Niemcy

Gdy latem 2008 roku w Gruzji wybuchła wojna, wieści na ten temat dotarły też do USA. A tak się składa, że po angielsku owo kaukaskie państwo nazwa się tak samo, jak stan Georgia. Wielu amerykańskich internautów było w szoku – lokalna sieć zaroiła się od komentarzy typu „trzymajcie się w tej Georgii, odsiecz jest blisko; skoro ruskie zaatakował Stany, poniosą srogą karę”.

Tylko skąd u licha w południowo-wschodniej części USA mieliby wziąć się rosjanie? Jakim cudem przetransferowali tam czołgi i armaty? Ano właśnie…

—–

Amerykańska nieznajomość geografii to pocieszny temat, zwłaszcza dla znacznie lepiej wyedukowanych w tym zakresie Europejczyków. Jakkolwiek już nas nie dziwi, od elit politycznych jedynego na świecie supermocarstwa mamy prawo oczekiwać nieco więcej.

Tymczasem Donald Trump – niemal pewny kandydat na prezydenta USA, nade wszystko jednak była głowa tego państwa – z typową dla siebie nonszalancją rzuca na wiecach wyborczych hasła urągające elementarnej wiedzy geograficznej. Twierdzi oto, że jako głównodowodzący „nie będzie bronił” Niemiec. Że wyśle wojska tylko do tych państw, „które płacą” (przeznaczają na obronność dwa i więcej procent PKB oraz dokonują zakupów amerykańskiej technologii wojskowej). W obecnym kontekście polityczno-militarnym znaczy to tyle, że „niepłacący Niemcy” będą musieli zmierzyć się z rosjanami sami, zaś „płacący Polacy” już ze wsparciem Amerykanów.

Tylko jak u licha mieliby rosjanie pomaszerować na Berlin, bez uprzedniego zaatakowania Rzeczpospolitej? W branży militarno-analitycznej dowcipkuje się, że polecieliby transferem przez Centralny Port Komunikacyjny…

A już bez żartów? Trudno mi wyobrazić sobie operację desantową – powietrzno-morską – i późniejsze utrzymanie korytarzy logistycznych, gdy celem byłoby zajęcie 80-milionowego kraju o powierzchni większej niż Polska. Kraju – niezależnie od tego, co mówi się o Bundeswehrze – posiadającego nie byle jakie wojsko. To byłby wysiłek wielokrotnie przewyższający realne możliwości rosyjskich sił zbrojnych, a przecież pod uwagę należałoby wziąć także reakcje innych sojuszników RFN. A choćby i Polski, nad którą miałyby latać samoloty rosjan. Robiłyby to bezkarnie? Ano właśnie…

—–

Przy odpowiednim poziomie zaangażowania polityków i publiczności, wiece wyborcze cechuje wysoka emocjonalność. Trump zaś potrafi „rozgrzać” publikę – ma dość charyzmy i oratorskich umiejętności. I nawet jeśli bredzi, często spotyka się z entuzjastycznymi reakcjami, które napędzają kolejne brednie. Kompetencje poznawcze i intelektualne elektoratu również mają tu znacznie. Nie czas jednak na socjo-psychologiczne analizy – dość stwierdzić, że hasła i deklaracje padające podczas wystąpień kampanijnych mogą oznaczać tyle, co nic; w żaden sposób nie przełożyć się na realne działania w przyszłości (bądź ich brak).

Ale republikański polityk nie jest dla nas „czystą kartą” – po poprzedniej prezydenturze wiemy mniej więcej, czego się po nim spodziewać. Znamy też poglądy wspierających go wpływowych osób. Na tej podstawie możemy domniemywać, że Ameryka nowego-starego prezydenta skierowałaby większą uwagę na Daleki Wschód, czyniąc to kosztem Europy.

A w takim kontekście pogróżki i połajanki Trumpa nabierają innego charakteru.

Ryzykownym byłoby sprowadzenie ich do wiecowego bełkotu, zasadnym przynajmniej dopuszczenie myśli, że mamy do czynienia z agendą. Zapowiedzią nowej amerykańskiej polityki, w której Waszyngton rzeczywiście nie będzie bronił Berlina. A więc nie tylko nie wyśle wojsk w razie potrzeby, ale też wycofa te, które w RFN stacjonują. Pomysł radykalnego ograniczenia amerykańskiego kontyngentu w Niemczech był już przez Trumpa podnoszony. Ba, pod koniec jego pierwszej kadencji został wprowadzony w życie, ale obstrukcja Pentagonu znacząco spowolniła proces redukcji personelu, cofnięty następnie przez Joe Bidena.

A już wtedy – gdy chodziło „tylko” o ograniczenie amerykańskiej obecności za Odrą – mieliśmy do czynienia z niebezpiecznym dla Polski precedensem.

