Podprogowo

„W tej chwili nie widzimy bezpośredniego zagrożenia atakiem”, oświadczył w niedzielę, 30 sierpnia, anonimowy przedstawiciel NATO cytowany przez Reutersa. Jednocześnie zaznaczył, że rosja nasila ataki na Ukrainę oraz działania hybrydowe w Europie. NATO – zapewnił – pozostaje czujne.

Dzień wcześniej z Warszawy popłynął komunikat brzmiący znacznie bardziej alarmistycznie. Po rozmowie z sekretarzem generalnym NATO Markiem Ruttem premier Donald Tusk napisał, że rosyjska eskalacja postępuje, a najbliższe pół roku może okazać się rozstrzygające. Polska i NATO powinny być przygotowane na różne scenariusze. „Nie możemy wykluczyć prowokacji ze strony rosji przeciwko któremuś z państw NATO”, ostrzegł szef rządu RP.

Z kolei prezydent Finlandii Alexander Stubb w opublikowanym tego samego dnia wywiadzie dla niemieckiego „Bilda” stwierdził, że nie spodziewa się rosyjskiego ataku na państwo NATO. Powołał się przy tym zarówno na informacje wywiadowcze, jak i siłę odstraszania Sojuszu. Jego zdaniem rosja ponosi w Ukrainie straty, które utrudniają jej otwarcie drugiego frontu, zaś sprawdzanie militarnej determinacji NATO byłoby dla Moskwy pozbawione sensu. Nie znaczy to – zastrzegł – że Europa może przestać przygotowywać się na najgorszy scenariusz.

Kto więc ma rację? Wszyscy. Mówią bowiem o różnych rzeczach.

—–

rosyjski atak na NATO najłatwiej wyobrazić sobie jako powtórkę z 24 lutego 2022 roku. Koncentrację wojsk, przygotowania logistyczne, uderzenia rakietowe i lotnicze, a następnie przekroczenie granicy przez jednostki lądowe. W przypadku Sojuszu najczęściej przywoływany jest przy tym kierunek bałtycki – Estonia, Łotwa i Litwa – albo Polska.

Taki scenariusz rzeczywiście trudno dziś uznać za najbardziej prawdopodobny. rosja nadal prowadzi pełnoskalową wojnę przeciw Ukrainie i angażuje w nią ogromną część swojego potencjału wojskowego. Musiałaby przy tym liczyć się z wejściem w konflikt z sojuszem dysponującym nieporównanie większym potencjałem gospodarczym i wojskowym oraz bronią jądrową.

I właśnie przewaga Sojuszu ma kluczowe znaczenie dla odstraszania. Jego istotą jest przekonanie przeciwnika, że ewentualny atak nie pozwoli mu osiągnąć zakładanych celów albo pociągnie za sobą koszty większe od możliwych korzyści. NATO wzmacnia ten mechanizm, zwiększając siły na wschodniej flance, rozbudowując plany obronne i podnosząc wydatki wojskowe. Sojusz oficjalnie określa rosję jako najpoważniejsze i bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa państw NATO.

Rzecz w tym, że między pokojem a rosyjskimi czołgami przekraczającymi granicę NATO znajduje się jeszcze bardzo dużo miejsca. I Moskwa potrafi z niego korzystać.

—–

Najświeższego przykładu dostarczyły Niemcy. 1 września władze w Berlinie oficjalnie uznały rosję za odpowiedzialną za próbę zamachu na lotnisku Lipsk/Halle. Na początku sierpnia znaleziono tam drona wyposażonego w materiał wybuchowy. Według niemieckich mediów celem mógł być ukraiński samolot transportowy.

Minister spraw wewnętrznych RFN Alexander Dobrindt poinformował, że konfiguracja drona, rodzaj materiału wybuchowego i technika detonacji były znane z wcześniejszych rosyjskich operacji hybrydowych oraz wojny przeciw Ukrainie. Niemiecki rząd uznał więc incydent za rosyjski atak hybrydowy. Moskwa zaprzecza, by miała z nim cokolwiek wspólnego.

To już nie operacja dezinformacyjna czy próba włamania do rządowej sieci komputerowej. Dron przewożący materiał wybuchowy mógł zniszczyć samolot, spowodować pożar i zabić ludzi. Jednocześnie sposób przeprowadzenia tej operacji zasadniczo różni się od otwartego ataku militarnego. Z rosji nie nadleciał bombowiec, nie wystartowała rakieta balistyczna, granicy Niemiec nie przekroczyli rosyjscy żołnierze. Zamiast jednoznacznego aktu agresji mamy działanie, którego sprawcę trzeba najpierw ustalić, a jego związek z rosyjskim państwem – udowodnić.

I właśnie ta niejednoznaczność jest istotą problemu.

rosja od lat prowadzi przeciw państwom europejskim działania, które NATO i Unia Europejska określają jako kampanię hybrydową. Obejmuje ona cyberataki, sabotaż, ingerencję w procesy polityczne, operacje informacyjne, zakłócanie systemów elektronicznych i działania przeciw infrastrukturze krytycznej. W lipcu Rada Północnoatlantycka ponownie oficjalnie potępiła rosyjskie cyberoperacje wymierzone w państwa Sojuszu. UE mówi z kolei o „uporczywych, skoordynowanych i długotrwałych” rosyjskich kampaniach hybrydowych.

