zAfganistanu.pl

Mamy dziś 9 listopada 2022 roku. Jestem w trakcie pisania jedenastej książki, tymczasem dziś mija dokładnie jedenaście lat od ukazania się TEJ PIERWSZEJ. A zaczęło się to wszystko tak…

– Jak szybko możesz się dostać do Afganistanu? – telefon od mojej ówczesnej przełożonej zadzwonił, gdy wracałem spod Krakowa do domu. W radiu podawano właśnie informacje na temat pogrzebu kapitana Daniela Ambrozińskiego, który kilka dni wcześniej zginął w Afganistanie. „Niezły zbieg okoliczności” – pomyślałem sobie, kalkulując jednocześnie w głowie wszystkie niezbędne czynności i czas potrzebny na ich realizację.

– Za jakieś dwa tygodnie – odpowiedziałem, ciesząc się w duchu na kolejny wyjazd. Już wówczas było tradycją, że jeden z miesięcy w roku spędzałem na delegacji w Iraku bądź w Afganistanie. Ponieważ najczęściej działo się to latem, moi współpracownicy żartowali, że jeździłem na urlopy do ciepłych krajów. Tego roku Afganistan był wyjątkowo gorącym miejscem, o czym świadczyła treść serwisu informacyjnego. Skończyłem rozmowę z szefową i wybrałem numer do żony.

– Jadę do Afganistanu – powiedziałem, wiedząc, że nie będzie z tego faktu zadowolona. Była połowa sierpnia 2009 roku.

Następne dni przyniosły wielką niespodziankę. Do tej pory, będąc w którymś z objętych wojną krajów, wysyłałem do Polski klasyczne reportaże, które ukazywały się z adnotacją „korespondencja z…”.

– Chcemy, byś poprowadził blog – oznajmił tymczasem Krzysztof Fijałek, ówczesny redaktor naczelny Interia.pl. Później usiłowałem dociec, kto konkretnie stał za pomysłem takiej formy relacji. Pamiętam, że latem 2008 roku – gdy wyjeżdżałem do Iraku – ideę blogu sprzedała mi żona. Machnąłem wówczas ręką – choć od kilkunastu miesięcy pracowałem w portalu internetowym, wciąż większym poważaniem darzyłem klasyczne formy dziennikarskie. Dziś, wspominając o tym, mimowolnie się uśmiecham, dziwiąc się zarazem, że genialnie prosta refleksja, iż seria blogowych wpisów może być jednym wielkim reportażem, nie przyszła mi wówczas do głowy. A wracając do autorstwa pomysłu – uznać należy, że jest on zbiorowym wysiłkiem interiowego think tanku.

Spotkanie z Arturem Potockim, ówczesnym wiceprezesem Interia.pl, zajmującym się sprawami redakcyjnymi, wiązało się z kolejną niespodzianką. Artur zapytał mnie, co sądzę o tym, by blog poprowadzić za pomocą komórki? Krótkie wpisy, od czasu do czasu ilustrowane zdjęciem, wysyłanym w formie MMS-u. Wszystko tak skonfigurowane z mechanizmem blogu, by pojawiało się na stronie automatycznie. Dziś – zwłaszcza dla młodych adeptów internetu – nie ma w tym nic innowacyjnego, ale wówczas, przynajmniej dla mnie, nosiło to znamiona rewolucji.

– Możemy spróbować – odparłem tylko, a kilka minut później pogrążyłem się w lekturze polsko- i angielskojęzycznej blogosfery, usiłując na przykładach ustalić, „z czym się toto je”. Z tyłu głowy wciąż miałem słowa redaktora naczelnego. Krzysztof, wymieniając „za” i „przeciw” projektu, wspomniał, że dotychczas blogi prowadzone przez profesjonalnych dziennikarzy zwykle kończyły się klapą. „Nazwiska przyciągały, ale styl – gazetowy, zbyt rozwlekły dla internauty – z czasem odrzucał” – mówił. To rodziło obawy, lecz z drugiej strony pociągała mnie inna myśl – do tej pory żaden z polskich dziennikarzy nie relacjonował wojny za pomocą blogu. Na Zachodzie – owszem, pojawiały się takie formy, ale u nas nieliczne grono zajmujące się wojenną reporterką jeszcze na to nie wpadło. Cóż, niejedyny to zawód, w którym bycie pierwszym uchodzi za nobilitujące.

