Karbala

22 lata temu w irackim mieście Karbala rozegrała się bitwa o City Hall – najpoważniejsze starcie polskich żołnierzy od zakończenia II wojny światowej.

Był 3 kwietnia 2004 roku. Mimo późnej pory Karbala nie spała. W centrum co jakiś czas rozlegały się serie z broni maszynowej. Ogień koncentrował się wokół ratusza, znanego jako City Hall. Im głębiej w noc, tym bardziej kanonada gęstniała, zmieniał się też jej charakter. To już nie były tylko serie z broni ręcznej. Syk wystrzeliwanych „erpegów” i ich eksplozje mogły oznaczać jedno: City Hall stał się celem skoordynowanego ataku.

Do kompleksu zmierzał patrol sił szybkiego reagowania. Kolumna Honkerów i BRDM-ów ruszyła z położonej pod miastem bazy Lima po informacji, że w Karbali „trochę strzelają”. Żołnierze zabrali więcej amunicji niż zwykle. „Ledwie dojechaliśmy, dostaliśmy ogień z karabinów i granatników RPG”, wspomina Hubert Świątkiewicz, wówczas dowódca drużyny. „Szybko przeskoczyliśmy na teren ratusza i wtedy się zorientowaliśmy, że brakuje nam tłumacza. Rozpłaszczył się przerażony na pace Honkera. Trzeba było po niego wracać…”, relacjonuje podoficer. Dopiero po ściągnięciu cywila w bezpieczniejsze miejsce Świątkiewicz i jego koledzy mogli zająć stanowiska na dachach City Hall.

Symboliczny punkt w mieście

Na początku kwietnia 2004 roku niemal cały południowy Irak ogarnęła fala zbrojnych wystąpień zwolenników szyickiego duchownego Muktady as-Sadra. Jego milicja w krótkim czasie przejęła kontrolę nad wieloma dzielnicami miast. Sytuację dodatkowo komplikowało święto Aszura. Do Karbali przybywały dziesiątki tysięcy szyickich pielgrzymów, a tak wielkie zgromadzenia sprzyjały mobilizacji zwolenników as-Sadra.

Polski kontyngent odpowiadał za bezpieczeństwo dużej części południowo-środkowego Iraku w ramach Wielonarodowej Dywizji Centrum–Południe. W bazie Lima pod Karbalą stacjonowali polscy, amerykańscy i tajscy żołnierze, w samym mieście – Bułgarzy. W znajdującym się w centrum metropolii City Hall mieściły się natomiast władze prowincji, komisariat oraz niewielkie więzienie. Kto panował nad ratuszem, ten symbolicznie panował nad miastem. Dlatego w nocy z 3 na 4 kwietnia powstańcy szybko właśnie tam skierowali ogień.

Gwałtowność ataku zaskoczyła Polaków. „Nic nie wskazywało na to, że wydarzy się coś tak dużego”, przekonuje Rafał Radomski, wówczas starszy kapral i strzelec rozpoznania. Jak jednak przyznaje, już wcześniej zdarzały się trudne sytuacje. Podczas jednego z patroli jego oddział został zablokowany na ulicy. „Z przodu samochód, z tyłu samochód, i strzały zza muru. Na szczęście udało nam się wyrwać”. O napięciu w mieście świadczyło też zachowanie bojowników. „Chodzili z bronią zupełnie jawnie”, wspomina Jacek Klimanek, wtedy starszy sierżant.

Najbardziej niepokojący sygnał przyszedł ze strony miejscowych formacji bezpieczeństwa. Plut. Paweł Erdmann zapamiętał jedną z nocy poprzedzających wybuch powstania. „W pobliżu naszej bazy stacjonował batalion irackiej policji. W pewnym momencie cały po prostu zniknął. Wiedzieliśmy, że zabrana przez tamtych broń trafi do przeciwnika”.

„Byliśmy jak monolit”

4 kwietnia bitwa rozgorzała na dobre. „Ostra wymiana ognia zaczęła się około pierwszej w nocy”, wspomina Hubert Świątkiewicz. „Dopiero gdy muezin zaczął wzywać do modlitwy i zrobiło się jasno, atak wyraźnie osłabł”. Napastnicy strzelali wprost z ulicy oraz z dachów i okien pobliskich budynków. Do broni ręcznej i „erpegów” wkrótce dołączyły moździerze. „To ich i snajperów baliśmy się najbardziej”, przyznaje Rafał Radomski.

Walki miały swój rytm. „Pół godziny ciszy, pięć minut strzelaniny. Godzina spokoju i znowu kilka, kilkanaście minut ognia”, wspomina Paweł Erdmann. W przerwach żołnierze poprawiali stanowiska i łapali oddech – jedli, spali, niektórzy nawet grali w karty. „Ja robiłem zdjęcia”, Radomski uśmiecha się szeroko. „Koledzy się ze mnie podśmiewali, ale potem wszyscy chcieli, żebym im pozgrywał pliki”, opowiada nieformalny kronikarz karbalskiej bitwy.

