Sygnał(y)

Najpierw malutka retrospekcja.

Skradaliśmy się w ciszy, by podejść jak najbliżej frontowej ściany. Gdy już przy niej byliśmy, żołnierze zaczęli ostrożnie zerkać przez wybite otwory. Wtedy zrobiłem załączone zdjęcie, klnąc w duchu na czym świat stoi, bo choć był wieczór, musiałem używać aparatu w trybie „auto” bez lampy (stąd taka a nie inna jakość). Mniejsza o to, cyknąłem fotkę, przykląkłem, by zrobić następną – i nagle rozległ się sygnał incomingu. Donośny jak diabli, w końcu komórka, którą miałem w kieszeni, była chińskim „Pentagramem”, a model nazywał się „Monster” ileś tam.

„Incoming” w oryginale to dźwięk informujący o ostrzale rakietowym i jako sygnał przychodzącego połączenia był moją pamiątką z Afganistanu. Idąc z ukraińskim oddziałem na akcję, nie wyciszyłem telefonu, bo przecież w Szyrokino nie było zasięgu. Tymczasem w górnych pomieszczeniach zrujnowanego ośrodka kolonijnego „Majak” akurat był…

Zerknąłem na wyświetlacz: „Rafał”. Kolega, wówczas wzięty wojenny reporter. Tego lata 2015 roku byliśmy w Ukrainie razem, ale dzień wcześniej rozdzieliliśmy się na dwa zespoły. Rafał z kamerzystą stacjonował kilka kilometrów dalej, ja z fotoreporterem na rumowisku „Majaka”.

Skuliłem się i wyszeptałem:

– Tak?

– Co tam u Was, ciotki? – usłyszałem figlarną zaczepkę.

Wnet udzielił mi się nastrój.

– No właśnie idziemy na małą wojnę – odpowiedziałem, kątem oka dostrzegając rozbawione miny żołnierzy.

Naprawdę się uśmiechali, choć później – już po akcji – ich dowódca opierdolił mnie jak młodego rekruta. Sygnał mógł sprowokować tamtych do ostrzału, a już raz tego dnia – kilka godzin wcześniej – wpakowaliśmy się pod rusko-separski ogień (słowo harcerza, nie ja go sprowokowałem, a Ukrainiec, który zaczął okładać z granatnika okopy „watników” – a robił to z najwyższego piętra najwyższego w okolicy budynku…).

Przeprosiłem, wyłączyłem telefon w diabły, sprawa rozeszła się po kościach.

Dlaczego naszło mnie na wspominki? Branżowy internet żyje dziś wydarzeniami spod Kreminnej, których charakter i skutki przyprawiają o białą gorączkę ruskich propagandystów. Znów bowiem mamy twardy dowód, że rosyjska armia i głupota bardzo lubią chadzać pod rękę…

A było tak. Dowódca 20. Armii gen. Surab Achmedow zamierzał pogadać z żołnierzami, nim ci ruszą do boju. Na motywacyjną pogadankę spędzono więc kilkuset bojców, ale pan generał niespecjalnie się śpieszył, więc skoncentrowane wojsko czekało na niego dwie godziny. „Spicza” ostatecznie nie wygłosił, bo szybsze od generała okazały się ukraińskie pociski – z ruskich źródeł wynika, że grady i himarsy. Położyły one trupem i poharatały dwustu ludzi, puszczając przy okazji z dymem kilkadziesiąt sztuk sprzętu.

Ot, zabójcza efektywność.

Ale to nie koniec historii. Branża wnioskuje, że ruskich namierzyły ukraińskie bezzałogowce, mnie znajome ptaszki doniosły, że pierwotne rozpoznanie celu było możliwe po zlokalizowaniu źródeł nasilonych transmisji komórkowych. Żołnierze rosyjscy mają zakaz używania telefonów w strefie bezpośrednich walk (ukraińscy zresztą również), ale wspomniana jednostka nie weszła jeszcze w kontakt z wrogiem. A że była blisko…

Stał więc znudzony Sasza godzinę, z rękoma nie było co robić, to sięgnął po smartfona i zadzwonił do Wali. I pogadali sobie o tym, co kupią za zarobione na spec-operacji pieniądze. Iwan żony nie miał, ale znajoma Katia właśnie zesłała kolejne nudesy. A Pietia, poczciwy Pietia, chciał poskarżyć się matuli, że w tej Ukrainie, suka-blać, to zamiast kwiatami ich witać, walą jak najęci z czego popadnie.