Godząc się na prowadzenie blogu, wywołałem burzę mózgów u pracowników działu społeczności i komunikacji Interia.pl. Nie wiadomo, który z nich wymyślił adres, a przy okazji nazwę „zAfganistanu.pl” – mnie w każdym razie o rejestracji takiej właśnie domeny poinformował ich szef, Stanisław Stanuch. Działo się to na spotkaniu, na którym po raz pierwszy zetknąłem się z Pawłem Opydo, późniejszym administratorem strony, a na razie człowiekiem odpowiedzialnym za postawienie blogu i jego projekt graficzny. Paweł, sam zapalony bloger, nie krył entuzjazmu dla projektu. Jako spec od marketingu sieciowego obiecał promocję w blogosferze i na portalach społecznościowych. Słowa dotrzymał.

– W bazach telefony działają, ale poza nimi jest już gorzej – tłumaczyłem tymczasem na wspomnianym spotkaniu. Wówczas nie wiedziałem jeszcze o zagłuszaniu komórek podczas patroli, zwalając wszystko na karb kiepskiej afgańskiej infrastruktury i zasięgu. – Nie będzie więc możliwości, bym materiały z patroli słał na bieżąco. Nie wiem też, czy przesył okaże się na tyle dobry, by udźwignąć zdjęcia. No i nie chciałbym, by brak zasięgu skazywał mnie na siedzenie w bazie – bo o czym będę pisał, o kolejnym wyjściu na stołówkę?

– Spokojnie, bierzesz przecież normalny aparat i laptop, w razie czego użyjesz internetu – mówił naczelny. – A nuda? Marcin, pokażmy ludziom, że wojna jest w gruncie rzeczy nudna.

Zasadniczo Krzysztof miał rację, choć akurat ten wyjazd trudno było nazwać „nudnym”. Ale o tym przekonałem się dopiero za jakiś czas…

Pierwsze testy, jeszcze w Polsce, wyszły obiecująco – wyposażony w Nokię wielkości notesu wysyłałem próbne wiadomości ze zdjęciem, które za każdym razem pojawiały się na blogu. Ich treść niewiele miała wspólnego z Afganistanem, prawdę mówiąc, zwykle była niecenzuralna. Ale mogłem sobie na to pozwolić, bo wówczas jeszcze dostęp do blogu był zahasłowany.

– Musisz przygotować jakąś startówkę – Bartek Girguś, człowiek od szeroko pojętej kreacji, miał na myśli pierwszy wpis. Nie wystukałem go na komórce, o nie. Usiadłem do komputera i napisałem:

„Co mogłem, załatwiłem. Delegacja, ubezpieczenie, wiza, sprzęt. Żona niepocieszona, że znów jadę. Kiedyś będę musiał jej to wszystko wynagrodzić… Mam trafić do Ghazni, największej polskiej bazy w Afganistanie. Czas zaanonsować się u tamtejszego PIO, oficera prasowego. Przy okazji parę pytań o warunki na miejscu. Trochę się martwię o możliwość przesyłania relacji. Major Marcin Gil potwierdza moje doświadczenia sprzed dwóch lat. Jeśli idzie o komórki i internet, ‘szału nie ma, ale to kształtuje charakter’”.

Wpis zatytułowałem najprościej, jak się dało – „Początek”. Zaraz potem zdjęto hasło i „zAfganistanu.pl” popłynęło na szerokie wody Internetu. Był 31 sierpnia 2009 roku.