Jakim? O tym w dalszej części tekstu, do lektury którego zapraszam Was na portal Interia.pl – wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Fragment bazy Ramstein, największej instalacji NATO w Europie/fot. US Army, domena publiczna

A jeśli jesteście zainteresowani kupnem „Alfabetu…” w specjalnej edycji z autografem – wystarczy kliknąć w ten link.

Schrony

Według danych z 2017 r., w Polsce znajdowało się niespełna 40 tys. budowli ochronnych – od schronów z prawdziwego zdarzenia, po tzw. miejsca ukrycia jak podziemne garaże czy piwnice. Zmieściłoby się w nich 3% populacji kraju (dla porównania, w państwach skandynawskich, stawianych jako wzorzec w zakresie działań ochronnych ludności, te wskaźniki wahały się wówczas od 70 do 85%). Minęło pięć lat i jak wynika z najnowszych danych MSWiA, budowli ochronnych nam przybyło o ponad 50%. „62 tys.” może i brzmi nieźle, ale czy rzeczywiście mieliśmy do czynienia ze znaczącym skokiem, skoro w potocznym przeświadczeniu w sprawie schronów nic się w Polsce nie robi od ponad 30 lat? No i przede wszystkim – co tak naprawdę kryje się za tą liczbą?

Dywidenda pokoju

Nie jest prawdą, że w PRL-u budowano obiektów ochronnych na potęgę. Dobrym przykładem niech będzie Nowa Huta, wokół której narosło wiele „podziemnych” mitów. Najpopularniejszy mówi o tak gęstej sieci schronów i połączeń między nimi, że możliwa była wędrówka z jednego osiedla na drugie bez konieczności wychodzenia na powierzchnię. W rzeczywistości wzniesiono ok. 250 obiektów ochronnych, z których tylko kilkanaście zasługuje na miano schronu. Inwestycje realizowano w latach 50., w atmosferze zimnowojennej konfrontacji. I choć konflikt Wschód-Zachód trwał dalej, domów wznoszonych w Nowej Hucie po 1959 r. nie wyposażano już w pomieszczenia ochronne. Zaś stan tych, które powstały, już w latach 70. pozostawiał wiele do życzenia. Obiekty się degradowały, zwłaszcza te niedokończone, w których brakowało instalacji elektrycznych i wentylacyjnych. Walka z wilgocią i zagrzybieniem w części schronów, podjęta na przełomie lat 70. i 80., to ostatni akt dbałości o infrastrukturę. Potem było już tylko gorzej – z jednej strony destrukcja, z drugiej, wtórne zagospodarowywanie przestrzeni, a choćby i na graciarnie czy wózkarnie, sprawiły, że obecnie zdecydowana większość nowohuckich schronów nie byłaby w stanie pełnić funkcji ochronnych. I tak było i jest w całej Polsce.

– Z tych ponad 60 tys., może tysiąc nadaje się do użytku – twierdzi Aleksander Fiedorek, specjalista od budowli ochronnych. – Schrony to temat w stanie agonalnym, bardziej zaniedbany niż „utopiona” marynarka wojenna – Fiedorek sięga po bardziej obrazowe skojarzenia. Jego diagnoza nie dotyczy tylko stanu technicznego obiektów, ale również świadomości zagrożeń i potrzeb. – Po 1989 r. żyliśmy z dywidendy pokoju, przekonani, że nic nam w środku Europy nie grozi. Tylko dwa ośrodki akademickie – WAT i Politechnika we Wrocławiu – zajmowały się problematyką obiektów ochronnych. Absolwenci studiów inżynierskich w tym zakresie to dziś nieliczne grono. A mówimy o kraju, który od dwóch dekad funkcjonuje w realiach budowlanego boomu.

Deszcz szklanych odłamków

– Skoro jest tak źle, to dlaczego jest tak dobrze? – pytam rozmówcę, cytując dane warszawskiego ratusza, wedle których stolica dałaby schronienie ponad trzem milionom osób. Jest bowiem w Warszawie 2,1 tys. obiektów ochronnych o łącznej powierzchni 7 mln m kw., takich jak metro, parkingi podziemne i garaże bloków.

Ale jest też sporo „ale”. Stacje metra wykorzystuje się jako schrony od dawna i regularnie – dość przywołać Londyn z czasów niemieckich nalotów czy całkiem nam współczesne obrazki z Kijowa atakowanego rosyjskimi rakietami. Tyle że w Warszawie zbudowane tzw. metro płytkie, przebiegające kilka-kilkanaście metrów pod ziemią. Najgłębiej położona stacja – Nowy Świat-Uniwersytet – znajduje się 23 m pod powierzchnią. Kijowskie osadzone są 2,5-raza głębiej, a stacja Arsenalna, ulokowana 105 m pod ziemią, jest najgłębiej położonym tego typu obiektem na świecie.

