Resursy

Amerykańskie bombowce B-52 mają służyć niemal sto lat, a czołgi zaprojektowane w czasach zimnej wojny nadal stanowią podstawę wielu armii. Dlaczego jedne maszyny można eksploatować przez dziesięciolecia, podczas gdy inne znacznie wcześniej trafiają na złom? Odpowiedź kryje się nie tylko w ich wieku, lecz także w sposobie użytkowania, stanie technicznym i możliwościach modernizacji.

Niedawno w Inowrocławiu miałem okazję przyglądać się szkoleniu polskich załóg śmigłowców AH-64 Apache. Amerykańskie maszyny zastępują radzieckie Mi-24, pamiętające jeszcze czasy Układu Warszawskiego. Moi rozmówcy mówili o przeskoku generacyjnym i trudno było nie przyznać im racji. Różnica między oboma typami „śmigieł” jest ogromna. Apache dysponuje zaawansowanymi systemami obserwacji, kierowania ogniem i wymiany informacji, które pozwalają jego załodze wykrywać i zwalczać cele w sposób niedostępny dla polskich Mi-24. A przecież obie konstrukcje dzieli zaledwie kilka lat. Prototyp radzieckiego śmigłowca wzbił się w powietrze w 1969 roku, amerykańskiego – w 1975.

Oczywiście współczesny AH-64E nie jest tym samym śmigłowcem, który Amerykanie wprowadzali do służby w latach 80. Przez kolejne dekady Apache był systematycznie rozwijany, otrzymywał nowe wyposażenie i uzbrojenie. Mi-24 również modernizowano, ale polskie maszyny nie przeszły porównywalnej przebudowy. I właśnie w tym tkwi istota problemu. Wiek konstrukcji nie musi przesądzać o jej przydatności, podobnie jak stosunkowo młoda data produkcji nie gwarantuje, że sprzęt będzie długo służył.

W wojsku starość ma bowiem kilka znaczeń. Jedno dotyczy fizycznego zużycia, drugie technologicznego zapóźnienia, trzecie kosztów utrzymania. Dopiero uwzględnienie wszystkich pozwala odpowiedzieć na pytanie, czy daną maszynę warto nadal eksploatować.

Resurs, czyli nie tylko liczba lat

Każdy sprzęt wojskowy ma określone ograniczenia eksploatacyjne. Jednym z podstawowych pojęć używanych w tym kontekście jest resurs, czyli ustalony limit użytkowania urządzenia lub jego części. Może być wyrażony w godzinach pracy, liczbie wykonanych cykli, przejechanych kilometrach, oddanych strzałach albo latach eksploatacji. W zależności od rodzaju sprzętu stosuje się różne kryteria, często jednocześnie.

W lotnictwie szczególne znaczenie mają godziny nalotu i obciążenia, którym poddawana jest konstrukcja. Samolot podczas startu, lotu i lądowania nieustannie pracuje. Jego skrzydła uginają się pod wpływem sił aerodynamicznych, kadłub przenosi naprężenia, a poszczególne elementy podlegają drganiom i zmianom temperatury. Z czasem może to prowadzić do zmęczenia materiału, czyli stopniowego osłabiania konstrukcji pod wpływem powtarzalnych obciążeń. Jednym z jego skutków jest powstawanie i rozwój pęknięć, nawet jeśli pojedyncze obciążenia nie przekraczają dopuszczalnych wartości.

Dlatego dwa samoloty tego samego typu, wyprodukowane w tym samym roku, nie muszą znajdować się w podobnym stanie. Jeden mógł przez większość służby wykonywać spokojne loty patrolowe, drugi uczestniczyć w intensywnym szkoleniu, z częstymi manewrami i dużymi przeciążeniami. Ten drugi może mieć bardziej zużytą konstrukcję mimo mniejszej liczby godzin spędzonych w powietrzu.

W przypadku śmigłowców dochodzi jeszcze zużycie wirnika, przekładni i innych elementów układu napędowego. Poszczególne części mają własne ograniczenia, niezależne od trwałości całej maszyny. Dlatego śmigłowiec może mieć przed sobą wiele lat służby, choć jego silniki lub przekładnie będą wymagały wcześniej remontu albo wymiany.

Podobne zasady obowiązują w wojskach lądowych, choć inne są sposoby pomiaru. W czołgach i transporterach liczą się m.in. motogodziny, przebieg, obciążenia układu jezdnego oraz stan silnika i przekładni. Duże znaczenie ma także środowisko eksploatacji. Jazda po drogach utwardzonych zużywa pojazd inaczej niż wielogodzinne pokonywanie błotnistego terenu. Kurz, piasek i skrajne temperatury mogą dodatkowo przyspieszać degradację podzespołów.

Jeszcze inaczej wygląda to w artylerii. Tutaj jednym z najważniejszych elementów podlegających zużyciu jest lufa. Każdy wystrzał oznacza oddziaływanie ogromnego ciśnienia i wysokiej temperatury. Z czasem powierzchnia przewodu lufy ulega erozji, co może pogarszać celność, a ostatecznie ograniczać bezpieczeństwo użytkowania działa.

Co ciekawe, sama liczba wystrzałów nie wystarcza do oceny zużycia. Znaczenie ma również rodzaj stosowanych ładunków miotających. Strzelanie z maksymalnymi ładunkami zwykle obciąża lufę bardziej niż używanie słabszych. Dlatego w amerykańskiej artylerii stosuje się pojęcie ekwiwalentu strzału z pełnym ładunkiem. Pozwala ono przeliczać różne obciążenia na wspólną miarę, choć o rzeczywistym stanie lufy rozstrzygają także jej oględziny i pomiary.

