(Nie)przyjaźń?

Spór wokół nadania jednej z ukraińskich jednostek specjalnych nazwy nawiązującej do UPA wywołał po obu stronach granicy lawinę emocji. Nie należy jednak oczekiwać, że jego efektem będzie gwałtowne załamanie relacji polsko-ukraińskich, zamknięcie szlaków tranzytowych czy wstrzymanie współpracy wojskowej. Polska i Ukraina pozostają dziś zbyt silnie związane wspólnymi interesami bezpieczeństwa, by jeden kryzys mógł zakończyć to partnerstwo. Ale cała sprawa nie pozostanie bez konsekwencji. Jej najbardziej prawdopodobnym skutkiem będzie dalsza erozja wzajemnego zaufania i życzliwości.

„Zamknąć lotnisko w Jasionce!” – apelują zwolennicy twardej rozprawy z Ukrainą. Jeszcze inni oczekują, że Polska w ogóle wycofa się z roli hubu logistycznego dla walczącego z rosją sąsiada.

Mniejsza o adekwatność takich działań, dość zauważyć, że polska podmiotowość w tej kwestii jest ograniczona. Owszem, infrastruktura znajduje się na naszym terytorium, ale jej funkcjonowanie od dawna wykracza poza relacje Warszawy z Kijowem. Próba wykorzystania jej jako narzędzia nacisku zostałaby źle odczytana nie tylko przez Ukraińców, lecz także w stolicach państw, które współtworzą system wsparcia dla Ukrainy. Te kraje to nasi sojusznicy z NATO, współgwaranci bezpieczeństwa Rzeczpospolitej.

A więc owszem, uderzylibyśmy w Ukrainę, ale również w reputację Polski jako przewidywalnego i wiarygodnego sojusznika, fundując sobie poważny kryzys w relacjach z najważniejszymi partnerami. Podoba nam się to czy nie, tak długo jak Waszyngton, Paryż, Londyn czy Berlin chcą zachowania ukraińskiej państwowości, tak długo będzie to również nasz imperatyw.

I już choćby dlatego scenariusz zakładający zamknięcie tranzytu uzbrojenia należy traktować bardziej jako element publicystycznej retoryki niż realną opcję polityczną.

(…)

Co nie znaczy, że działania antagonizujące Polskę i Ukrainę pozostaną bez skutków w obszarze obronności. W miarę jak sympatię będzie zastępował cynizm, pojawi się też coraz więcej nieufności wobec „taktycznego sojusznika”. W skrajnym przypadku może dojść do tego, że traktowanie ukraińskiej armii jako straszaka na rosję nie stanie w sprzeczności z tworzeniem planów operacyjnych zakładających ukraińską woltę. Dziś skupiamy się na budowaniu instalacji obronnych w ramach Tarczy Wschód na naszej północnej i północno-wschodniej granicy – z Królewcem i Białorusią. Jednym z możliwych efektów pogarszających się relacji z Kijowem byłaby rozbudowa Tarczy także na odcinku południowo-wschodnim – a więc kolejne duże wydatki. Tym większe, im bardziej rozkręci się spirala wzajemnej nieufności, co w finalnym ujęciu może przekształcić się w powszechnie odczuwaną w Polsce potrzebę budowy armii „na dwa zagrożenia ze wschodu” – rosyjskie i ukraińskie.

—–

Rosnący deficyt zaufania i życzliwości będzie dotyczył również relacji międzyludzkich – co w sytuacji, w której przebywa u nas około 1,5 mln obywateli Ukrainy urasta do rangi poważnego wyzwania dla państwa.

