Brama

Amerykańska baza lotnicza we Wrocławiu zacznie działać w 2029 roku. Zanim pojawią się tu transportowce Galaxy, swoje zadania muszą opanować ludzie, którzy będą je przyjmować.

Na lotnisku Wrocław-Strachowice ruszyły prace przy budowie amerykańskiej bazy przeładunkowo-rozładunkowej APOD (Air Port of Debarkation). Plany zakładają wybudowanie m.in. płyty postojowej dla ciężkich samolotów, drogi kołowania, płaszczyzny do przeładunku materiałów niebezpiecznych i amunicji oraz budynku portu przeładunkowego (cargo). Powstaną też terminal pasażerski, nowoczesna sieć telekomunikacyjna i parking. Całość inwestycji ma być gotowa do 2035 roku, ale baza zacznie działalność już w 2029 roku. „Planowana infrastruktura ma pozwolić na równoległą obsługę kilku statków transportowych”, mówi ppłk Karol Bibik, komendant lotniska Wrocław. „Obsługa największych samolotów, potężnych C-5 Galaxy i mniejszych C-17 Globemaster III, potrwa kilku godzin. W tym czasie terminal pasażerski będzie w stanie przyjąć kilkuset żołnierzy”, wylicza pułkownik. „Przy założeniu, że operacja potrwa całą dobę, daje to pokaźny kontyngent”.

APOD powstaje z myślą o Amerykanach, ale z infrastruktury skorzystają też Polacy – dla których wybudowane zostaną dodatkowe stanowiska postojowe  oraz, w razie potrzeby, inne sojusznicze armie. „Baza ma stać się główną lotniczą bramą dla wojsk amerykańskich i sojuszniczych kierowanych do Polski”, wyjaśnia ppłk Bibik. „To element rozwijanej przez Amerykanów koncepcji mobility, której celem jest szybkie przyjęcie, uporządkowanie i dalsze skierowanie sił w rejon operacji. Po wylądowaniu żołnierze opuszczą pokłady samolotów, sprzęt trafi do stref przeładunkowych, a pododdziały do rejonów czasowego pobytu, gdzie będą mogły odpocząć i odtworzyć gotowość. Stamtąd ruszą w wyznaczone miejsca”.

Nad całością operacji będą czuwać Amerykanie stanowiący personel APOD. Współpracować z nimi mają Polacy, którzy już dziś przygotowują się do realizacji zadań. O tych zadaniach rozmawiamy z przedstawicielami kilku kluczowych lotniskowych służb.

Wszystko zaczyna się od planu

„Każda załoga musi złożyć plan lotu”, opowiada starszy chorąży, szef biura odpraw załóg (jego personalia, i innych naszych rozmówców, pozostają niejawne). „Są w nim zawarte wszystkie najważniejsze informacje, m.in. lotniska startu, lądowania i zapasowe, trasa przelotu, przewidywany czas startu i lądowania. Plan trafia do systemów zarządzania ruchem lotniczym. Trzeba sprawdzić dostępność przestrzeni powietrznej, uzyskać zgody na przelot, uzgodnić możliwość wykorzystania lotnisk zapasowych”, wymienia chorąży. Dziś wojskowe samoloty korzystające z wrocławskiego portu realizują te formalności za pośrednictwem macierzystych jednostek. „Po uruchomieniu APOD-u załoga, która przyleci do Wrocławia, będzie mogła przygotować kolejny lot bezpośrednio tutaj”, mówi szef biura odpraw. To jedna z wielu zmian, które dla pasażera pozostałyby niezauważalne, ale w powietrznej logistyce mają ogromne znaczenie. Celem APOD-u jest maksymalne skrócenie czasu pomiędzy lądowaniem a ponownym poderwaniem samolotu, co wymusza eliminowanie każdego zbędnego etapu, także administracyjnego.

Jeśli wszystko przebiegnie zgodnie z planem, za kilka lat taki scenariusz stanie się we Wrocławiu codziennością. Nad lotniskiem pojawi się transportowiec, otrzyma zgodę na lądowanie, dotknie kołami pasa i rozpocznie kołowanie. W tym momencie skończy się rola cywilnych służb. „Załoga przełączy częstotliwość i przejdzie pod wojskowego koordynatora ruchu lotniczego”, wyjaśnia starszy chorąży sztabowy, kierownik sekcji koordynacji ruchu lotniczego. To jedna z nowych komórek tworzonych z myślą o funkcjonowaniu APOD-u. Po co? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że chodzi jedynie o wskazanie miejsca postoju. W rzeczywistości sprawa jest bardziej skomplikowana. Koordynator musi zsynchronizować pracę wielu służb odpowiedzialnych za przyjęcie samolotu. „Trzeba podstawić cysterny, przygotować sprzęt do uruchamiania silników, zabezpieczyć tankowanie, także od strony przeciwpożarowej, a zimą zadbać o odladzanie samolotów i infrastruktury lotniskowej”, wylicza podoficer. W przypadku jednego samolotu procedura nie wydaje się skomplikowana. APOD powstaje jednak przede wszystkim po to, by w krótkim czasie przyjąć kilka dużych transportowców.