„Bałeś się?”, po tym pytaniu Paweł Erdmann chwilę się zastanawia. „Z jednej strony ta cała kanonada przypominała mi wtedy sylwestrowe fajerwerki”, mówi. „Ale z drugiej, tamci nie odstępowali, a nas walczyło zaledwie kilkudziesięciu i mieliśmy ograniczoną ilość amunicji. Wokół było wrogie, wielkie miasto, czułem, że jesteśmy jak samotna wyspa na oceanie. Zwłaszcza nocą, kiedy wiedzieliśmy, że śmigłowce nie latają, i może być problem z logistyką. Był taki moment, w którym uznałem, że jak przełamią nasze pozycje, to ostatnią pestkę zachowam dla siebie”, wyznaje Erdmann. „Nie nadaję się na zakładnika”, dodaje.

„Pamiętam jednego z moich żołnierzy”, do rozmowy włącza się Świątkiewicz. „Chłopak oparł się o ścianę i powiedział, że nie będzie strzelał. Trzeba było go postawić na nogi”. Każdy musiał sobie w głowie poukładać tę sytuację. „Tylko idiota się nie boi”, stwierdza Jacek Klimanek. „Za pierwszym razem wszedłem na dach bez problemu, bo nie wiedziałem, co mnie czeka. Ale kiedy miałem wejść drugi raz…”, nasz rozmówca zawiesza głos. „Słyszałem strzały, wiedziałem już, jak to wygląda”, relacjonuje. Mimo wątpliwości Klimanek wrócił na stanowisko. Żaden z jego kolegów nie opuścił też swojego. Strach nie znikał, ale przestawał paraliżować. Liczyło się tylko to, żeby utrzymać pozycje i nie dopuścić przeciwnika do budynku. „Byliśmy jak monolit”, konkluduje Erdmann.

Ten monolit wcale nie był czymś oczywistym – dlaczego? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w magazynie i portalu „Polska Zbrojna”. Oto link do tego materiału, gdzie znajdziecie również więcej zdjęć z Karbali. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Pozycja na dachu City Hallu. Zdjęcie prezentuję dzięki uprzejmości jednego z obrońców ratusza, Pawła Erdmanna

Namiastka

Dron zawisł nad drzewami, a obraz z jego kamery termowizyjnej szybko ujawnia wyraźny ślad ciepła. Ktoś przykrył się płachtą, ale zrobił to niedokładnie. Materiał przylgnął do ciała, po kilkunastu sekundach się nagrzał i w termowizji zaczął świecić jak latarnia. „Brak odstępu to podstawowy błąd”, mówi instruktor, objaśniając zasady kamuflażu termicznego. „Jeśli materiał styka się z ciałem, ciepło przechodzi bezpośrednio i szybko wyrównuje temperaturę. Dlatego między ciałem a pierwszą warstwą maskowania musi być przestrzeń – najlepiej kilkanaście centymetrów powietrza, które działa jak izolator”, wyjaśnia podoficer. Jak podkreśla, najlepiej w ogóle wkopać się w ziemię – grunt stabilizuje temperaturę i ogranicza emisję ciepła na zewnątrz. Dopiero nad takim zagłębieniem należy stworzyć kolejne warstwy: przestrzeń powietrzną, potem warstwę izolacyjną, a na końcu płachtę termiczną i maskowanie.

Na ekranie widać, że jedno stanowisko ma zbyt regularny kształt – niemal prostokąt, który odcina się od tła. Inne zdradza cień, który wraz z przesuwającym się słońcem zaczyna układać się nienaturalnie. Kolejne demaskuje kolor – świeżo ścięte gałęzie są jaśniejsze niż otoczenie. „Dron dojrzy wszystko”, mówi po polsku instruktor, a tłumaczka przekłada jego słowa na ukraiński. „Temperaturę, kształt, kontrast, cień. Nie maskujesz się przed jednym sensorem, tylko przed całym ich zestawem”.

Ćwiczenia dla ukraińskiej kompanii odbywają się w południe, kiedy las jest już nagrzany. Wtedy najlepiej widać, jak stanowisko zaczyna „pracować” w termowizji. Rano łatwiej byłoby się ukryć, wieczorem też. W środku dnia błędy w maskowaniu wychodzą natychmiast. Okazuje się, że grupa, która korzystała wyłącznie z naturalnych materiałów, wypada lepiej. Jej stanowiska są nieregularne, „rozlane” w terenie, trudniejsze do uchwycenia. Ale i tam pojawiają się ślady – naruszona ściółka, źle dobrane elementy roślinności, zbyt oczywiste linie. „Nie bierzesz materiału spod nóg, bo zostawiasz ślad”, pada kolejna uwaga szkolącego. „Trzeba go przynieść z innego miejsca”, instruuje podoficer. Wszystkie jego zalecenia oznaczają jedno: nie wystarczy się ukryć, trzeba cały czas kontrolować otoczenie, reagować na zmianę światła i temperatury. Na poligonie w Polsce za źle wykonane stanowisko grozi reprymenda, na froncie w Ukrainie to kwestia życia i śmierci.