Na morzu problem jest jeszcze bardziej złożony. Okręt składa się z tysięcy urządzeń, które starzeją się w różnym tempie. Silniki i turbiny zużywają się podczas pracy, kadłub podlega korozji oraz naprężeniom powodowanym przez fale, a wszechobecna wilgoć i sól przyspieszają degradację instalacji elektrycznych i elektronicznych. Okręt, który spędził wiele lat na intensywnych patrolach w trudnych warunkach, może być bardziej wyeksploatowany niż jednostka tego samego typu wykorzystywana znacznie rzadziej.

Drugie życie maszyny

Osiągnięcie przewidzianego limitu eksploatacji nie zawsze oznacza koniec służby. W zależności od rodzaju ograniczenia i stanu technicznego sprzętu możliwe są remont, wymiana części, dodatkowe badania lub formalne przedłużenie dopuszczalnego okresu użytkowania. Nie jest to jednak decyzja podejmowana wyłącznie na podstawie tego, że maszyna nadal działa.

W lotnictwie szczególnie ważne są badania zmęczeniowe, analiza dokumentacji eksploatacyjnej i kontrole konstrukcji. Specjaliści poszukują pęknięć, korozji oraz innych uszkodzeń, także takich, których nie widać gołym okiem. Wykorzystują do tego m.in. ultradźwięki i inne metody badań nieniszczących. Jeśli istnieją odpowiednie podstawy techniczne, można dopuścić maszynę do dalszej eksploatacji, niekiedy po wzmocnieniu lub wymianie wybranych elementów.

Ważne jest przy tym rozróżnienie dwóch procesów. Remont ma przede wszystkim przywrócić sprawność techniczną i odpowiedni zapas trwałości. Modernizacja służy natomiast zwiększeniu możliwości sprzętu. Można wymienić silnik i nie zmienić zasadniczo zdolności bojowych pojazdu. Można też zamontować nowoczesną elektronikę, nie poprawiając w ten sposób wytrzymałości jego konstrukcji. W praktyce oba przedsięwzięcia często prowadzi się równolegle.

Najbardziej spektakularnym przykładem takiego podejścia są amerykańskie bombowce B-52. Pierwsze weszły do służby w 1955 roku, a ostatni wyprodukowany egzemplarz dostarczono w 1962. Początkowo zakładano, że będą użytkowane przez około dwadzieścia lat. Tymczasem Amerykanie planują utrzymać je w służbie do lat 50. XXI wieku. Oznacza to, że najmłodsze maszyny mogą osiągnąć wiek zbliżony do stu lat.

Nie będzie to jednak sto lat eksploatowania samolotów w niezmienionej postaci. B-52 przechodziły liczne modyfikacje, a obecnie przygotowywany jest jeden z największych programów modernizacyjnych w ich historii. Obejmuje m.in. wymianę silników, radarów i systemów łączności. Dotychczasowe jednostki napędowe mają zostać zastąpione nowoczesnymi Rolls-Royce F130, co powinno poprawić niezawodność i ułatwić utrzymanie maszyn.

Dlaczego Amerykanie nie zastąpią po prostu B-52 nowszymi maszynami? Ponieważ bombowce te nadal dobrze nadają się do części powierzonych im zadań. Mogą przenosić duży ładunek uzbrojenia na znaczne odległości, w tym pociski odpalane spoza zasięgu obrony przeciwnika. Nie muszą więc bezpośrednio wlatywać w silnie bronioną przestrzeń powietrzną, aby skutecznie razić cele. Amerykanie rozwijają równocześnie nowy bombowiec B-21 Raider, przeznaczony m.in. do działania w znacznie bardziej wymagającym środowisku obrony powietrznej. Obie konstrukcje mają zatem pełnić uzupełniające się funkcje.

Istotne jest również to, że konstrukcja B-52 zachowała odpowiedni zapas wytrzymałości. Amerykańskie siły powietrzne poinformowały w 2026 roku, że przeprowadzone analizy potwierdziły możliwość dalszego użytkowania płatowców przez kolejne dekady. Nie oznacza to jednak, że samoloty są wolne od problemów technicznych. Podczas przeglądów wykrywano na przykład korozję skrzydeł, wymagającą dodatkowych napraw. Według amerykańskiej instytucji kontrolnej GAO programy modernizacyjne B-52 mają kosztować łącznie ponad 21 mld dolarów, a część przedsięwzięć boryka się z opóźnieniami i wzrostem wydatków.

Długowieczność można również zaplanować już podczas projektowania uzbrojenia. Dobrym przykładem są amerykańskie lotniskowce typu Nimitz, przewidziane na około pięćdziesiąt lat służby. W połowie tego okresu przechodzą wieloletni, gruntowny remont, obejmujący m.in. wymianę paliwa w reaktorach jądrowych, naprawy oraz modernizację wyposażenia. To ogromna operacja stoczniowa, która ma umożliwić wykorzystanie okrętu przez następne dziesięciolecia.

Skoro sprzęt można naprawiać, a niektóre konstrukcje rozwijać przez dziesięciolecia, dlaczego armie w ogóle wycofują uzbrojenie? Powodów jest kilka, a fizyczne zużycie nie zawsze okazuje się najważniejszym – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału.

—–

Nz. USS Nimitz, okręt typu Nimitz; te lotniskowce już na etapie projektowania przewidziano do 50-letniej służby/fot. domena publiczna

„Pacyfik”

Weekend, więc będzie dziś nieco lżej – choć nie do końca. Zresztą sami oceńcie.