Pogoda dla pilotów

W lotnictwie istnieje wiele powodów, dla których samolot może nie wystartować – jednym z nich jest pogoda. Dlatego w strukturze tworzonej bazy znajdzie się też biuro meteorologiczne. „Ludzie są już po szkoleniach teoretycznych, teraz zdobywają doświadczenie praktyczne na innych lotniskach wojskowych”, relacjonuje szef biura meteo. Przyszli meteorolodzy APOD-u nie będą ograniczać się do obserwowania nieba nad Wrocławiem. „Załoga otrzyma informacje o warunkach pogodowych na całej trasie przelotu, prognozowanych zjawiskach niebezpiecznych, zachmurzeniu czy wiatrach na poszczególnych wysokościach”, wyjaśnia wojskowy meteorolog. To na podstawie takich danych piloci podejmują decyzje dotyczące wysokości lotu czy wyboru lotnisk zapasowych.

Wojskowi meteorolodzy korzystają z rozbudowanej sieci źródeł – od krajowych i międzynarodowych depesz meteorologicznych, przez dane radarowe i satelitarne, po prognozy tworzone przez wyspecjalizowane modele numeryczne. Ale w przyszłości wrocławska służba ma korzystać także z nowych źródeł danych. Niezależnie od inwestycji związanych z APOD-em w okolicach Wrocławia stanie radar meteorologiczny, a port lotniczy zyska systemy wykrywające wyładowania atmosferyczne w rejonie lotniska. „Takie informacje są potrzebne choćby podczas tankowania”, tłumaczy szef biura meteo.

To tylko fragment tekstu, który opublikowałem w „Polsce Zbrojnej” – oto link do pełnej e-wersji artykułu. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Załadowany C-5 w drodze z Wrocławia do Iraku. Jesień 2005 roku/fot. własne

Algorytm

Współczesne pole walki jest nasycone sensorami – śledzą je satelity obserwacyjne i kamery tysięcy dronów. Ale dane zbierają nie tylko armie i służby wywiadowcze, źródłem informacji mogą być też cywile, komercyjne aplikacje czy kamery monitoringu.

Dobrym przykładem są wydarzenia z maja 2023 roku, gdy rosja przeprowadziła jeden z najintensywniejszych ataków rakietowych na Kijów. Wkrótce po nalocie w mediach społecznościowych zaczęły pojawiać się nagrania przedstawiające pracę ukraińskiej obrony przeciwlotniczej. Na filmach widać było startujące pociski przechwytujące, błyski wystrzałów i kierunki działania poszczególnych systemów. Ukraińska Służba Bezpieczeństwa (SBU) zatrzymała kilka osób odpowiedzialnych za publikację materiałów. Ci ludzie nie chcieli pomagać rosjanom – większość z nich po prostu dokumentowała wydarzenia, które obserwowała z okien własnych mieszkań. Problem polegał na tym, że takie nagrania mogły pomóc przeciwnikowi ustalić położenie stanowisk obrony przeciwlotniczej, ocenić skuteczność ich działania i skorygować kolejne uderzenia.

To istotna zmiana względem wcześniejszych konfliktów. Jeszcze kilkanaście lat temu zdobycie podobnych informacji wymagało wysłania zwiadowców, wykorzystania samolotów rozpoznawczych lub satelitów wojskowych. Dziś część tej pracy wykonują zwykli użytkownicy smartfonów, często nieświadomie. Każde zdjęcie, film czy wpis zamieszczony w Internecie staje się potencjalnym elementem większej układanki, którą przeciwnik może uzupełniać informacjami pochodzącymi z innych źródeł.

—–

Jeśli smartfon jest dziś źródłem danych, to komunikatory stały się jednym z najważniejszych kanałów ich wymiany. Szczególne miejsce zajmuje tu Telegram, który podczas wojny w Ukrainie urósł do rangi podstawowego narzędzia komunikacji. Korzystają z niego żołnierze, blogerzy wojskowi, dziennikarze, urzędnicy, służby ratunkowe i zwykli mieszkańcy. To właśnie tam najszybciej pojawiają się informacje o alarmach lotniczych, skutkach ostrzałów czy ruchach wojsk.