Wspomniane koleje mają także zabezpieczenia w postaci stalowych grodzi – na co dzień schowanych, w razie potrzeby pozwalających na odcięcie stacji. W warszawskim metrze taka możliwość istnieje jedynie na odcinku Kabaty-Wierzbno (to najstarszy fragment linii M1).

– Tylko co z tego, skoro nasze jedyne metro nie posiada zasilania awaryjnego z własnym źródłem energii? – pyta retorycznie Fiedorek. – Jak użyć niezbędnej wentylacji mechanicznej, gdy zabraknie prądu? Takie schronienie może stać się wówczas masowym grobem – ostrzega. – Idźmy dalej i przyjrzyjmy się wejściom do większości nowych stacji. Są ze szkła, podobnie jak ich okolice. Boimy się ostatnio atomowych wybuchów, weźmy więc „na warsztat” eksplozję ładunku o mocy porównywalnej do bomby z Hiroszimy. Promień całkowitego zniszczenia oszklenia to ok. 6 km, połowicznego 11 km. Sam deszcz szklanych odłamków zabije i pokaleczy masę ludzi.

Wcale nie trzeba wojny

Fiedorek skupia się na metrze i Warszawie, bo podejście stołecznych urzędników dobrze ilustruje pozorny charakter rzekomej ochrony.

– Za spełniające kryteria uznano budynki wykonane zgodnie z normą przeciwpożarową 240 – mówi, wyjaśniając, że chodzi o ognioodporność na poziomie czterech godzin. – To przyzwoity parametr, tylko co z wyjściami zapasowymi? Ogień to nie jedyne zagrożenie, konstrukcje ochronne muszą też spełniać warunek przenoszenia obciążeń nadzwyczajnych. Siedzimy w piwnicy, w budynek trafia rakieta, ściany się składają i jeśli obiekt nie został zaprojektowany do przenoszenia dodatkowych obciążeń, przysypuje nas na amen. A przecież wcale nie trzeba wojny – rakiety, drona, bomby. Do uszkodzenia budynku wystarczy nadzwyczajne zjawisko pogodowe, a tych ostatnio jest coraz więcej…

Trudno się z tym nie zgodzić, tak jak trudno pogodzić się z faktem wieloletnich zaniedbań. Schrony popadały w ruinę bądź zmieniano ich przeznaczenie nie tylko z powodu przekonania o bezpiecznej przyszłości.

– Prawo budowlane nie określa, co to jest schron, jak ma wyglądać, jak być zaopatrzony – skarżył się podczas czerwcowej sejmowej podkomisji dotyczącej zarządzania kryzysowego komendant główny Państwowej Straży Pożarnej gen. Andrzej Bartkowiak. Przepisów – zgubionych podczas kolejnych nowelizacji – brakuje od 2004 r., ale dotąd nikt się tym specjalnie nie przejmował. I problem schronów „znikł” – instytucje odpowiedzialne za kontrole (straż, nadzór budowlany), nie miały czego kontrolować, te od utrzymania obiektów w odpowiednim stanie (samorządy) straciły motywacje do łożenia na niepotrzebną infrastrukturę.

– Samorządy zapomniały o wytycznych szefa Obrony Cywilnej – gorzko zauważa Fiedorek. – Zgodnie z nimi, w planach zagospodarowania przestrzennego należało uwzględnić obiekty ochronne dla 25% populacji. Ale nikt tego nie robił…

Co więcej, państwo zabiło też prywatną przedsiębiorczość w tym zakresie. W 2009 r. MSWiA objęła koncesjami urządzenia filtracyjne. Aby je kupić i zamontować we własnym schronie, należało mieć pozwolenia jak w przypadku obrotu najcięższymi rodzajami broni. Efektywność finansowa takich przedsięwzięć nie odstraszała tylko tych najbogatszych.

Armia sprawy nie pokpiła

Nie pomagało przekonanie o kosztochłonności konstrukcyjnych rozwiązań ochronnych, stosowanych przy okazji normalnych inwestycji mieszkaniowych.

– Szkodliwy mit – reasumuje Fiedorek. – Ściana o przyzwoitej odporności na nadciśnienie winna mieć 30-40 cm grubości i być wykonaną z żelbetu – a takie zwykle się stawia w podziemnych garażach budynków mieszkalnych. Wystarczy dołożyć trochę więcej zbrojenia i dobudować wyjście ewakuacyjne w postaci wzmocnionego szybu. Koszty wzrosną o pięć procent, a przy domach wielopiętrowych o jeden procent.

W inwestycjach idących w dziesiątki milionów nie są to małe pieniądze, ale w ostatecznej kalkulacji – gdy na szali stawiamy ludzkie zdrowie i życie – symboliczne.