—–

Szkolenia dla ukraińskich żołnierzy są organizowane w Polsce od jesieni 2022 roku – i wciąż się zmieniają. „Skuteczność wielu rozwiązań ma dziś ograniczony »termin ważności«”, zastrzega gen. dyw. Piotr Fajkowski, dowódca 11 Lubuskiej Dywizji Kawalerii Pancernej, na której spoczywa główny ciężar organizacji ćwiczeń dla Sił Zbrojnych Ukrainy. „To, co działa na froncie teraz, za miesiąc może być już bezużyteczne. Naszym zadaniem jest nadążać za tymi zmianami, żeby nie szkolić żołnierzy w próżnię”.

Wytyczne przychodzą z Ukrainy – to tamtejszy sztab generalny odpowiada za aktualizację programów na bazie wniosków z działań bojowych. Trafiają one do instruktorów, którzy modyfikują scenariusze zajęć i wprowadzają do nich nowe elementy. „Bywa, że jeden kurs odbywa się według wcześniejszej wersji programu, a kolejny już według nowej”, przyznaje generał. Obecnie obowiązuje szósta edycja programu szkolenia podstawowego, a siódma jest już testowana w Ukrainie i będzie wdrażana w kolejnych edycjach.

Ale szkolenie w Polsce ma też pewne ograniczenia. Nie wszystko da się odtworzyć w warunkach poligonu – masowe ataki dronów czy nawały artyleryjskie trzeba symulować przy użyciu środków ćwiczebnych, na przykład petard. Z drugiej strony poligony w Polsce (i w innych europejskich krajach, gdzie odbywają się szkolenia), oferują coś, czego w Ukrainie brakuje: bezpieczeństwo i ciągłość. „Tam zajęcia są przerywane przez alarmy i ataki, tu można przepracować cały cykl bez przerw”, wyjaśnia gen. Fajkowski.

Ma to znaczenie szczególnie na początku. Wielu szkolonych to poborowi, którzy wcześniej nie mieli kontaktu z wojskiem. Najpierw uczą się zatem najprostszych rzeczy – reagowania na komendy, współdziałania w grupie. Dopiero potem dochodzi taktyka, medycyna i działania w większych zespołach. Jeśli szkolenie odbywa się we względnym komforcie, łatwiej im przyswoić nowe kompetencje i zbudować właściwe nawyki.

—–

Ukraiński pluton rozwija się na odcinku prowadzącym do kill house’u. Inna grupa właśnie opuściła obiekt i schodzi do lasu. Rotacja trwa bez przerwy. Cykl szkoleniowy dobiega końca – trwają testy wszystkich pododdziałów trzykompanijnego kontyngentu. „To moment, w którym nie sprawdzamy poszczególnych umiejętności, tylko całość: planowanie, przemieszczanie się, reakcję na kontakt ogniowy”, wyjaśnia instruktor z 6. Brygady Powietrznodesantowej. Ukraińscy dowódcy dostają zadanie zdobycia kill house’u i mają kilka minut na przygotowanie. Reszta zależy od nich. Decydują o kierunku podejścia, podziale sił, wykorzystaniu terenu i środków wsparcia. Instruktorzy nie ingerują – obserwują. „Pierwotnie chcieliśmy, by realizowali to zadanie w sile drużyny, ale Ukraińcy od razu weszli na poziom plutonu”, mówi nasz rozmówca. „Tak działają na froncie i przenieśli tę praktykę tutaj”.

Nad obiektem pojawia się dron – ten został wysłany przez oceniających. Śledzi ruchy plutonu, wychwytuje błędy w ubezpieczeniu, pokazuje, gdzie kolumna się rozciąga, gdzie ktoś wychodzi za bardzo w odkryty teren. „To nasze oko”, tłumaczy ukraiński operator drona pracujący z polskimi instruktorami. „Bez tego nie bylibyśmy w stanie zobaczyć połowy rzeczy istotnych na etapie oceny”. Kiedy pluton zbliża się do celu, operator wchodzi z nim w kontakt – symuluje przeciwnika, zmusza do zmiany kierunku, przyspieszenia lub zatrzymania. „Sprawdzamy reakcję żołnierzy”, wyjaśnia instruktor z 6 BDP. „Czy potrafią się przegrupować, czy zachowują kontrolę nad sytuacją”.

W innym scenariuszu – szturmu na okopy – to atakujący Ukraińcy wykorzystują bezzałogowiec. Operator – dołączony do rekrutów doświadczony frontowiec – przekazuje informacje o przeciwniku, wskazuje kierunki podejścia, „czyści” teren przed grupą szturmową. „W tym są naprawdę dobrzy”, przyznaje kolejny instruktor, również spadochroniarz. „To jeden z obszarów, gdzie my uczymy się od nich”.