Nie chodzi przy tym o przypadkowy zbiór incydentów. W rosyjskim sposobie prowadzenia konfrontacji działania militarne, wywiadowcze, informacyjne, gospodarcze i cybernetyczne mogą być elementami jednej strategii. Pozwalają wywierać presję na przeciwnika bez podejmowania ryzyka związanego z otwartą wojną.

Można zakłócać GPS. Można atakować sieci komputerowe. Można podpalać magazyny, uszkadzać infrastrukturę albo wykorzystywać pośredników do przeprowadzenia sabotażu. Można również prowadzić operacje wpływu, których celem nie jest zniszczenie konkretnego obiektu, lecz pogłębienie politycznych i społecznych podziałów. Każde z tych działań może powodować realne szkody. Ale czy to już wojna?

—–

Z punktu widzenia bezpieczeństwa NATO istotne jest więc nie tylko ryzyko otwartego rosyjskiego ataku, lecz także to, jak daleko Moskwa może posunąć się poniżej progu wojny. Cyberatak powodujący kilkugodzinną awarię? Sabotaż linii kolejowej? Uszkodzenie kabla na dnie Bałtyku? Dron nad bazą wojskową? Eksplozja w magazynie? Atak na samolot przewożący uzbrojenie dla Ukrainy?

A jeśli w takim zdarzeniu zginą ludzie?

Nie istnieje taryfikator określający, ile zniszczonych transformatorów, samolotów czy ofiar oznacza przekroczenie granicy między działaniem hybrydowym a zbrojnym atakiem. I nie jest to przypadek – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Strachy…

…na Lachy. Czy Polska powinna bać się ukraińskiej armii po wojnie? Fakty i mity o zagrożeniu zza wschodniej granicy.

Ukraina stworzyła podczas wojny siły zbrojne większe od armii jakiegokolwiek państwa Unii Europejskiej. Dokładna liczebność pozostaje informacją wrażliwą i zmienia się wraz z mobilizacją oraz stratami, ale skalę dobrze pokazują oficjalne dane dotyczące aplikacji Army+. Już w maju 2025 roku ukraińskie Ministerstwo Obrony informowało, że autoryzowany dostęp do niej posiada około 800 tys. wojskowych.

Nie oznacza to jednak, że po zawarciu pokoju lub trwałym zawieszeniu broni Ukraina będzie nadal utrzymywać pod bronią podobną liczbę ludzi. Armia czasu wojny jest podporządkowana innym regułom niż armia funkcjonująca w czasie pokoju. Setki tysięcy żołnierzy trzeba opłacać, wyposażać, szkolić, żywić i kwaterować, a przede wszystkim – są to setki tysięcy ludzi wyjętych z cywilnego rynku pracy.

Dla wyniszczonego wojną i zmagającego się z problemami demograficznymi kraju będzie to szczególnie dotkliwe. Ukraina stanie więc przed sprzecznymi potrzebami. Z jednej strony pozostanie jej rosja, która niezależnie od sposobu zakończenia obecnej wojny prawdopodobnie nadal będzie traktowana w Kijowie jako podstawowe zagrożenie militarne. Z drugiej – państwo będzie potrzebowało demobilizacji części armii, aby odbudowywać gospodarkę i kraj.

Samo stwierdzenie, że po wojnie „za polską granicą pozostanie milionowa ukraińska armia”, jest więc co najmniej uproszczeniem. Może pozostać bardzo duża armia i zapewne pozostanie duża rezerwa ludzi z doświadczeniem wojskowym. Nie wiemy jednak, jak liczne będą pokojowe Siły Zbrojne Ukrainy, bo będzie to zależało m.in. od warunków zakończenia wojny i przyszłych gwarancji bezpieczeństwa.

Najbardziej doświadczona armia Europy?

Ukraińscy żołnierze od lat walczą na wielką skalę z przeciwnikiem dysponującym lotnictwem, rakietami balistycznymi i manewrującymi, artylerią, bronią pancerną, dronami i rozbudowanymi systemami walki radioelektronicznej. Ukraińska armia nauczyła się prowadzić działania w środowisku nasyconym bezzałogowcami, błyskawicznie wykorzystywać informacje z rozpoznania oraz wprowadzać nowe rozwiązania techniczne w tempie nieosiągalnym dla większości zachodnich sił zbrojnych.

Skala rewolucji dronowej jest ogromna. Ukraiński resort obrony podał, że tylko w 2025 roku w ramach programu premiującego skuteczne jednostki bezzałogowe zarejestrowano prawie 820 tys. potwierdzonych na nagraniach trafień rosyjskich celów.

Wraz z armią rozwinął się ukraiński przemysł obronny. Według danych rządu wiosną 2026 roku ponad połowa uzbrojenia używanego na froncie była już produkowana w kraju. W sektorze pracowało ponad 900 przedsiębiorstw i przeszło 300 tys. ludzi, a szczególnie silne są ukraińskie kompetencje w produkcji bezzałogowców, artylerii i systemów łączności.