Kilka dni temu – po panelu, w którym brałem udział – podszedł do mnie mężczyzna deklarujący się jako stały czytelnik i obserwator. „Widziałem w pańskich relacjach, że kilka miesięcy temu ponownie oglądał pan ‘Pacyfik’, a niedawno ‘Kompanię braci’”, zaczął. „Ja jestem fanem tego drugiego serialu, a pan to ‘team Pacyfik’ czy ‘team Kompania’?”, zapytał.

„Oczywiście, że ‘team Pacyfik’”, odparłem z przekonaniem.

„Hmm”, zafrasował się mój rozmówca. „Nie sądziłem, że wskaże pan opowieść o egzotycznej wojnie”, przyznał.

Cóż, po prawdzie to mój wybór nie był od razu oczywisty – nie wystarczyło mi pojedyncze obejrzenie każdej z serii. Minęło kilka lat, nim doszło do sytuacji, w której – chcąc odświeżyć sobie oba filmy – najpierw sięgałem po ten opowiadający o pacyficznych zmaganiach Amerykanów i Japończyków. Historia „amerykańsko-niemiecka” – jakkolwiek geograficznie, kulturowo i mentalnie bliższa – nie grzała mnie aż tak bardzo.

Żeby nie było wątpliwości – oba seriale są znakomite. Po ćwierć wieku od premiery „Kompanii…” i 16 latach od ukazania się „Pacyfiku”, to wciąż niedoścignione wzorce batalistycznego widowiska. Skręconego „jak żywo”, jakby nie w konwencji fabuły a dokumentu. Nadal ogląda się je z dupą wbitą w fotel, a świadomość, że widzimy na ekranie losy prawdziwych ludzi tylko potęguje owo poczucie realizmu.

Nieodmiennie czapki z głów wobec ekip, które zrealizowały oba przedsięwzięcia.

Lecz jako się rzekło, „Pacyfik” jest dla mnie ciut wyżej. Zastanawiałem się, z czego to wynika, i doszedłem do wniosku, że chodzi o sympatie do głównych bohaterów. A źródłem tejże jest przekonanie, że chłopcy na Pacyfiku przeżyli więcej niż ci w Europie. Ich wojna była dużo bardziej intensywna, okrutniejsza, prowadzona w koszmarnych warunkach klimatycznych. Co widać przez wszystkie epizody obu seriali, a czego symbolicznym zwieńczeniem są ostatnie sekwencje ostatnich odcinków. Z nich bowiem dowiadujemy się, że weterani pacyficznej młócki żyli krócej o kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat, niż ich koledzy, którzy lądowali na naszym kontynencie.

Przypadek – mógłby rzec ktoś – nie sprowadzajmy doświadczeń pojedynczych osób do historii całej generacji. Czyżby?

Zacznijmy od charakteru samych walk. Na Pacyfiku Amerykanie mierzyli się z przeciwnikiem, dla którego kapitulacja była hańbą, a śmierć w boju – spełnieniem żołnierskiego obowiązku. Japończycy potrafili bronić beznadziejnych pozycji niemal do ostatniego człowieka, przeprowadzać samobójcze ataki, walczyć mimo odniesionych ran. Nie oznacza to, że żaden z nich nie składał broni, ale w porównaniu z frontem europejskim takie sytuacje zdarzały się znacznie rzadziej. Amerykanie szybko nauczyli się, że nawet pokonany przeciwnik może być śmiertelnie niebezpieczny. Odpowiadali na to własną bezwzględnością, nierzadko odmawiając Japończykom możliwości poddania się. Wojna przybierała charakter walki na wyniszczenie, w której coraz mniej było miejsca na jakiekolwiek reguły.

Ta brutalność przekładała się na intensywność starć. Na Tarawie, Peleliu, Iwo Jimie czy Okinawie amerykańskie oddziały ponosiły ogromne straty, niekiedy w ciągu zaledwie kilku dni. Japończycy wykorzystywali naturalne ukształtowanie terenu, budowali rozległe systemy umocnień, ukrywali stanowiska ogniowe w jaskiniach i bunkrach. Marines musieli zdobywać kolejne pozycje metr po metrze, wiedząc, że za następnym wzgórzem czeka ich dokładnie to samo. Na Peleliu operacja, która miała potrwać kilka dni, zamieniła się w wielotygodniową rzeź. Na Okinawie walki ciągnęły się niemal trzy miesiące, a żołnierze tygodniami żyli pośród błota, rozkładających się ciał i nieustannego ostrzału. Oczywiście, podobne piekło znali Amerykanie walczący w Normandii, Ardenach czy lesie Hürtgen. Tyle że na Pacyfiku do bezwzględności przeciwnika dochodziły jeszcze inne czynniki.

Przede wszystkim klimat. Upał, wilgoć i tropikalne ulewy potrafiły doprowadzić człowieka do skrajnego wyczerpania, nawet jeśli akurat nie musiał walczyć. Mundury nie wysychały, skóra pokrywała się bolesnymi zmianami, drobne skaleczenia łatwo ulegały zakażeniom. W dżungli roiło się od owadów, woda bywała niezdatna do picia, a utrzymanie elementarnej higieny stanowiło nie lada wyzwanie. Do tego dochodziły choroby – malaria, czerwonka, denga czy rozmaite zakażenia pasożytnicze. Potrafiły wyłączyć z walki całe grupy żołnierzy, a niektórym pozostawiały dolegliwości także po zakończeniu służby. Europa również dawała Amerykanom w kość, zwłaszcza podczas mroźnej zimy, ale na wielu pacyficznych wyspach nieprzyjazne środowisko było wrogiem równie uporczywym jak japońska armia.