Gdy powstało to zdjęcie – jesienią 2013 roku – zAfganistanu.pl był już marką, z własnymi koszulkami/fot. Marcin Wójcik

Dzień później byłem już w Warszawie, skąd wieczorem ówczesny szef MON-u, Bogdan Klich, miał udać się na wizytację do Afganistanu. Cieszyła mnie perspektywa podpięcia się pod oficjalną delegację, bo oznaczało to, że nie polecę ciasną transportową CASĄ, tylko wygodną rządową maszyną. Ostatecznie okazało się, że nie lecimy Tupolewem, tylko wyczarterowanym u jakiegoś rumuńskiego przewoźnika Boeingiem, co jednak nie miało wpływu na komfort lotu.

Jeszcze w Polsce z satysfakcją odnotowałem, iż na blogu pojawiły się pierwsze komentarze. Co prawda liczba odwiedzających nie powalała na kolana – pierwszego dnia było ich jedenastu, drugiego pięćdziesięciu – ale, jak sobie tłumaczyłem, „od czegoś przecież trzeba zacząć”. I z tą myślą wsiadłem do samolotu.

Kilkanaście godzin później – gdy czekaliśmy w Kabulu na przylot śmigieł, które miały nas zabrać do Ghazni – przyszło pierwsze rozczarowanie. Mechanizm wrzucania wpisów via komórka przestał działać. Mniejsza o szczegóły techniczne – nie po raz pierwszy nowoczesna technologia przegrała w konfrontacji z afgańską rzeczywistością. Chciałem więc czy nie, byłem skazany na internet.

Lecz jak mówią: „nie ma tego złego…” – „tradycyjny” kontakt z panelem administracyjnym blogu pozwalał mi na pisanie dłuższych relacji. Dziś uważam to za zrządzenie losu. W esemesowych wpisach nie byłoby bowiem miejsca na emocje – należałoby podać wyłącznie suchą, skondensowaną informację. Trudno byłoby też zarysować kontekst czy budować napięcie. Ale i tak nie zabrakło schodów. Jakość internetowych łącz w Bagram, Ghazni czy Mazar-i-Sharif była znośna, lecz gdy trafiłem do maleńkiej bazy Giro, w żaden sposób nie mogłem połączyć się z panelem blogu. Marna infrastruktura pozwoliła jedynie na odpalenie Gadu-Gadu – i właśnie ów komunikator wybawił mnie wówczas z kłopotów. To za jego pośrednictwem wysyłałem wpisy do dyżurnych dziennikarzy Faktów Interia.pl, a oni wklejali je na blogu.

Ten zaś z dnia na dzień zdobywał coraz większą popularność. Gdy po trzech tygodniach w Afganistanie wracałem do Polski, odwiedziło go już niemal sto tysięcy osób. Jak na blog o niszowej tematyce, wynik był znakomity. I choć bardzo mnie to cieszyło, przez całą drogę w samolocie – tym razem ciasnej CASIE – biłem się z myślami, co dalej? Z jednej strony komentarze typu: „Panie Marcinie, chylę czoła i serdecznie gratuluję! Robi Pan coś wspaniałego. Pański blog pomaga przetrwać trudne chwile, wlewa w serca nadzieję (…)”. Z drugiej zaś świadomość, że „zAfganistanu.pl” miał być przedsięwzięciem krótkookresowym, związanym z tym konkretnym wyjazdem. No i jeszcze ta nazwa – „z” to nie to samo, co „o”, ja tymczasem nie mogłem sobie pozwolić na częstsze i dłuższe wizyty w Afganistanie…

Przez wizjer Rosomaka niewiele było widać.../fot. Adam Roik
Przez wizjer Rosomaka niewiele było widać…/fot. Adam Roik

Postanowiłem jednak spróbować – poprowadzić blog do następnego wyjazdu. W końcu miałem w zanadrzu wiele nieubranych jeszcze w słowa spostrzeżeń na temat Afganistanu i polskiej misji. Wcześniej, zgodnie z sugestiami użytkowników, wzbogaciłem stronę o forum, skupiające żołnierzy, ich rodziny oraz inne osoby zainteresowane afgańskim konfliktem. Z czasem wokół forum zebrała się wielotysięczna społeczność, będąca drugą – obok moich wpisów – twarzą „zAfganistanu.pl”. Dla wielu użytkowników – szczególnie rodzin „misjonarzy” – stanowi ona grupę wsparcia. Z kolei dla samych żołnierzy forum stało się wygodnym narzędziem do komunikacji z najbliższymi w kraju. Znajdujące się na nim wątki wielokrotnie inspirowały dziennikarzy z wielu mediów do podejmowania tematów związanych z wojną w Afganistanie.

