Śmieciowi

Najpierw odrobina osobistej refleksji. W Iraku i Afganistanie szybko nauczyłem się, że najważniejsze to spoglądać pod nogi. Patrzeć, gdzie stawia się stopy, by przypadkiem nie wleźć na wybuchowe „gówno”. Podczas wojny w Donbasie istotniejsze było nasłuchiwanie, zabijała bowiem głównie artyleria. Łowiło się zatem dźwięki wystrzałów i wybuchów, na tej podstawie szacując aktualne ryzyko. Gdy w styczniu 2023 roku dotarłem do Bachmutu – i był to mój pierwszy kontakt z frontem w realiach pełnoskalowej wojny – armaty huczały przeraźliwie, lecz to nie one przyciągały uwagę. Priorytetem było spoglądanie w niebo i wypatrywanie bezzałogowców, gdyż to drony nade wszystko niosły śmierć. I nadal niosą, teraz nawet częściej niż półtora roku temu.

Od patrzenia w dół, do patrzenia w górę – dramatyczna zmiana wymogów treningu mięśniowo-percepcyjnego, realizująca się na przestrzeni zaledwie kilkunastu lat.

—–

Drony zmieniły wojnę w stopniu, którego nie dało się przewidzieć. To temat na obszerną rozprawę, na potrzeby tego tekstu dość stwierdzić, że za sprawą bezzałogowców widać dziś więcej wojennych kulis. Nie twierdzę, że wojna jest przez to bardziej transparentna – bo nie jest, o co dbają służby prasowe, porządkowe i wywiadowcze obu stron. Idzie mi o to, że naszpikowanie pola bitwy kamerami sprzyja zbieraniu danych na temat przebiegu walk. Także takich informacji, których wcześniej „nie było”, a precyzyjniej rzecz ujmując, nie były (w takim zakresie) rejestrowane. Dziś są, stając się przedmiotem działań propagandowych lub czyjejś niedyskrecji – i w takich okolicznościach trafiają do szerszego grona odbiorców.

Wielu obserwatorów konfliktu w Ukrainie jest zszokowanych zjawiskiem samobójstw popełnianych przez rannych rosyjskich żołnierzy. Poturbowani moskale – przebywający na ziemi niczyjej bądź na opuszczonych przez towarzyszy pozycjach – zwykle wysadzają się granatami, rzadziej zabijają z broni ręcznej. Jeśli w powietrzu wisi masa dronów, trudno się dziwić, że kamery rejestrują te dramatyczne zdarzenia. Nie znam ich realnej skali, ale tylko w tym roku doliczyłem się ponad 20 ujawnionych (!) filmików, ilustrujących żołnierskie samobójstwo. Nie sądzę wszak, byśmy mieli do czynienia z czymś nowym – po prostu teraz, gdy drony rzucają światło na rzeczywiste okoliczności śmierci, lepiej „to” widać. Wcześniej trup był trupem, jeśli brakowało świadków zgonu (albo ci z jakichś powodów milczeli), samobójcy trafiali do ewidencji jako polegli w walce. Z relacji weteranów radzieckiej interwencji w Afganistanie wynika, że gdyby do sprawy podejść uczciwie, co piąty z 10 tys. oficjalnie poległych sowietów winien zostać uznany za samobójcę.

„Szurawi” – jak mówiło się na ruskich w Afganistanie – bali się afgańskiej niewoli. Całkiem słusznie, bo Afgańczycy – doświadczeni brutalnością sowieckiej interwencji – nie certolili się z jeńcami. Podobnie było w Czeczenii, gdzie obie strony zasłynęły okrucieństwem, u podłoża którego znów leżała skala rosyjskiego bestialstwa wobec napadniętej wspólnoty. W Ukrainie mamy „powtórkę z rozrywki” – strach przed koszmarnym doświadczeniem niewoli sprawia, że ranni rosjanie wolą nie czekać na pojmanie i biorą sprawy w swoje ręce. Czy słusznie?