… na tym zdaniu nie kończy się ów tekst – całość materiału opublikowałem w najnowszym wydaniu „Polski Zbrojnej”. Kwietniowy numer miesięcznika jest w sprzedaży, obok „papieru” można też nabyć cyfrową wersję – znajdziecie ją pod tym linkiem. A w środku także inny mój artykuł – materiał rocznicowy oparty o relacje uczestników bitwy o City Hall w Karbali. Zachęcam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ukraiński żołnierz podczas symulowanego „czyszczenia okopów”/fot. własne

CSAR

W nocy z 4 na 5 kwietnia amerykański myśliwiec F-15 został zestrzelony nad Iranem. Dwóch pilotów katapultowało się nad obszarem kontrolowanym przez przeciwnika. Jeden z nich został odnaleziony stosunkowo szybko. Drugi przez kilkadziesiąt godzin pozostawał w ukryciu, zdany na własne umiejętności przetrwania oraz ograniczone środki łączności. I on został ewakuowany, dowodząc skuteczności jednego z najbardziej imponujących systemów operacyjnych współczesnego pola walki.

CSAR, czyli Combat Search and Rescue, to wyspecjalizowany rodzaj operacji odzyskiwania personelu. W odróżnieniu od klasycznych misji ratowniczych, które realizowane są w środowisku względnie bezpiecznym, działania CSAR odbywają się na terenie kontrolowanym przez przeciwnika lub w jego bezpośrednim zasięgu oddziaływania.

Nie będę pisał o tym, jak wyglądała akcja w Iranie – jest na ten temat już sporo artykułów. Na potrzeby tego dość stwierdzić, że Amerykanie rzucili masę ludzi i sprzętu, by uratować zestrzelonych pilotów. Ponieśli spore straty sprzętowe, a cała operacja mogła ich kosztować nawet kilkaset milionów dolarów. Ale nikt za oceanem nie kwestionuje zasadności podjętych działań.

—–

W amerykańskiej doktrynie CSAR stanowi część szerszego systemu określanego jako Personnel Recovery. Obejmuje on nie tylko fizyczne podjęcie żołnierza z pola walki, ale także jego przygotowanie do przetrwania w izolacji (szkolenia typu SERE), systemy łączności i identyfikacji, a także mechanizmy dowodzenia i koordynacji działań ratunkowych.

Kluczowe znaczenie ma tu pojęcie tzw. „izolowanego personelu” – żołnierza, który znalazł się poza kontrolą własnych sił, ale nadal pozostaje zdolny do działania i utrzymania kontaktu. Od momentu izolacji zaczyna się wyścig z czasem. Im szybciej uda się wojskowego zlokalizować i podjąć, tym mniejsze ryzyko, że zostanie wykryty, pojmany lub zabity.

U podstaw całego systemu leży jedna z najważniejszych zasad amerykańskiej kultury wojskowej: „leave no man behind” – nie zostawiamy swoich. Nie jest to jedynie slogan. To realne zobowiązanie, które przekłada się na korzyści operacyjne. Pilot, który wie, że w razie zestrzelenia ktoś po niego przyleci, podejmuje odważniejsze decyzje w powietrzu. Dowódca, który wysyła ludzi do walki, wie, że państwo zrobi wszystko, by ich odzyskać – i może planować działania w sposób bardziej zdecydowany, akceptując wyższe ryzyko.

Ta logika ma jednak swoją cenę. Operacje CSAR należą do najbardziej ryzykownych w całym spektrum działań bojowych. Wymagają zaangażowania wielu środków – od rozpoznania i walki elektronicznej, przez lotnictwo osłonowe, po wyspecjalizowane siły ratownicze. Często prowadzone są w warunkach, w których przeciwnik aktywnie próbuje je zakłócić lub wykorzystać do własnych celów.

—–

Współczesny model CSAR został wypracowany przede wszystkim w Wietnamie, gdzie ratowanie zestrzelonych pilotów stało się jednym z najtrudniejszych i najbardziej kosztownych elementów wojny. Skala strat była wówczas ogromna: tysiące amerykańskich statków powietrznych zostało zestrzelonych nad terytorium kontrolowanym przez przeciwnika, a wraz z nimi setki pilotów trafiały do niewoli lub ginęły w dżungli.

W tych warunkach konieczne było stworzenie systemu, który pozwalał nie tylko zwiększyć szanse przeżycia lotników, ale także ograniczyć skutki polityczne ich ewentualnego pojmania. Tak narodził się nowoczesny model CSAR – oparty na ścisłej współpracy różnych komponentów sił zbrojnych.

Kluczową rolę odgrywały śmigłowce ratownicze HH-3 i HH-53, znane jako „Jolly Green Giants”, wspierane przez samoloty osłony – przede wszystkim A-1 Skyraider, określane kryptonimem „Sandy”. Ich zadaniem było nie tylko zabezpieczenie strefy podjęcia, ale także aktywne zwalczanie sił przeciwnika próbujących dotrzeć do zestrzelonego pilota.