Obraz Ukrainy całkowicie uzależnionej od dostaw zachodniej broni jest więc dziś nieprawdziwy. Nie oznacza to jednak czegoś przeciwnego: że Kijów osiągnął wojskową samowystarczalność.

Olbrzym, który potrzebuje broni Zachodu…

To jedna z najważniejszych różnic między rzeczywistymi możliwościami ZSU a ich obrazem tworzonym przez samą liczbę żołnierzy i doświadczenie bojowe.

Ukraina potrafi dziś produkować na ogromną skalę drony, rozwija własne systemy walki radioelektronicznej, zwiększa produkcję amunicji, artylerii i uzbrojenia dalekiego zasięgu. Jednocześnie część najbardziej zaawansowanych zdolności ukraińskiej armii nadal zależy od zachodniej technologii i dostaw.

Dobrym przykładem jest obrona powietrzna. Według analizy brytyjskiego Royal United Services Institute w 2026 roku ukraińskie rakietowe systemy przeciwlotnicze są już w większości konstrukcjami zachodnimi, ponieważ zapasy rakiet do wielu systemów postsowieckich zostały w dużej mierze wyczerpane. NASAMS i IRIS-T chronią najważniejsze obiekty przed pociskami manewrującymi, a Patriot i SAMP/T zapewniają Ukrainie najskuteczniejszą obronę przed rosyjskimi pociskami balistycznymi. Kluczowym ograniczeniem pozostaje dostępność rakiet przechwytujących.

Podobnie wygląda sytuacja w lotnictwie, części uzbrojenia precyzyjnego i wielu rodzajach amunicji. Ukraińskie zdolności są zatem połączeniem własnego potencjału z zachodnim zapleczem technologicznym i przemysłowym.

…i jego pieniędzy

Jeszcze mocniej widać tę zależność w finansach. Po czerwcowej nowelizacji ukraińskiego budżetu wydatki na bezpieczeństwo i obronę w 2026 roku sięgnęły 4,367 bln hrywien, czyli około 367 mld zł (98 mld dol.). Jednocześnie Kijów nadal potrzebuje ogromnego wsparcia zewnętrznego – w pierwotnym budżecie na ten rok jego potrzeby określano na ponad 2 bln hrywien. Sama Unia Europejska w ramach programu Ukraine Support Loan może przekazać Ukrainie w latach 2026–2027 do 90 mld euro. Według czerwcowych danych ukraińskiego resortu finansów tylko w 2026 roku 31,8 mld euro unijnego wsparcia ma zostać przeznaczone na bezpieczeństwo i obronę.

Przez większość wojny Kijów mógł przy tym argumentować, że wojsko finansuje przede wszystkim z własnych dochodów. Była to jednak tylko część obrazu. Zagraniczne pieniądze pozwalały opłacać pozostałe funkcje państwa – emerytury, szkoły, szpitale czy administrację – dzięki czemu własne środki można było kierować przede wszystkim na obronność. Bez zewnętrznego finansowania Ukraina musiałaby więc dokonywać dramatycznego wyboru między utrzymaniem ogromnej armii a funkcjonowaniem państwa. W 2026 roku zależność stała się jeszcze bardziej bezpośrednia, bo europejskie pieniądze zaczęły trafiać również na samą obronność.

Ukraińska armia jest więc potężna, ale jej potęga jest nierównomierna. Bez zachodniego wsparcia nadal byłaby bardzo groźnym przeciwnikiem na lądzie, szczególnie w wojnie dronowej, artyleryjskiej i radioelektronicznej. Znacznie trudniej byłoby jej natomiast przez dłuższy czas prowadzić nowoczesną wojnę na wielką skalę wymagającą zaawansowanej obrony powietrznej, lotnictwa, ogromnych zapasów amunicji i stabilnego finansowania.

Czy taka armia mogłaby zaatakować Polskę?

Teoretycznie niemal każda wystarczająco duża armia sąsiedniego państwa może stanowić zagrożenie. W analizie bezpieczeństwa liczą się jednak nie tylko możliwości, lecz także zamiary oraz polityczne i strategiczne warunki ich wykorzystania.

A tutaj scenariusz ukraińskiego ataku na Polskę zaczyna się rozpadać.

Doświadczenie zdobyte podczas wojny obronnej przeciwko rosji nie oznacza automatycznie zdolności do prowadzenia wielkiej ofensywnej wojny przeciwko państwu NATO. Ukraina musiałaby skoncentrować wojska, zapewnić im zapasy paliwa i amunicji, osłonę przeciwlotniczą, rozpoznanie i logistykę pozwalającą działać daleko od własnego zaplecza. Musiałaby również zmierzyć się z polskim lotnictwem i systemami obrony powietrznej.

Przede wszystkim jednak musiałaby zaatakować państwo należące do Sojuszu Północnoatlantyckiego.

Polska nie prowadziłaby takiej wojny sama. Na wschodniej flance NATO funkcjonuje obecnie dziewięć wielonarodowych grup bojowych, jedna z nich stacjonuje w Polsce. Ich znaczenie nie sprowadza się do liczby żołnierzy. Obecność wojsk innych państw powoduje, że agresor od pierwszych godzin konfliktu konfrontowałby się nie tylko z armią kraju zaatakowanego, lecz także z siłami jego sojuszników.

