Pobór?

Od wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie temat obowiązkowej służby wojskowej regularnie powraca do publicznej debaty. Zwolennicy przekonują, że tylko powszechny pobór pozwoli odbudować rezerwy i przygotować państwo na konflikt z Rosją, przeciwnicy wskazują na ogromne koszty i społeczne konsekwencje takiego rozwiązania. Problem w tym, że obie strony często odpowiadają na pytanie, które nie jest dziś najważniejsze. Kluczowym wyzwaniem nie jest bowiem sam pobór, lecz znalezienie sposobu na wyszkolenie setek tysięcy obywateli, których nowoczesna armia będzie potrzebowała w czasie wojny.

Wojna w Ukrainie przypomniała Europie, że nawet dobrze wyposażona armia zawodowa nie jest w stanie prowadzić długotrwałych działań o wysokiej intensywności. Straty trzeba uzupełniać, wyczerpane jednostki rotować, a zaplecze logistyczne, medyczne i techniczne nieustannie zasilać nowymi ludźmi. To dlatego kolejne europejskie państwa wracają do rozmów o obowiązkowej służbie wojskowej. Litwa przywróciła pobór w 2014 roku, Szwecja reaktywowała go po kilkuletniej przerwie, a w Niemczech temat regularnie wraca do politycznej debaty. Czy i Polska powinna pójść tą drogą?

Nie pobór jest najważniejszy

Samo postawienie pytania o powrót powszechnego poboru może jednak prowadzić na manowce. Armia nie potrzebuje poboru dla samego poboru. Potrzebuje ludzi – licznych, wyszkolonych i możliwych do szybkiego zmobilizowania. To nie to samo. Państwo może utrzymywać obowiązkową służbę wojskową, a mimo to dysponować słabymi rezerwami. Może też z niej zrezygnować, jednocześnie budując system, który pozwoli w razie zagrożenia zmobilizować setki tysięcy przygotowanych obywateli.

Dlatego zamiast pytać, czy wrócić do rozwiązań sprzed kilkunastu lat, warto najpierw odpowiedzieć na inne pytanie: jakich rezerw potrzebuje dziś Wojsko Polskie i jak można je stworzyć bez osłabiania armii i gospodarki?

Jeszcze kilkanaście lat temu odpowiedź wydawała się prostsza. Po zakończeniu zimnej wojny większość państw NATO uznała, że zagrożenie wielkoskalowym konfliktem w Europie praktycznie zniknęło. Armie zaczęły się kurczyć, pobór zawieszano lub likwidowano, a ciężar przygotowań przesuwano z obrony własnego terytorium na misje ekspedycyjne. Liczyła się jakość, profesjonalizacja i mobilność. Wojska miały być mniejsze, ale lepiej wyposażone i gotowe do działania w Afganistanie, Iraku czy Afryce.

Rosyjska agresja przeciwko Ukrainie zweryfikowała te założenia. Okazało się, że wojna między państwami nie odeszła do historii, a konflikt o wysokiej intensywności nadal pochłania ludzi i sprzęt w skali, która dla wielu zachodnich planistów była trudna do wyobrażenia. Nawet najlepsze brygady ponoszą straty, wymagają uzupełnień, a żołnierze – odpoczynku. Jednocześnie wojna angażuje znacznie więcej specjalistów, niż zwykle wyobrażamy sobie, myśląc o armii. Potrzebni są nie tylko piechurzy i czołgiści, lecz także kierowcy, mechanicy, logistycy, medycy, informatycy, operatorzy dronów, specjaliści od łączności czy obrony przeciwlotniczej.

To właśnie jest najważniejsza lekcja z Ukrainy: nowoczesne państwo nie może prowadzić długotrwałej wojny bez przygotowanych rezerw. Ale z tej lekcji nie wynika automatycznie, że najlepszą odpowiedzią jest powrót do klasycznego poboru.

Pobór nie tworzy armii

W debacie publicznej pobór często przedstawia się jako proste rozwiązanie problemu liczebności wojska. Państwo wydaje decyzję, młodzi ludzie trafiają do koszar, armia rośnie w siłę. W rzeczywistości mobilizacja czy wcielenie do służby są dopiero początkiem bardziej skomplikowanego procesu.

Żołnierza trzeba ubrać, wyposażyć, zakwaterować, wyżywić i wyszkolić. Trzeba zapewnić mu broń, amunicję, instruktorów, dowódców, poligony, strzelnice, transport, opiekę medyczną i miejsce w systemie mobilizacyjnym. Bez tego nawet duża liczba ludzi w mundurach nie przekłada się na realny wzrost zdolności bojowych.

To pierwszy problem z prostym postulatem przywrócenia poboru. WP przez ostatnie lata rozwijało się przede wszystkim jako armia zawodowa. Rozbudowywano jednostki operacyjne, tworzono nowe formacje, kupowano nowoczesny sprzęt i zwiększano liczebność żołnierzy pełniących służbę na stałe. Nie budowano natomiast systemu corocznego szkolenia dziesiątek czy setek tysięcy poborowych. Taki system wymagałby koszar, kadry, infrastruktury, zapasów wyposażenia i stałej przepustowości szkoleniowej.