We wrześniu 2024 roku ukraińskie władze zakazały korzystania z Telegrama na urządzeniach służbowych używanych przez wojskowych, urzędników administracji państwowej oraz pracowników infrastruktury krytycznej. Decyzję uzasadniono obawami dotyczącymi bezpieczeństwa informacji. Według ukraińskich służb komunikator był wykorzystywany przez rosjan do pozyskiwania danych o użytkownikach, ich aktywności oraz kontaktach.

Ta sytuacja dobrze pokazuje, jak bardzo zmienił się charakter współczesnego pola walki. Jeszcze kilka lat temu zagrożeniem było opublikowanie jednego zdjęcia z niewłaściwym tłem. Dziś źródłem kłopotów są całe sieci powiązań. Kto z kim rozmawia, do jakich grup należy, jakie treści obserwuje i jak szybko reaguje na określone wydarzenia – wszystko to może stanowić materiał analityczny. Sam komunikat rzadko bywa najcenniejszy. Znacznie większą wartość mają dane towarzyszące jego wysłaniu.

Z tego samego powodu coraz większe znaczenie zyskują działania określane mianem SOCMINT-u (Social Media Intelligence), czyli rozpoznania prowadzonego za pośrednictwem mediów społecznościowych i komunikatorów. Analitycy śledzą nie tylko publikowane treści, lecz także wzorce aktywności całych społeczności. Nagły wzrost liczby wpisów z określonego regionu (miasta, dzielnicy, osiedla), pojawienie się wielu podobnych nagrań czy zmiana aktywności lokalnych grup – jak choćby gwałtowne, nieoczekiwane wyciszenie – może stanowić sygnał świadczący o ważnych wydarzeniach wojskowych. W praktyce znów oznacza to, że nawet osoby niemające nic wspólnego z armią mogą nieświadomie dostarczać danych przydatnych przeciwnikowi.

—–

Co istotne, informacje nie giną w szumie danych. Do niedawna zdjęcie opublikowane w Internecie mogło pozostać niezauważone, a pojedynczy ślad aktywności nie musiał nikogo zainteresować. Dziś przeciwnik coraz rzadziej czeka na spektakularny błąd drugiej strony (bądź osób czy podmiotów z nią związanych). Znacznie częściej buduje obraz sytuacji z (setek) tysięcy drobnych elementów, które osobno wydają się nieistotne. Weźmy przykład tropienia lokalizacji konkretnych jednostek – tu już dawno wiodącej roli nie pełni nasłuch radiowy. Jeden dron zauważy ruch pojazdów. Inny zarejestruje świeże ślady gąsienic. Satelita dostarczy aktualne zdjęcie terenu. Kamera monitoringu uchwyci przejazd kolumny. A algorytm połączy te informacje szybciej, niż byłby w stanie zrobić to nawet liczny zespół analityków.

Ten tekst w znacznie rozbudowanej formie znajdziecie w magazynie „Polski Zbrojnej”. W lipcowym numerze miesięcznika zamieściłem także dwa inne artykuły – zapraszam Was do ich lektury. „Pezetkę” w papierze możecie nabyć w dobrych salonikach prasowych, e-wydanie dostępne jest pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Skutki jednego z rosyjskich ataków na Kijów/fot. screen z filmu masowo udostępnianego przez ukraińskie konta

Kryptonimy

„Dzielny dzik”, „Bystry epifaktor”, „Mądry lekarz” czy po prostu „Anakonda” – kryptonimy ćwiczeń bywają poważne, zagadkowe, a czasem wręcz komiczne. Za każdą taką nazwą stoi jednak zestaw zasad, wielostopniowy proces uzgodnień i logika, której przeciętny obserwator zwykle nie dostrzega.

Podczas VIII zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Afganistanie stacjonujące w Ghazni Zgrupowanie Bojowe „Alfa” realizowało wspólnie z amerykańskim wojskiem wiele przedsięwzięć bojowych. Operacjom nadawano kryptonimy z inicjatywy Amerykanów i według ich zasad. Zwykle były to frazy w stylu „Nocna furia” czy „Czarny orzeł”, zapisywane rzecz jasna po angielsku. Aż któregoś razu poproszono Polaków, by wymyślili własny kryptonim. Dowodzący Alfą ówczesny płk Jarosław Górowski rzucił pomysł, który obezwładnił sojuszników. „Szczerbiec!”, rzekł, zaraz wyjaśniając, że chodzi o miecz, i to nie byle jaki, a archetypiczny, będący jednym z polskich insygniów koronacyjnych. „Jarek opowiedział mi tę historię podczas przekazywania obowiązków”, wspomina gen. bryg. dr Rafał Miernik, dowódca Alfy podczas kolejnej, IX zmiany. „Mało się nie popłakałem ze śmiechu”, przyznaje. „Oczywiście Amerykanie nie byli w stanie tego wymówić, więc »Szczerbiec« przepadł”, dodaje szef Zarządu Szkolenia P7 Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.