Nie bez znaczenia pozostawała izolacja. Żołnierze walczący w Europie, nawet jeśli tkwili na pierwszej linii, funkcjonowali w przestrzeni, w której istniały drogi, miasta, szpitale i rozbudowane zaplecze. Na Pacyfiku wszystko to trzeba było często stworzyć od podstaw. Ewakuacja rannych, dostarczanie zaopatrzenia, zapewnienie odpoczynku – każda z tych czynności mogła stanowić ogromne przedsięwzięcie logistyczne. A kiedy wreszcie udało się zdobyć wyspę, wcale nie oznaczało to końca wojny. Po okresie odtwarzania sił przychodził rozkaz kolejnego desantu. I znów trzeba było przedzierać się przez plaże, dżunglę i umocnienia, patrzeć na śmierć kolegów, samemu próbując przeżyć.

Wszystko to musiało pozostawiać ślady, których nie dało się pozbyć wraz ze zdjęciem munduru. Dziś powiedzielibyśmy, że wielu weteranów zmagało się z zespołem stresu pourazowego, choć w latach czterdziestych nie posługiwano się jeszcze takim rozpoznaniem. Koszmary, bezsenność, drażliwość, trudności z powrotem do zwyczajnego życia, ucieczka w alkohol – były doświadczeniem wielu byłych żołnierzy. A przewlekły stres, jak wiemy ze współczesnych badań, może zwiększać ryzyko chorób układu krążenia i innych problemów zdrowotnych. Nie chodzi więc wyłącznie o psychiczne wspomnienia wojny. Jej konsekwencje mogą być jak najbardziej fizyczne.

I tu dochodzimy do rzeczy najciekawszej. W 2009 roku na łamach naukowego czasopisma „Research on Aging” opublikowano wyniki wieloletniego badania, w którym analizowano między innymi losy amerykańskich uczestników II wojny światowej. Okazało się, że w badanej grupie weterani służący na Pacyfiku byli obciążeni o około 50 procent wyższym względnym ryzykiem zgonu niż ci, którzy służyli na innych zagranicznych teatrach działań. Co istotne, różnicy tej nie dało się w pełni wyjaśnić samym uczestnictwem w walkach.

Oczywiście, nie znaczy to, że każdy weteran Pacyfiku żył krócej od kolegi walczącego w Europie. Badanie obejmowało stosunkowo niewielką i niereprezentatywną grupę, a jego autorzy nie ustalili, jakie dokładnie mechanizmy odpowiadały za zaobserwowaną różnicę. Nie sposób więc naukowo rozstrzygnąć, ile lat życia odbierały żołnierzom malaria, tropikalny klimat czy wspomnienia wyjątkowo brutalnych starć. Niemniej sam wynik jest wymowny. Sugeruje bowiem, że miejsce, w którym przyszło człowiekowi walczyć, mogło wpływać na jego los jeszcze długo po zakończeniu wojny.

A propos tychże – jest w ostatnim odcinku „Pacyfiku” scena, w której Eugene Sledge (grany przez Josepha Mazzello) – po powrocie do domu – wyrusza z ojcem na polowanie na ptaki. Idąc wzdłuż strumienia przysiada, odkłada strzelbę i zaczyna płakać. „Przepraszam. Nie mogę”, wydusza z siebie. Starszy mężczyzna tuli młodszego i mówi: „W porządku. Nie musisz mnie przepraszać, Eugene. Myślę, że populacja gołębi będzie dziś bardzo szczęśliwa”. Dla mnie to najmocniejsza sekwencja w serialu, nie znam lepszej filmowej ilustracji (po)wojennej traumy – tak oszczędnej w słowach i obrazie, a zarazem tak przejmującej. Wzrusza mnie za każdym razem.

W rzeczywistości to zdarzenie wyglądało nieco inaczej, co wiemy ze wspomnień Sledga, który podczas polowania dobił rannego ptaka, skręcając mu kark. Wtedy się załamał. Powiedział ojcu, że nie może już znieść widoku cierpienia kolejnej żywej istoty. Ten zasugerował mu, żeby zamiast polować, zajął się obserwowaniem ptaków.

I rzeczywiście Sledge został później biologiem, zajmował się m.in. ornitologią.

Umarł w wieku 77 lat. Robert Leckie – inny bohater „Pacyfiku” – odszedł, mając 81 lat. Richard Winters – jedna z głównych postaci „Kompanii Braci” – dożył 92 lat. Frank Perconte i Donald Malarkey – żołnierze walczącej w Europie kompanii E – przeżyli 96 lat.

Oczywiście, to tylko kilka metryk. Ale ilekroć oglądam oba seriale, trudno mi oprzeć się wrażeniu, że dla chłopaków z Pacyfiku wojna trwała dłużej. Nie ta z karabinami, artylerią i japońskimi bunkrami. Ta, którą zabrali ze sobą do domów. I właśnie dlatego ich historia porusza mnie bardziej.

Stąd „team Pacyfik”.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Kadr z „Pacyfiku” – opisana powyżej scena.

Dobroduszność

Zanim wybuchła pełnoskalowa wojna Wadim handlował ciuchami na bazarku w Bachmucie. „Wielkich pieniędzy z tego nie było”, mówi. „Ale jako dzieciaki z sierocińca, nie mieliśmy z żoną wielkich oczekiwań”, uśmiecha się lekko. „To było dobre, zwyczajne życie”, podkreśla.