Nadal nie należy spodziewać się gwałtownego wybuchu otwartej wrogości, ale definitywnego końca okresu „taryfy ulgowej” już owszem. W pierwszych miesiącach wojny Polacy postrzegali Ukraińców przede wszystkim jako ofiary rosyjskiej agresji. Dziś coraz częściej patrzą na nich jak na dużą społeczność cudzoziemców, która na stałe wpisała się w polski krajobraz społeczny. To zaś nieuchronnie rodzi oczekiwania – tym większe, im bardziej pogarszają się relacje międzypaństwowe. Znajomość języka polskiego, respektowanie lokalnych norm społecznych, uczestnictwo w życiu publicznym czy identyfikacja z państwem, które udzieliło schronienia, są i będą coraz częściej traktowane nie jako mile widziane gesty, lecz jako obowiązek i – przede wszystkim – dowód lojalności. Innymi słowy, społeczna presja na polonizację przynajmniej części ukraińskiej diaspory będzie tylko rosła, skokowo, gdy pojawią się kolejne kryzysy.

Tyle że proces ten może wywołać reakcję odwrotną od zamierzonej. Ukraińcy przybyli do Polski nie jako klasyczni migranci ekonomiczni, lecz jako przedstawiciele narodu toczącego wojnę o przetrwanie. Wielu z nich traktuje swoją obecność nad Wisłą jako stan przejściowy, a własną tożsamość narodową jako wartość, której należy szczególnie strzec. W takich warunkach każda próba wywierania presji kulturowej czy politycznej może prowadzić do zamykania się części społeczności ukraińskiej we własnym kręgu, wzrostu znaczenia organizacji etnicznych oraz coraz silniejszego eksponowania narodowych symboli i narracji historycznych.

Paradoksalnie więc kolejne kryzysy mogą jednocześnie wzmacniać po polskiej stronie oczekiwanie większej integracji, a po ukraińskiej potrzebę zachowania odrębności. A to gotowy przepis na narastanie wzajemnych pretensji.

(…)

—–

A w tym wszystkim jest jeszcze trzeci aktor, który od początku wojny konsekwentnie pracuje na rzecz pogorszenia relacji polsko-ukraińskich. Dla rosyjskich służb obecność w Polsce ogromnej społeczności ukraińskiej stanowi wręcz wymarzone środowisko operacyjne. Mowa nie tylko o fizycznym zapleczu do szerzenia dezinformacji czy podsycania sporów historycznych. W ostatnich latach obserwowaliśmy również próby werbowania agentury, organizowania aktów sabotażu, prowadzenia rozpoznania infrastruktury krytycznej z udziałem obywateli Ukrainy. Każdy kolejny kryzys polityczny, każda awantura wokół historii i każdy wzrost wzajemnej nieufności zwiększają pole manewru dla takich operacji. Z obu stron bowiem – ukraińskiej i polskiej – pojawią się rozczarowani, zirytowani, gotowi dokopać tym drugim. Wystarczy, by rosja ich zagospodarowała.

Tak powstaje mechanizm samonapędzający: pogarszające się relacje społeczne ułatwiają rosyjskie działania hybrydowe, a skuteczne działania hybrydowe prowadzą do dalszego pogarszania relacji społecznych. W dłuższej perspektywie właśnie to może okazać się jednym z najgroźniejszych skutków obecnej erozji zaufania – nie dlatego, że Polacy i Ukraińcy staną się prawdziwymi wrogami, lecz dlatego, że tak się będą postrzegać.

I chyba nie ma tu miejsca na pozytywną puentę. Kijów nie traktuje relacji z Warszawą jako absolutnie priorytetowych. Nad Dnieprem panuje wręcz przekonanie, że Polska jest petentem Ukrainy, która broni Rzeczpospolitej przed rosją. Że Ukraina – choć korzysta – więcej daje, niż bierze, zatem może sobie pozwolić na brak subtelności. Los ukraińskiej diaspory w Polsce – jej psychiczny komfort – również nie jest priorytetem dla władz w Kijowie. Warszawa zaś szuka balansu między resztkami solidarności z napadniętym krajem, presją sojuszników i własnym interesem bezpieczeństwa. Wszystko wskazuje więc na to, że Polska i Ukraina nadal będą współpracować. Tyle że coraz częściej nie dlatego, że będą chciały, lecz dlatego, że będą musiały. Przyjaźni z tego nie będzie…