Operacje te były niezwykle złożone i obarczone ogromnym ryzykiem. W wielu przypadkach ratownicy sami stawali się celem ognia przeciwlotniczego, a straty wśród załóg śmigłowców należały do najwyższych w całej wojnie. Paradoks CSAR polegał na tym, że aby uratować jednego człowieka, często trzeba było narażać życie wielu innych.

—–

Jednym z najbardziej znanych przykładów była historia Rogera Lochera. Jego F-4 Phantom został zestrzelony nad Wietnamem Północnym w 1972 roku. Locher przez 23 dni ukrywał się na terytorium przeciwnika, unikając wykrycia i przemieszczając się w ekstremalnie trudnych warunkach. Pozostawał poza skutecznym zasięgiem działań ratunkowych, a każda kolejna próba jego odnalezienia wiązała się z rosnącym ryzykiem strat po stronie amerykańskiej.

Przełom nastąpił dopiero po precyzyjnym ustaleniu jego położenia i przygotowaniu złożonej operacji, w którą zaangażowano śmigłowiec ratowniczy HH-53 oraz silną osłonę lotniczą. Kluczową rolę odegrały samoloty A-1 Skyraider, które przez dłuższy czas tłumiły ogień przeciwnika i zabezpieczały strefę podjęcia. Sama akcja była dynamiczna i prowadzona w bezpośrednim zagrożeniu ze strony obrony przeciwlotniczej – śmigłowiec wszedł w rejon podjęcia tylko na krótki czas, wystarczający do zabrania pilota i natychmiastowego opuszczenia strefy.

Był to sukces osiągnięty mimo skrajnie niekorzystnych warunków operacyjnych i przy dużym zaangażowaniu sił. Pokazuje on, że skuteczność systemu CSAR nie wynika z pojedynczego działania, lecz z precyzyjnej synchronizacji wielu elementów – od rozpoznania, przez osłonę, po właściwe wykonanie podjęcia.

Wietnam ukształtował nie tylko procedury, ale także mentalność. To wtedy utrwaliło się przekonanie, że odzyskiwanie personelu nie jest działaniem opcjonalnym, lecz integralną częścią operacji bojowych. Jednocześnie doświadczenia tej wojny pokazały, że nawet najlepiej przygotowany system nie eliminuje ryzyka – a jedynie pozwala nim zarządzać.

—–

Zakończenie zimnej wojny nie oznaczało końca operacji CSAR. Przeciwnie – konflikty lat 90. pokazały, że odzyskiwanie personelu pozostaje jednym z kluczowych elementów działań powietrznych, nawet w warunkach przewagi technologicznej.

Dobrym przykładem jest historia Scotta O’Grady’ego. W czerwcu 1995 roku jego F-16 został zestrzelony nad Bośnią przez serbską obronę przeciwlotniczą. O’Grady przez kilka dni ukrywał się na terenie kontrolowanym przez przeciwnika, unikając wykrycia i korzystając z ograniczonych środków przetrwania.

Kluczową rolę odegrała tu technologia – zwłaszcza systemy łączności i identyfikacji, które pozwoliły na nawiązanie kontaktu z pilotem i potwierdzenie jego pozycji. Rozwój środków rozpoznania i dowodzenia skrócił czas reakcji oraz zwiększył szanse powodzenia operacji, ale nie wyeliminował ryzyka. Gdy warunki operacyjne na to pozwoliły, rozpoczęto akcję ratunkową z udziałem sił specjalnych i śmigłowców US Marines.

Operacja zakończyła się sukcesem, lecz – podobnie jak w Wietnamie – wymagała precyzyjnej synchronizacji wielu komponentów i była prowadzona w warunkach realnego zagrożenia. Różnica polegała jednak na czymś jeszcze: jej przebieg był uważnie śledzony przez media na całym świecie. W latach 90. operacje CSAR zaczęły funkcjonować nie tylko jako działania wojskowe, ale również jako wydarzenia o dużym znaczeniu informacyjnym i politycznym.

Bałkany pokazały, że nawet w konflikcie o ograniczonej skali pojedynczy incydent – taki jak zestrzelenie pilota – może mieć znaczenie wykraczające poza wymiar taktyczny. Sukces lub porażka operacji wpływa nie tylko na morale wojsk, ale również na percepcję całej kampanii przez opinię publiczną.

To doświadczenie pozostaje aktualne również dziś. Bo choć zmieniły się narzędzia, sama logika działań – i związane z nimi ryzyko – pozostają w dużej mierze takie same.

Ten tekst istnieje w bardziej rozbudowanej formie, w której wspominam o szczegółach akcji w Iranie – tę wersję, napisaną dla portalu „Polska Zbrojna”, znajdziecie pod tym linkiem. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Elementy armady wykorzystanej do poszukiwania i ewakuacji amerykańskich pilotów. Zdjęcie to skrin obrazu z irańskiej telewizji publicznej.

Supremacja?