Przerwał je rosyjski pocisk artyleryjski, wystrzelony w pierwszych miesiącach walk o miasto. Eksplozja zabiła żonę Wadima i jego 13-letnią córkę. Zginęły na miejscu, w gruzach własnego domu.

„Byłem wtedy w Kramatorsku, dlatego przeżyłem”, twarz mężczyzny wyraża głęboki smutek; znam dobrze to spojrzenie ludzi, którzy żałują, że to nie ich trafiło. „Załamałem się”, na moment urywa opowieść. „Minęło wiele miesięcy nim stanąłem na nogi. Zgłosiłem się do wojska, dostałem przydział do brygady szturmowej. Nasz oddział trafił na Zaporoże”, Wadim wzdycha głośno, dodając, że wysyłkę na „zerówkę” poprzedziło ledwie 19-dniowe szkolenie.

Jako obserwator, z dwoma innymi kolegami, obsadził wysuniętą pozycję. „Lisią jamę”, jak mówi. Łączność radiową szybko trafił szlag, rosjanie regularnie ostrzeliwali ich pozycję, atakowali dronami, utrudniali jakikolwiek ruch. Jeden z żołnierzy zginął („spłonął…”, Wadim nie wchodzi w szczegóły), drugi zdezerterował. „Zostałem sam”, uśmiecha się smutno.

Swoi tymczasem cofnęli się, strefa śmierci była zbyt szeroka, by próbować ją pokonać. „Tak przynajmniej mi się wydawało”, relacjonuje Wadim.

Na szczęście w powietrzu były też własne drony. Wykryły go, przez kilka tygodni co jakiś czas zrzucały mu żywność i wodę.

rosjanie nie zapomnieli o jego istnieniu – ich drony regularnie próbowały go zabić. Ewakuacja nie wchodziła w grę, Wadim tkwił w norze, co jakiś czas zdobywając się na odwagę, by wystawić głowę po prowiant.

Któregoś razu, gdy zrzut nastąpił nieco dalej, mężczyzna postanowił zaryzykować. Nie dotarł do ładunku, wszedł na minę. Własną, zastawioną przez poprzedników kilkanaście tygodni wcześniej. „Teren zarósł wysoką trawą, straciłem orientację”, tłumaczy.

Eksplozja urwała mu dwa palce u prawej stopy.

Doczołgał się do okopu, na tyle, na ile mógł, zabezpieczył ranę. A potem przez dwa miesiące – DWA MIESIĄCE – czekał na pomoc. „Pęsetą wyciągałem z rany robaki”, mówi.

Swoje drony wciąż przylatywały, ale czego by nie podrzuciły, Wadim nie miał tego, co najważniejsze – właściwej opieki medycznej. W którymś momencie uznał więc, że musi zaryzykować i przedostać się na tyły.

Na czworaka, czołgając się, pokonywał kolejne metry. „Nocą; za dnia chowałem się w krzakach”, opowiada. Po drodze minął kilka innych odciętych pozycji. Koledzy dali jeść, pić, ale nikt nie miał odwagi się przyłączyć.

Samotna wyprawa na tyły trwała 18 dni – wtedy podjął go wóz ewakuacji medycznej. I zaczęła się kolejna podróż – tym razem już nie po życie, a po zdrowie.

Gdy piszę te słowa, Wadim jest w drodze do Holandii, gdzie poddany zostanie gruntownej rehabilitacji.

Opowiadam Wam jego historię jako dowód ludzkiej niezłomności – lecz nie tylko. Wadim to ilustracja czegoś bardziej wspaniałego, budującego. „Jestem głęboko wierzącym Romem”, podkreśla na wstępie rozmowy. Dopiero później, gdy padają zacytowane za chwilę słowa, rozumiem, po co to zastrzeżenie. „Cieszę się, że nikogo nie zabiłem, że dzięki Bogu nie mam krwi na rękach”, słyszę. Wznoszę brwi, zdumiony; Wadim chyba dostrzega ów gest. „Po tamtej stronie są ludzie, tacy sami jak my”, przekonuje. Facet, któremu ruskie zabiły żonę, córkę, odebrały ukochane miasto i zdrowie. Rozpierdala mnie ta dobroduszność, zawstydza. Ale i daje nadzieję.

Dziękuję Wadimie, cieszę się, że Cię poznałem.

Ps. Na lotnisku Rzeszów-Jasionka działa hub medyczny, prowadzony przez Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. Trafiają tam pacjenci z Ukrainy, wysyłani na rehabilitację do innych krajów w Europie. Hub jest ich pierwszym przystankiem po tej stronie granicy. Przygotowuję materiał na jego temat, już dziś zapraszam Was do lektury na łamach „Polski Zbrojnej”.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Wadim/fot. własne

Zima

Według Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) rosja ma 32 duże rafinerie o łącznych nominalnych mocach przerobowych około 6,5 mln baryłek dziennie. W pierwszych ośmiu miesiącach tego roku rosyjskie przetwórnie były atakowane średnio raz na trzy dni.

Efekty są już widoczne. W czerwcu rosyjskie rafinerie przerabiały około 3,8 mln baryłek ropy dziennie – najmniej od ponad dwóch dekad i o około 30 proc. mniej niż rok wcześniej. Produkcja benzyny była o około jedną piątą niższa niż w 2025 roku, diesla – o niemal 30 proc. Pod koniec sierpnia produkcja benzyny spadła według źródeł Reutersa do około 80 tys. ton dziennie, podczas gdy krajowe zapotrzebowanie wynosiło około 115 tys. ton. rosyjskie rafinerie pokrywały więc zaledwie około 70 proc. popytu.