Aby wyobrazić sobie ukraiński atak na Polskę, trzeba więc założyć nie jedną, lecz cały ciąg fundamentalnych zmian. Kijów musiałby uznać Polskę za przeciwnika, dokonać zasadniczego zwrotu politycznego wobec Zachodu, pogodzić się z utratą jego finansowego i wojskowego wsparcia, przestać traktować rosję jako główne zagrożenie, a następnie zdecydować się na konflikt z państwem NATO.

Nie jest to scenariusz niemożliwy. W polityce międzynarodowej niewiele rzeczy można wykluczyć na zawsze. Na podstawie dzisiejszych realiów trudno jednak wskazać wiarygodną drogę, która miałaby do niego prowadzić.

Nie oznacza to, że powojenna Ukraina nie stworzy Polsce żadnych problemów związanych z bezpieczeństwem. Jedno z najbardziej oczywistych zagrożeń dotyczy broni – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ukraińscy żołnierze, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Zaolzie

Konto podszywające się pod ambasadora, podrobione dokumenty, przejęte strony internetowe, sztuczna inteligencja i fikcyjna demonstracja. Ktoś włożył sporo wysiłku w stworzenie wrażenia, że między Polską a Czechami wybucha konflikt o Zaolzie. Operacja była technicznie całkiem rozbudowana. Problem jej autorów polega na tym, że Polacy i Czesi najwyraźniej nie bardzo chcieli się ze sobą pokłócić.

Zaczęło się od historii, która miała jedną wielką zaletę: nie była całkowicie zmyślona. Między Polską a Czechami rzeczywiście pozostaje nierozwiązana kwestia tzw. długu terytorialnego. To konsekwencja korekty granicy polsko-czechosłowackiej z 1958 roku. Polska przekazała wówczas sąsiadowi 1205,90 ha, otrzymując 837,46 ha. Różnica wynosi 368,44 ha i sprawa do dziś jest przedmiotem rozmów obu państw.

Z tego ziarenka prawdy ktoś zbudował znacznie bardziej efektowną opowieść. Według niej Warszawa miała domagać się od Czech ponad 600 ha ziemi, a w tle pojawiła się sugestia, że chodzi o powrót do historycznego sporu o Zaolzie.

Dla dezinformatora to niemal idealny materiał. Jest prawdziwy problem graniczny, jest trudna historia polsko-czechosłowackich stosunków, jest polskie zajęcie Zaolzia w 1938 roku i związane z nim emocje. Nie trzeba więc tworzyć rzeczywistości od początku. Wystarczy prawdziwe elementy poskładać tak, by powstała z nich fałszywa całość. I właśnie to zrobiono.

Kryzys, którego nie było

W połowie sierpnia na Facebooku działało konto podszywające się pod ambasadora Czech w Warszawie Břetislava Dančáka. Opublikowano na nim spreparowany dokument, który miał dowodzić polskich roszczeń. Jego autorzy nie ustrzegli się zresztą błędu – w pierwotnej wersji czeskojęzycznego pisma ostatnie zdanie pozostawili po polsku. Później dokument podmieniono.

Na tym jednak nie poprzestano. Powstała kopia strony czeskiego publicznego radia iRozhlas. Adres fałszywego serwisu różnił się od prawdziwego jedną literą. Zamieszczono tam artykuł sugerujący, że mieszkańcy terenów zagrożonych rzekomymi polskimi roszczeniami zaczynają sprzedawać nieruchomości. Domenę zarejestrowano na początku sierpnia na „Jana Novaka”, podając nieistniejący praski adres.

Potem nastąpił ruch szczególnie interesujący. Nieznani sprawcy zdobyli hasło jednego z pracowników Polskiego Radia PiK i na prawdziwej stronie rozgłośni opublikowali fałszywy artykuł o planowanym przez Polskę zajęciu czeskiego terytorium. W ten sposób dezinformacja przestała krążyć wyłącznie między fikcyjnymi kontami i fałszywymi portalami – dostała pieczątkę prawdziwego medium. Sprawą zajmuje się Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości.

To ważne, bo pokazuje, jak bardzo zmieniła się dezinformacja. Nie mamy do czynienia z jednym kłamliwym wpisem wrzuconym do internetu. Powstaje cały sztuczny ekosystem. Fałszywy dyplomata publikuje fałszywy dokument. Fałszywe medium cytuje fałszywego dyplomatę. Prawdziwe medium zostaje przejęte i powtarza stworzoną wcześniej historię. Poszczególne elementy zaczynają się nawzajem uwiarygadniać.

Człowiek, którego nie ma

Operacja przeniosła się następnie na czeską stronę granicy. Pojawił się między innymi „Adam Sikora” – rzekomy mieszkaniec regionu, który ostrzegał przed polskimi zakusami i zapowiadał demonstrację w Trzyńcu pod hasłami „Śląsk Cieszyński jest czeski” i „Tutaj żyjemy, tutaj zostajemy”.