Wymóg poprawnej polszczyzny

Sił Zbrojne RP nie biorą dziś udziału w operacjach bojowych, ale intensywnie się szkolą. Tymczasem wszystkie ćwiczenia wojsk od batalionu wzwyż – a jest ich rocznie ponad 900 – wymagają własnego kryptonimu. Wymyśla się je podczas opracowywania tzw. instrukcji, dokumentu określającego zasady organizacji ćwiczeń. Trzon zespołu autorskiego wystawia Zarząd P7 SGWP, w jego skład wchodzą też, w zależności od potrzeb, przedstawiciele dowództw rodzajów sił zbrojnych, rodzajów wojsk i związków taktycznych. „Taki zespół liczy około dwudziestu osób”, mówi płk Dariusz Jaros, szef Oddziału Programowania Szkolenia Dowództw i Ćwiczeń SZRP w SGWP. „Zwykle trzeba kilku spotkań, by wypracować ostateczny kształt dokumentu, a całość, w tym fragment dotyczący kryptonimu, przechodzi weryfikację językową. Polonistki z Dowództwa Transformacji i Szkolenia Sił Zbrojnych dbają o to, by wszystko było napisane poprawną polszczyzną”.

Czy wspomniany zespół ma dowolność w dobieraniu nazw? Wydaje się, że jest ona spora – wiele kryptonimów brzmi jak efekt swobodnej zabawy słowami czy wręcz niepohamowanej fantazji. Dość wspomnieć takie przedsięwzięcia jak „Dzielna zawała”, „Dzielny bóbr” lub „Bystry epifaktor”. Rzeczywistość jest jednak bardziej złożona. Zasady nadawania kryptonimów są unormowane w dokumentach doktrynalnych – narodowych i natowskich – a te w dużej mierze pozostają niejawne. Z dostępnych informacji wynika, że kryptonim powinien składać się z dwóch słów w języku polskim – choć w ćwiczeniach będących wizytówką sił zbrojnych bądź mających charakter wielonarodowy dopuszczalny jest zapis po angielsku. Nazwa może charakteryzować podejmowaną w ćwiczeniach problematykę (np. „Szybki marsz”, „Silna zapora”) lub region, rzekę w rejonie stacjonowania jednostki wojskowej (np. „Ogniste Pomorze”, „Wartka Pilica”) bądź też termin realizacji (np. „Zimna wiosna”, „Jesienny ogień”). W oficjalnym zapisie kryptonimów należy używać wyłącznie wielkich liter poprzedzonych skrótem pk. („pod kryptonimem”), po myślniku dopełnionych ostatnimi dwiema cyframi roku realizacji zamierzenia, np. ćwiczenie pk. WARTKA PILICA-19.

Dwuczłonowość niesie pułapki

„Nie wolno stosować skrótów i oznaczeń przypisanych do ćwiczeń realizowanych przez dowództwa NATO lub inne międzynarodowe struktury dowodzenia”, zastrzega płk Jaros. „Określając kryptonim, uwzględnia się system nazw przyjęty dla danego szczebla organizacyjnego, na którym prowadzone będą ćwiczenia”, mówi, wskazując kolejne zasady. W siłach zbrojnych RP indywidualne kryptonimy stosuje się w odniesieniu do ćwiczeń organizowanych przez m.in. SGWP, Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych, Operacyjne RSZ, Komendę Główną Żandarmerii Wojskowej, dowództwa komponentów czy wreszcie poszczególnych oddziałów (brygad, pułków, formacji równorzędnych).

I tak np. dla przedsięwzięć realizowanych przez Sztab Generalny WP zarezerwowano pory roku, dla KGŻW nazwy miesięcy. Dla wojsk lądowych przewidziano nazwy dzikich zwierząt lądowych, takich jak borsuki, rysie czy pumy. Ćwiczenia sił powietrznych winny nosić kryptonimy odwołujące się do drapieżnych ptaków – orłów, jastrzębi itp. Do domeny morskiej przypisano miana morskich zwierząt (przede wszystkim ptaków) i wiatrów. Wojska medyczne i cybernetyczne zobligowane są do sięgania po terminologię specjalistyczną, np. nazwy sprzętów. W użytku są również nazwy kamieni szlachetnych, kiedyś wykorzystywane przez wojewódzkie sztaby wojskowe, dziś przez wojskowe centra rekrutacji.