W ukraińskich komunikatach pojawiają się znacznie bardziej spektakularne liczby. Kijów twierdzi, że jego ataki wyłączyły już z działania 51 proc. rosyjskich mocy rafineryjnych. Tego szacunku nie udało się niezależnie potwierdzić, a wskaźnika nie należy utożsamiać z utratą połowy rosyjskiej produkcji. Rafineria uznana za trafioną może nadal pracować, tyle że z ograniczoną wydajnością, a część uszkodzeń rosjanie są w stanie szybko naprawić.

Dlatego ważniejsze jest to, co zostaje trafione. Proste uszkodzenia instalacji pierwotnego przerobu ropy można niekiedy usunąć w ciągu tygodnia lub dwóch. Znacznie trudniej zastąpić instalacje krakingu katalitycznego, hydrokrakingu, reformingu czy hydrorafinacji, niezbędne do wytwarzania wysokiej jakości paliw. Według IEA poważnie uszkodzone urządzenia tego rodzaju mogą wymagać sześciu–ośmiu miesięcy napraw. Rafineria moskiewska, ciężko uszkodzona w czerwcu, ma według dostępnych informacji pozostać wyłączona do początku 2027 roku.

Dla Ukrainy kluczowe staje się więc nie tylko trafienie takiego zakładu, lecz możliwość ponowienia ataku, zanim odzyska on pełną sprawność. A właśnie pod tym względem sytuacja zmieniła się w ostatnich latach najbardziej. Jeszcze kilka lat temu problemem było samo dotarcie do celu położonego kilkaset kilometrów w głębi rosji. Dziś Ukraina dysponuje całą rodziną własnych środków dalekiego zasięgu. Według danych producenta FP-1 może lecieć do 2700 km, cięższy FP-2 do 700 km, a pocisk manewrujący FP-5 Flamingo – nawet do 3000 km, przenosząc głowicę o masie około 1150 kg. Producent informował latem, że FP-1 i FP-2 uczestniczą w uderzeniach na rosję niemal codziennie.

Nie wszystkie deklarowane parametry można niezależnie zweryfikować, ale zasięg przeprowadzanych ataków pokazuje, że rosyjska geografia przestała być tak skuteczną osłoną jak wcześniej. W lipcu zaatakowano rafinerię w Omsku, około 2,5 tys. kilometrów od granicy z Ukrainą. Pod koniec sierpnia poza zasięgiem ukraińskich dronów pozostawało tylko pięć dużych rosyjskich rafinerii, położonych na wschodzie kraju (w odległości 3,5-6,5 tys. km od Ukrainy).

Strategiczne znaczenie tej zmiany nie sprowadza się zatem do możliwości przeprowadzenia pojedynczego uderzenia tysiące kilometrów od frontu. Ukraina może prowadzić kampanię, w której kolejne ataki nakładają się na skutki poprzednich. rosjanie muszą więc nie tylko chronić dziesiątki zakładów rozrzuconych na ogromnym terytorium, ale również naprawiać je w tempie szybszym niż przeciwnik jest w stanie ponownie je uszkadzać. To właśnie relacja między tempem niszczenia i odbudowy może zdecydować o rzeczywistej skuteczności ukraińskiej kampanii.

—–

Czy zatem zimą rosjanom zabraknie benzyny? Popyt na paliwa zmienia się sezonowo, a rosja dysponuje ogromną infrastrukturą naftową, może ograniczać eksport i przerzucać paliwa między regionami. Już podczas tegorocznego kryzysu władze kierowały do Moskwy benzynę z Syberii oraz zwiększały dostawy z zagranicy. Nawet dalsze skuteczne uderzenia w rafinerie nie oznaczają więc, że pewnego dnia cały kraj po prostu stanie.

Nie znaczy to jednak, że zimą skuteczność ukraińskiej kampanii musi zmaleć. Przeciwnie – może zmienić się przede wszystkim rodzaj szkód, które Ukraina jest w stanie powodować. Rafineria pozostaje ważnym celem przez cały rok, bo jej wyłączenie uderza w dostępność paliw, transport i gospodarkę. Wraz ze spadkiem temperatury szczególnego znaczenia nabiera jednak druga część rosyjskiej infrastruktury: system wytwarzania i dostarczania energii elektrycznej oraz ciepła. Ta sama kilkugodzinna awaria, która latem oznacza przede wszystkim niedogodność i straty gospodarcze, podczas silnego mrozu może stać się znacznie poważniejszym problemem.

Energia elektryczna jest bowiem elementem całego systemu naczyń połączonych. Bez niej nie działają pompy i część infrastruktury wodociągowej, problemy pojawiają się w systemach ciepłowniczych, telekomunikacji, handlu czy transporcie. Im dłużej trwa awaria i im niższa jest temperatura, tym większe ryzyko, że problem przestaje ograniczać się do braku światła. Dlatego do wywołania lokalnego kryzysu nie trzeba pozbawiać energii całego regionu na wiele dni. Wystarczy poważnie uszkodzić odpowiednio dobrany element sieci i utrudnić szybkie przywrócenie zasilania.

rosjanie przekonali się o tym już poprzedniej zimy. W styczniu ukraiński atak na infrastrukturę energetyczną obwodu biełgorodzkiego pozbawił według miejscowych władz około 600 tys. mieszkańców prądu, ogrzewania i wody. Temperatura spadała poniżej zera, w Biełgorodzie wyłączono oświetlenie uliczne, a władze musiały ograniczać zużycie energii. Nie był to paraliż rosyjskiej energetyki, lecz regionalny kryzys – i właśnie dlatego jest dobrym przykładem tego, co Ukraina może próbować powtarzać tej zimy.