Pobór nie jest więc tylko decyzją polityczną. Byłby jednym z największych przedsięwzięć organizacyjnych w historii współczesnych Sił Zbrojnych RP. Co więcej, jego uruchomienie mogłoby na pewien czas osłabić armię zawodową. Najlepsi podoficerowie i oficerowie, zamiast szkolić własne pododdziały, musieliby zająć się poborowymi. A im większa skala poboru, tym większa część kadry zostałaby odciągnięta od zadań operacyjnych.

Drugi problem dotyczy jakości. Współczesna wojna wymaga coraz bardziej zróżnicowanych kompetencji. Kilkumiesięczna służba może nauczyć podstaw: obsługi broni, zachowania na polu walki, elementarnej taktyki, pierwszej pomocy, dyscypliny i współdziałania. Nie stworzy jednak operatora systemu przeciwlotniczego, mechanika nowoczesnego czołgu, specjalisty od walki radioelektronicznej czy technika odpowiedzialnego za utrzymanie skomplikowanego sprzętu. Takie kwalifikacje buduje się latami.

Pobór może więc zwiększyć liczbę osób z podstawowym przeszkoleniem wojskowym. Nie zastąpi jednak zawodowej armii, aktywnej rezerwy, Wojsk Obrony Terytorialnej, szkolenia specjalistycznego i sprawnej mobilizacji.

Rachunek ekonomiczny

Jest też trzeci problem, zbyt często pomijany w dyskusji: ekonomia. Pobór kosztuje nie tylko budżet MON. Kosztuje całe państwo.

Każdy poborowy na kilkanaście miesięcy wypada z rynku pracy, studiów albo prowadzenia działalności gospodarczej. Dla państwa oznacza to mniejszą aktywność zawodową, niższe wpływy podatkowe, większą presję na pracodawców i dodatkowe napięcia w sektorach, które już dziś mają problem z brakiem ludzi. Polska gospodarka się starzeje, a rynek pracy od lat funkcjonuje przy niskim bezrobociu. Brakuje kierowców, techników, informatyków, pracowników przemysłu, energetyki, logistyki i ochrony zdrowia. Tymczasem są to dokładnie te same kompetencje, których w czasie kryzysu potrzebowałoby również wojsko.

To jeden z największych paradoksów współczesnej obronności. Armia potrzebuje ludzi, ale gospodarka również. Państwo przygotowujące się do wojny nie może osłabić zaplecza, które ma tę wojnę utrzymać. A zaplecze to nie tylko fabryki amunicji i zakłady remontowe. To także transport, energetyka, telekomunikacja, system medyczny, administracja, cyberbezpieczeństwo i przemysł cywilny, który w razie kryzysu musi wspierać wysiłek obronny.

W modelu klasycznego poboru państwo zabiera ludzi z gospodarki i przenosi ich do koszar. W modelu nowoczesnej odporności powinno raczej odpowiedzieć na pytanie: jak wykorzystać ich kompetencje tam, gdzie będą najbardziej potrzebne? Informatyk nie zawsze musi zostać strzelcem. Kierowca ciężarówki może być cenniejszy w systemie transportu wojskowego niż w okopie. Ratownik medyczny, energetyk czy operator koparki także są elementem potencjału obronnego państwa.

To nie znaczy, że szkolenie wojskowe jest zbędne. Przeciwnie – powinno być znacznie powszechniejsze niż dziś. Ale powinno być projektowane tak, by nie rozbijać rynku pracy i nie traktować wszystkich obywateli według jednego schematu. Jak? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Żołnierze 6. Brygady Powietrznodesantowej podczas uroczystego apelu. Zdjęcie ilustracyjne/fot. własne

Rekruci

O wpływie kryzysu demograficznego na możliwości obronne państwa, rozmawiam z dr Anetą Baranowską, socjolożką wojska z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego. Wywiad ukazał się w najnowszym numerze miesięcznika „Polska Zbrojna”. Poniżej jego obszerny fragment, całość znajdziecie w papierowej wersji magazynu. Zapraszam do lektury!

„(…) Jak kryzys demograficzny wpłynie na możliwości militarne Polski?

Chcielibyśmy w 2035 roku mieć 300-tysięczną armię, ale przy takiej demografii to pomysł trudny do zrealizowania. Z prostej przyczyny – kolejne roczniki są coraz mniej liczne. A przecież obok armii i innych instytucji publicznych mamy gospodarkę, która również potrzebuje dopływu świeżej krwi. O młodych, którzy wejdą na rynek pracy, trzeba będzie stoczyć ostrą bitwę.

Ostrzejszą niż teraz?

Dziś wojsko jest we względnie dobrej sytuacji jako pracodawca, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach i na wschodzie Polski. Ale na rynek pracy coraz liczniej wchodzi pokolenie Z, którego wartości i oczekiwania są częściowo rozbieżne z tym, co oferuje wojsko. Mam tu na myśli hierarchiczną strukturę, dyspozycyjność, częste zmiany miejsca zamieszkania. Wielu młodych nie chce w ten sposób pracować, więc armia będzie musiała wykazać się wielką elastycznością, by zdobyć ich zainteresowanie. To nie jest niemożliwe, ale na pewno trudne.