Tyle że wiele wskazuje na to, że „Sikora” nie istnieje. Jego zdjęcie profilowe nosi cechy obrazu stworzonego przez sztuczną inteligencję. Wcześniej próbował uwiarygodnić swoją lokalną tożsamość, wystawiając na sprzedaż dom w Ropicy koło Czeskiego Cieszyna. Dom również okazał się wirtualny – fotografie oznaczono jako wygenerowane przez AI. Nie istniała też zapowiadana demonstracja. Trzyniecki magistrat potwierdził, że nikt jej nie zgłosił. Mimo to, według ustaleń czeskiego portalu informacyjnego Seznam Zprávy, płatne posty reklamujące protest dotarły do dziesiątek tysięcy użytkowników Facebooka. Zaproszenia rozsyłano również do czeskich mediów i instytucji, także tych działających daleko od Zaolzia.

Trudno więc traktować całość jako serię przypadkowych internetowych żartów. Widać konsekwentnie budowaną historię, która miała wyjść z internetu i stworzyć wrażenie rzeczywistego konfliktu społecznego. Nie wiemy natomiast, kto tę historię napisał.

rosyjski ślad

Podejrzenia kierują się w stronę rosji. NASK ocenia, że sposób działania sprawców odpowiada metodom znanym z rosyjskich operacji, jednocześnie zastrzegając, że na obecnym etapie nie dokonano jednoznacznej atrybucji. Według Seznam Zprávy hipotezę o zorganizowanej rosyjskiej operacji bierze pod uwagę również czeska społeczność bezpieczeństwa.

Jest jeszcze jeden interesujący ślad. Temat polsko-czeskiego długu terytorialnego już wcześniej interesował rosyjską propagandę. Seznam Zprávy przypominają, że związany według czeskiej Służby Informacji Bezpieczeństwa z rosyjskim reżimem kanał NeČT24 nagłaśniał w ubiegłym roku prawdziwe informacje o polskich staraniach dotyczących rozwiązania tej kwestii.

To jednak nadal poszlaki, a nie dowód pozwalający napisać, że „rosja przeprowadziła operację”. W przypadku działań informacyjnych ostrożność w przypisywaniu sprawstwa jest szczególnie ważna. Tym bardziej że możliwość wskazania palcem przeciwnika bywa częścią samej gry.

Znacznie pewniej możemy mówić o celu. Wszystkie elementy prowadziły do stworzenia przekonania, że Polska zaczyna wysuwać roszczenia wobec Czech, a Czesi reagują na nie strachem i gniewem. I tutaj operacja napotkała problem.

Jaki? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Grafika wygenerowana przez AI.

Armia

Jakich zdolności potrzebuje Polska, żeby rosyjscy planiści uznali atak na nasz kraj za przedsięwzięcie zbyt ryzykowne i kosztowne? I czy właśnie takie wojsko budujemy?

Na obronność Polska przeznaczy w 2026 roku 200,1 mld zł, czyli 4,81 proc. PKB. To poziom wydatków, który jeszcze kilka lat temu trudno byłoby sobie wyobrazić. W ślad za pieniędzmi idą ogromne zakupy: Abramsy i K2, armatohaubice Krab i K9, wyrzutnie HIMARS i Homar-K, samoloty F-35, systemy Wisła i Narew, drony, satelity, amunicja. Równolegle rośnie liczebność wojska, a minister Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiedział budowę „Armii 500” – półmilionowego potencjału obejmującego zarówno żołnierzy czynnej służby, jak i przygotowanych rezerwistów.

Można więc próbować mierzyć siłę WP liczbą czołgów, dział, samolotów czy żołnierzy. Problem w tym, że doświadczenia trwającej już piąty rok pełnoskalowej wojny rosyjsko-ukraińskiej mocno skomplikowały taki rachunek. Okazało się, że nawet liczna i dobrze uzbrojona armia może mieć poważne problemy, jeśli zawodzi jej rozpoznanie, dowodzenie i logistyka. Że sprzęt potrzebuje ogromnych ilości amunicji, części zamiennych i paliwa. Że dron kosztujący ułamek ceny czołgu potrafi go unieruchomić, a magazyn lub stanowisko dowodzenia kilkaset kilometrów od frontu nie jest już bezpiecznym zapleczem.

Dlatego pytanie o armię zdolną odstraszyć rosję trzeba postawić inaczej.

—–

Polska nie buduje sił zbrojnych po to, aby samodzielnie wygrać wojnę z federacją. Jesteśmy członkiem NATO i polskie plany obronne są częścią planów całego Sojuszu. NATO utrzymuje dziś dziewięć wielonarodowych grup bojowych na swojej wschodniej flance, ćwiczy ich rozwijanie do większych związków taktycznych i opiera obronę regionu na połączeniu sił już znajdujących się na miejscu z szybko dostępnymi posiłkami.

To bardzo ważne zastrzeżenie, bo zmienia sposób myślenia o tym, jak silne powinno być WP. Nie musi być liczniejsze od rosyjskiego ani dysponować większą liczbą samolotów, rakiet i czołgów niż rosja. Musi natomiast sprawić, że Moskwa nie będzie mogła liczyć na szybkie rozstrzygnięcie wojny.