Biuro wysokiego komisarza ds. praw człowieka i Amnesty International raportują o przypadkach przemocy wobec rosyjskich jeńców, włącznie z sytuacjami, w których pojmanych zabito. Tym niemniej nie ma to charakteru działań systemowych, a sprawcy stawiani są przed ukraińskim wymiarem sprawiedliwości. Jednak lęki rosjan biorą się z czego innego – żyją oni pod presją ogłupiającej propagandy, która przekonuje ich o ukraińskiej brutalności. Żołnierze putina są również świadomi zbrodni, których wobec ukraińskich jeńców dopuścili się ich koledzy – i zwyczajnie obawiają się zemsty. Prawdopodobnie właśnie z tego powodu rosjanie upubliczniają filmy z prześladowań Ukraińców – by postawić swoich w sytuacji bez wyjścia. „Lepiej się nie poddawaj, bo oni zrobią ci to samo…”. „Lepiej się wysadź lub zastrzel, gdy nie będziesz mógł wrócić do swoich”.

Ale to nie wyczerpuje opisu suicydalnych motywacji. Nikt (o zdrowych zmysłach) nie chce cierpieć, rosjanie nie są tu żadnym wyjątkiem. Za to wyjątkowo podły jest ich system medycyny frontowej, który znaczną część zwykłych żołnierzy stawia przed dylematem: albo będę godzinami konał, mając niewielką szansę na ratunek, albo się zastrzelę. Kremlowska propaganda chwali się wysokim odsetkiem przeżywalności rannych (ośmiu na dziesięciu), nie dodając, że chodzi o poszkodowanych, którzy dotarli już do placówek medycznych. A więc przeszli etap preselekcji, osadzonej na kilku nieludzkich zmiennych. Tylko żołnierze elitarnych jednostek są dostatecznie wyszkoleni i wyposażeni w zakresie umożliwiającym działania ratunkowe. Tylko oni mają dość motywacji (będącej efektem zgrania i rodzącego się przy tym koleżeństwa), by podjąć się ewakuacji poszkodowanych. Stanowiące trzy czwarte kontyngentu „mobiki” takich kompetencji nie mają. Wymieszani ze zdegenerowanym elementem kryminalnym, z założenia przeznaczeni są do „jednorazowego użytku”. Śmieciowe wojsko, świadome swej śmieciowości.

Świadome, że co najwyżej może liczyć na siebie, ewentualnie na „kolegę”, który nie będzie miał problemu z naciśnięciem na spust. Nie dalej jak przedwczoraj Ukraińcy ujawnili nagranie z drona, gdzie jeden z rosjan dobija rannego kolegę strzałem w głowę. Sądząc po gestach, czyni to na prośbę poszkodowanego – z miejsca, bez uprzedniego zbadania stanu rannego, bez żadnej próby ewakuacji. Podchodzi, strzela, biegnie dalej. Wiele w życiu widziałem, ale dla mnie – człowieka, który na własnej skórze doświadczył, czym jest w zachodnich armiach reguła „nikt nie zostaje” – ów film to szokujące doświadczenie.

Lecz zarazem nie wolno mi zapomnieć o jeszcze jednym czynniku, który pcha rannych rosjan do desperackich czynów. Działania droniarzy obu stron niekiedy mają charakter bestialski. Dronów jest na polu bitwy tyle, że polują na pojedynczych żołnierzy. I bywa, że nie o zabijanie tu idzie, ale o zapewnienie przeciwnikowi długotrwałego konania. O obezwładnienie go, a następnie o „podgryzanie”, o co łatwo, gdy używa się niewielkich ładunków, a torturowany żołnierz ma na sobie „balistykę” (hełm, kamizelkę), leży w jakimś wgłębieniu, rumowisku czy w krzakach. Zarówno rosjanie, jak i Ukraińcy nie ukrywają tych praktyk – bez trudu można znaleźć odpowiedni materiał filmowy, de facto stanowiący dowody zbrodni wojennych. Obie strony publikują go w tym samym celu – by zdemotywować przeciwnika. Wtórnym efektem takich „publikacji” jest specyficzna motywacja – by strzelić sobie w łeb i nie być bohaterem koszmarnego spektaklu.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Screen z omawianego filmu.

Flota

Na początku tygodnia Międzynarodowy Trybunał Karny (MTK) w Hadze wydał nakazy aresztowania dwóch rosyjskich wojskowych – dowódcy lotnictwa dalekiego zasięgu gen. siergieja kobyłasza, oraz byłego dowódcy Floty Czarnomorskiej adm. wiktora sokołowa. Obu oficerów podejrzewa się o zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości. Miało do nich dojść między 10 października 2022 roku a 9 marca 2023 roku, choć – jak podkreśla MTK – istnieje prawdopodobieństwo, że rosjanie popełniali przestępstwa również w innym czasie. Jakie? Zarzuty dotyczą atakowania celów cywilnych, szczególnie podczas zmasowanych ostrzałów ukraińskich obiektów energetycznych rakietami odpalanymi z bombowców strategicznych i okrętów. A więc za zgodą i na rozkaz podejrzanych.