I znów walnęli, skutecznie demotywując czekających na motywację żołnierzy.

Znacie nagrody Darwina, prawda? Być może pamiętacie, że zestawienie za 2022 rok otwiera rosyjski żołnierz, którego ciało znaleziono w marcu ub.r. pod Irpieniem. Bojec wyjął z kamizelki kuloodpornej płytę balistyczną i w to miejsce włożył Macbooka, skradzionego z opuszczonego przez Ukraińców domu. Gdy trafiła go karabinowa kula, wsad na piersi okazał się niewystarczający.

Mają zatem ruskie swojego pośród uhonorowanych, ale w obecnej sytuacji zasługują na więcej. Proponuję Darwina-Lux dla pana generała i nagrodę super-specjalną dla ukatrupionych nadawców sygnałów.

PS. Odnosząc się do logicznych implikacji niniejszego wpisu – tak, to co zrobiłem w Szyrokino było kretyńsko-darwińskie. Ale ja żyję, moim towarzyszom włos z głowy nie spadł, a gamoni spod Kreminnej nadal szukają po krzakach. Cóż…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

„Darwiny”

Armia rosyjska, jako całość, zasłużyła na Nagrodę Darwina za 2022 rok. Niestety, instytucje wyróżnień nie dostają. Co nie zmienia faktu, że pewien rosyjski żołnierz i tak przeszedł do historii „darwinów”… Zapraszam dziś do lektury nieco lżejszego tekstu!

Gen. Jarosław Szymczyk, komendant główny polskiej policji, zyskał u podwładnych ksywkę „Bazooka”. Pochodzi ona od amerykańskiego granatnika przeciwpancernego, wprowadzonego na wyposażenie w czasie II wojny światowej. Bazooka zyskała tak wielką sławę, że w potocznym języku przyjęło się określać tym mianem wszystkie granatniki, niezależnie od kraju pochodzenia. I tak jest do dziś, choć amerykańskiej „rury” nie używa się już od ponad półwiecza. A co ją łączy z naszym inspektorem? W połowie grudnia ub.r. Szymczyk zasłynął na cały świat, odpalając w gabinecie współczesną wersję bazooki. Był to prezent przywieziony z Ukrainy, gdzie generał spotkał się z szefostwem tamtejszej policji i MSZ. Zdaniem Szymczyka, granatnik wręczono mu z informacją, że jest zużyty (nie ma głowicy bojowej) i przerobiony na głośnik; słowem – bezpieczny. Urządzenie trafiło do komendy, gdzie generał postanowił je przetestować. Zdjął blokady i nacisnął spust… Wcześniej zignorował wagę granatniko-głośnika – pusta „rura” waży 4-5 kg, podarowana była znacznie cięższa. Komendant miał szczęście, bo wystrzelony pocisk nie zdołał się uzbroić, ale gazy wylotowe i tak narobiły solidnych szkód. Kilkadziesiąt godzin później, z opatrunkiem na uchu, Szymczyk zapewniał w telewizji, że jest ofiarą zdarzenia. On, szef mundurowej formacji, teoretycznie obyty z bronią. Kpinom nie było końca, także na policyjnych forach (nie tylko polskich…). Komendant stał się memem, a co złośliwsi widzieli go jako murowanego kandydata do Nagrody Darwina (ang. Darwin Awards). Honorowej, bo na inną inspektor nie zasłużył.

Polski akcent

Nie zasłużył, bo przeżył, tymczasem Nagrody Darwina przyznawane są za wyjątkową nieroztropność, której efektem była śmierć kandydata, ewentualnie pozbawienie się zdolności do płodzenia potomstwa. Idea wyróżnienia nawiązuje do Charlesa Darwina – brytyjskiego przyrodnika, twórcy teorii ewolucji – i ma „upamiętnić osoby, które przyczyniły się do przetrwania naszego gatunku w długiej skali czasowej, eliminując własne geny z puli genów ludzkości w nadzwyczaj idiotyczny sposób”. „Darwiny” mają wyłącznie symboliczny charakter, a zwycięzców wyłania się na drodze internetowego głosowania. Nie ma statuetek, jest adnotacja na stronie WWW organizatorów. Przyznawana od 1994 r. antynagroda stała się kulturowym fenomenem, który wyszedł poza świat cyfrowy – powstają o niej książki i filmy, a określenie „zasłużyć na nagrodę Darwina”, w wielu językach jest synonimem wyjątkowo niemądrego zachowania.