—–

Taki sposób prowadzenia wojny Ukraińcy znają zresztą z własnego doświadczenia. Od jesieni 2022 roku rosja systematycznie atakuje elektrownie, elektrociepłownie, stacje elektroenergetyczne i inne elementy ukraińskiego systemu. Celem nie musi być trwałe pozbawienie całego kraju energii. Wystarczy zmusić operatorów do ciągłych napraw, tworzyć niedobory mocy, powodować awaryjne wyłączenia i sprawiać, że każdy kolejny atak zastaje system osłabiony skutkami poprzedniego. Mróz zwielokrotnia konsekwencje takich działań.

Ukraina nie dysponuje potencjałem pozwalającym przenieść ten model na rosję w podobnej skali. rosyjski system elektroenergetyczny jest ogromny, rozciągnięty na tysiące kilometrów i ma znacznie większe zasoby niż ukraiński. Kijów musi ponadto dzielić ograniczoną liczbę środków dalekiego zasięgu między rafinerie, przemysł zbrojeniowy, lotniska, składy amunicji, logistykę i energetykę. Każdy dron wysłany przeciw stacji elektroenergetycznej jest dronem, którego nie użyto przeciw innemu ważnemu celowi.

To wyznacza granice możliwego scenariusza. Ukraina nie jest w stanie „wyłączyć rosji”, może jednak próbować okresowo wyłączać jej fragmenty. Najbardziej narażone są regiony zachodniej części kraju, gdzie duża liczba potencjalnych celów znajduje się w zasięgu tańszych i liczniejszych ukraińskich bezzałogowców. Im dalej na wschód, tym trudniejsza staje się operacja: potrzeba środków o większym zasięgu, rośnie czas lotu i liczba rosyjskich systemów obrony, które trzeba ominąć.

Dlatego najbardziej realnym zimowym zagrożeniem dla rosji nie jest ogólnokrajowy blackout, lecz seria lokalnych kryzysów. W jednym regionie może zabraknąć prądu, w innym problemy z energią nałożą się na niedobory paliwa, gdzie indziej trzeba będzie ograniczyć dostawy dla przemysłu albo skierować dodatkowe zasoby do napraw. Pojedynczo takie zdarzenia nie zachwieją rosyjskim państwem. Powtarzane przez kilka miesięcy mogą jednak zwiększać gospodarcze koszty wojny i – co dla Kremla również ma znaczenie – przenosić jej skutki coraz głębiej w codzienne życie rosjan.

Przez poprzednie zimy pytanie brzmiało przede wszystkim: ile ukraińskiej infrastruktury rosja zdoła zniszczyć i jak długo Ukraina będzie w stanie znosić skutki tych uderzeń. Tej zimy pytanie pozostaje aktualne, ale dochodzi do niego kolejne: ile szkód Kijów jest w stanie wyrządzić po drugiej stronie granicy. rosji nie grozi energetyczne załamanie, lecz przy utrzymaniu obecnego tempa ataków część jej mieszkańców może coraz częściej doświadczać wojny nie za pośrednictwem telewizji, ale na stacjach benzynowych, w cenach towarów, a lokalnie także we własnych mieszkaniach. Nadchodząca zima może być pierwszą, podczas której energetyczna wojna naprawdę zacznie działać w obie strony.

Ten tekst, w rozszerzonej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Naprawa zniszczonych linii energetycznych. Obwód chersoński, wiosna 2023 roku/fot. własne

Dżuma

„Dżuma w rosji!”, alarmują media. Jednych to cieszy, innych przeraża, niezależnie od rodzaju reakcji sprawa wydaje się poważna. A czy jest? Przyjrzyjmy się temu, co wiadomo na pewno, by móc na chłodno ocenić sytuację.

28-letnia Daria Szypiłowa zmarła 2 października w szpitalu w Szelechowie pod Irkuckiem. Kobieta pracowała w Irkuckim Naukowo-Badawczym Instytucie Przeciw­dżumowym Syberii i Dalekiego Wschodu. W rosyjskich mediach społecznościowych szybko pojawiła się wersja, według której 25 września podczas pracy miała rozbić probówkę zawierającą Yersinia pestis, bakterię wywołującą dżumę. Później zachorowała, a jej stan gwałtownie się pogorszył.

Potem pojawiły się kolejne informacje: o ograniczeniach w pracy szpitali, objęciu osób mających kontakt z kobietą nadzorem medycznym, obowiązku noszenia masek w pobliskiej hucie aluminium. Do obwodu irkuckiego przyjechała Anna Popowa, szefowa Rospotrebnadzoru, rosyjskiej federalnej służby odpowiedzialnej m.in. za nadzór sanitarno-epidemiologiczny.

Doniesienia z Irkucka zwróciły również uwagę Waszyngtonu. Przedstawiciel Białego Domu potwierdził serwisowi Axios, że amerykańska administracja jest świadoma sytuacji, monitoruje ją i „ocenia opcje”.

Tymczasem władze rosyjskie nie potwierdzają ani wypadku w laboratorium, ani zakażenia dżumą. Rospotrebnadzor informuje o „zapaleniu płuc o nieustalonej etiologii”. Według urzędu rozszerzone badania próbek pobranych od kobiety nie wykazały mikroorganizmów związanych z jej pracą, a kontrola instytutu nie ujawniła incydentu podczas pracy z patogenami.

Po prawdzie zatem nie wiemy, czy w Irkucku rzeczywiście wydarzyło się coś niebezpiecznego.