W rosji trochę sobie z tych nakazów śmieszkują, bo federacja nie uznaje jurysdykcji Trybunału. No i rosjanie sami by sokołowa chętnie ukarali – oczywiście, nie za mordowanie ukraińskich cywilów. Jest bowiem admirał – trzy tygodnie temu zdymisjonowany przez putina – ucieleśnieniem uwłaczających porażek, jakie Flocie Czarnomorskiej zafundowali Ukraińcy. „Niech idzie w diabły!”, kwitują zatem co bardziej krewcy zwolennicy „specjalnej operacji wojskowej”. To rzecz jasna nie przesądzi o wysyłce sokołowa do Hagi – ba, putinowska rosja, z powodów wizerunkowych, nigdy do tego nie dopuści. Prędzej nieszczęsny admirał skończy jak wielu innych rosyjskich oficerów, którzy stracili przychylność Kremla – „zupełnie przypadkiem” wypadając z okna lub balkonu.

—–

A miało być tak pięknie…

W przededniu pełnoskalowej inwazji Flocie Czarnomorskiej postawiono dwa zadania. Miała założyć blokadę morską ukraińskich portów i szlaków żeglugowych oraz umożliwić i przeprowadzić desant morski, w wyniku którego (przy współpracy z wojskami lądowymi), zajęto by Odesę. To w tym celu ściągnięto z Bałtyku dodatkowe duże okręty desantowe.

O ile blokada i zaminowanie akwenu początkowo przebiegły bez przykrych dla rosjan niespodzianek, o tyle z desantem już w pierwszych dniach wojny sprawy przybrały zły obrót. Na tym etapie nie tyle winna była flota, co armia, która nie zdołała podejść pod Odesę. Atak od morza odłożono, z nadzieją na rychłą okazję. Dziś, po całej serii katastrof, śmiało można przyjąć, że desantu rosjanie już nie przeprowadzą.

Ukraińcy „zaspawali i najeżyli” wybrzeże. Uczynili Odesę twierdzą, a wzdłuż czarnomorskiego brzegu rozstawili wyrzutnie rakiet przeciwokrętowych, które przepędziły rosyjskie okręty w głąb akwenu. Wpierw jednak rosjanie dostali solidną nauczkę – obrońcy zatopili im, przy użyciu właśnie takich rakiet, flagową jednostkę floty, krążownik „Moskwa”. Wtedy, w kwietniu 2022 roku, wydawało się, że to wielki, ale pojedynczy i raczej przypadkowy sukces Ukraińców. Czas pokazał, że jest inaczej.

—–

Kronika wypadków na Morzu Czarnym wymagałaby obszerniejszego tekstu. Na potrzeby tego artykułu dość zauważyć, że Ukraińcy rozszerzyli spektrum środków wykorzystywanych do walki z rosyjską flotą. Dziś tworzą je również bezzałogowce – powietrzne i morskie – oraz lotnicze pociski manewrujące, wystrzeliwane z samolotów. Atakowane są nie tylko okręty – na morzu i w portach – ale również portowa infrastruktura i instalacje wojskowe, takie jak radary, naziemne wyrzutnie, lotniska, ba, latem 2023 roku uderzono nawet w siedzibę dowództwa Floty Czarnomorskiej. Głównym celem pozostaje Krym i baza w Sewastopolu.

Jakkolwiek walka toczy się na morzu, nad morzem i o morze, w ukraińskim arsenale nie ma okrętów. Ów paradoks to kluczowa kwestia, do której wrócę za moment. Najpierw bowiem o skutkach ukraińskich działań.

Obrońcy nie tylko znieśli ryzyko desantu, ale też zerwali rosyjską blokadę. Ukraińska żywność płynie dziś statkami do Stambułu i Konstancy, choć skala eksportu jest niższa niż przed wojną. Okrętów rosyjskich w okolicy nie ma, ale pozostały miny. Wynikłe z tego ryzyko oraz wcześniejsza, okresowa szczelność blokady sprawiły, że Ukraińcy oparli część eksportu na transporcie lądowym.