Świeżą formułę wojennej relacji dostrzegła akademia prestiżowego w branży internetowej konkursu Webstarfestival, przyznając jej tytuł „Najlepszego blogu 2009 roku”. A mnie przypadł w udziale laur „Dziennikarza Małopolski 2009 roku w kategorii Internet”. Honory popłynęły również ze strony MON-u, które za blogersko-afgańską działalność przyznało mi Srebrny Medal „Za Zasługi dla Obronności Kraju”, a branżowy tygodnik „Polska Zbrojna” Buzdygana, zwanego „wojskowym Oskarem”.

Oparta o publikowane na „zAfganistanu.pl” wpisy książka stanowiła ukoronowanie projektu. Jak na króla przystało, chodziłem potem z tą koroną przez trzy lata. Gdy ostatni nasi żołnierze wrócili z Afganistanu (kończąc „bojowy” okres zaangażowania Polski), napisałem:

„Wczoraj już oficjalnie otwarto Centrum Weterana w Warszawie. Datę 21 grudnia wybrano nie przypadkiem – w trzecią rocznicę najtragiczniejszego incydentu w historii naszej misji w Afganistanie. Chodzi rzecz jasna o atak przy użyciu IED, w wyniku którego zginęło aż pięciu polskich żołnierzy – cała załoga wozu typu MaTV.

Uroczystość podniosła, Centrum okazałe. Z pomnikiem upamiętniającym weteranów i murem z tabliczkami zawierającymi nazwiska wszystkich poległych na misjach poza granicami kraju po 1945 roku.

W warstwie symbolicznej rzecz absolutnie niezbędna.

Ale Centrum – prowadzone przez pierwszego rannego w Afganistanie Polaka, ppłk Leszka Stępnia – ma również bardziej wymierne zadania i cele – misję edukacyjną i doraźną pomoc weteranom i ich rodzinom w potrzebie.

Wspominam o tym nie bez powodu – kończy się bowiem moja misja. Przez minione pięć lat blog edukował, ale też integrował środowisko związane z „Polskim Afganistanem”. Magda i Aśka, moderatorki forum, zaświadczą zapewne, że dzięki marce “zAfganistanu.pl” udało się też rozwiązać niejeden realny problem żołnierzy i ich rodzin.

Teraz zajmie się tym Centrum. Panie Pułkowniku, Leszku – życzę powodzenia! I służę pomocą w razie potrzeby.

To mój ostatni wpis, choć zgodnie z obietnicą forum będzie działać dalej. A i ja wcale nie zamierzam się z Wami, Moimi Czytelnikami, żegnać. Dziękując za Waszą obecność jednocześnie zachęcam do obserwowania facebookowego profilu blogu. Niebawem dam znać, co w sferze wojenno-wojskowej zamierzam robić dalej.

Z pewnością będzie się działo”.

Był 22 grudnia 2014 roku. Niespełna miesiąc później uruchomiłem „bezkamuflazu.pl”.

—–

Nz. Autor przed siedzibą gubernatora Ghazni, listopad 2010 r./fot. Adam Roik

zAfganistanu.pl wciąż wisi w internetowej przestrzeni.

I na koniec „ogłoszenie parafialne” dla tych, którzy zechcieliby wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, także książek – będę szczerze zobowiązany. Osoby zainteresowane subskrypcją zapraszam na moje konto na Patronite:

– wystarczy kliknąć TUTAJ –

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to