Szef naszej policji na „darwina” nie zasłużył, ale to nie znaczy, że w 30-letniej historii konkursu nie ma polskiego akcentu. Jest – i to z przytupem, za sprawą pana Krzysztofa (w annałach występującego z nazwiskiem, ale tu sobie je podarujemy). Był rok 1996, nasz rodak ostro popił z kolegami. A że nie samą wódką człowiek żyje, panowie przeszli do prób męskości, okładając się po głowach kijami – w myśl zasady „kto więcej wytrzyma”. Niestety, jeden z uczestników rywalizacji wywiódł ją na wyższy poziom – uruchomił piłę łańcuchową i pozbawił się fragmentu stopy. Krzysztof poszedł dalej i… tu istnieją dwie wersje. Wedle oficjalnej, usiłował obciąć sobie piłą głowę, by udowodnić, że jest największym macho. Nieoficjalnie sprawy miały się tak: mężczyzna położył głowę i stwierdził, że żaden z kolegów nie będzie miał odwagi, by mu ją odjąć. Jeśli tak było, śmiałek jednak się znalazł, bo pogotowie znalazło martwego twardziela z rozerwaną tętnicą i „napoczętą” szyją. Ponoć jeden z uczestników rywalizacji stwierdził, że „choć za młodu Krzysiek ubierał się w bieliznę siostry, finalnie skończył jak mężczyzna”.

Trucizna z lewatywy

Nieprawdopodobne? Owszem – ale prawdziwe. Po kilku wpadkach z zakwalifikowaniem do rywalizacji miejskich legend, organizatorzy zaczęli weryfikować zgłoszenia. Z czasem stało się to dużo prostsze, bo wielu nominatów, nieświadomych zbliżającego się końca (śmierć samobójcza nie kwalifikuje się do nagrody), rejestrowało swoje poczynania. Tak było z 47-letnim Japończykiem imieniem Tedzu, który w październiku 2019 r. wyruszył na szczyt góry Fuji. Niepoprawny fan społecznościówek, mimo minusowej temperatury i odmrożonych palców, cały czas prowadził transmisję na żywo. Skupiony na telefonie, stanął nie tam, gdzie trzeba. „O nie! Ześlizguję się!”, to jego ostatnie dające się zrozumieć słowa.

Z „darwinami” jest trochę jak z noblami – duża ich część trafia do Amerykanów. Ci bowiem naprawdę są kreatywni jeśli idzie o sposoby przenoszenia się na tamten świat. Wśród nominatów znalazł się na przykład mężczyzna, który z bronią w ręku napadł na sklep z bronią, pełen uzbrojonych klientów. Albo inny obywatel USA, który spreparował list z bombą, a gdy źle zaadresowaną przesyłkę odesłano mu do domu, osobiście ją otworzył. Laureat nagrody za 1998 r., 23-letni Michael z Ohio, zmarł po tym, jak założył się z kolegami, że połknie żywcem 12-centymetrową rybę. Gdy zaczął się dusić, kumple zadzwonili po karetkę. Ekipa pojawiła się na tyle późno, że nie zdołała już odratować delikwenta. I na tyle wcześnie, by zobaczyć nadal trzepoczący ogon ryby, wystający z ust martwego śmiałka. Wymiar sprawiedliwości nie postawił kolegom ofiary żadnych zarzutów. „Jeśli mając 23 lata, założysz się z kimś, że skoczysz z mostu i rzeczywiście to zrobisz, to znaczy, że po prostu jesteś idiotą”, skwitował sprawę miejscowy szeryf.

Lecz niefrasobliwość wcale nie jest cechą młodego wieku. Pewien 58-letni alkoholik, również Michael, cierpiał na infekcję gardła, która uniemożliwiała mu popijanie. Poszedł więc na sposób i zaaplikował sobie trunek lewatywą. Rzecz w tym, że taki „wlew” działa mocniej i półtoralitrowa butelka sherry zabiła amatora trunku. Do zdarzenia doszło w 2004 r., ale „darwina” przyznano Michaelowi trzy lata później – tyle czasu zajęło ustalenie dokładnej przyczyny śmierci.

Takich problemów nie miał patolog badający ciało 28-letniego rosjanina, wyróżnionego „darwinem” za 2009 r. Sergiej, mechanik samochodowy, założył się z kilkoma koleżankami, że będzie w stanie przez pół dnia uprawiać seks. Stawką była równowartość 4,3 tys. dolarów, no i opinia. Mężczyzna ani myślał ryzykować i połknął całe opakowanie Viagry. Wyzwaniu podołał, ale tuż po miłosnych uciechach zszedł na zawał. „Zadzwoniliśmy po pogotowie, ale było już za późno”, przyznała jedna z kobiet, które wzięły udział w zakładzie.

Zderzenie z materią

Tyle historii. A kto zapisał się w najnowszej odsłonie antynagród za 2022 r.? Zestawienie otwiera rosyjski żołnierz, którego ciało znaleziono w marcu ub.r. pod Irpieniem. „Bojec” wyjął z kamizelki kuloodpornej płytę balistyczną i w to miejsce włożył Macbooka, zabranego z opuszczonego przez Ukraińców domu. Gdy trafiła go karabinowa kula, wsad na piersi okazał się niewystarczający.

Równie zabójczą beztroską wykazał się holenderski piłkarz Mourad Lamrabatte, który w maju minionego roku, na Majorce, zapragnął skoczyć z klifu do oceanu. Atletyczny 31-latek poprosił krewnych o sfilmowanie wyczynu. Wydał z siebie triumfalny okrzyk i rzucił się w otchłań. Problem w tym, że skakał z dużej wysokości – 30 m – a bezpieczne lądowanie zapewniłoby mu odbicie się od skały na odległość 10 m. Wówczas nie wpadłby na podwodne skały, o które ostatecznie się roztrzaskał. Z raportu koronera wynikało, że obrażenia skoczka-amatora przypominały skutki potrącenia przez pojazd na autostradzie.

Brutalne zderzenie z twardą materią stało się udziałem 46-letniego Włocha z miasta Cattolica. Znanego społeczności złodziejaszka, który w pewną kwietniową noc (co ciekawe, wielkanocny poniedziałek…), wziął na celownik budynek lokalnego targowiska. Zapewne zmęczony robotą i spragniony, postanowił napić się wody. Chwycił więc plastikową butelkę, będącą częścią większego stosu. Gwałtowne szarpniecie naruszyło delikatną konstrukcję i lawina butelkowanej cieczy zasypała rabusia. Na amen, o czym wiemy ze sklepowego monitoringu, przejrzanego przez miejscowych karabinierów.

Na tym tle znacznie mniej pechowo wygląda śmierć 49-letniego mieszkańca stanu Maryland, którego znaleziono w domu w towarzystwie 124 jadowitych współlokatorów – kobr, grzechotników, czarnych mamb i gigantycznego pytona. Egzotyczne węże żyły w dobrze utrzymanych terrariach, ale jeden z nich wybrał wolność. Po drodze odwdzięczając się za opiekę siedzącemu w salonie, przed telewizorem, właścicielowi. Co istotne, okoliczni mieszkańcy nie mieli pojęcia o niebezpiecznym hobby sąsiada. Źródła nie podają, czy udało się dorwać uciekiniera-zabójcę…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Pawłowi Ostojskiemu, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Piotrowi Maćkowiakowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Tomaszowi Frontczakowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Aleksandrowi Stępieniowi, Szymonowi Jończykowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi i Justynie Miodowskiej.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Marcelowi ze Szczecina, Przemysławowi Sałudze, Emilowi Morawcowi oraz Marcinowi Figurskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Armia rosyjska, jako całość, zasłużyła na Nagrodę Darwina za 2022 rok. Niestety, instytucje wyróżnień nie dostają… Zniszczony i porzucone rosyjskie czołgi pod Charkowem/fot. Sztab Generalny ZSU