Amerykańska potęga militarna pozostaje bezdyskusyjna, jednak wojna z Iranem pokazuje, że sama przewaga nie gwarantuje szybkiego rozstrzygnięcia. Model oparty na dominacji powietrznej i precyzyjnych uderzeniach, sprawdzony w konfliktach z przeciwnikami słabszymi i mniej elastycznymi, w starciu z państwem przygotowanym na długotrwałą konfrontację traci swoją „automatyczną” skuteczność.

Kampanie powietrzne nadal pozwalają niszczyć kluczowe cele, ale coraz rzadziej przynoszą trwały efekt. Przeciwnik zdolny do rozproszenia zasobów, ukrycia infrastruktury i jej szybkiego odtwarzania jest w stanie utrzymywać ciągłość działań mimo ponoszonych strat. W praktyce oznacza to konieczność powtarzania uderzeń i prowadzenia stałej presji zamiast jednorazowego przełamania. Współczesna wojna coraz częściej polega nie na „wyłączeniu” przeciwnika, lecz na długotrwałym ograniczaniu jego zdolności – procesie kosztownym i rozciągniętym w czasie. Doświadczenia wojny w Ukrainie pokazują, że nawet intensywne kampanie uderzeń mogą nie przynieść szybkiego efektu i wymuszają działania rozpisane na lata.

Jednocześnie rośnie znaczenie ekonomiki działań. Amerykańska przewaga opiera się na systemach zaawansowanych i kosztownych, podczas gdy przeciwnik wykorzystuje środki tanie i masowe – drony, amunicję krążącą czy proste rakiety. Powstaje asymetria, w której utrzymanie przewagi generuje wysokie koszty, a szczególnie widoczne jest to w obronie powietrznej, gdzie neutralizacja tanich środków napadu wymaga użycia znacznie droższych systemów.

Dodatkowym wyzwaniem jest charakter samego systemu operacyjnego USA. Jego siłą pozostaje integracja – zdolność do działania jako spójna całość obejmująca rozpoznanie, dowodzenie i logistykę. Ta sama cecha staje się jednak źródłem podatności. Zakłócenie pojedynczych, kluczowych elementów – takich jak systemy wczesnego ostrzegania czy komponenty wsparcia – może wyraźnie obniżyć efektywność całego systemu i wymuszać dodatkowe zaangażowanie zasobów w ich ochronę.

W efekcie przewaga technologiczna nie znika, ale coraz rzadziej ma charakter rozstrzygający. Coraz większe znaczenie mają odporność systemu, zdolność do działania w warunkach długotrwałej presji oraz relacja koszt–efekt.

—–

Wnioski z tej wojny są dla USA dość oczywiste – pytanie brzmi, czy zostaną przełożone na praktykę.

Po pierwsze, konieczna jest budowa najniższego piętra obrony powietrznej, zdolnego do zwalczania tanich i licznych środków napadu. Oznacza to rozwój systemów działających masowo i przy zachowaniu korzystnej relacji koszt–efekt – od tanich interceptorów po broń energetyczną.

Po drugie, zmiany wymaga sama ekonomika prowadzenia działań. Amerykański model opiera się dziś w dużej mierze na niewielkiej liczbie bardzo zaawansowanych, a więc kosztownych platform i systemów uzbrojenia. W warunkach konfliktu o wysokiej intensywności i dużej skali oznacza to ograniczoną „gęstość” siły oraz wysoką wrażliwość na straty.

Coraz wyraźniej widać, że konieczne jest uzupełnienie tego modelu o komponent masowy – większą liczbę prostszych, tańszych środków, które mogą być używane w sposób ciągły i odtwarzane bez istotnego wpływu na całość potencjału. Dotyczy to zarówno bezzałogowców, jak i amunicji precyzyjnej czy systemów obronnych.

Nie oznacza to rezygnacji z przewagi technologicznej, lecz jej uzupełnienie. Przyszłe pole walki będzie premiowało nie tylko jakość, ale również skalę – zdolność do działania w sposób długotrwały i odporny na zużycie.

Po trzecie, konieczne jest zmniejszenie zależności od pojedynczych, kluczowych elementów systemu. Dziś utrata jednego samolotu wczesnego ostrzegania może wyraźnie ograniczyć możliwości prowadzenia operacji.

Rozwiązaniem jest większe rozproszenie zdolności – więcej platform, większa liczba sensorów i alternatywnych kanałów dowodzenia. Chodzi o to, by utrata jednego elementu nie przekładała się na spadek efektywności całego systemu.

Wreszcie, zmiany wymaga także sposób myślenia o wojnie. Model oparty na szybkim przełamaniu i decydującym uderzeniu coraz rzadziej znajduje zastosowanie. W jego miejsce pojawia się potrzeba prowadzenia działań długotrwałych, rozproszonych i nastawionych na stopniowe ograniczanie zdolności przeciwnika.