Agresorów nie tylko przepędzono z zachodnich akwenów Morza Czarnego. Grillowanie krymskiego zaplecza oraz ataki na jednostki w pobliżu półwyspu sprawiły, że Flota Czarnomorska przesunęła większość jednostek do bazy w Noworosyjsku, na wschodni, rosyjski brzeg morza. I zasadniczo siedzi tam „na kupie”, realizując zadanie minimum – ochronę Mostu Krymskiego, logistycznej „drogi życia” i oczka w głowie putina.

—–

Do tej pory Ukraińcy trafili 36 jednostek rosyjskiej floty. Wbrew hurraoptymistycznym doniesieniom, większość okrętów przetrwała – zostały uszkodzone i czasowo wyłączone z walki (w niektórych przypadkach na kilka tygodni, zwykle na kilka miesięcy). Ale 14 poszło na dno bądź zostało całkowicie zniszczonych w dokach.

Te 36 okrętów to jedna trzecia przedwojennego stanu czarnomorskiej floty – a dodajmy do tego zniszczoną infrastrukturę, puszczone z dymem najnowocześniejsze rosyjskie zestawy przeciwlotnicze S-400 czy spalone na lotniskach samoloty (co najmniej kilkanaście sztuk). Za jaką cenę? Niemal wyłącznie zużytej amunicji – kilkuset latających i pływających dronów, kilkudziesięciu rakiet przeciwokrętowych oraz kilkudziesięciu pocisków manewrujących, brytyjskich Storm Shadow i ich francuskich odpowiedników SCALP (plus oczywiście wabików, które udawały rakiety). Prawdopodobnie Ukraińcy stracili też kilka samolotów Su-24, nośników Storm Shadow/SCALP, zestrzelonych podczas dokonywania nalotów.

Oczywiście ukraińskie straty są większe, niż tylko wynikające z tej konfrontacji. Okręty floty czarnomorskiej wystrzeliły łącznie kilkaset rakiet, które spadły na ukraińskie miasta (stąd zarzuty MTK dla jej dowódcy), a oddziały piechoty morskiej brały udział na przykład w pacyfikacji Mariupola. Tym niemniej dla oceny efektywności zmagań o kontrolę nad akwenem, tych „sukcesów” rosjan nie należy brać pod uwagę (jakkolwiek brutalnie to brzmi).

Mamy więc straty na poziomie jednej trzeciej potencjału ilościowego floty, co po prawdzie, nie odbiega od rosyjskiego standardu dla tej wojny. W mocnym uproszczeniu, armia putina straciła co trzeci czołg, wóz bojowy i inne elementy wojskowej techniki, biorąc pod uwagę stany wyjściowe i magazynowe na 24 lutego 2022 roku. Poległ również bądź został ranny co trzeci zmobilizowany i wysłany na front żołnierz. Można by więc uznać niekompetencję admirała sokołowa za typową dla kadry dowódczej sił zbrojnych federacji rosyjskiej. Tyle że putinowskim generałom przyszło mierzyć się z dużą, nieźle wyposażoną, wyszkoloną i jak się okazało, świetnie też zmotywowaną armią lądową Ukrainy. A dowódca „czarnomorskich” stanął do walki z flotą, której w zasadzie nie było, biorąc pod uwagę klasyczny potencjał morski, czyli okręty.

—–

„No więc po co nam okręty, skoro tak łatwo można je stracić?”, zastanawia się część ekspertów. Pytanie jest o tyle zasadne, że na dobre zaczęliśmy realizację ambitnego programu „Miecznik”, w ramach którego marynarka wojenna RP otrzyma trzy duże fregaty. No i generalnie ten rodzaj sił zbrojnych – pod dekadach zaniedbań – ma zostać poddany gruntownej modernizacji i rozbudowie. „Tylko po co?”, pytają sceptycy.

Szukając odpowiedzi, przyjrzyjmy się uważniej Flocie Czarnomorskiej…

… co czynię w dalszej części tekstu, który możecie przeczytać w portalu Interia.pl – wystarczy kliknąć w ten link.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Michałowi Strzelcowi, Joannie Marciniak i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Adamowi Cybowiczowi, Jakubowi Dziegińskiemu, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Aleksandrowi Stępieniowi, Maciejowi Ziajorowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich ośmiu dni: Pawłowi Drozdowi, Czytelniczce imieniem Marta, Adzie Adamus i Łukaszowi Podsiadle.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały, także ostatnia książka.