„Dzięki temu osoby wtajemniczone już po kryptonimie mogą określić, kto jest organizatorem danego przedsięwzięcia”, zwraca uwagę płk Jaros. I dodaje, że do 2023 roku w WP obowiązywały określenia jednowyrazowe, takie jak „Ryś”, „Borsuk” czy „Granica”. „Przejście na kryptonimy dwuczłonowe wynikało przede wszystkim z potrzeby dostosowania się do standardów NATO”, tłumaczy mój rozmówca. „Było to o tyle konieczne, że każde państwo członkowskie zgłasza do natowskiego programu ćwiczeń własne przedsięwzięcia szkoleniowe, otwarte dla sojuszników. Poza tym granica między ćwiczeniami narodowymi a międzynarodowymi coraz bardziej się zaciera. Dziś nawet na poziomie brygady w wielu przedsięwzięciach uczestniczą żołnierze innych państw, choćby dlatego, że stacjonują na terytorium Polski. Ujednolicone nazewnictwo jest po prostu wygodniejsze dla wszystkich”, przekonuje Dariusz Jaros. I tak organizowana od lat „Anakonda” od tego roku będzie się nazywać „Dzielny husarz” (ang. „Brave Hussar”), a inne cykliczne ćwiczenie – „Dragon” – w przyszłym roku odbędzie się pod kryptonimem „Polski dragon”.

Owa dwuczłonowość, choć spełnia wymóg sojuszniczej standaryzacji, niesie też pułapki – przy konieczności stworzenia dziewięciuset kryptonimów nie zawsze da się uniknąć zabawnych zestawień. Zasadniczo jednak nazwa ćwiczeń – zwłaszcza tych największych, składających się z całej serii przedsięwzięć szkoleniowych – ma też pełnić rolę skróconego komunikatu strategicznego. Dobrym przykładem jest ubiegłoroczny „Żelazny obrońca ‘25”, nazwa federacji ponad 30 ćwiczeń różnych rodzajów sił zbrojnych, będących odpowiedzią na działania armii rosyjskiej i białoruskiej. Na bieżący rok zaplanowano dwie takie federacje: w czerwcu odbył się „Bursztynowy obrońca ‘26”, we wrześniu wystartuje „Czarny obrońca ‘26” – z podobnym przekazem, lecz o skali mniejszej niż zeszłoroczne działania.

A jak powstają kryptonimy natowskie? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w „Polsce Zbrojnej”. Dostęp do wersji elektronicznej znajdziecie pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Atak czołgów, wspartych śmigłowcami szturmowymi. Epizod ćwiczeń „Anakonda 10”/fot. własne

(Nie)moc

Przed 24 lutego 2022 roku eksperci nie spodziewali się takiego przebiegu wojny powietrznej nad Ukrainą. „Sądziłem, że będzie jak w Zatoce Perskiej”, przyznaje mjr rez. pil. Michał Fiszer, analityk militarny. „Że dojdzie do zniszczenia obrony przeciwlotniczej, zdobycia przewagi powietrznej i regularnych uderzeń dużych ugrupowań lotniczych na cele w głębi Ukrainy”.

Taki scenariusz wydawał się logiczny również dlatego, że rosja latami budowała wizerunek swoich sił powietrznych jako nowoczesnej formacji. Pokazywano nowe samoloty, uzbrojenie precyzyjne i zaawansowane systemy celownicze. „Tymczasem część tej nowoczesności była iście »potiomkinowska«”, mówi Fiszer. „rosjanie chwalili się własnymi zasobnikami celowniczymi, a później wychodziło, że to »przepakowane« rozwiązania francuskie, które bez wsparcia serwisowego po prostu nie działały”.

Latanie w ciemno

Szybko okazało się, że rosyjskie problemy z opanowaniem przestrzeni powietrznej nad Ukrainą nie wynikają wyłącznie z jakości sprzętu. Ważniejsze były ograniczenia doktrynalne, organizacyjne i systemowe. rosjanie dysponowali stosunkowo nowoczesnymi samolotami i dużą liczbą pocisków, ale nie potrafili połączyć wszystkich elementów w spójną operację. „Ich działania były wyizolowane”, podkreśla ppłk rez. pil. Marcin Modrzewski, były dowódca 10 Eskadry Lotnictwa Taktycznego. „Brakowało synergii między lotnictwem, rozpoznaniem, walką radioelektroniczną, obroną przeciwlotniczą i wojskami lądowymi”.

W zachodnim modelu operacji lotniczej samoloty uderzeniowe nie działają samodzielnie. Towarzyszą im maszyny walki radioelektronicznej, wczesnego ostrzegania, platformy rozpoznawcze i wyspecjalizowane systemy zwalczania obrony przeciwlotniczej. Część samolotów nie atakuje celów naziemnych – ich zadaniem jest „oślepienie” przeciwnika, zakłócenie radarów i stworzenie bezpiecznego korytarza dla maszyn uderzeniowych.

rosjanie nie byli w stanie przeprowadzić takiej kampanii. Już w pierwszych dniach wojny stało się jasne, że mają ogromne problemy z lokalizowaniem ukraińskich radarów i zwalczaniem OPL. „Ich pociski przeciwradiolokacyjne często lądowały w przypadkowych miejscach”, mówi mjr Fiszer. „Momentami wyglądało to tak, jakby rosyjskie lotnictwo latało kompletnie w ciemno”.