Przy czym jej pierwsze godziny wcale nie muszą oznaczać wielkiej bitwy lądowej. rosja dysponuje pociskami balistycznymi i manewrującymi oraz ogromną liczbą bezzałogowców. Wojna w Ukrainie pokazuje, że ich celami stają się nie tylko wojska, lecz także lotniska, systemy obrony powietrznej, stanowiska dowodzenia, magazyny, zakłady przemysłowe, energetyka i infrastruktura transportowa.

Dlatego armia odstraszająca rosję musi być przede wszystkim trudna do sparaliżowania. Nie może zależeć od kilku obiektów, których zniszczenie przerwie jej „układ nerwowy”. Potrzebuje rozproszonych i zapasowych stanowisk dowodzenia, mobilnych systemów, chronionych magazynów, odpornej łączności i zdolności do szybkiego odtwarzania uszkodzonej infrastruktury.

Potrzebuje również obrony powietrznej – ale nie tylko tej najbardziej efektownej, zdolnej zwalczać samoloty i rakiety balistyczne. Ukraina pokazała problem, którego przed 2022 rokiem nie dostrzegano w pełnej skali: przeciwnik może atakować setkami relatywnie tanich dronów, zmuszając obrońcę do zużywania znacznie droższych pocisków.

Polska buduje więc kolejne warstwy obrony. Wisła ma zapewniać ochronę m.in. przed pociskami balistycznymi, Narew przed celami na krótszych dystansach. Do tego dochodzą Pilica+ oraz rozwijane zdolności antydronowe. W styczniu podpisano umowę na 18 modułów bateryjnych systemu SAN przeznaczonego m.in. do zwalczania bezzałogowców.

Nie oznacza to, że nad Polską powstanie szczelna kopuła. Takiej obrony nie ma żadne państwo. Chodzi o coś innego: ochronę najważniejszych elementów państwa i wojska na tyle skuteczną, aby przeciwnik nie mógł liczyć, że pierwsza fala uderzeń odbierze Polsce zdolność do dalszej walki.

—–

Zasięg broni nie jest tym samym co zdolność skutecznego rażenia na taki dystans. Rakieta mogąca przelecieć kilkaset kilometrów niewiele daje, jeśli jej użytkownik nie wie, gdzie znajduje się cel. Dlatego obok efektorów potrzebne są sensory: radary, satelity, drony rozpoznawcze, rozpoznanie radioelektroniczne oraz system dowodzenia zdolny zebrać informacje z wielu źródeł i szybko przekazać je temu, kto może zaatakować wykryty cel. Liczy się nie tylko to, kto widzi dalej, ale także kto szybciej zamienia informację w decyzję i decyzję w uderzenie.

To jeden z obszarów polskiej modernizacji, który pozostaje mniej widowiskowy niż zakup nowych czołgów czy samolotów, ale z roku na rok nabiera większego znaczenia. Polska rozwija wojskowe rozpoznanie satelitarne, kupuje kolejne systemy bezzałogowe i rozbudowuje systemy radarowe oraz rozpoznania elektronicznego. Same F-35 również nie są wyłącznie samolotami służącymi do przenoszenia uzbrojenia – są elementami sieci zbierającej i przekazującej informacje o polu walki.

W wielkim uproszczeniu: kupujemy nie tylko coraz silniejszą pięść, ale również oczy i układ nerwowy, które pozwolą nią skutecznie uderzyć.

Sama obrona jednak nie wystarczy. Wiarygodne odstraszanie wymaga możliwości zadawania przeciwnikowi strat również daleko od własnej granicy. Nie chodzi przy tym o bombardowanie rosyjskich miast. Z wojskowego punktu widzenia istotne są stanowiska dowodzenia, wyrzutnie rakiet, lotniska, magazyny amunicji i paliwa, węzły logistyczne czy miejsca koncentracji wojsk. Im dalej od linii frontu rosjanie muszą chronić takie obiekty, tym więcej sił muszą przeznaczać na ich obronę i tym trudniej prowadzić operację zaczepną.

Polska rozwija tę zdolność od kilku lat. Służą jej artyleria rakietowa HIMARS i Homar-K, lotnicze pociski JASSM i JASSM-ER, a w przyszłości także kolejne rodzaje uzbrojenia przenoszonego przez F-35. Do tego dochodzi ogromny potencjał klasycznej artylerii lufowej budowany wokół Krabów i południowokoreańskich K9.

—–

Przed 2022 rokiem europejskie armie przygotowywały się przede wszystkim do konfliktów mniej intensywnych niż pełnoskalowa wojna. Ukraina przypomniała, jak szybko wielka wojna zużywa wszystko. Co w związku z tym? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Kopuła

Polska wydaje dziesiątki miliardów złotych na programy Wisła, Narew, Pilica+ oraz systemy przeciwdronowe, ale nawet po ich zakończeniu nie będziemy dysponowali szczelną tarczą chroniącą każdy fragment kraju. Takiej obrony nie ma żadne państwo i przy obecnych możliwościach technicznych nie sposób jej stworzyć. Systemy przeciwlotnicze i przeciwrakietowe mają przede wszystkim chronić najważniejsze obiekty, wojska i infrastrukturę oraz ograniczać skutki uderzeń przeciwnika. Dlatego fakt, że pojedynczy dron czy rakieta przedrze się przez obronę, nie musi oznaczać jej porażki.