Ten tekst, w rozszerzonej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. w tle jeden z przekazanych Ukrainie polskich MiG-ów-29. Symbol bliskich relacji obu krajów…/fot. SzG ZSU

Priorytety

Polska debata polityczna o bezpieczeństwie coraz częściej rozmija się z rzeczywistością. Zamiast analizować interesy państwa, skupiamy się na sympatiach i antypatiach. Zapominamy, że dziś to przede wszystkim armia ukraińska odstrasza rosję i odsuwa zagrożenie od Polski – nie wojska USA. Umyka nam, że niezależnie od emocji politycznych to Niemcy pozostają naszym zapleczem logistycznym i przemysłowym. I że to Francja ma bardzo konkretny interes w obronie wschodniej flanki NATO.

W polskiej debacie politycznej od lat funkcjonuje przekonanie, że podstawowym gwarantem naszego bezpieczeństwa jest obecność wojsk amerykańskich. Trudno podważyć ten paradygmat, zwłaszcza w obliczu potencjału militarnego Stanów Zjednoczonych, dysponujących najsilniejszą armią na świecie. A zarazem to łatwy zabieg, wziąwszy pod uwagę polityczną niestabilność USA pod rządami Donalda Trumpa. Bo czy ten zdecyduje się nam pomóc w razie kryzysowej sytuacji? W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy namnożyło się tyle wątpliwości, że odpowiedź wcale nie jest oczywista.

—–

Nie ma jednak powodów, byśmy popadali w ponury nastrój. A to za sprawą ukraińskich żołnierzy, którzy pokazali rosyjskim elitom politycznym i wojskowym, że wojna przeciwko zdeterminowanemu przeciwnikowi może kosztować setki tysięcy zabitych i rannych żołnierzy, tysiące czołgów, gigantyczne straty finansowe oraz wyczerpanie gospodarki. Gdy sobie to uświadomimy, warto postawić proste pytanie: co bardziej wpływa dziś na kalkulacje Kremla? Obecność kilku czy kilkunastu tysięcy amerykańskich żołnierzy w Polsce czy fakt, że rosja od czterech lat nie potrafi pokonać Ukrainy mimo zaangażowania ogromnej części swoich sił zbrojnych?

Odpowiedź jest oczywista.

rosja nie zrezygnowała z agresywnych ambicji dlatego, że przestraszyła się amerykańskich komunikatów. rosja została zmuszona do koncentracji wysiłku na Ukrainie, bo napotkała tam przeciwnika, który okazał się znacznie silniejszy i bardziej zdeterminowany, niż zakładano w Moskwie.

Każda rosyjska brygada walcząca dziś pod Pokrowskiem, Kupiańskiem czy Czasiw Jarem nie stoi na granicy państw NATO. Każdy czołg zniszczony na Ukrainie nie będzie użyty przeciw Polsce. Każdy rok ukraińskiego oporu oznacza kolejny rok, który Polska może wykorzystać na rozbudowę własnych sił zbrojnych.

To właśnie dlatego wsparcie Ukrainy pozostaje jednym z najważniejszych interesów bezpieczeństwa Rzeczypospolitej. Nie z powodów sentymentalnych, ale jak najbardziej pragmatycznych. Dopóki rosja wykrwawia się w Ukrainie, dopóty zagrożenie dla Polski pozostaje mniejsze, niż byłoby w sytuacji rosyjskiego zwycięstwa lub narzuconego Ukrainie pokoju na warunkach Kremla.

A znaczenie Ukrainy dla bezpieczeństwa Polski nie skończy się wraz z wojną. Przeciwnie – po jej zakończeniu za naszą wschodnią granicą pozostanie państwo dysponujące jedną z największych i najbardziej doświadczonych armii Europy, dla którego rosja będzie egzystencjalnym zagrożeniem. To oznacza, że Kreml jeszcze przez długie lata nie będzie mógł ignorować kierunku ukraińskiego. A im więcej rosyjskiej uwagi i zasobów będzie pochłaniać Ukraina, tym bezpieczniejsza będzie Polska. Z tego punktu widzenia silna i niepodległa Ukraina jest nie tylko naszym sąsiadem, ale też jednym z najważniejszych aktywów strategicznych Rzeczypospolitej. Nie mniej ważnym niż Stany Zjednoczone.