Zdaniem ppłk Modrzewskiego, jednym z najlepszych przykładów rosyjskich problemów stała się bitwa o Hostomel. Pierwszego dnia wojny rosjanie próbowali przejąć strategiczne lotnisko pod Kijowem, desantując tam wojska śmigłowcami. Plan zakładał szybkie zabezpieczenie pasa startowego i przerzut kolejnych oddziałów ciężkimi Iłami-76. rosjanie próbowali jednak przeprowadzić operację powietrznodesantową bez wcześniejszego zdobycia panowania w powietrzu. „To było myślenie niemal dziewiętnastowieczne”, ocenia pułkownik. „NATO nigdy nie próbowałoby wykonywać takiej operacji bez wcześniejszego obezwładnienia obrony przeciwlotniczej przeciwnika i zabezpieczenia przestrzeni powietrznej”. Nieniepokojeni „z góry” Ukraińcy odzyskali kontrolę wokół lotniska. Ił-76 nie wylądowały w Hostomlu, a rosyjski plan zajęcia Kijowa – mający prowadzić do błyskawicznego zakończenia kampanii – spełzł na niczym.

Zaczęły też wychodzić na jaw problemy z kontrolą własnej przestrzeni powietrznej i wymianą danych między poszczególnymi elementami rosyjskiego systemu walki. „Jeśli dochodzi do sytuacji, w której własna obrona przeciwlotnicza zestrzeliwuje samolot wczesnego ostrzegania A-50, to jakość systemu »swój-obcy« jest wątpliwa, a świadomość sytuacyjna niska”, mówi Marcin Modrzewski.

Wojna na dystans

Długo by wymieniać inne słabości, dość że ukraińskie zestawy S-300, Buk, a później także zachodnie Patrioty czy NASAMS-y szybko odebrały rosjanom zdolność do prowadzenia głębokich operacji nad Ukrainą. Ale i Ukraińcy nie mogli pozwolić sobie na głębokie loty. „rosjanie mają gęsty, warstwowy system obrony przeciwlotniczej”, opowiada Michał Fiszer. „Do tego dochodzą MiG-31 uzbrojone w pociski R-37M. To są rakiety, które mogą razić cele z odległości 200 km”. Ukraińskie lotnictwo musi więc działać bardzo ostrożnie nawet daleko od linii frontu. Jego aktywność potrafi ograniczyć już samo pojawienie się rosyjskich myśliwców dyżurujących nad własnym terytorium. „Ukraińskie maszyny były zestrzeliwane z ogromnych odległości”, mówi Fiszer. „Pilot często nawet nie miał świadomości, skąd odpalono rakietę”.

W efekcie obie strony zaczęły razić się z odległości, przy użyciu rakiet i pocisków manewrujących. Zdecydowaną przewagę wciąż mają tu rosjanie, dysponujący lotnictwem strategicznym, zdolnym atakować cele głęboko znad terytorium rosji, oddalone nawet o 2,5 tys. km. Z tym że takie ataki wymierzone są w infrastrukturę krytyczną – decydują o tym koszty i ograniczona podaż „inteligentnych” systemów broni. Frontowa „młócka” wymaga zaś tańszych rozwiązań. Tak narodziła się jedna z najważniejszych adaptacji tej wojny: masowe użycie bomb szybujących, pozwalających na wsparcie wojsk lądowych z bezpieczniejszego dystansu. Proces zainicjowali rosjanie. Stare bomby FAB zaczęli wyposażać w moduły UMPC – rozkładane skrzydła i systemy nawigacji satelitarnej. Dzięki temu ciężka, pierwotnie niekierowana bomba mogła zostać zrzucona nawet kilkadziesiąt kilometrów od celu. Sama technika ataku jest nieco archaiczna – rosyjskie samoloty lecą nisko, próbując ukryć się przed radarami i skrócić czas przebywania w zasięgu ukraińskiej OPL. „Maszyna praktycznie »kosi ziemię«, potem robi gwałtowną górkę, wykonuje zrzut i natychmiastowy zakręt z odejściem”, opisuje Fiszer. Pilot nie widzi celu, bomba leci na zaprogramowane współrzędne. „Te bomby są bardzo skuteczne”, mówi Fiszer. „Dobrze przygotowany schron trudno zniszczyć dronem, ale bomba szybująca potrafi zmieść takie stanowisko z powierzchni ziemi”.