I na koniec dobra wiadomość – jest w Polsce instytucja, która kwestii budowli specjalnych nie pokpiła.

– Wojsko generalnie dbało o obiekty tego typu. Modernizowało, budowało nowe. Jeśli idzie o dowództwa czy szerzej, o system kierowania państwem, na czas wojny przewidziany do funkcjonowania pod ziemią, nie ma powodów do większych zmartwień czy wstydu – zapewnia Fiedorek. – Życzyłbym sobie, aby z podobną konsekwencją jak mundurowi, działali też politycy, zwłaszcza w obszarze prawodawstwa. Kwestia schronów nie powinna być przedmiotem sporów politycznych. Na początek znieśmy koncesję na urządzenia filtracyjne – radzi specjalista, jeden z autorów przygotowywanych zmian w prawie. Projekt Społecznego Zespołu ds. Budowli Ochronnych, poświęcony korekcie regulacji, niebawem ma ujrzeć światło dzienne. – Dużo sobie po nim obiecujemy – przyznaje mój rozmówca.

—–

Nz. Piwnica pod jedną z donieckich szkół, podczas najcięższych zmagań o pobliskie lotnisko wykorzystywana jako schron. Zdjęcie z wiosny 2015 roku/fot. własna

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Przeklęta

Tytułem uzupełnienia poprzedniego postu – na obszarze charkowszczyzny znalazły się nie tylko II rzutowe i tyłowe jednostki sił rosyjskich. Była tam również 1. Gwardyjska Armia Pancerna, elita wojsk lądowych rosji. To ona, jej wozy, błyszczały na paradach w Moskwie. W czasach sowieckich armia stacjonowała w NRD, w przypadku wojny z NATO miała zadecydować o sukcesie uderzenia w głąb Zachodu. W lutym br. jej dywizje pojawiły się w Ukrainie – i dostały łomot podczas prób zajęcia Charkowa, a potem wejścia na tyły wojsk ukraińskich w Donbasie.

Wczesnym latem 1. GAPanc. została w większości wycofana z linii frontu – by odbudować potencjał bojowy – wciąż jednak przebywała w Ukrainie. Kilka dni temu – gdy zaczęła się ukraińska kontrofensywa – jej oddziały miały wszystkie atrybuty, by zatrzymać atakujących. Nie doszło jednak do żadnego poważnego uderzenia, a gwardyjskie sołdaty masowo dały nogę do rosji. Porzucając po drodze ciężki sprzęt w ilościach, które nie mieszczą się we łbie.

Dziś oficjalnie poinformowano, że 1. GAPanc. została przeniesiona do rosji. Orkowi analitycy pocieszają się racjonalizacją, w myśl której dowództwo armii ubiegło Ukraińców i zręcznym manewrem wycofało wojsko z ewentualnego okrążenia. Przy okazji, rozbawiła mnie inna racjonalizacja – otóż rosjanie mają na froncie 150 tys. ludzi, Ukraińcy zaś 700 tys. Ci pierwsi zatem nie są w stanie obsadzić linii obronnych wszędzie w wystarczającym zakresie. Mógłbym nawet przystać na taką interpretację ukraińskiego zwycięstwa, konkludując stwierdzeniem, że tylko idiota posyła na wojnę za małą armię. Ale takie przedstawienie sprawy mija się z rzeczywistością. Siły zbrojne Ukrainy istotnie liczą te 700 tys. osób. Lecz na froncie Ukraińców jest niewiele więcej niż rosjan. Podawanie stanu osobowego całej armii to nadużycie. Idąc tym tropem, należy wskazać, że rosja ma pod bronią 800 tys. wojskowych (pół roku temu miała prawie 900 tys….), a z innymi służbami mundurowymi grubo ponad milion.

Poza tym, czy to nie przewaga techniczna i technologiczna miały być podstawowym rosyjskim atutem?

Wróćmy jednak do ukochanej formacji rosyjskich militarystów. Niniejszym bowiem można ogłosić, że 1. GAPanc. przestała istnieć jako zorganizowany związek operacyjny. Nie ma sprzętu, ludzie się rozpierzchli. Kiedyś – gdy takiej dezintegracji towarzyszyło powszechne tchórzostwo i niekompetencja (czyli jak w ostatnich dniach) – jednostki skreślało się ze stanów. Rugowano z dokumentów i pamięci instytucjonalnej sił zbrojnych. Numer takiej formacji stawał się „przeklęty”. Co zrobią raszyści?