—–

Drugim faktem, który coraz częściej przegrywa w Polsce z politycznymi emocjami, jest znaczenie Niemiec dla bezpieczeństwa naszego kraju. Często zapominamy, że Polska jest państwem frontowym, Niemcy zaś państwem zaplecza – lub ignorujemy konsekwencje takiego stanu rzeczy.

Jakie one są? Spójrzmy na to przez pryzmat doświadczeń ukraińskich – wojna na Wschodzie pokazuje, jak ogromne znaczenie mają nie tylko dostawy uzbrojenia, lecz także infrastruktura umożliwiająca jego transport. Czołg, armatohaubica czy system obrony przeciwlotniczej są warte tyle, ile zdolność do ich szybkiego przemieszczenia, naprawy i zaopatrzenia. A więc dla skutecznego prowadzenia wojny potrzebni są nie tylko żołnierze na pierwszej linii, lecz także kolejarze, logistycy, operatorzy portowych dźwigów, inżynierowie i przemysł.

W razie kryzysu lub wojny główne posiłki amerykańskie – jeśli zostaną wysłane… – nie pojawią się nad Wisłą bezpośrednio z Teksasu czy Karoliny Północnej. Najpierw trafią do Europy Zachodniej, głównie do Niemiec, które są centralnym węzłem logistycznym europejskiego teatru działań wojennych. Stamtąd zostaną przewiezione koleją i drogami na wschód. Dokładnie tak funkcjonuje system wsparcia dla Ukrainy i podobnie wyglądałby proces wzmacniania wschodniej flanki NATO (z tą różnicą, że transfer obejmowałby też ludzi).

Idźmy dalej. Jeśli Europa rzeczywiście chce odbudować swoje zdolności wojskowe, potrzebuje nie tylko poligonów i jednostek bojowych, ale także hut, zakładów chemicznych, fabryk amunicji i producentów elektroniki. Niemcy dysponują w tej dziedzinie potencjałem, którego nie posiada żadne inne państwo kontynentalnej Europy poza Francją.

Warto przy tym pamiętać, że dla Polski Niemcy nie są wyłącznie korytarzem tranzytowym oraz zapleczem logistycznym. Najogólniej rzecz ujmując, to Bundeswehra ma do nas najbliżej – to jej oddziały będą stanowić czołówkę sił sojuszniczych. W razie wojny z rosją to niemieckie lotniska posłużą do bazowania, rozśrodkowania i odtwarzania zdolności naszego lotnictwa.

Geografia nie pozostawia tu wielkiego pola do interpretacji. Politycy mogą kłócić się z Berlinem, obrażać na Berlin albo budować kapitał polityczny na krytyce Berlina. Nie są jednak w stanie przesunąć Niemiec w inne miejsce na mapie Europy.

Trzecim faktem, który często umyka w polskiej debacie politycznej, jest znaczenie Francji dla bezpieczeństwa Europy. O czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Żołnierze ukraińskich sił specjalnych, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

(De)stabilizacja

„Koniec historii” miał przynieść świat bez wielkich konfliktów. Niemal trzy dekady później glob pogrąża się w największej fali przemocy od zakończenia II wojny światowej. W europejskich mediach widzimy głównie Ukrainę, Iran i – jeszcze niedawno – Strefę Gazy. Ale poza mainstreamowym kadrem płoną Sudan, Myanmar, Sahel, Kongo i dziesiątki innych miejsc, gdzie wojna przestała być wyjątkiem, a stała się codziennością.