Masowe użycie bomb szybujących stało się jednym z najważniejszych elementów rosyjskiej taktyki w latach 2023–2025.

Prawdziwą rewolucję przyniosło jednak masowe użycie systemów bezzałogowych – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w najnowszym wydaniu „Polski Zbrojnej”. Materiał – poza częścią opisową dotyczącą przebiegu wojny powietrznej nad Ukrainą – odnosi się również do popularnego argumentu, wedle którego dronizacja doprowadziła do „końca klasycznego lotnictwa”. Tej opinii często towarzyszy refleksja, że NATO nie jest gotowe na konflikt z rosją – do czego odnoszą się moi rozmówcy. W czerwcowy numerze „PZ” znajdziecie także mój drugi tekst, poświęcony hipotetycznej obronie krajów nadbałtyckich w razie agresji rosji. Magazyn jest dostępny w sprzedaży w salonikach prasowych, e-wersję możecie nabyć pod tym linkiem. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. rosyjska bomba szybująca FAB 3000 z modułem UMPC/fot. mofr

„Gra”

Na wojnie w Ukrainie nagrania z dronów pokazujące efekty walk są wykorzystywane do oceny skuteczności jednostek, które walczą na froncie. Sukcesy przelicza się na punkty, np. zestrzelenie śmigłowca 100 punktów, a te można wymienić na nowy sprzęt. Tak w uproszczeniu wygląda eksperymentalny projekt, który łączy elementy wojskowego systemu ocen, bazy danych i mechanizmów motywacyjnych.

Wojna w Ukrainie jest pierwszym konfliktem na taką skalę, w którym ogromna część działań bojowych jest automatycznie rejestrowana. Drony rozpoznawcze obserwują pole walki niemal bez przerwy, a drony uderzeniowe dokumentują własne ataki. W efekcie powstają miliony nagrań pokazujących zarówno przebieg walk, jak i ich rezultaty. Ukraińcy postanowili wykorzystać ten zasób nie tylko do celów wywiadowczych czy propagandowych.

Program „Army of Drones Bonus”, nazywany również „ePoints”, jest wspólnym przedsięwzięciem ukraińskiego Ministerstwa Obrony, Ministerstwa Transformacji Cyfrowej oraz platformy Brave1 nadzorowanej przez państwo i zajmującej się wspieraniem wojskowych innowacji. Za jego rozwój odpowiada m.in. minister obrony Mychajło Fedorow – niegdyś minister ds. cyfryzacji – który od początku pełnoskalowej wojny jest jedną z kluczowych postaci ukraińskiego programu bezzałogowców.

Pierwsze informacje o systemie pojawiły się w 2024 roku, a jego dynamiczny rozwój nastąpił w roku 2025. Zasada działania „ePoints” jest stosunkowo prosta. Żołnierze wykonujący zadanie bojowe muszą udokumentować jego efekt. W praktyce najczęściej odbywa się to za pomocą nagrań z dronów rozpoznawczych lub uderzeniowych. Materiały trafiają następnie do systemu DELTA, ukraińskiej platformy zarządzania polem walki, gdzie podlegają weryfikacji oraz ocenie, która polega na punktowaniu.

Ile wart jest rosyjski cel?

Liczba przyznawanych punktów zależy od rodzaju celu i jego znaczenia. System jest regularnie aktualizowany, dlatego poszczególne stawki zmieniały się wraz z rozwojem programu. Ukraińskie władze nie publikują pełnych, aktualnych tabel punktowych – te dane są częściowo chronione.

W początkowym okresie funkcjonowania programu za eliminację rosyjskiego żołnierza przyznawano sześć punktów. Zniszczenie czołgu było warte 40 punktów, a zestrzelenie śmigłowca nawet 100 punktów. Jednym z najwyżej punktowanych osiągnięć było pojmanie rosyjskiego żołnierza. Za to jednostka mogła otrzymać około 120 punktów. W kolejnych miesiącach system był modyfikowany. Wyraźnie wzrastała punktacja za eliminację operatorów bezzałogowców oraz niszczenie środków walki elektronicznej. Według ukraińskich władz wynikało to z rosnącej roli dronów na współczesnym polu walki i konieczności zwalczania rosyjskich zdolności w tym obszarze.

Wysoko punktowane są również systemy przeciwlotnicze, stanowiska dowodzenia oraz inny specjalistyczny sprzęt wojskowy. Co istotne, punkty otrzymuje jednostka, a nie konkretny operator. Oznacza to, że nagradzany jest efekt osiągnięty przez cały pododdział – od załóg dronów po osoby odpowiedzialne za rozpoznanie, planowanie misji czy analizę danych.

