczniejsza. Obrona punktowa zaś oznacza większą koncentrację wojska w jednym miejscu, czyli większe zapotrzebowanie przy mniejszej liczbie dostępnych szlaków komunikacyjnych. To pogodzenie się z realiami „wąskiego gardła”, i to w sytuacji, kiedy Ukraińcy już nie raz udowodnili, że potrafią na tej szyi – rosyjskiej logistyce – zadzierzgnąć pętlę. Jest jeszcze inna obawa pośród rosyjskiej generalicji, wynikająca z typowych dla niej doświadczeń. Założenie wokół miasta pierścienia okrążenia i pójście dalej, w głąb nieprzyjacielskiego terytorium, to „klasyk” sowieckiej sztuki operacyjnej. A co jeśli Ukraińcy postąpią w ten sposób z Melitopolem i Berdiańskiem? – martwią się oficerowie „stawki”. Moim zdaniem, trochę na wyrost, bo taka koncepcja użycia sił możliwa jest do realizacji, gdy posiada się miażdżącą przewagę liczebną (trzeba ludzi i sprzętu, by ustanowić odpowiednio skuteczne oblężenie i zarazem zachować zdolność do działań ofensywnych). Ukraińcy takiej przewagi na Zaporożu nie mają.

Idźmy dalej – dowództwu operującej na południu 42. Dywizji Zmechanizowanej przyporządkowano niedawno kilka dodatkowych pułków. Zwracają na to uwagę analitycy ze Stratpoints, pisząc o „wyczerpaniu możliwości struktur dowodzenia na poziomie operacyjnym”. Co się kryje za tym specjalistycznym językiem? Gorzka, dla rosjan, prawda. Dowództwo 42. DZ ma teraz pod sobą dwa razy więcej ludzi nie dlatego, że jest takie dobre. Po prostu zarządza zbieraniną, bo nikt inny tego zrobić nie może. Na froncie wciąż ginie nieadekwatnie wysoka liczba wyższych rangą oficerów rosyjskiej armii, co jest skutkiem ukraińskich „polowań” na punkty dowodzenia, nonszalancji samych oficerów, ale i obiektywnej potrzeby ich przebywania w rejonach walk, co z kolei wynika z niedoskonałości systemu łączności i niskiej motywacji podwładnych. W ostatecznym rozrachunku niedosyt oficerów wpływa na obniżenie efektywności całych jednostek (a choćby za sprawą wydłużonego procesu decyzyjnego). A ów czynnik – z którym Ukraińcy nie mają takich problemów jak rosjanie – jest nie do przecenienia w szybko zmieniającym się środowisku pola walki, gdzie wygrywa ten, kto szybciej wie, co robić.

Kolejna kwestia – udział jednostek powietrznodesantowych. Wbrew niektórym opiniom, to wciąż elita rosyjskiej armii. Owszem, odtworzona po zeszłorocznych krwawych bojach, ale w oparciu o najlepszy dostępny w rosji materiał ludzki i sprzęt. Na Zaporożu walczy w tej chwili połowa rosyjskich dywizji WDW (7., 76. i 104. DPD). Sam fakt sięgnięcia po najcenniejsze rezerwy (i popłoch, w jakim odbywał się ich przerzut), świadczy o trudnej sytuacji rosjan. Obiektywnie patrząc, spadochroniarze biją się dobrze, ale przełomu jak dotąd nie wywalczyli, za to solidnie się skrwawili. A gdy straż pożarna zdziesiątkowana, komu przyjdzie gasić ogień?

Oczywiście Ukraińcy też ponoszą straty – i to niemałe (choć między bajki można włożyć dzisiejsze wynurzenia putina o 71 tysiącach zabitych na Zaporożu od początku czerwca żołnierzach ZSU). Z piętnastu zaangażowanych dotąd w kontrofensywę brygad, żadna nie utraciła więcej niż 20 proc. personelu (Ukraińcy rotują oddziały co kilka-kilkanaście dni, stąd równomierność strat). Moje dobre źródło w ukraińskiej armii mówi o 13 tysiącach zabitych i rannych od momentu rozpoczęcia kontrofensywy – choć nie mogę się doprosić odpowiedzi na pytanie o relację między liczbą poległych a zranionych. Sporo, ale z drugiej strony pamiętajmy, że kilka tygodni temu padliśmy ofiarą rosyjskiej propagandy i popłochu pośród rodzimych analityków militarnych. Mówiło się wówczas o dziesiątkach utraconych czołgów i bojowych wozów piechoty. Otrzeźwienie przyszło kilkanaście dni temu, dzięki analizie dostępnych danych – wynika z nich, że Ukraińcy bezpowrotnie utracili mniej niż 10 proc. przekazanych im przez Zachód czołgów. Straty wśród BWP-ów były dwukrotnie wyższe, lecz zostały już dawno skompensowane poprzez dostawy kolejnych partii sprzętu. W efekcie, największe ukraińskie jednostki pancerne i zmechanizowane nadal posiadają odpowiednio duży potencjał do przeprowadzenia rajdów na rosyjskie tyły. Wystarczy wybić im korek.

Wybijanie korka to nie tylko pogłębianie wyłomów, to także robota na zapleczu, polegająca na niszczeniu rosyjskiej artylerii i środków transportu. W minionym tygodniu Ukraińcy puścili z dymem aż 250 systemów artyleryjskich rosjan (większość na Zaporożu) – najwięcej od wybuchu wojny. Zniszczono też niemal 300 ciężarówek i cystern – a to wyłącznie zweryfikowane straty. Osłabianie rosjan w tych obszarach trwa już od wielu tygodni, od kilku dni ZSU regularnie biją w najcenniejsze (obok pól minowych) aktywa rosjan. Tylko wczoraj i dziś Ukraińcy opublikowali trzy filmy przedstawiające uderzenia precyzyjnej artylerii rakietowej w stanowiska operatorów lancetów. Drony-kamikadze ostro dały się we znaki armii ukraińskiej, jeśli nagle są tak łatwo niszczone, Ukraińcy musieli zyskać większe możliwości w zakresie rozpoznania rosyjskich terenów przyfrontowych. Ich dronom obserwacyjnym łatwiej się zapuszczać na rosyjskie tyły, co może oznaczać przynajmniej częściowy paraliż wrogich systemów WRE, służących do zakłócania.

A walka trwa…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Ukraińska artyleria/fot. Sztab Generalny ZSU