—–

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Domykanie

– Mrugniemy powieką i Kijów będzie nasz! – deklarował w jednym ze swoich programów Władimir Sołowiow, rzekomy dziennikarz, a faktycznie naczelny kremlowski propagandysta. Działo się to w lutym, kilkanaście dni później armia rosyjska wkroczyła do Ukrainy. Nie wiem, z jaką prędkością mruga powiekami Sołowiow i jego szajka – u reszty ludzi owa czynność zajmuje jedną trzecią sekundy. W ciągu minuty mrugamy zwykle 15-20 razy, co daje ponad milion sześćset tysięcy powtórzeń w okresie 100 dni. Tyle razy ruskie powinny mieć już Kijów, a mają…

Oczywiście, nawet Sołowiow nie traktował literalnie wypowiadanych przez siebie słów. Szło mu o efektowną frazę, jakby określenie „błyskawicznie” brzmiało niedostatecznie dosadnie. Nie zmienia to faktu, że jakby się chłop nie nadął i po jakie słowne gierki nie sięgnął, dziś i tak wyszedłby na durnia. Jak jego kremlowski pryncypał, wybornie podsumowany w komentarzu satyrycznym Tygodnika NIE. „No geniuszu, dziś setny dzień twojej trzydniowej operacji wojskowej”, drwi sobie admin profilu, ilustrując post zdjęciem zafrasowanego Putina. Karma, gamonie…

Żart, żadna karma, a gigantyczny wysiłek ukraińskiej armii i społeczeństwa, wsparty zachodnimi sankcjami, dostawami broni i danych wywiadowczych. To najważniejsze czynniki, które decydują o tym, że rosyjskie wojsko – miast chełpić się szybkim i całkowitym pokonaniem Ukrainy – wykrwawia się dziś w walce o średniej wielkości miasto powiatowe, po uprzedniej kilkukrotnej redukcji celów strategicznych operacji. Bo najpierw kazano mu zająć cały kraj, potem cały wschód i południe, następnie tylko Donbas, a na koniec jedynie dwa z pięciu donbaskich regionów.

No i utrzymać to, co już zdobyte, bo armia przeciwnika ani myśli się poddawać, a na niektórych odcinkach frontu wręcz kontratakuje. Patrząc na sytuację z boku, trudno dziwić się naciskom Kremla na rosyjskie media – by „nie zauważyły” dzisiejszej symbolicznej daty. Skala kompromitacji rosyjskiej armii, wywiadu i władz politycznych jest bowiem porażająca. I wcale nie jest zjawiskiem historycznym, diagnozą dotyczącą początków inwazji. To proces, który trwa – półtora miesiąca bitwy o Donbas pozwoliło Rosjanom przesunąć front w głąb Ukrainy najdalej o 32 km.

Za jaką cenę? Ogromną. O ile w pierwszych tygodniach inwazji podawane przez Ukraińców rosyjskie straty wydawały się być zawyżone, dziś można tym raportom zarzucić… powściągliwość. Nie chodzi mi o dane dotyczące sprzętu (choć należy zauważyć, że dwie trzecie raportowanych przez Ukraińców zniszczeń znajduje potwierdzenie w niezależnych źródłach, oceniających skalę strat na podstawie materiałów zdjęciowych i filmowych). Mówię o statystykach dotyczących ludzi. Wedle dowództwa ukraińskiej armii, do tej pory poległo, zostało rannych, zaginęło i dostało się do niewoli 31 tys. Rosjan. Tymczasem amerykański wywiad szacuje liczbę poległych agresorów na co najmniej 15 tys. (nie licząc najemników), a rannych na ponad 40 tys. Dla przypomnienia – siły inwazyjne 24 lutego liczyły między 170 a 190 tys. ludzi.

Oczywiście, giną też Ukraińcy, przede wszystkim cywile. Oficjalne dane ONZ mówią o niespełna pięciu tysiącach zabitych, ale to tylko absolutnie bezsporne przypadki. Szacuje się, że starty cywilne są 10 razy wyższe; w samym Mariupolu na skutek działań wojennych śmierć poniosło 20 tys. osób. Okupanci jak mogą utrudniają zbieranie danych na zajętych terytoriach, ale masowe groby widać z kosmosu, zaś działalność zespołów wyposażonych w mobilne krematoria rejestrują ukraińscy patrioci – i informacje na ten temat co rusz trafiają na „naszą” stronę. Co zaś się tyczy strat militarnych – w połowie kwietnia Ukraińcy raportowali, że mają trzy tysiące zabitych i 10 tys. rannych żołnierzy. Potem nastała bitwa o Donbas, w efekcie której dzienne ukraińskie straty wzrosły do 60-100 żołnierzy zabitych i nawet pół tysiąca rannych. Daje nam to, licząc średnią, kolejne trzy tysiące sześćset zabitych i ponad 22 tys. rannych. W sumie zatem mówimy o niemal 7 tys. poległych i ponad 30 tys. zranionych i wyeliminowanych z walki ukraińskich wojskowych. Źródła, do których mam dostęp, wskazują, że rannych może być o kilka tysięcy więcej, zaś liczba zabitych dochodzić do 10 tys.