Oznacza to konieczność przygotowania państwa i sił zbrojnych na konflikt o innym charakterze: zdolność do utrzymania wysokiego tempa operacji przez długi czas, większe zapasy uzbrojenia i amunicji, sprawnie działający przemysł zdolny do ich szybkiego uzupełniania oraz system dowodzenia przystosowany do działania w warunkach ciągłych zakłóceń. Innymi słowy, wojna przestaje być krótkim wysiłkiem ekspedycyjnym, a staje się testem trwałości całego systemu państwa.

To jest lekcja z Iranu, którą muszą odrobić w Waszyngtonie.

USA nie stoją wobec wyzwania bez precedensu – podobnej transformacji dokonały już w czasie II wojny światowej, gdy o wyniku konfliktu decydowała nie tylko bieżąca siła armii, lecz zdolność państwa do jej długotrwałego utrzymania.

Rozważania na ten temat, w bardziej rozbudowanej formie, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego tekstu.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Amerykański bombowiec strategiczny B-52, symbol militarnej potęgi USA/fot. USAF, domena publiczna

Chłopiec

Pięć tygodni intensywnych działań zbrojnych na Bliskim Wschodzie przyniosło obraz konfliktu inny, niż sugerowałyby klasyczne porównania potencjałów militarnych. USA i ich sojusznicy dysponują przytłaczającą przewagą technologiczną, operacyjną i logistyczną. A jednak wojna nie została rozstrzygnięta po myśli Waszyngtonu, a Iran – mimo strat – nie utracił zdolności do prowadzenia działań ofensywnych.

To zasadniczy punkt wyjścia: Teheran nie prowadzi wojny, której celem byłoby pokonanie przeciwnika w klasycznym, symetrycznym starciu. Od lat buduje raczej zdolność do przetrwania pierwszego uderzenia, utrzymania ograniczonej projekcji siły oraz stopniowego podnoszenia kosztów konfliktu do poziomu politycznie trudnego do zaakceptowania przez przeciwnika.

W tym sensie obecna wojna nie tyle obala mit amerykańskiej dominacji militarnej, ile pokazuje jej ograniczenia w starciu z państwem przygotowanym na konflikt długotrwały, rozproszony i prowadzony wielodomenowo. Iran nie jest równorzędnym rywalem dla USA – ale nie jest też przeciwnikiem, którego można szybko „wyłączyć” za pomocą kampanii powietrznej i uderzeń precyzyjnych.

To właśnie ta zdolność – przetrwania, adaptacji i selektywnego zadawania strat – stanowi fundament irańskiej strategii. I to ona pozwala zrozumieć, dlaczego po kilku tygodniach wojny Teheran nadal pozostaje aktywnym uczestnikiem konfliktu. Przyjrzyjmy się jej dokładniej.

—–

Najbardziej oczywistym, ale wciąż kluczowym filarem irańskich zdolności militarnych pozostaje rozbudowany arsenał rakietowy. Teheran od lat inwestuje w środki rażenia zdolne do uderzeń na dystansach obejmujących całe terytorium Bliskiego Wschodu – od baz amerykańskich w rejonie Zatoki Perskiej po Izrael. Co istotne, nie chodzi wyłącznie o parametry techniczne pojedynczych systemów, lecz o skalę i strukturę całego potencjału.

Irańska doktryna zakłada użycie rakiet w sposób masowy i zróżnicowany – od pocisków balistycznych po manewrujące – tak, aby przeciążyć systemy obrony przeciwrakietowej przeciwnika. W praktyce oznacza to zdolność do prowadzenia uderzeń saturacyjnych, w których skuteczność nie wynika z precyzji każdego pojedynczego trafienia, lecz z liczby środków ataku i trudności ich jednoczesnego przechwycenia.

Dotychczasowy przebieg wojny potwierdza, że potencjał ten nie został zneutralizowany mimo intensywnych nalotów. Nawet jeśli część infrastruktury i zapasów została zniszczona, Iran nadal dysponuje zdolnością do przeprowadzania ograniczonych, ale powtarzalnych uderzeń. To z kolei oznacza, że przeciwnik nie osiągnął jednego z kluczowych celów kampanii powietrznej – trwałego „wyzerowania” zdolności ofensywnych Teheranu.

Utrzymanie tych zdolności nie byłoby jednak możliwe bez drugiego, mniej widowiskowego, lecz równie istotnego elementu – rozbudowanej infrastruktury podziemnej. Iran od dekad rozwija sieć tuneli, ukrytych magazynów i stanowisk startowych, często ulokowanych w terenach górzystych. Ich funkcją jest nie tylko ochrona sprzętu przed uderzeniami z powietrza, ale również zapewnienie możliwości jego rozproszenia i przetrwania pierwszej fazy konfliktu.

W efekcie nawet wysoce skuteczna kampania lotnicza nie jest w stanie jednorazowo zniszczyć całego potencjału przeciwnika. Część wyrzutni pozostaje ukryta, część może być relokowana, a część – odtwarzana w krótkim czasie. Taki model znacząco wydłuża konflikt i zmusza stronę dominującą technologicznie do prowadzenia kosztownej, wieloetapowej operacji zamiast szybkiego, decydującego uderzenia.