—–

Wiemy natomiast, że miejsce, w którym pracowała Szypiłowa, jest znacznie ciekawsze, niż sugeruje określenie „laboratorium”.

Irkucki instytut powstał w 1934 roku jako centrum walki z dżumą na Syberii i Dalekim Wschodzie. Był częścią rozbudowanego radzieckiego systemu przeciw­dżumowego, którego zadaniem było wyszukiwanie naturalnych ognisk szczególnie niebezpiecznych chorób, monitorowanie ich, prowadzenie badań oraz reagowanie na epidemie.

Istnienie takiej sieci nie powinno dziwić. Na ogromnych obszarach ZSRR występowały i nadal występują naturalne ogniska dżumy, wąglika, tularemii i innych groźnych chorób. Żeby je kontrolować, potrzebni są specjaliści potrafiący pracować z niebezpiecznymi drobnoustrojami, odpowiednio wyposażone laboratoria oraz kolekcje patogenów.

Tak jest również obecnie. Irkucki instytut podlega Rospotrebnadzorowi i prowadzi badania oraz nadzór nad szczególnie niebezpiecznymi infekcjami, w tym dżumą i cholerą. Dysponuje także kolekcjami patogennych mikroorganizmów oraz wyspecjalizowanymi mobilnymi brygadami przeciwepidemicznymi.

Problem w tym, że w Związku Radzieckim granica między ochroną przed najgroźniejszymi patogenami a przygotowaniami do ich militarnego wykorzystania z czasem zaczęła się zacierać.

—–

W latach 60. radziecki system przeciw­dżumowy otrzymał nowe zadanie. Włączono go do programu o kryptonimie Problem 5, którego celem było przygotowanie ZSRR na zagrożenie biologiczne – zarówno naturalne epidemie, jak i atak przeciwnika.

Z wojskowego punktu widzenia takie kompetencje są bezcenne. Trzeba szybko wykryć użycie czynnika biologicznego, ustalić, czym zaatakował przeciwnik, pobrać i zbadać próbki, ochronić ludzi oraz zahamować rozprzestrzenianie się choroby. W 1963 roku radzieckie Ministerstwo Zdrowia nakazało utworzenie przy dziewięciu instytucjach przeciw­dżumowych mobilnych brygad. Historia takich zespołów opublikowana przez sam instytut w Irkucku mówi wprost, że miały one ograniczać skutki możliwego wykorzystania patogennych czynników biologicznych „w celach wojskowych lub dywersyjnych” przeciwko ludności cywilnej.

Na tym jednak ZSRR nie poprzestał. W latach 70. elementy systemu przeciw­dżumowego zaczęły wykonywać zadania także dla ofensywnego programu broni biologicznej o kryptonimie Ferment. Najlepiej udokumentowany jest udział ośrodków w Saratowie, Rostowie i Wołgogradzie. Ten ostatni został wręcz przestawiony na prace związane z programami biologicznymi.

Nie ma podstaw, by twierdzić, że podobną rolę odgrywał Irkuck. Badacze historii radzieckiej broni biologicznej oceniają, że tamtejszy instytut przeznaczał na zadania związane z programami wojskowymi jedynie niewielką część swojej działalności. Był jednak elementem tego samego systemu, dysponował niebezpiecznymi patogenami, specjalistami oraz wiedzą potrzebną zarówno podczas epidemii, jak i wojny biologicznej.

Dobrym symbolem tej nieostrej granicy jest Igor Domaradski. W 1957 roku, mając 33 lata, został dyrektorem instytutu w Irkucku. Później trafił do struktur tajnego radzieckiego programu biologicznego i należał do ludzi związanych z tworzeniem Biopreparatu – ogromnej organizacji prowadzącej pod przykrywką działalności cywilnej ofensywne prace nad bronią biologiczną.

W przypadku takich badań pojęcie „podwójnego zastosowania” nabiera szczególnego znaczenia. Wiedza pozwalająca chronić człowieka przed groźnym patogenem może również pomóc komuś, kto chciałby wykorzystać ten sam mikroorganizm przeciwko ludziom.

—–

To m.in. dlatego rosyjskie zapewnienia o braku zagrożenia zderzają się dziś z nieufnością. Zwłaszcza że reakcja władz wydaje się znacznie poważniejsza niż komunikat o zapaleniu płuc nieznanego pochodzenia.

Moskwa ma również historyczny problem z wiarygodnością informacji przekazywanych podczas katastrof. Najbardziej znanym przykładem pozostaje Czarnobyl. Po eksplozji reaktora 26 kwietnia 1986 roku pierwszy raport dla Politbiura informował, że pożar ugaszono, a rdzeń reaktora jest chłodzony. Przedstawiciele Ministerstwa Zdrowia uznawali, że nie ma potrzeby podejmowania „specjalnych środków”, w tym ewakuacji miasta.

Tymczasem reaktor był zniszczony, a do atmosfery wydostawały się substancje promieniotwórcze. Dopiero następnego dnia władze zdecydowały o ewakuacji Prypeci. 28 kwietnia podczas posiedzenia Politbiura radzieccy przywódcy wiedzieli już, że sytuacja jest znacznie poważniejsza, niż wynikało z pierwszych informacji. Wtedy też zapadła decyzja o publicznym komunikacie.

Czarnobyl nie dowodzi oczywiście, że rosyjskie władze kłamią dziś w sprawie Irkucka. Historia ZSRR przypomina jednak, dlaczego samo zapewnienie władz, że sytuacja jest pod kontrolą, nie musi kończyć pytań. Zapewne padnie ich jeszcze wiele w najbliższych dniach…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.