Według danych Uppsala Conflict Data Program (UCDP) w 2024 roku na świecie trwało 61 konfliktów z udziałem państw – najwięcej od zakończenia II wojny światowej. Jedenaście z nich osiągnęło poziom pełnoskalowej wojny, czyli pochłaniało ponad tysiąc ofiar śmiertelnych rocznie. Z kolei organizacja ACLED, monitorująca przemoc polityczną i konflikty zbrojne, odnotowała w ubiegłym roku ponad 200 tys. incydentów związanych z walkami, terroryzmem, zamachami i starciami zbrojnymi.

Równolegle rośnie liczba ludzi uciekających przed wojną i przemocą. Według danych UNHCR, w 2025 roku liczba uchodźców oraz osób zmuszonych do opuszczenia swoich domów przekroczyła 122 mln. To najwięcej od czasu prowadzenia takich statystyk – więcej niż wynosi populacja Niemiec i Polski razem wziętych. Coraz liczniejszą część tej grupy stanowią ludzie, którzy nie wyjeżdżają za granicę, lecz uciekają w obrębie własnego państwa. Internal Displacement Monitoring Centre szacuje, że tylko w 2025 roku konflikty i przemoc zmusiły do takiej ucieczki ponad 30 mln osób, łącznie jest ich ponad 70 mln.

I mimo tych koszmarnych statystyk wiele konfliktów nie znajduje zainteresowania wiodących światowych mediów. Sudan nie stał się osią globalnej debaty i nie wywołuje emocji porównywalnych z tymi, które budzą Ukraina czy Bliski Wschód. Tymczasem konflikt między sudańską armią a paramilitarnymi Siłami Szybkiego Wsparcia (RSF), który wybuchł w kwietniu 2023 roku, przerodził się w jedną z największych katastrof humanitarnych XXI wieku. Według danych ONZ z domów uciekło ponad 12 mln ludzi, a ogromna część kraju pogrążyła się w chaosie, głodzie i przemocy etnicznej, które pochłonęły nawet 400 tys. ofiar.

—–

A Sudan wcale nie jest wyjątkiem – niejako w cieniu „najpopularniejszych” kryzysów geopolitycznych trwa dziś cała seria konfliktów, które pochłaniają tysiące ofiar, destabilizują całe regiony i zmieniają życie milionów ludzi. W tekście dla TVP.Info wymieniam kilka z nich, piszę tam również o tym, jak bardzo współczesna wojna nie przypomina tej z XX wieku. Zainteresowanych odsyłam do lektury – oto link do tego materiału.

Zaś na potrzeby tego wpisu wróćmy do kwestii „widzialności” wojny. O tym, które konflikty trafiają do globalnej świadomości, decyduje nie tylko ich skala, ale także polityczne znaczenie, medialna atrakcyjność i mechanizmy cyfrowej uwagi. Ukraina pozostaje dla uprzywilejowanego informacyjnie Zachodu konfliktem egzystencjalnym – bo dotyczy bezpieczeństwa Europy i przyszłości NATO. Kryzys wokół Iranu oddziałuje na ceny surowców, stabilność Bliskiego Wschodu i politykę USA. To naturalnie przyciąga uwagę opinii publicznej w najbardziej wpływowych krajach na świecie.

Znacznie trudniej przebić się wojnom, które nie wpływają bezpośrednio na zachodnią politykę czy gospodarkę. W dodatku Sudan, Sahel czy Myanmar są dla europejskiego i amerykańskiego odbiorcy konfliktami odległymi geograficznie i kulturowo, pozbawionymi prostego podziału na „dobrych” i „złych”, a często także czytelnej narracji politycznej. No i wiele z tych wojen jest niezwykle skomplikowanych – z dziesiątkami lokalnych aktorów, zmieniającymi się sojuszami i trudnym do wyjaśnienia tłem etnicznym, religijnym lub ekonomicznym; trudno to ogarnąć.

Znaczenie ma również zmęczenie odbiorców. Po latach nieustannego napływu dramatycznych informacji uwaga opinii publicznej staje się coraz bardziej ograniczonym zasobem. Media konkurują o emocje i czas odbiorcy, a algorytmy premiują konflikty generujące największe zaangażowanie. W praktyce oznacza to, że część wojen zostaje niemal całkowicie wypchnięta poza globalny obieg informacji, nawet jeśli pod względem liczby ofiar należą do największych katastrof humanitarnych świata.

Najbardziej niepokojące może być jednak coś innego: stopniowe oswajanie się z permanentną przemocą. Jeszcze dwie dekady temu kolejne wojny wywoływały przekonanie, że mamy do czynienia z wyjątkowym kryzysem międzynarodowym. Dziś konflikty nakładają się na siebie niemal bez przerwy – Ukraina, Gaza, Sudan, Sahel, Myanmar, Kongo – tworząc wrażenie globalnego stanu ciągłej destabilizacji. Wojna coraz rzadziej jest postrzegana jako alarmujący wyjątek od światowego porządku, a coraz częściej jako jego trwały element. Kolejne konflikty przestają szokować, a wraz z tym maleje presja na polityków i społeczność międzynarodową, by angażowali się w rozwiązywanie kryzysów, które nie wpływają bezpośrednio na interesy największych państw i ich społeczeństw. Grunt, że nasza chata z kraja…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Ratownik

Na początku 2025 roku wydawało się, że rosja jest bliska wyczerpania swoich możliwości prowadzenia wojny. Sankcje dusiły gospodarkę, armia ponosiła gigantyczne straty, a Zachód deklarował długoterminowe wsparcie dla Ukrainy. Dziś widzimy, że Kreml nie tylko przetrwał ten trudny moment, ale i odzyskał sporo strategicznego komfortu. Pomogła mu w tym polityka Donalda Trumpa – pełna sygnałów o zmęczeniu wojną, nacisków na „szybki pokój” i działań podważających trwałość amerykańskiego wsparcia dla Kijowa. Dodatkowo wojna z Iranem wywindowała ceny ropy, rozproszyła uwagę USA i dała rosji kolejny gospodarczy i polityczny oddech.

Moskwa już w 2022 roku zrozumiała, że nie wygra wojny błyskawicznie – dlatego zmieniła jej charakter. Zamiast operacji manewrowych pojawiła się strategia wyniszczenia, a wraz z nią odbudowa armii kosztem jakości, rozbudowa przemysłu zbrojeniowego i stopniowe podporządkowywanie gospodarki potrzebom frontu. Wydatki wojskowe rosji wzrosły do poziomu nienotowanego od czasów zimnej wojny. Według SIPRI i rosyjskiego ministerstwa finansów w 2025 roku na obronność i bezpieczeństwo przeznaczano już około 40 proc. wydatków budżetowych państwa.

Co istotne, sama rosyjska gospodarka okazała się znacznie bardziej odporna na sankcje, niż zakładano na Zachodzie. rosja utrzymała eksport surowców dzięki sprzedaży ropy do Chin i Indii, rozbudowała tzw. „flotę cieni”, a część technologii nadal pozyskiwała przez państwa pośredniczące.

Najważniejsza zmiana dotyczyła jednak politycznej kalkulacji Kremla. Zamiast oczekiwania na szybkie zwycięstwo pojawiło się przekonanie, że Zachód może nie wytrzymać wojny politycznie i ekonomicznie. W Moskwie uznano, że demokratyczne państwa prędzej czy później zaczną spierać się o koszty wsparcia dla Ukrainy, a kolejne kryzysy międzynarodowe rozproszą uwagę Stanów Zjednoczonych. Z rosyjskiej perspektywy wystarczyło więc przeczekać przeciwnika.

Koniec strategicznej stałej

To właśnie w tym momencie na scenie pojawił się Donald Trump, który zaczął tę rosyjską kalkulację wzmacniać. Jeszcze w kampanii wyborczej przekonywał, że zakończy wojnę „w 24 godziny”, przedstawiając konflikt jako efekt nieudolności administracji Joe Bidena. Coraz częściej pojawiały się też sugestie, że Ukraina będzie musiała zaakceptować jakieś formy ustępstw terytorialnych. Jednocześnie Trump otwarcie krytykował skalę amerykańskiej pomocy wojskowej, przedstawiając ją jako nadmierne obciążenie dla USA.

Dla Kremla najważniejsze nie było nawet to, co dokładnie mówił przyszły prezydent USA. Istotniejsze było samo pojawienie się politycznej niepewności wokół amerykańskiego wsparcia dla Ukrainy. Szczególnie ważne były też sygnały dotyczące NATO i relacji z Europą. Trump wielokrotnie podważał sens dotychczasowego modelu amerykańskiego zaangażowania w bezpieczeństwo europejskie, sugerując, że USA nie powinny ponosić głównego ciężaru obrony sojuszników. W Moskwie odbierano to jako potwierdzenie tezy, że jedność Zachodu jest coraz bardziej krucha.

Momentem przełomowym okazał się kryzys z 2025 roku, gdy administracja Trumpa czasowo ograniczyła część pomocy wojskowej oraz wsparcie wywiadowcze dla Ukrainy. Szczególne znaczenie miało ograniczenie dostępu do danych ISR, czyli informacji rozpoznawczych pochodzących z satelitów, samolotów i systemów elektronicznych USA. To właśnie dzięki nim Ukraina mogła skuteczniej planować uderzenia dalekiego zasięgu i reagować na ruchy rosyjskich wojsk.

Dla ukraińskiej armii był to poważny problem operacyjny. Dla Kremla – być może najważniejszy sygnał polityczny od początku wojny. rosja po raz pierwszy mogła uznać, że amerykańskie wsparcie dla Ukrainy przestało być strategiczną stałą…

Definitywny koniec programów

W kolejnych miesiącach coraz wyraźniej było też widać, że administracja Trumpa próbuje odbudować kanały komunikacji z Moskwą nawet kosztem relacji z Kijowem. Symbolem tej polityki stał się szczyt Trump–putin na Alasce. Oficjalnie miał on otworzyć drogę do rozmów pokojowych i „deeskalacji napięć”, ale w praktyce zakończył się serią ogólnikowych deklaracji bez żadnych realnych ustępstw ze strony rosji. Kreml otrzymał natomiast coś znacznie cenniejszego – sygnał, że po latach izolacji znów jest traktowany przez USA jako równorzędny partner do rozmów o nowym porządku bezpieczeństwa.

W Kijowie i europejskich stolicach szczególnie źle odebrano fakt, że rozmowy prowadzono praktycznie ponad głowami Ukraińców. Niezrażony tym Trump coraz częściej przedstawiał wojnę jako problem, który należy „zamknąć politycznie”, nawet jeśli oznaczałoby to utrwalenie rosyjskich zdobyczy terytorialnych. W amerykańskiej administracji pojawiały się też sugestie dotyczące „zamrożenia konfliktu”, odłożenia kwestii okupowanych terenów na później i stopniowego ograniczania skali amerykańskiego zaangażowania.

Jednocześnie rosja nie doświadczała realnej presji ze strony Waszyngtonu. Nie doszło do gwałtownego zaostrzenia sankcji, nie pojawiły się nowe jakościowe pakiety uzbrojenia dla Ukrainy, a kolejne decyzje administracji coraz częściej sprawiały wrażenie podporządkowanych logice szybkiego politycznego „dealu”. Kreml wiedział, że taka sytuacja działa na jego korzyść. Im bardziej Biały Dom koncentrował się na zakończeniu wojny za wszelką cenę, tym mniej powodów miała rosja, by rzeczywiście iść na kompromis.