Równolegle konieczne staną się też inne działania, na przykład wydłużenie czasu trwania służby.

Amerykanie już od jakiegoś czasu prowadzą badania, by ustalić, do jakiego wieku można być wydajnym żołnierzem. Nasze wyobrażenia o tym, że po pięćdziesiątce nie da się już „zasuwać w polu” zapewne zostaną zweryfikowane. Ale oprócz dłuższej służby wojsko zostanie zmuszone do szukania innych rozwiązań. Na pewno do korzystania w coraz większym stopniu z nowych technologii – co już dziś widzimy w Ukrainie. Dronizacja i robotyzacja pola walki będzie tylko postępować. Szerokie zastosowanie autonomicznych systemów i sztucznej inteligencji pozwoli częściowo zniwelować problemy wynikające z demografii, ale na końcu i tak potrzebny będzie człowiek.

To może powinniśmy rozważyć budowanie formacji zaciężnych, w których nie służyliby obywatele RP, a cudzoziemcy z obcymi paszportami?

Przyznam, że się nad tym zastanawiałam. I przekonał mnie argument gen. Rajmunda Andrzejczaka, na „nie”. Były szef sztabu podkreślał kwestię kompetencji językowych, bez których nie ma mowy o sprawnym działaniu. A ilu znajdziemy cudzoziemców odpowiednio dobrze władających polskim i chcących służyć w takich jednostkach?

(…)

Może zatem wojsko powinno szerzej otworzyć bramy koszar dla kobiet?

Ale one są otwarte. Kobiety stanowią dziś niemal piątą część personelu sił zbrojnych, w WOT nawet czwartą. Jesteśmy armii niezbędne, realizujemy mnóstwo ważnych zadań i mogę sobie wyobrazić, że będzie nas w mundurach więcej. Ale nie zapominajmy o cechach fizycznych, które sprawiają, że nie jesteśmy w stanie równie efektywnie wykonywać części zadań. Oczywiście znam sporo żołnierek sprawniejszych i silniejszych od niejednego żołnierza, ale nie łudźmy się, że kobiety zastąpią mężczyzn jedna do jednego.

Czyli nie mamy wyjścia i wracamy do służby obowiązkowej?

To mogłoby być jakieś rozwiązanie, pod warunkiem, że szkolenie nie wyglądałoby jak w PRL-u. Gdy dziś rozmawia się z młodymi ludźmi o służbie obowiązkowej, to oni częściej są na „nie”. Nie z zasady, ale dlatego, że panuje pośród nich przekonanie o nudnej i nieefektywnej służbie. Mówią o „betonie”, „fali” i nicnierobieniu; nie chcą tego dla siebie, szkoda im czasu. Pokolenie Z musi się realizować, stawać przed wyzwaniami, zdobywać dodatkowe kompetencje, w tym przypadku takie, które byłyby przydatne także poza wojskiem.

(…)

Z naszej dotychczasowej rozmowy wynika, że bezpieczeństwo Polski w istotnej mierze zależy od tego, czy uda nam się rozwiązać problem niskiej dzietności.

Obecny współczynnik dzietności – 1,1 – jest najniższym od czasów II wojny światowej. By zapewnić zastępowalność pokoleń, musi być na poziomie 2,1. To jest skala naszego dramatu. Oczywiście w obiegu jest mnóstwo mniej lub bardziej uprawnionych wyjaśnień spadku dzietności, ale jeśli chcemy solidnych odpowiedzi, na podstawie których zaplanujemy sensowną politykę społeczną, potrzebujemy pogłębionej diagnozy społecznej.

Co już wiemy na pewno?

Że młodzi decydują się na dzieci po spełnieniu co najmniej trzech warunków. Pierwszy to bycie w związku, który daje poczucie bezpieczeństwa. Drugi – posiadanie mieszkania. Trzeci – stałej pracy. Zaspokojenie tych potrzeb może sprawić, że dzietność wzrośnie.

Państwo może pomóc w zakupie pierwszego mieszkania, częściowo regulować rynek pracy, ale problem z nawiązywaniem stałych relacji przez młodych ludzi wykracza poza jego kompetencje.

Ta trudność w budowaniu stałych związków w dużej mierze wynika z tego, że młodzi są zanurzeni w rzeczywistości wirtualnej. Trzeba ich odkleić od smartfonów. Mam tu na myśli na przykład administracyjne ograniczenia dla najmłodszych w dostępie do mediów społecznościowych. Z drugiej strony nie możemy wszystkiego zwalać na państwo. Przyjrzyjmy się współczesnej rodzinie. Badania pokazują, że statystyczny ojciec spędza pół godziny dziennie na bezpośredniej rozmowie czy zabawie z dzieckiem. Jak ono ma się uspołeczniać, gdy na tym podstawowym poziomie brakuje mu przestrzeni do okazywania emocji?

Czyli problem naszej demografii w taki czy inny sposób ogniskuje się wokół domu?