Warto o tym pamiętać zwłaszcza wtedy, gdy kolejny incydent w polskiej przestrzeni powietrznej wywołuje pytanie: skoro kupujemy tak wiele systemów przeciwlotniczych, to dlaczego po prostu nie zamkniemy nimi całego nieba nad Polską? Odpowiedź brzmi: bo nie można.

Najłatwiej ulec złudzeniu, patrząc na mapy pokazujące zasięgi poszczególnych zestawów przeciwlotniczych. Wystarczy zaznaczyć pozycję baterii, narysować wokół niej okrąg odpowiadający maksymalnemu zasięgowi pocisku i powtórzyć tę operację odpowiednią liczbę razy. Gdy okręgi pokryją całą powierzchnię Polski, można odnieść wrażenie, że powstała szczelna tarcza.

Tyle że w rzeczywistości obrona powietrzna tak nie działa.

Zasięg pocisku nie jest promieniem chronionej przez niego kopuły. To, z jakiej odległości można wykryć, śledzić i ostatecznie zwalczyć cel, zależy między innymi od rodzaju celu, wysokości i kierunku jego lotu, ukształtowania terenu, położenia radarów oraz geometrii przechwycenia. Samolot lecący na wysokości kilku czy kilkunastu kilometrów może być widoczny dla naziemnego radaru z odległości setek kilometrów. Pocisk manewrujący albo niewielki dron lecący kilkadziesiąt metrów nad ziemią może pojawić się na ekranie znacznie później.

Powodem jest choćby krzywizna Ziemi. Radar stojący na ziemi nie widzi przez horyzont, a dodatkowym problemem są wzgórza, budynki, lasy i inne przeszkody terenowe. Dlatego właśnie tak ważne są samoloty wczesnego ostrzegania, sensory wyniesione w powietrze i tworzenie sieci, w której informacje z wielu źródeł składają się na jeden obraz sytuacji. Ale nawet najbardziej rozbudowana sieć sensorów nie zmienia podstawowej zasady: wykrycie celu jest dopiero początkiem. Trzeba go jeszcze zidentyfikować, podjąć decyzję o zwalczaniu, przekazać dane do odpowiedniego efektora i znaleźć się w warunkach umożliwiających przechwycenie.

Nie wszystko jest równie ważne

Jest jeszcze istotniejszy powód, dla którego obrona powietrzna nie tworzy szczelnej kopuły. Nie buduje się jej po to, aby z jednakową intensywnością bronić każdego kilometra kwadratowego terytorium.

W czasie wojny dowódca dysponuje określoną liczbą radarów, wyrzutni, pocisków, samolotów i ludzi. Jednocześnie liczba potencjalnych celów ataku jest ogromna. Są nimi stanowiska dowodzenia, lotniska, bazy wojskowe, zgrupowania wojsk, składy amunicji, węzły kolejowe i drogowe, przeprawy przez rzeki, elektrownie, stacje elektroenergetyczne, rafinerie, porty, zakłady przemysłu obronnego, centra łączności czy ośrodki administracji państwowej.

Nie sposób zapewnić każdemu z nich takiej samej ochrony.

Dlatego jednym z fundamentów planowania obrony powietrznej jest ustalanie priorytetów. System ma przede wszystkim uniemożliwić przeciwnikowi zniszczenie tych elementów, których utrata najbardziej ograniczyłaby zdolność armii do prowadzenia działań albo państwa do funkcjonowania. W praktyce oznacza to również konieczność zaakceptowania faktu, że części potencjalnych celów nie będzie można chronić równie silnie, a niektórych wcale.

Brzmi to brutalnie, lecz obrona powietrzna jest także sztuką decydowania, czego w danym momencie bronić nie będziemy.

Tak właśnie problem ujmuje NATO. W opublikowanej w 2025 roku polityce zintegrowanej obrony powietrznej i przeciwrakietowej Sojusz wskazuje, że podczas kryzysu i konfliktu jednym z jej podstawowych zadań jest ochrona sił oraz infrastruktury i zasobów koniecznych do realizacji planów operacyjnych. Dokument mówi również o konieczności elastycznego przenoszenia środków obrony w zależności od zmieniającej się sytuacji.

To ważna różnica między potocznym wyobrażeniem a wojskową logiką. Obronę przeciwlotniczą można skoncentrować wokół Warszawy, ważnego lotniska albo zgrupowania wojsk. Nie można jednak z równą intensywnością rozmieścić jej nad ponad 300 tys. kilometrów kwadratowych Polski.

Atakujący wybiera miejsce

Problem pogłębia jeszcze jedna fundamentalna przewaga napastnika: to on wybiera czas, kierunek i skalę uderzenia.

Załóżmy, że obrońca dysponuje setkami środków zdolnych do zwalczania celów powietrznych. Musi rozmieścić je wcześniej, chroniąc wiele miejsc jednocześnie. Napastnik może tymczasem zgromadzić setki dronów i pocisków, a następnie znaczną ich część skierować przeciw kilku wybranym celom. Innymi słowy: obrońca musi się rozpraszać, atakujący może się koncentrować.

Wojna w Ukrainie pokazuje ten mechanizm niemal każdej nocy.