Wojskowy Amazon

Zdobyte przez jednostki punkty nie są jedynie elementem rankingu. Można je wymieniać na sprzęt wojskowy dostępny na platformie Brave1 Market, uruchomionej przez ukraińskie władze jako cyfrowy katalog technologii przeznaczonych dla sił zbrojnych.

Brave1 powstał w 2023 roku jako państwowa platforma wspierająca rozwój innowacji wojskowych. Jej zadaniem jest łączenie armii, państwa i prywatnych producentów uzbrojenia. Z czasem wokół projektu powstał rozbudowany ekosystem firm produkujących drony, systemy walki elektronicznej, roboty lądowe oraz inne rozwiązania wykorzystywane na froncie. Jednym z jego elementów stał się właśnie Brave1 Market. Ukraińskie media i zachodni komentatorzy często porównują go do Amazona lub sklepu internetowego dla wojska. Uprawnione jednostki mogą przeglądać ofertę dostępnego sprzętu, porównywać parametry i składać zamówienia, wykorzystując zgromadzone wcześniej punkty. Producent otrzymuje zamówienie i dostarcza sprzęt za pośrednictwem państwowego systemu logistycznego.

W katalogu znajdują się przede wszystkim różnego rodzaju bezzałogowce – od prostych dronów FPV po cięższe platformy uderzeniowe i rozpoznawcze. Oferta obejmuje również środki walki elektronicznej, systemy przeciwdronowe, naziemne roboty logistyczne i bojowe, a także części oraz podzespoły wykorzystywane do budowy własnych konstrukcji.

Według danych publikowanych przez ukraińskie władze w Brave1 Market dostępne są setki produktów pochodzących od dziesiątek krajowych producentów. Za pośrednictwem systemu ePoints i Brave1 Market na front trafiły już dziesiątki tysięcy dronów, systemów walki elektronicznej i innych urządzeń. Program jest przy tym stale rozwijany, a katalog dostępnego wyposażenia regularnie się powiększa.

Więcej niż system nagród

Choć program ePoints najczęściej przedstawiany jest jako mechanizm przyznawania punktów za zniszczone cele, w rzeczywistości jego funkcje są znacznie szersze. Dla ukraińskich władz punkty stanowią przede wszystkim narzędzie do zarządzania ogromnym ekosystemem jednostek dronowych, producentów sprzętu i danych napływających z pola walki.

Jedną z najważniejszych korzyści jest możliwość weryfikowania rzeczywistych efektów działań bojowych. Każde zgłoszenie wymaga udokumentowania i potwierdzenia, co ogranicza ryzyko zawyżania strat przeciwnika oraz pozwala porównywać skuteczność poszczególnych pododdziałów według tych samych kryteriów. W warunkach wojny prowadzonej na tysiąckilometrowym froncie ma to istotne znaczenie dla oceny sytuacji i planowania dalszych działań.

System pomaga również w podejmowaniu decyzji dotyczących dystrybucji sprzętu. Ukraina nie jest w stanie wyposażyć wszystkich jednostek w jednakowym stopniu, dlatego konieczne jest ustalanie priorytetów. Dzięki ePoints dodatkowe drony, środki walki elektronicznej czy roboty lądowe trafiają przede wszystkim do tych oddziałów, które regularnie dokumentują skuteczne wykorzystanie tego rodzaju wyposażenia.

Program odgrywa także rolę rozbudowanej bazy doświadczeń bojowych. Do systemu trafiają nagrania, informacje o użytym sprzęcie, rodzaju celu oraz rezultatach ataku. Pozwala to analizować skuteczność konkretnych rozwiązań technicznych i taktyk stosowanych na froncie. W praktyce oznacza to możliwość szybszego identyfikowania metod działania, które przynoszą najlepsze rezultaty.

Korzyści odnoszą również producenci uzbrojenia. Dzięki platformie Brave1 otrzymują bezpośrednią informację zwrotną od żołnierzy wykorzystujących ich konstrukcje w warunkach bojowych. Jeżeli określony model drona okazuje się szczególnie skuteczny, szybko znajduje to odzwierciedlenie w liczbie zamówień składanych przez jednostki. Jeżeli pojawiają się problemy techniczne, informacje o nich również trafiają do producenta znacznie szybciej niż w klasycznym systemie wojskowych zakupów.

Nie bez znaczenia pozostaje także czynnik psychologiczny. Twórcy programu otwarcie przyznają, że zależało im na stworzeniu mechanizmu zachęcającego jednostki do większej aktywności i skuteczności. Rankingi oraz możliwość zdobywania dodatkowego wyposażenia wprowadzają element rywalizacji między pododdziałami i mają motywować do osiągania lepszych wyników na polu walki.

To właśnie ten aspekt programu ePoints wzbudził największe zainteresowanie zachodnich mediów – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna”. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU