Archiwa tagu: Żydzi

Apartheid

Izraelczycy i Palestyńczycy zawiesili broń, co jest bardzo dobrą wiadomością. I co skłania do podsumowań ostatniej fali przemocy na Bliskim Wschodzie (pisałem o niej na swoim profilu na FB, oto odnośniki: 1, 2, 3). Chciałbym zatem zwrócić uwagę, że w reakcjach na nią – w Polsce i wielu innych krajach Zachodu z Francją na czele – często podnoszono argument apartheidu. Żydowskich prześladowań na Arabach widzianych jako źródło kryzysu.

Wydaje się oczywiste, że państwo Izrael – w trosce o swój byt – zbudowało cały system oparty o symboliczną i fizyczną przemoc wobec nie-Żydów. Ale ja nie o tym.

Otóż zarzuty apartheidu formułowano zwykle z wysokiego moralnego C, nie szczędząc oburzenia, pytając „jak tak można?” i przyrównując Żydów do największych historycznych zbrodniarzy. Część moich znajomych i obserwujących na FB również przyłączyła się do tego chóru. I jakoś nikt nie dostrzegł (a na pewno nie wyartykułował) fałszywej nuty stojącej za krytyką Izraela. Krytyką, na tle której toczyła się – i nadal toczy – największa we współczesnej historii akcja prowadzona w reżimie apartheidu. Której beneficjentem, pośród innych krajów Zachodu, jest również Polska.

Do tej pory wyprodukowano 1,5 miliarda szczepionek na Covid-19. Tylko pół procenta (!) z nich trafiło do najbiedniejszych krajów świata. Miażdżącą większość preparatów zgarnęła Europa i Północna Ameryka. Tymczasem nie widzę w Polsce dyskusji o konieczności podzielenia się szczepionkami z biedniejszymi. Zaś nasze rządy pozostają głuche na apele WHO. Kraje zachodniej strefy cywilizacyjnej przyjęły strategię „przede wszystkim liczą się nasi”. I konsekwentnie się jej trzymają.

Tak samo kalkuluje Jerozolima w kontekście relacji z Arabami. A warto w tym miejscu wspomnieć, że w konflikcie izraelsko-palestyńskim, od 1987 r. (pierwszej intifady), zginęło 17 tys. osób. Dziennie, w tzw.: drugim i trzecim świecie, z powodu kowidu umiera kilka razy więcej ludzi. Dziś, gdy dysponujemy już środkiem zaradczym, większość tych zgonów należy przypisać konsekwencjom braku szczepionek. Czyli szczepionkowemu apartheidowi.

Na co zwracam uwagę moralistom, którzy ani myśleli (ani myślą) zrezygnować ze swojej uprzywilejowanej pozycji.

Nz. Obóz dla sudańskich uchodźców w Ugandzie. W takich miejscach wyszczepialność dzieci wynosi niemal 100 proc. Nie ma tam klimatu dla antyszczepionkowców. Dla rodziców jest bowiem oczywiste, że szczepionki to kwestia życia i śmierci. W Bidi Bidi, gdzie zrobiłem to zdjęcie, także szczepionki na COVID-19 są na wagę złota…/fot. Marcin Ogdowski

Skaza?

Etniczni Polacy w odniesieniu do Żydów mają mnóstwo za uszami – nigdy więc nie stanę po stronie bezkrytycznych apologetów, usiłujących wmówić nam, jak to wspaniałomyślnie zachowywaliśmy się podczas okupacji. Gówno prawda.

Ale…

Ale wspominam dziś jeden z wyjazdów na wschód Ukrainy, do Doniecka. Była piękna wiosna, po zajęciu przez separatystów i Rosjan portu lotniczego, miasto poczuło wyraźną ulgę. Linia frontu odsunęła się nieco od przedmieść, walki wyraźnie zelżały. Artyleria owszem, huczała, obie strony dokuczały sobie moździerzami, ostrzałami z broni maszynowej, snajperzy również nie próżnowali. Ale to działo się kilka kilometrów od centrum miasta, które właściwie pozostawało nietknięte i bezpieczne. Pociski spadały gdzieś na obrzeżach, wciąż ginęli ludzie, ale dało się żyć.

Dało na tyle, że lokalne kluby piłkarskie przeprowadzały rozgrywki (młodzików), a dzieci w jednej z podstawówek chodziły na zajęcia z baletu. Działa się też masa innych sytuacji, ale wspominam akurat te, które widziałem na własne oczy. Widziałem też ogródki piwne i ludzi przy stolikach spożywających trunek z pianką. Rozmawiających, śmiejących się, kłócących; byłem świadkiem całego spektrum zwyczajnych zachowań. Niezwyczajne były tylko dochodzące gdzieś z oddali wystrzały i wybuchy. Którymi nikt się już specjalnie nie przejmował.

Kilka miesięcy później, w samym środku lata, byłem w Mariupolu. Przyjechaliśmy z kolegami akurat w sobotę i poszliśmy na tamtejszą promenadę. Knajpy i dyskoteki działały w najlepsze, alkohol lał się strumieniami. Wypindrzone laski i odsztafirowani kolesie konsumowali młodość jakby kilkanaście kilometrów dalej, na wschód, nie rozciągała się linia frontu. Widoczne stamtąd rozbłyski traktowano niczym fajerwerki, świetlną oprawę gorączki sobotniej nocy.

A w Szyrokino ginęli ludzie.

Wspominam o tym dziś, w rocznicę wybuchu pierwszego z warszawskich Powstań – tego w getcie. Wspominam, bo znów tu i ówdzie pojawiają się oburzone głosy, że Polacy po „aryjskiej” stronie przychodzili pod mur getta, obserwować pożary. A potem wracali do swojego życia, jakby nic się nie stało. I że z czasem po prostu przywykli do dymów nad pacyfikowaną częścią miasta.

Otóż moi drodzy, nie ma w tym nic nadzwyczajnego, nic, co oznaczałoby jakąś etniczną/kulturową skazę, nic, co byłoby dowodem na odstępstwo od normy. Ludzie tak mają – widziałem to nie tylko na Ukrainie. Przyzwyczajamy się do otaczającego nas zła, ignorujemy je, trywializujemy, niekiedy wręcz zaprzeczamy jego istnieniu („pandemii nie ma” – brzmi znajomo, prawda?). Z czasem nawet staramy się dostrzec w nim jakieś dobre strony. Cieszymy się, że nas nie dotyczy, ba, potrafimy dać się ponieść fascynacji, widząc zło w działaniu. Gdy mnie ktoś pyta o wrażenia z wojen, opowiadam przede wszystkim o dramacie, lecz mówię też o złowieszczym pięknie. Pożar fascynuje nie tylko piromanów.

Mamy tak, bo to zupełnie naturalny mechanizm adaptacyjny. Coś, co pozwala nam przeżyć graniczne sytuacje. Nawet jeśli towarzyszy temu świadomość, że najpewniej będziemy następni. Ale jeszcze nie dziś, jeszcze nie teraz. Dziś mogę pójść na piwo, wstąpić do cukierni, urżnąć się do nieprzytomności. Bądź zrobić cokolwiek innego, co jest apoteozą normalnego życia, wyrazem tęsknoty do czasów, kiedy śmierć nie czyhała za rogiem.

W kwietniu 1943 roku ta potrzeba była nad wyraz silna.

—–

Fot. Plaża w Szyrokino, lato 2015 roku. Nawet w takim miejscu, kilkaset metrów od linii nieprzyjaciela, nie sposób oprzeć się potrzebie „chwilowej normalności”/Darek Prosiński

Głowa

To nie będzie przyjemny wpis – wrażliwcom odradzam czytanie.

Historia wydarzyła się latem 2015 roku, na wschodzie Ukrainy. Byłem wówczas na froncie, w towarzystwie żołnierzy armii rządowej. Lipcowy wieczór przyniósł ulgę po potwornie gorącym dniu; gorącym nie tylko z powodu upału, ale też kilku wymian ognia. Pragnąłem nocy jak rzadko kiedy, solidnie umęczony nadmiarem zdarzeń. „Trzy-cztery godziny snu” – marzyłem. Zwłaszcza że kończył się drugi tydzień mojego pobytu na Ukrainie, a każdy z takich wyjazdów upływał pod znakiem koszmarnego niedospania.

Późnym wieczorem (ściemniało się już), wyszedłem z dwoma żołnierzami do okopów na pierwszej linii. Chłopcy mieli zluzować czujkę, ja postanowiłem im potowarzyszyć. Nie wróciłem ze starą zmianą. „Posiedzę trochę z wami” – zapowiedziałem.

Niewiele później ze stanowiska obok odezwała się „deeszka” – ciężki karabin maszynowy. Strzelec grzał po budynku szkoły, oddalonym od nas o 200-250 metrów. Później dowiedziałem się, że dojrzał na dachu rozkładających moździerz „separów”. I że ich przepłoszył (czytaj: najpewniej zabił). Musiał walić z amunicji zapalającej, bo tuż po tej wymianie ognia (tamta strona odpowiedziała), budynek placówki zaczął się palić.

Chciałem widzieć wszystko lepiej, znalazłem więc sobie mocno wysuniętą pozycję. Oglądałem potyczkę, potem jej skutki, a następnie… zasnąłem. Na stojaka, oparty jedynie o przedpiersie. Odcięło mnie niczym ludzika z reklamy Duracell po wyjęciu baterii. Nie wiem dokładnie na jak długo – maksymalnie na kilkanaście minut.

Obudził mnie świst – gdy zaraz po nim nastąpił wybuch moździerzowego granatu, byłem już przytomny. Zsunąłem się na dno okopu. Gdzieś nade mną, blisko, eksplodowało jeszcze kilka kolejnych pocisków.

I nagle coś upadło tuż obok mnie. Na wyciągnięcie ręki. W pierwszej chwili pomyślałem, że to granat, że zaraz łupnie – i że już po mnie. Nie łupnęło.

Złapałem to coś i niemal skręciło mnie z obrzydzenia. Nigdy nie dotykałem i nie widziałem czegoś tak okropnego. Jednocześnie wciąż trzymałem to w ręku, wpatrując się w… ludzkie oczy.

Po kilku sekundach odrzuciłem głowę poza okop. Niczym rzecz, cuchnący worek śmieci.

Na czworaka przekicałem do ziemianki, gdzie znalazłem chłopców z czujki. Gdy ogień ustał, wróciłem na tyły. A kilka dni później do domu, do normalnego życia. Wkrótce zapomniałem o głowie.

Zapomniałem o niej na tyle skutecznie, że z czasem sam uwierzyłem, że ta historia nigdy się nie wydarzyła. Było łatwiej, bo z nikim o tym nie rozmawiałem, wstydziłem się swojej reakcji. Tego, jak potraktowałem ludzkie ciało. Szczerze mówiąc, wciąż mierzę się z pokusą, by uznać, że coś mi się we łbie uroiło.

Dlaczego o tym wspominam? Wyparcie to jeden z mechanizmów obronnych naszego organizmu. Odcina nas od złych wspomnień, byśmy mogli dalej żyć. Lecz na dłuższą metę często okazuje się niewydolny. Bo dawne historie pracują w nieświadomości, a my mierzymy się z psychosomatami. Bo nie wyciągamy nauki z trudnych lekcji i znów pakujemy się w niefajne sytuacje.

Tych „bo” jest rzecz jasna więcej, ale dwa wymienione nam wystarczą. I świadomość, że ta refleksja rozciąga się również na całe społeczności. Grupy też wypierają sumy swoich indywidualnych doświadczeń. Wykreślają z historii niewygodne fakty, tym sposobem walcząc o dobro wspólnoty – jej jedność, poczucie dumy i wartości.

A teraz do rzeczy. Upamiętniamy dziś – w rocznicę wyzwolenia obozu koncentracyjnego Auschwitz – ofiary Holocaustu. Potworniej niemieckiej zbrodni, która wydarzyła się kilkadziesiąt lat temu. W cieniu której i my, Polacy, dopuściliśmy niegodziwych czynów. Szmalcownictwa, powszechnej obojętności czy nierzadkiej nawet radości, że Niemcy załatwiają za nas „sprawę Żydów”. I wreszcie kradzieży żydowskiego mienia i powojennych pogromów na ocalałych.

Tych faktów przez dekady nie było w naszej historii. Wyparliśmy je i wciąż wypieramy, choć od początku obecnego wieku – za sprawą działalności naukowej odważnych ludzi – prawda wybija spod skorupy zafałszowanej świadomości. Nieustannie napotykając na opór, który okresowo – jak w czasach pisowskiej histeriozy – nawet się wzmaga, przybierając postać instytucjonalnej obrony „dobrego imienia”.

Powiedzmy sobie jasno – to nie my, Polacy, uruchomiliśmy nazistowską machinę zła. I nie my stanowiliśmy o jej skuteczności. Ale mieliśmy w niej swój udział. Używając historii z głową jako analogii – nie my doprowadziliśmy do wojny i do dekapitacji. Nie z naszego powodu przyleciał do nas ów pokaźny ludzki szczątek. Lecz to my go zbezcześciliśmy i na nas spada za to odpowiedzialność.

Póki sobie tego nie uświadomimy, póty nie będziemy zdrowi jako naród i społeczeństwo. I wciąż podatni na choróbska nacjonalizmu.

—–

Nz. autor, wschodnia Ukraina, lato 2015/fot. archiwum autora