Ukraińcy dysponują dziś prawdopodobnie najbardziej doświadczoną bojowo obroną powietrzną na świecie. Łączą systemy Patriot, NASAMS i IRIS-T z zestawami postsowieckimi, lotnictwem, walką radioelektroniczną, mobilnymi grupami ogniowymi i coraz liczniejszymi systemami przeznaczonymi specjalnie do zwalczania bezzałogowców. Mimo to rosyjskie pociski i drony nadal docierają do celów.

Dobrym przykładem był atak przeprowadzony w nocy z 5 na 6 lipca tego roku. Według ukraińskich Sił Powietrznych rosja użyła łącznie 419 środków napadu powietrznego: 351 bezzałogowców różnych typów oraz 68 rakiet i pocisków, wśród nich 23 Iskandery-M lub pociski systemu S-400 użyte do atakowania celów naziemnych, sześć Cyrkonów lub Oniksów, 33 pociski manewrujące Ch-101 i sześć Kalibrów. Ukraińska obrona zestrzeliła lub obezwładniła 363 cele – 326 dronów oraz 37 pocisków manewrujących. Mimo tak wysokiej skuteczności odnotowano trafienia w 34 miejscach.

Nie jest to dowód na nieskuteczność ukraińskiej obrony. Jest ilustracją jej ograniczeń.

rosjanie mogą wysyłać drony z kilku kierunków, zmieniać ich trasy już podczas lotu, wykorzystywać maszyny pełniące rolę wabików, a właściwe pociski kierować tam, gdzie próbują przeciążyć obronę. Mogą również łączyć środki o zupełnie różnych charakterystykach – od wolnych Shahedów po pociski manewrujące i rakiety poruszające się po trajektorii balistycznej. Każde z tych zagrożeń wymaga innego sposobu wykrywania i zwalczania.

W efekcie nawet bardzo wysoki procent przechwyceń nie oznacza, że nic nie trafi w ziemię (…).

Nie zestrzelić, lecz przetrwać

Największym nieporozumieniem jest jednak sprowadzanie obrony przed atakiem powietrznym do zestrzeliwania tego, co przeciwnik wyśle w naszą stronę.

NATO wyróżnia w zintegrowanej obronie powietrznej i przeciwrakietowej zarówno obronę aktywną, jak i pasywną. Ta pierwsza obejmuje między innymi lotnictwo oraz naziemne systemy różnych zasięgów. Zadaniem drugiej jest zmniejszenie skutków tych uderzeń, których nie udało się powstrzymać. Wśród stosowanych środków Sojusz wymienia wzmacnianie i zabezpieczanie obiektów, maskowanie, ukrywanie i pozorację, rozproszenie oraz redundancję.

To bardzo ważna część całej układanki. Jeśli przeciwnik może zniszczyć jednym trafieniem jedyne stanowisko dowodzenia, rozwiązaniem nie zawsze musi być ustawienie przed nim kolejnej wyrzutni rakiet przeciwlotniczych. Można stworzyć stanowisko zapasowe i rozproszyć system dowodzenia. Samoloty można rozmieścić na kilku lotniskach, sprzęt ukrywać i maskować, budować schronohangary, tworzyć zapasowe magazyny paliwa i amunicji. Chodzi o to, by nawet skuteczne trafienie nie pozbawiło wojska zdolności do dalszego działania.

Ta sama zasada dotyczy infrastruktury cywilnej. Jeśli jeden atak może pozbawić dużą część kraju energii elektrycznej, potrzebna jest nie tylko obrona kluczowych elementów sieci, lecz także możliwość ich zastąpienia, obejścia uszkodzonego fragmentu albo szybkiego przywrócenia działania. Celem nie jest bowiem uniemożliwienie przeciwnikowi trafienia czegokolwiek. Jest nim pozbawienie go korzyści, którą miał osiągnąć dzięki temu trafieniu.

NATO ujmuje tę logikę w czterech kolejnych efektach: „no threat”, czyli brak zagrożenia, „no launch” – niedopuszczenie do odpalenia środka napadu, „no impact” – uniemożliwienie mu dotarcia do celu, oraz „no consequences” – ograniczenie skutków, jeśli atak mimo wszystko okaże się skuteczny. Zagrożenie można więc odstraszyć, środki napadu niszczyć jeszcze przed ich użyciem, przechwytywać już po odpaleniu, a jeśli przedrą się przez obronę – zadbać o to, by wyrządziły możliwie najmniejsze szkody. Sama aktywna obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa odpowiada więc tylko za jeden z elementów tego procesu.

Właśnie w ten sposób NATO rozumie IAMD (Integrated Air and Missile Defence), czyli zintegrowaną obronę powietrzną i przeciwrakietową. Jej zadaniem nie jest zagwarantowanie, że każdy samolot, dron czy pocisk zostanie zestrzelony, lecz zneutralizowanie zagrożenia albo ograniczenie jego skuteczności. Obrona zaczyna się zatem jeszcze przed startem rakiety przeciwnika i nie kończy w chwili, gdy którejś z nich uda się przebić przez system przeciwlotniczy (…).

Ten tekst ma swój ciąg dalszy i generalnie istnieje w rozszerzonej wersji – opublikowałem ją w portalu „Polska Zbrojna”, oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.