Nz. Okręt desantowy typu „Ropucha”; rosjanie jak dotąd stracili trzy takie jednostki/fot. MOFR

Beznadzieja

Piszę dziś tekst do papieru (o rzekomym wycieku danych z Pentagonu, który w mojej ocenie jest zręczną akcją dezinformacyjną w wykonaniu Amerykanów i, być może, Ukraińców); nie planowałem zatem komentarza. Ale od rana pracuje mi we łbie historia ujawniona przed kilkunastoma godzinami – do tego stopnia, że muszę się do sprawy odnieść.

Chodzi o nagranie, które pojawiło się wczoraj wieczorem w Internecie, będące zapisem egzekucji pojmanego przez rosjan ukraińskiego żołnierza. To potworny materiał, nie podejmę się opisywać szczegółów. Dość powiedzieć, że widzimy tam zamaskowanego rosyjskiego żołnierza, który odcina nożem głowę żyjącego Ukraińca. Nagranie nie jest nowe, powstało latem zeszłego roku. W sieci pojawiło się na kontach rosyjskich, teraz szeruje je cały świat.

„Pomijam oczywiste zwyrodnienie, ale kurwa, przecież to strzał w kolano jest. Wizerunek kraju, kwestia własnych jeńców w ukraińskiej niewoli…” – odpisałem koledze, który w nocy podrzucił mi link do nagrania.

„Oni chyba mają to w dupie” – przeczytałem w odpowiedzi.

Oni, rosjanie.

Są takie sytuacje, kiedy do oczywistych wniosków dochodzi się bardzo długo, „naokoło”. Wyjaśnienia są zbyt proste, aż za adekwatne, by uznać je za właściwe. Jako ludzie mamy naturalną zdolność do komplikowania sobie procesów poznawczych i często obrażają nas „prostackie” konkluzje.

Ale czasem pukamy się w czoło, z niedowierzaniem przyjmując odpowiedzi, które były „na wyciągnięcie ręki”.

Tak właśnie mam dziś.

Kilka lat temu bardzo chciałem wierzyć, że bestialstwo to dla armii rosyjskiej zamknięty rozdział. W „Międzyrzeczu” – opowiadającym o hipotetycznej, toczonej współcześnie polsko-rosyjskiej wojnie – zawarłem taki fragment:

„Wojskowe sądy procedowały w trybie wojennym, czyniąc to z iście rosyjską brutalnością. Nie dalej jak w niedzielę – po krótkiej rozprawie – rozstrzelano dwóch żołnierzy z bliźniaczego batalionu. Jednego za dezercję, drugiego za gwałt na polskiej nastolatce. Ostatni z czynów był surowo zabroniony, o czym przypominano ludziom na każdej porannej odprawie. Podła reputacja Armii Czerwonej, której zarzucano gwałty na milionach Polek i Niemek podczas marszu na Berlin w 1945 roku, najwyraźniej ciążyła Moskwie. Polacy zręcznie tym pogrywali, zanim jeszcze wybuchła wojna. „Będą nie tylko niszczyć, ale i gwałcić!” – ostrzegały polskie gazety, a za nimi tytuły z innych krajów. Kreml za wszelką cenę postanowił udowodnić, że tak nie będzie. I zasadniczo nie było”.

To strumień myśli jednego z bohaterów powieści, rosjanina.

Dziś bym już czegoś takiego nie napisał.

Dziś wiem, że dla żołdaków putina zbrodnia pozostaje jedną z metod wojny. O ile na początku wydawało mi się, że to „wypadki przy pracy”, z różnych powodów nieumiejętnie ukrywane, o tyle teraz widzę premedytację. „Zobaczcie, co z wami zrobimy, jeśli nie zaprzestaniecie walki” – komunikują rosjanie.

A że świat to oburza, że gruntuje wizerunek barbarzyńskiej rosji, że zniechęca Ukraińców do brania jeńców? Oni, rosjanie, mają to w dupie – dziś ostatecznie to zrozumiałem. I owszem, jest w tej rosyjskiej nonszalancji poczucie bezkarności. Ale i mnóstwo beznadziei, typowej dla ludzi, którzy nie mają już nic do stracenia.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Zdjęcie, zrobione na chersońszczyźnie, ma dla mnie wymiar symboliczny. To buciory ruskiego sołdata – w naturalnym środowisku ruin i zniszczeń…