Na 10 tys. – tym razem sztuk pocisków największych kalibrów – szacuje dzienne zapotrzebowanie własnej artylerii najlepiej poinformowane z moich ukraińskich źródeł. Rosjanie strzelają kilkukrotnie „gęściej”, załóżmy, że pięć razy (a to naprawdę ostrożne założenie…) – co daje nam 60 tys. wystrzelonych pocisków armatnich na dobę. Licząc od początku bitwy o Donbas wychodzi 2,7 mln sztuk zużytej amunicji. Nie może zatem dziwić drastyczny wzrost rannych ukraińskich żołnierzy, bo jakkolwiek Rosjanie specjalnie nie celują, to część z tej ogniowej masy i tak spada na pozycje obrońców. W tym kontekście zupełnie naturalną jest zmiana w relacji strat obu stron. Trend zmierzający do zrównania się jest silny nie tylko dlatego, że Rosjanie stosują zasadę artyleryjskiego walca (zgodnie z którą ruszają do natarcia dopiero po solidnym, wielokrotnym pokryciu ogniem linii obronnych nieprzyjaciela). Lokalne ukraińskie kontrataki także potęgują straty – na niekorzyść Ukraińców działa nie tylko samo odkrywanie się (bo nie sposób szturmować skrycie), ale też brak wystarczającej osłony z powietrza. Część kontrataków na południu została przez Rosjan zatrzymana na etapie wyjściowym, gdy ich lotnictwo zauważyło, a następnie przetrzebiło koncentrujące się oddziały ukraińskie.

Przywodzi nas to do wniosku, że nie będzie mowy o jakiejkolwiek większej operacji zaczepnej armii ukraińskiej bez uporządkowania kwestii przewagi w powietrzu. Ukraińskie lotnictwo jest na to zbyt skromne, a rozbudowa jego możliwości… Zdradzę Wam pewien sekret – otóż głęboko wierzę, że Ukraińcy będą latać na efach szesnastych, a może i piętnastych. Ale nie nastąpi to ani dziś, ani jutro, ani nawet pojutrze; to kwestia wielu miesięcy, wspomnicie moje słowa. Lecz obrońcy nie mogą sobie pozwolić na tak długi pat na froncie, więc sposobem na wzmiankowany problem będą zapewne kolejne dostawy posowieckich samolotów „niewiadomego pochodzenia” (patrz bułgarskie „ale to nie nasze samoloty, takie samoloty można kupić w każdym sklepie z samolotami” – w odpowiedzi na doniesienia prasowe o przekazaniu Ukrainie czternastu Su-25) oraz dalsza rozbudowa możliwości obrony przeciwlotniczej, także w oparciu o zachodnie systemy. Już dziś rosyjskie lotnictwo działa zdecydowanie poniżej swoich teoretycznych możliwości, asekurancko i ze słabnącym natężeniem (chyba komuś kończą się resursy i zasoby odpowiednio wyszkolonych pilotów).

Kolejnym wymogiem (dla zwiększenia potencjału ofensywnego armii ukraińskiej) pozostaje rozbudowa artylerii. W tej kwestii sporo się ostatnio wydarzyło, a spośród pozytywnych informacji najważniejsza dotyczy amerykańskiego systemu HIMARS. To wieloprowadnicowe wyrzutnie rakietowe, zdolne razić cele na głębokich tyłach (nawet do 300 km). Mobilne, precyzyjne, o dużej sile rażenia, stanowią śmiertelne zagrożenie nie tylko dla pozycji artylerii wroga, ale też jego lotnisk, baz logistycznych i przede wszystkim centrów dowodzenia. Na ukraińskim froncie, przy odpowiednim nasyceniu – na poziomie 150-200 wyrzutni – zniknie przewaga Rosjan wynikająca z większej liczby artyleryjskich luf (jakość przebije ilość). I choć na razie USA przekazały Ukrainie zaledwie cztery wyrzutnie – na których Ukraińcy już się szkolą – wkrótce nastąpią kolejne dostawy.

Bo i owszem, nie spodziewam się ustania amerykańskiej pomocy. „Zatroskani” (celowo w cudzysłowie) wieszczą zwycięstwo republikanów w wyborach na jesieni tego roku, po których „skończy się Bidenowe rumakowanie, bo Joe nie będzie miał większości”. Pozbawiona jankeskiej kroplówki Ukraina upadnie, Putin dopnie swego – zacierają ręce nie tylko prawackie „kuce”, ale i spora część postkomunistycznej, „genetycznie” rusofilskiej lewicy (nad czym jako lewicowiec pochylę się przy którymś z kolejnych wpisów, bodzie mnie to bowiem strasznie). Na czym opieram przekonanie, że nawet niekorzystne dla demokratów wyniki wyborów uzupełniających nie wpłyną na determinację Waszyngtonu? Administracja Bidena jasno zdefiniowała swoje cele w kontekście wojny Rosji z Ukrainą – idzie w nich o takie wykrwawienie agresora, by nie był w stanie przez najbliższe dziesięciolecia nikomu już zagrozić. Jak na razie istnieje co do tego konsensus między oboma amerykańskimi partiami, a ustawa Lend Lease to swoisty bezpiecznik na okoliczność braku takiej zgody. LL daje prezydentowi ogromną władzę w kwestii decydowania o skali pomocy wojskowej, normalni republikanie poparli nadanie Bidenowi ekstraordynaryjnych uprawnień także z obawy przed ewentualnymi ekscesami trumpistów. Demokraci pomocy dla Ukrainy nie zablokują, a prezydent… a prezydent, człowiek uformowany w czasach zimnej wojny, ma poczucie misji. Biden chce domknąć historię, rozstrzygnąć amerykańsko-sowiecką rywalizację, bo choć w 1991 roku ZSRR upadł, a USA zapewniły sobie dwie dekady supremacji, to jednak putinowska Rosja wróciła na ścieżkę imperialnych ambicji. Ponowne sprowadzenie jej do roli podrzędnego mocarstwa (bo mocarstwem pozostanie z uwagi na broń jądrową) ma być „dziedzictwem Bidena”, jego osobistym wkładem w historię przez wielkie H.

Himarsy będą niezwykle pomocnym narzędziem w pisaniu tej historii. Zwróćcie proszę uwagę na sposób, w jaki „pojawiają się na scenie”. Najpierw Biden mówi, że Ukraina nie dostanie systemów rakietowych zdolnych razić cele w Rosji. Potem Pentagon ogłasza, że jednak Kijów otrzyma takie uzbrojenie, ale bez rakiet przeznaczonych do najdłuższego lotu. Na końcu zaś amerykańska ambasador twierdzi, że decyzje o sposobie użycia Himarsów należą wyłącznie do Ukraińców. Tak gotuje się rosyjską żabę – stopniowe budowanie świadomości, w jak głębokiej dupie znajdą się Rosjanie, ma im dać czas na otrząśnięcie się, na zaakceptowanie trudno akceptowalnych faktów. Tym sposobem ogranicza się ryzyko gwałtownych reakcji, a zarazem wysyła czytelny komunikat głównemu lokatorowi Kremla: „Wycofaj się, nim Ukraińcy jeszcze bardziej upokorzą twoją armię, a przy okazji i ciebie”. Moim zdaniem, jest to jedyna akceptowalna metoda stwarzania Putinowi możliwości wyjścia z twarzą. Wszystko inne to niepotrzebne i nieadekwatne kapitulanctwo.

—–

Nz. Wyrzutnia Himars w akcji/fot. Departament Obrony USA

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Al”

Co jest niezbędną cechą każdego astronauty? Poczucie humoru – nie ma wątpliwości pułkownik Alfred Worden, członek misji Apollo 15. „Al” – jak każe do siebie mówić – trenował niemal trzy lata, bez gwarancji, że kiedykolwiek wystartuje w kosmos. – Gdyby nie umiejętność robienia sobie żartów, na pewno bym nie przetrwał – przekonuje legenda astronautyki.

Wordena humor nie opuścił także podczas wyprawy. Gdy kapsuła z trzyosobową załogą wylądowała już na Pacyfiku, zawisł nad nią śmigłowiec marynarki wojennej USA.

– Daliśmy marynarzom do zrozumienia, że dla nas, pilotów sił powietrznych, konieczność skorzystania z ich pomocy nie jest zbyt komfortową sytuacją – śmieje się 87-letni dziś pułkownik.

Spotkanie z Alem odbyło się w krakowskiej siedzibie Motorola Solutions
Spotkanie z „Alem” odbyło się w krakowskiej siedzibie Motorola Solutions

Worden przebywał w kosmosie dwanaście dni, na przełomie lipca i sierpnia 1971 roku. Samotnie krążył wokół Księżyca, podczas gdy dowódca misji, David Scott, i pilot modułu księżycowego, James Irwin, eksplorowali powierzchnię ziemskiego satelity. „Piętnastka” była dziewiątą misją załogową programu Apollo i czwartą, podczas której doszło do lądowania. Była to zarazem pierwsza wyprawa charakteryzująca się dłuższym, trzydniowym pobytem na Księżycu i skupiająca się, w większym stopniu niż wcześniejsze, na badaniach i obserwacjach naukowych. W drodze powrotnej Worden opuścił moduł dowodzenia, aby wyjąć film z kamer panoramicznych, niedostępnych z wnętrza pojazdu. Tym samym wykonał spacer kosmiczny jeszcze na orbicie Srebrnego Globu, w odległości trzystu piętnastu tysięcy kilometrów od Ziemi.

– Spędziłem w próżni trzydzieści osiem minut, mając doskonały widok i na Ziemię, i na Księżyc – wspomina pułkownik. – Niesamowite doznanie…

Odbyło się ono z okazji 50. rocznicy lądowania na Księżycu
Odbyło się ono z okazji 50. rocznicy lądowania na Księżycu

Na tyle niesamowite, że nie zanosi się na „powtórkę z rozrywki”. Zapytany o powrót człowieka na Srebrny Glob, Alfred Worden wskazuje inny cel – Marsa. Ale nie ma złudzeń, że stanie się to za jego życia.

– Potrzeba nam co najmniej trzydziestu lat – mówi, dodając, że technologia jest dziś dużo doskonalsza niż przed laty, lecz jednocześnie stała się koszmarnie droga. – Zapomnijmy o międzypaństwowym wyścigu – przekonuje. – To nieefektywna forma podboju przestrzeni kosmicznej.

Trudno nie przyznać pułkownikowi racji. Program Apollo kosztował rząd Stanów Zjednoczonych ponad dwadzieścia pięć miliardów ówczesnych dolarów. Przy uwzględnieniu inflacji, dzisiaj byłaby to suma niemal czterokrotnie większa.

– Żadnego kraju nie stać na wyłożenie takich pieniędzy z własnej kieszeni – twierdzi Worden. – Międzynarodowa współpraca to konieczność.

Al chętnie rozdawał autografy...
„Al” chętnie rozdawał autografy…

Te słowa mają jeszcze inny, symboliczny wymiar. Program Apollo był dzieckiem swoich czasów – przede wszystkim politycznej i militarnej rywalizacji między USA a ZSRR. Waszyngton, w ramach zimnowojennych rozgrywek, usiłował udowodnić Moskwie technologiczną i organizacyjną wyższość, przy okazji testując rozwiązania techniczne, niezbędne do zwycięstwa w wyścigu zbrojeń. Ów zimnowojenny rys można było dostrzec w życiorysach astronautów, z których większość trafiła do NASA z wojska

– Czułeś się żołnierzem wysłanym na kosmiczną misję czy naukowcem zaangażowanym w badanie Księżyca? – pytam „Ala”.

– Byłem człowiekiem, któremu przydały się oba rodzaje treningu – i wojskowy, i naukowy – odpowiada dyplomatycznie astronauta.

Dziś większość jego następców to cywile, a on sam mówi o dawnych rywalach per „przyjaciele” – co stanowi niemały powód do radości.

...i odpowiadał na pytania dziennikarzy
…i odpowiadał na pytania dziennikarzy

Cieszy również to, że Warden – mimo zaawansowanego wieku – nie rezygnuje z działalności publicznej. Do Polski przyleciał na zaproszenie Motoroli Solutions – firmy mocno zaangażowanej w program Apollo – aby opowiedzieć o kulisach kosmicznego podboju z perspektywy jego uczestnika.

I tu odrobina osobistej refleksji. Kilka lat temu dopadła mnie choroba – akurat w przededniu spotkania z Markiem Edelmanem. Musiałem je odwołać, choć bardzo chciałem poznać przywódcę żydowskiego ruchu oporu. Parę tygodni później pan Marek zmarł – a ja zostałem w poczuciu nieodwracalnej straty. Jako dziecko marzyłem o sposobności porozmawiania z kimś, kto odbył księżycową misję. Wówczas, w czasach komuny, było to marzenie ściętej głowy. Na szczęście świat się zmienił i dawne marzenie udało się zrealizować.

– Eee – macha ręką „Al”, gdy przekonuję go, jak wielki zaszczyt mnie spotkał.

Zdaje się, że ów brak nadęcia i bezpretensjonalny sposób bycia to wizytówka pułkownika.

– Na filmach, gdy rakiety wznoszą się w powietrze, twarze astronautów wykrzywiają dziwaczne grymasy – „Al” robi zabawną minę. – Z naszymi buziami wszystko było w porządku, a o tym, że już wystartowaliśmy, poinformowała nas wieża kontroli lotów. Sami nie mieliśmy o tym pojęcia. W starcie nie ma nic dramatycznego.

Śmieję się, słysząc te słowa. W sumie nie chodzi o nic więcej, tylko o eksplozję, niemal dosłownie pod tyłkiem, setek ton paliwa. Rzeczywiście, nic dramatycznego…

—–

Fot. Dzięki uprzejmości firmy PR Inspiration

Postaw mi kawę na buycoffee.to