Połączenie masowego arsenału rakietowego z jego rozproszeniem i ukryciem tworzy efekt, który można określić jako odporność operacyjną. Iran nie musi utrzymywać pełnej sprawności wszystkich systemów – wystarczy, że zachowa ich część, zdolną do regularnego zadawania strat i podtrzymywania presji. To z kolei wpisuje się w szerszą logikę tej wojny: nie chodzi o dominację na polu walki, lecz o uniemożliwienie przeciwnikowi osiągnięcia szybkiego i jednoznacznego rozstrzygnięcia.

—–

Uzupełnieniem potencjału rakietowego są bezzałogowe statki powietrzne, które stały się jednym z najbardziej charakterystycznych elementów irańskiej projekcji siły. Ich znaczenie wynika przede wszystkim z relacji koszt–efekt. Iran rozwija systemy relatywnie tanie, proste i możliwe do produkcji w dużych liczbach, co przekłada się na zdolność do prowadzenia ataków saturacyjnych. Ich celem nie zawsze jest bezpośrednie niszczenie obiektów, lecz zmuszanie przeciwnika do zużywania znacznie droższych środków obrony.

I tak dochodzi do odwrócenia klasycznej logiki przewagi technologicznej. Zaawansowane systemy obrony pozostają skuteczne, ale ich użycie jest kosztowne, podczas gdy strata pojedynczego drona ma dla Iranu znaczenie marginalne. W dłuższej perspektywie wciąga to przeciwnika w kosztowną wojnę na wyniszczenie.

Drony pełnią przy tym nie tylko funkcję uderzeniową, ale również rozpoznawczą – pozwalają wskazywać cele, testować reakcje obrony i identyfikować słabe punkty systemu. To właśnie na tej podstawie możliwa jest koncentracja na celach wysokiej wartości. Teheran nie dąży do maksymalizacji zniszczeń, lecz do uderzeń w elementy kluczowe dla funkcjonowania całego systemu – rozpoznania, dowodzenia i łączności.

Przykładem takiego podejścia jest zniszczenie amerykańskiego samolotu typu AWACS – powietrznego centrum zarządzania walką i jednego z kluczowych elementów systemu dowodzenia. Tego typu uderzenia nie muszą być częste, by znacząco obniżyć efektywność operacyjną przeciwnika, wydłużyć czas reakcji i zwiększyć ryzyko błędów.

W tę samą logikę wpisuje się także irańskie „polowanie” na latające cysterny. Bez nich lotnictwo USA, operujące na dużych dystansach, traci zdolność do utrzymania wysokiej intensywności działań.

To przykład walki systemowej, w której celem nie jest fizyczne zniszczenie przeciwnika, lecz zakłócenie jego działania – „oślepienie” i ograniczenie zdolności do prowadzenia operacji. W warunkach ograniczonych zasobów taka strategia pozwala Iranowi generować efekty niewspółmierne do skali użytych środków.

—–

Jednym z kluczowych elementów irańskiej strategii jest zdolność do rozszerzania konfliktu poza bezpośrednie pole walki. Teheran od lat rozwija koncepcję tzw. eskalacji poziomej, polegającej na przenoszeniu napięcia i działań zbrojnych na inne obszary regionu.

Z tym mechanizmem ściśle powiązana jest zdolność Iranu do prowadzenia działań pośrednich, z wykorzystaniem powiązanych aktorów w regionie. Sieć relacji polityczno-wojskowych, budowana przez lata, pozwala Teheranowi oddziaływać na sytuację bezpieczeństwa bez konieczności bezpośredniego angażowania wszystkich własnych sił.

W praktyce oznacza to, że konflikt nie ogranicza się do wymiany uderzeń między dwoma państwami. Może obejmować zarówno cele wojskowe, jak i infrastrukturę energetyczną, szlaki transportowe czy instalacje o znaczeniu gospodarczym w różnych częściach Bliskiego Wschodu. Nawet incydentalne ataki na tego typu cele wywołują efekt wykraczający poza wymiar militarny – wpływają na rynki surowcowe, bezpieczeństwo żeglugi i stabilność regionu jako całości. To dlatego proirańskie milicje w Iraku atakują bazy i personel amerykański, a ruch Huti w Jemenie uderza w żeglugę na Morzu Czerwonym.

Z perspektywy operacyjnej oznacza to, że przeciwnik – mimo przewagi militarnej – musi działać na wielu kierunkach jednocześnie. Ochrona baz, infrastruktury krytycznej i linii komunikacyjnych zaczyna pochłaniać znaczną część dostępnych zasobów, ograniczając możliwość koncentracji siły w jednym, decydującym miejscu.

Jakie jeszcze czynniki mają wpływ na to, że Iran – wbrew zapowiedziom części amerykańskich komentatorów – nie okazał się chłopcem do bicia? O tym w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.