W dużej mierze w domu w znaczeniu dosłownym. Konkludując, możemy zaryzykować takie stwierdzenie: będą mieszkania, będą dzieci, będą też rekruci.

Dr Aneta Baranowska jest adiunktem w Katedrze Polityki Bezpieczeństwa Wydziału Nauk o Polityce i Administracji Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Specjalizuje się w socjologii wojska i wojny, obszar jej zainteresowań badawczych obejmuje również demografię społeczną, politykę społeczną i politykę bezpieczeństwa.

—–

Szanowni, gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełna oferta pod tym linkiem.

Nz. Żołnierz 6 Brygady Powietrznodesantowej, zdjęcie ilustracyjne/fot. 6BDP

Rezerwy

Wiosną 2014 roku armia ukraińska okazała się strukturalnie niewydolna. Wraz z początkiem „operacji antyterrorystycznej” (ATO) do walki nadawało się tylko sto z ponad siedmiuset ukraińskich czołgów, jakoby pozostających w linii. A z dwóch i pół tysiąca maszyn zapasu mobilizacyjnego miażdżąca większość (80-90 proc.) niszczała pod chmurką, wcześniej ogołocona z co cenniejszego osprzętu, sprzedanego za granicę. Żołnierze nie mieli nowoczesnych hełmów i kamizelek, często wręcz brakowało dla nich butów czy innego podstawowego ekwipunku.

Wojsko potrzebowało aż sześciu tygodni, by zebrać minimalne siły – dopiero na początku maja podjęto pierwszą siłową próbę odzyskania Słowiańska, na dobre ATO ruszyła pod koniec tego miesiąca. „W połowie marca po drogach Donbasu zaczęły jeździć pierwsze powolne, smutne kolumny wojskowego sprzętu. Ukraińska armia ściągała siły do obrony wschodnich granic przed rosyjską agresją. Widok przestarzałych, zaniedbanych czołgów i ciężarówek wyprodukowanych w czasach ZSRR rzucał niewesołe światło na stan sił zbrojnych oraz ich zdolność do prowadzenia działań militarnych. Państwo było zdegradowane korupcją i nieefektywnym zarządzaniem, a stan armii odpowiadał ogólnej sytuacji gospodarczej kraju”, piszą Denys Kazanski i Maryna Worotyncewa, autorzy książki pt. „Jak Ukraina traciła Donbas”. Polecam jej lekturę wszystkim, którzy chcieliby zrozumieć przyczyny i przebieg wydarzeń skutkujących powstaniem tzw. ludowych republik.

Do książki wrócę przy innej okazji, a teraz skupmy się na wyjściowej diagnozie: Ukraina, zwłaszcza w czasach Wiktora Janukowycza, była para-państwem. Strukturą, która zdawała się istnieć tylko po to, by grupy oligarchiczne mogły czerpać z jej zasobów. A taka organizacja, choć dysponująca wszelkimi cechami normalnej państwowości, nie potrzebowała silnej armii. Ba, w interesie wszystkich uczestników polityczno-biznesowej gry było osłabianie wojska – bo a nuż któryś z oligarchów mógłby z jego pomocą zdobyć przewagę.

W takich okolicznościach na arenę zmagań z separatystami i armią rosyjską wkroczyły jednostki ochotnicze. Formowane naprędce, na fali patriotycznego wzmożenia, finansowane z publicznych zbiórek i kieszeni bogatych biznesmenów. Ci ostatni dostrzegli bowiem w batalionach jedyny efektywny sposób na zachowanie porządku w rejonach, gdzie prowadzili swoje interesy. Przykładem takich kalkulacji i działań może być Ihor Kołomojski, który żelazną ręką – przy pomocy „dobrowolców” – popędził zwolenników separacji z Dniepropietrowska, zanim miasto na dobre ogarnęła rebelia. Formalnym przypieczętowaniem tych starań była funkcja gubernatora obwodu dniepropietrowskiego, jaką Kijów powierzył „królowi sektora bankowego” (który ostatecznie trafił do pudła, ale to już zupełnie inna historia).

Na prawdziwym froncie formacje ochotnicze nie radziły już sobie tak dobrze. Brutalna lekcja kotła iłłowajśkiego, gdzie doszło do konfrontacji z regularnymi oddziałami armii rosyjskiej, obnażyła słabości „dobrowolców” – przede wszystkim słabe wyszkolenie i wyposażenie. Z czasem jednak oddziały ochotników okrzepły i nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że ograniczenie terytorialnej ekspansji rewolty to w dużej mierze ich zasługa. Innymi słowy, mogło być gorzej, ale mogło też być lepiej – gdyby wysiłek obronny państwa w kluczowym momencie mogła podjąć silna armia, a nie pospolite ruszenie. Wtedy sukcesem nie byłoby zahamowanie, a zdławienie prorosyjskiej rebelii.

—–

Zostawmy Ukrainę i przenieśmy się w alternatywną przyszłość – do rzeczywistości wykreowanej przez twórców filmu „Ludzkie dzieci” (tytuł oryginalny Children of Men; obraz miał premierę w 2006 roku, dziś można go obejrzeć na platformach streamingowych).

Jego akcja rozgrywa się w 2027 roku, w dystopicznych realiach, w których ludzie (z niewiadomych przyczyn) stracili zdolność prokreacji. Od 18 lat nie urodziło się ani jedno dziecko, a świat ogarnięty jest chaosem. Wielka Brytania pozostaje jednym z niewielu krajów, gdzie wciąż funkcjonuje rząd, ale i ją targają rozruchy i rebelie. Wojsko brutalnie pacyfikuje wszelkiej maści buntowników – częścią filmu jest kilkunastominutowa sekwencja ataku na budynek zajęty przez domniemanych terrorystów. To skądinąd doskonała batalistyka, ale ja nie o tym.

W szturmowanym obiekcie znajdują się główni bohaterowie, wśród nich młodziutka Kee, która okazuje się świeżo upieczoną matką. Gdy sekret wychodzi na jaw, widok noworodka działa niczym czarodziejska różdżka – ludzie przestają się zabijać. Kee z maluchem przy piersi mija zszokowanych wojskowych, wydostając się ze śmiertelnej pułapki. W tym czasie widzowie przyglądają się twarzom żołnierzy. Scenarzyści doskonale zadbali o szczegóły uniwersum „Ludzkich dzieci”, w bezpłodnym świecie mamy więc armię podstarzałych mundurowych. Mężczyzn w istotnej większości u kresu swoich najwyższych fizycznych możliwości. Uzbrojonych po zęby w nowoczesny sprzęt, a i tak tworzących armię bez przyszłości, wszak pozbawioną dopływu „świeżej krwi”.

—–

A teraz do rzeczy. Koncept armii bez przyszłości – w „Ludzkich dzieciach” stanowiący dopełnienie i logiczny skutek ponurego klimatu niechybnego końca – nie jest li tylko filmowym wymysłem. Dość przyjrzeć się Wojsku Polskiemu. Jak wynika z analiz Fundacji AD ARMA, WP (podobnie jak inne europejskie armie), dramatycznie się starzeje. Polski rekrut ma już średnio 30 lat, mediana żołnierza w służbie czynnej to prawie 40 lat, a rezerwisty 50! 15 lat temu przeszliśmy na model niedużej, zawodowej armii i zawiesiliśmy zasadniczą służbę wojskową (ZSW). To oznacza, że najmłodsi absolwenci „zetki” mają dziś 36 lat i wedle klasycznych wojskowych kryteriów przekroczyli graniczny wiek (35 r.ż.) przydatności jako rezerwiści. A musimy pamiętać, że w ostatnich latach funkcjonowania ZSW „w kamasze” szedł niewielki odsetek męskiej populacji, że masowe szkolenia ustały w latach 90. Stąd bierze się ów średni wiek rezerwisty, stąd wreszcie estymacja, z której wynika, że w razie mobilizacji po 2030 roku zabraknie rezerw osobowych na potrzeby sił zbrojnych RP.

Wydajemy wielkie pieniądze na modernizacje, kupujemy masę nowoczesnego sprzętu, a wciąż nie dbamy o podstawowy parametr – o rozbudowę rezerw. Naprawdę nie ma większego znaczenia, czy WP czasu pokoju będzie liczyć 200 czy 300 tys. żołnierzy – istotniejsze jest to, czy w razie wojny będziemy w stanie w ciągu kilku tygodni wystawić 600-700-tysięczną armię. Nie tylko odpowiednio wyposażoną, ale i wyszkoloną. Raz jeszcze to podkreślę – wyszkoloną; taką, której żołnierze powołani z rezerwy nie będą musieli uczyć się rzemiosła od podstaw, a wystarczy im kilkudniowe wdrożenie. Nie da się tego zrobić bez powrotu do poboru i obowiązkowej „zetki”. I oczywiście, nie mówię o symulowanym szkoleniu, a o solidnie wykonanej robocie. Potrafimy „w te klocki” – kilka tygodni temu czytałem opracowanie z West Point, którego autorzy zachwycali się nad metodami i efektami szkolenia, jakie ukraińscy żołnierze przechodzą w polskich ośrodkach po 2022 roku.

A propos Ukraińców – choć przykład „dobrowolców” z początkowej fazy konfliktu na Wschodzie niesie pozytywny przekaz, jest też ostrzeżeniem. Zdolności obronne państwa nie mogą opierać się o inicjatywy obywateli. O przekonanie, że „jakoś to będzie”, że i Polacy w razie potrzeby masowo włożą mundury. Patriotyczne wzmożenie to klucz do sukcesu mobilizacji, ale kluczem do zwycięstwa na polu bitwy są kompetencje – tak całej armii, jak i pojedynczego żołnierza. O które trzeba zadbać w czasie pokoju, masowo szkoląc 19-20-latków. Spójrzmy znów na Wschód – po obu stronach linii frontu mamy nadreprezentację „dziadków w mundurach”. Istnieje masa uprawnionych wyjaśnień klinczu, w jakim znajdują się obie armie – przeciętny wiek żołnierzy i związane z nim fizyczne ograniczenia to jedna z najważniejszych przyczyn.

—–

Dziękuję za lekturę i udostępnienia! Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, piszę w istotnej mierze dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Tomaszowi Krajewskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu i Monice Rani. A także: Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Adamowi Cybowiczowi, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Bognie Gałek, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Piotrowi Rucińskiemu, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie i Grzegorzowi Dąbrowskiemu.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Piotrowi Klasińskiemu, Michałowi Baszyńskiemu oraz Czytelnikowi o nicku Krzychoo.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

Osoby, które chciałby nabyć najnowszą pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilka innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu. Polecam się w perspektywie świąt i podchoinkowych prezentów!

Nz. Screen z „Ludzkich dzieci”.

„Malcziki”

„Przecież to dzieci…”, pisze Czytelniczka pod jednym ze zdjęć rosyjskich jeńców, wziętych do niewoli w obwodzie kurskim. Ano dzieci; jest ich tam nadreprezentacja po moskalskiej stronie. 18-19 latków, wcielonych do armii wiosną, mających za sobą ledwie podstawowe (unitarne) szkolenie. Albo i nie.

Gdy zaczęła się pełnoskalowa wojna, szybko wyszło na jaw, że w szeregach armii inwazyjnej znaleźli się żołnierze z poboru. Zapewne nie byłoby z tego wielkiej chryi, gdyby „specjalna operacja wojskowa” przebiegła po myśli Kremla. Chłopcy przejechaliby się przez Ukrainę, odbębnili parady w kilku największych miastach i wrócili do domu. Czy nawet zostali jako część kontyngentu okupacyjnego, ale w kraju spacyfikowanym, nieprzejawiającym żadnych form „twardego”, zorganizowanego oporu. Wyszło jak wyszło – Ukraińcy sprawili rosjanom krwawą łaźnię; zdjęcia i filmy przedstawiające przerażonych gołowąsów masowo poddających się do niewoli, wypłynęły już w pierwszym dniu pełnoskalówki.

W rosji zawrzało, putin zwalił winę na wojskowych i ministerstwo obrony, twierdząc, że zgodnie z jego wolą, poborowych w Ukrainie miało nie być. „To nieporozumienie, chłopcy wrócą do rosji, gdzie dokończą służbę”, obiecał. I w sumie słowa dotrzymał, choć w następnych miesiącach nie brakło doniesień o przypadkach rozmaitych nadużyć, w wyniku których poborowi i tak na front trafiali. Tym niemniej, formalnie, działo się to wbrew woli „cara” i oficjalnych dekretów. Wojna (która wojną nie jest…) powinna być domeną ochotników (żołnierzy kontraktowych), no i „mobików” 30 plus; młodzież z przymusowego poboru miała się od niej trzymać z daleka.

To element umowy społecznej między obywatelami a władzą. Część szerszego układu, w ramach którego zwykli rosjanie mają „święty spokój”, w zamian nie krytykując i nie sabotując potencjalnie niepopularnych działań Kremla.

„Dupochron” dla poborowych to efekt rosyjskiej, a wcześniej radzieckiej traumy – fatalnego losu „malczików” wcielanych do wojska, a potem rzucanych na niezwykle brutalne wojny w Afganistanie i Czeczenii, gdzie ginęło ich nieproporcjonalnie dużo, a jeszcze więcej zmagało się później z traumami. „Zmarnowany kwiat młodzieży”, mówiło się jeszcze w czasach sowieckich, a lata przełomu (upadku ZSRR i nastawania rosji) –postępującej brutalizacja życia społecznego, do czego walnie przyczynili się zdegenerowani weterani – tylko wzmocniły tę narrację. Niezależnie od opresyjności obu reżimów – sowieckiego i rosyjskiego – na gruncie tej narracji powstał chyba jedyny oddolny ruch obywatelski, otwarcie krytykujący władzę, stworzony przez matki poborowych. To najlepszy dowód, że los „naszych chłopców” był i jest dla rosjan niezwykle ważny. Na Kremlu nie mieli i nie mają odwagi otwarcie mierzyć się z tą emocją ludu.

Pobór do zasadniczej służby wojskowej odbywa się w rosji dwa razy do roku, wiosną i jesienią. W ostatnim czasie każda z rund skutkuje mobilizacją od 120 do 150 tys. nastolatków. Nim wybuchła wojna w Ukrainie, chłopcy ci przechodzili w miarę przyzwoite przeszkolenie, dziś – gdy z perspektywy generałów są mało bądź w ogóle nieprzydatni, bo nie można ich posłać w bój – karabin często zastępuje łopata. Pół biedy, jeśli ma to jakiś związek ze służbą wojskową – budowaniem koszar czy umocnień – często to po prostu tania siła robocza, na pracy której dorabiają się oficerowie i wszelkiej maści szemrani przedsiębiorcy.

6 sierpnia w obwodzie kurskim – poza nieszczęsnym czeczeńskim Achmatem – stacjonowali nade wszystko tacy właśnie poborowi. W żaden sposób bądź w niewielkim zakresie przygotowani do walki. Tymczasem naprzeciw nich stanęli zaprawieni w boju ukraińscy weterani, w dodatku znakomicie wyposażeni, no i działający w warunkach zaskoczenia. Efekt musiał być (dla rosjan) porażający.

Minęło kilkanaście dni, a „gówniarze” wciąż stanowią istotną większość rosyjskich sił w obwodzie. To ich bowiem w pierwszej kolejności ściąga się w rejon ukraińskiej operacji. Formalnej przeszkody nie ma – prawa (i wola „cara”) gwarantuje poborowym, że nie zostaną wysłani na wojnę za granicę, ale gdy wojna przyszła do nich, to już zupełnie inna sprawa…

Ukraińcy chyba trochę się przeliczyli, zakładając, że w obliczu zagrożenia własnego terytorium, Moskwa zacznie naprędce ściągać frontowe oddziały z Ukrainy. Tak się dzieje, ale poza nielicznymi przypadkami (dotyczącymi głównie „spokojniejszych” odcinków styku wojsk), rosyjskie dowództwo najpierw sięga po stacjonujące w Ukrainie rezerwy. Co docelowo osłabi te pierwszoliniowe formacje – bo ileż można funkcjonować bez uzupełnień i rotacji – ale nie nastąpi to od razu. W kluczowych dla rosjan miejscach w Donbasie jeszcze nie nastąpiło – tam nadal obserwujemy silną rosyjską presję (co wymaga oddzielnego tekstu, w którym zmierzę się z alarmistycznym tonem doniesień niektórych analityków; obiecuję taki materiał po weekendzie).

Wracając do sedna – fakt, iż w obwodzie kurskim nadal mamy nadreprezentację żołnierzy z poboru, oznacza, że Kreml prowadzi bardzo niebezpieczną dla siebie grę. Owszem, najpewniej krzyżuje jakąś część ukraińskich planów, ale zarazem w samym obwodzie ułatwia ZSU robotę. Bo „malcziki”, jakkolwiek wymieszane z przyzwoitym wojskiem, nie będą dla Ukraińców równorzędnym przeciwnikiem. Czyli stan ukraińskiego posiadania będzie się powiększał, w którymś momencie osiągając rozmiar wymagający nieproporcjonalnie dużej mobilizacji potencjału, by zniwelować zagrożenie.

Kolejny element ryzyka to „granie na nerwach” rosyjskiej opinii publicznej. W tamtejszej przestrzeni informacyjnej – mimo iż cenzurowanej – widać poważne emocjonalne wzmożenie. Mówiąc wprost, ruscy są oburzeni tym, że do „łatania dziur” rzuca się poborowych. Da się wyczuć rosnącą świadomość opłakanych skutków tej strategii rosyjskiego dowództwa. Z czego zresztą Ukraińcy zdają sobie sprawę i z premedytacją „dokładają do pieca”. Dziwią Was wypływające co rusz obrazki przedstawiające pojmanych gówniarzy? Mnie nie, to doskonała zagrywka psychologiczna (działania PSY-OPS, jak określa się je w natowskiej nomenklaturze), wykorzystująca rosyjską traumę i status poborowych. „Mamy ich!”, mówią Ukraińcy i więcej mówić nie muszą. Fakt, iż obiektywnie patrząc los rosyjskich jeńców w ukraińskich rękach bywa lepszy niż warunki służby w putinowskiej amii, nie ma tu znaczenia. „Obrobieni” przez propagandę rosjanie żyją w przeświadczeniu, że pojmanych czeka okrutny los.

Na razie proszą putina, by „malczikom” tego losu oszczędził, ale w końcu tego zażądają. Nie, nie spodziewam się jakichś gwałtownych protestów, ale wiem, że kropla drąży skałę. A tych kropel – wszelkich słabości rosji obnażonych przy okazji operacji kurskiej ZSU – sporo się zebrało.

—–

Dziękuję za lekturę! Widzimy się na łączach po weekendzie (no, chyba że wydarzy się coś nadzwyczajnego).

Jeśli tekst Wam się spodobał, udostępniajcie go proszę. Zachęcam też do wspierania mojego raportu – piszę bowiem głównie dzięki Waszym subskrypcjom i „kawom”. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Ukraiński czołg, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Wyzwania

„Wybór jest prosty: albo będziemy mieć do czynienia z pokonaną armią rosyjską wypchniętą za granice Ukrainy, albo ze zwycięską armią rosji stojącą u granic Polski”, stwierdził przed kilkoma tygodniami Radosław Sikorski w rozmowie z gazetą „Bild am Sonntag”. To nieco uproszczona diagnoza, gdyż możliwy jest też trzeci scenariusz – ograniczonych zdobyczy terytorialnych rosjan w Ukrainie. Tym niemniej słowa szefa naszej dyplomacji oddają istotę rzeczy – taką mianowicie, że pokonana Ukraina to dla Rzeczpospolitej ogromne zmartwienie.

Ale czy taki obrót spraw – owo definitywne zwycięstwo rosjan – warto rozpatrywać w kategoriach realnego zagrożenia? Patrząc na bieżące możliwości armii rosyjskiej – nie. Machina wojenna putina nie jest w stanie zniszczyć sił zbrojnych Ukrainy i narzucić okupacji całemu krajowi. Wiele wskazuje na to, że właśnie obserwujemy szczyt wydolności zarówno militarnych jak i gospodarczych rosji. Tymczasem Ukraina twardo się broni, a rosyjskie zyski terytorialne są mniej niż symboliczne.

Po co więc zawracać sobie głowę wizją „ruskich u bram”? A po to na przykład, by podkreślać zasadność dalszej pomocy Ukrainie i scalać wokół tego projektu szerszą koalicję. Przekonanie o konieczności wspierania Kijowa nie zostało dane raz na zawsze. Nawet Polacy – wciąż mocno proukraińscy – nie mają już w sobie takiego zapału dla podtrzymywania ukraińskiego wysiłku wojennego, bo „ile można?” i „ile to kosztuje?”.

No i jest też wymóg uwzględnienia małorealistycznych scenariuszy – wynikający choćby z intelektualnej uczciwości. Ostatecznie mówimy o wojnie, która mimo policzalnego i mierzalnego charakteru, cechuje się również istotną dozą nieprzewidywalności. Trudno mi teraz wskazać zmienne, które mogłyby doprowadzić do gwałtownego załamania się ukraińskiej operacji obronnej, ale definitywnie wykluczyć takiego scenariusza nie potrafię.

A zatem co by było gdyby?

—–

Nie, nie wierzę w to, że armia putina w następnym kroku wtargnęłaby do Polski. Mówiąc wprost, rosjanie są na to (na konflikt z NATO) za słabi – i zapewne już zawsze będą. Ale są dość silni – i byliby tacy po ewentualnym zwycięstwie nad Ukrainą – by podtrzymywać poczucie zagrożenia kolejną wojną. Oczywiście, mogą to robić już teraz – i w ograniczonym zakresie robią – mają bowiem do nas dostęp z północy, z obwodu królewieckiego, i częściowo ze wschodu, z Białorusi. Ale Ukraina absorbuje potencjał rosji do tego stopnia, że odbiera wiarygodność jej pogróżkom. By te miały bardziej „wiążącą moc”, przy granicy musiałoby stać wojsko. Sporo wojska, sama granica zaś być znacznie dłuższa.

Straszenie Polaków i społeczności międzynarodowej niechybnie przyniosłoby negatywne skutki. Niepewność egzystencjalna napędziłaby emigrację – wewnętrzną i zewnętrzną – wygasiła istotną część aktywności ekonomicznej na wschodnich rubieżach Rzeczpospolitej, ba, status Polski jako kraju wysokiego ryzyka oznaczałby skokowy spadek zagranicznych inwestycji i wycofanie dużej części dotychczasowego kapitału. Inicjowany przez Moskwę kryzys migracyjny, z którym mamy do czynienia przy granicy z Białorusią, dotknąłby kolejne obszary Rzeczpospolitej. Zmusiłby służby do jeszcze większego wysiłku organizacyjnego, państwo zaś do kolejnych inwestycji w graniczne zabezpieczenia.

A przecież nie byłyby to jedyne dodatkowe koszty. Kilkanaście dni temu rząd zapowiedział realizację programu „Tarcza Wschód”, który przewiduje budowę umocnień i przeszkód terenowych przy granicy polsko-rosyjskiej i polsko-białoruskiej. Ma to potrwać trzy lata i kosztować 10 mld zł. No to teraz wyobraźmy sobie, że „Tarcza…” musi objąć kolejne obszary i że nie mamy komfortu w postaci dużej ilości czasu, bo „rosjanie już tu są”.

Ich obecność, groźny i bardziej niekorzystny układ granic wymuszałby pośpiech także w innych obszarach związanych z bezpieczeństwem. Sporo ostatnio kupujemy, przezbrajając wojsko w lepszej jakości sprzęt, ale dekady zaniedbań i zakres koniecznej modernizacji sprawiają, że mamy armię „w proszku”. Starego sprzętu posłanego do Ukrainy już nie ma, nowego w dużej mierze jeszcze nie ma. Mozolnie odbudowujemy zdolności przemysłu obronnego, nadal pozwalając sobie na finansowanie innych przedsięwzięć kosztem zbrojeniówki. W omawianym scenariuszu wydatki publiczne inne niż obronne zostałyby w istotnej mierze ograniczone. Odczuwalna jakość życia Polaków bez wątpienia by spadła.

Wielu młodych trafiłoby w kamasze. Wojna w Ukrainie pokazuje, jak istotne jest posiadanie licznych rezerw. Polska ich nie ma, bo 16 lat temu zawiesiliśmy zasadniczą służbę wojskową. Co jakiś czas mówi się o konieczności przywrócenia tego obowiązku, lecz politykom brakuje odwagi i woli. Polacy w większości nie chcą brać na siebie takiego zobowiązania – dlatego kończy się na słowach. W realiach „ruski u bram” na grymaszenie w temacie „zetki” nie byłoby miejsca.

A to ledwie niektóre niedogodności…

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Zdjęcie ilustracyjne, Kraby na ćwiczeniach/fot. 18 DZ