Dla Ukrainy oznaczało to coraz trudniejsze położenie strategiczne. Kijów nadal potrzebował zachodniej pomocy do utrzymania frontu, ale jednocześnie coraz częściej słyszał sygnały sugerujące, że cierpliwość USA ma swoje granice. Moskwa mogła natomiast obserwować, jak główny sponsor ukraińskiego wysiłku wojennego zaczyna traktować stabilizację relacji z rosją jako cel ważniejszy niż dalsze wspieranie Ukrainy. Jesienią 2025 roku Waszyngton definitywnie zakończył część programów wojskowego wsparcia uruchomionych jeszcze za administracji Bidena, ograniczając kolejne pakiety uzbrojenia do minimum niezbędnego dla utrzymania podstawowych zdolności obronnych Ukrainy.

Pragmatyczne podejście do sankcji

Wiosną 2026 roku Trump zrobił putinowi kolejny prezent. Po atakach USA i Izraela na Iran ceny ropy gwałtownie wzrosły, a analitycy zaczęli ostrzegać przed ryzykiem poważnych problemów z globalnymi dostawami surowców.

Dla rosji oznaczało to finansowy oddech w bardzo trudnym momencie wojny. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej rosyjski budżet znajdował się pod rosnącą presją. Ukraina coraz skuteczniej atakowała rafinerie i terminale paliwowe, spadały dochody energetyczne, a Kreml był zmuszony zwiększać wydatki wojenne do poziomu nienotowanego od czasów zimnej wojny. Wojna z Iranem nagle odwróciła jednak sytuację. Reuters wylicza dziś, że rosyjskie dochody z ropy i gazu mogą wzrosnąć w maju br. aż o 39 proc. rok do roku właśnie dzięki skutkom kryzysu na Bliskim Wschodzie.

To szczególnie ważne, ponieważ eksport surowców pozostaje podstawą rosyjskiej gospodarki wojennej. Kreml może ograniczać wydatki socjalne, zwiększać represje i przerzucać przemysł na produkcję zbrojeniową, ale bez wpływów z ropy finansowanie wieloletniej wojny byłoby znacznie trudniejsze. Tymczasem globalny kryzys energetyczny ponownie zwiększył znaczenie rosji jako jednego z największych eksporterów surowców na świecie.

Wojna z Iranem pokazała też ograniczenia zachodniej polityki sankcyjnej wobec Moskwy. W sytuacji gwałtownego wzrostu cen ropy administracja Trumpa zdecydowała się przedłużyć część wyjątków pozwalających wybranym państwom nadal korzystać z rosyjskiej ropy transportowanej drogą morską. Oficjalnym powodem była konieczność stabilizowania rynku i ograniczania skutków kryzysu energetycznego.

Dla Kremla był to kolejny sygnał, że pełna izolacja gospodarcza rosji ma swoje granice. Dopóki światowa gospodarka pozostaje uzależniona od stabilnych dostaw energii, każdy większy kryzys geopolityczny automatycznie zwiększa pole manewru Moskwy. rosja nie musi więc dziś odnosić spektakularnych sukcesów militarnych. Wystarczy, że kolejne konflikty podnoszą ceny surowców i zmuszają Zachód do bardziej pragmatycznego podejścia wobec sankcji.

Bliski Wschód przyniósł rosji jeszcze jedną korzyść – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Grafika ilustracyjna, wygenerowana przez AI

Innowacja!

Po półtorarocznej turze kończy się misja gen. bryg. Witolda Bartoszka, zastępcy dowódcy – asystenta ds. wsparcia w Dowództwie NATO ds. Szkolenia Bojowego, Wsparcia i Pomocy Siłom Zbrojnym Ukrainy (NSATU). Rozmawiam z generałem o roli NSATU, lekcjach płynących z wojny z rosją oraz o tym, jak doświadczenia ukraińskiej armii zmieniają myślenie NATO o współczesnym polu walki.

Marcin Ogdowski: Pełnoskalowa wojna rosji przeciwko Ukrainie trwa już piąty rok. Jak w tym czasie zmieniła się misja NSATU i jakie są dziś jej najważniejsze zadania?

Gen. bryg. Witold Bartoszek: Żeby zrozumieć, jak ewoluowała nasza misja, trzeba najpierw spojrzeć na samą wojnę. rosja, mimo ogromnych kosztów, nie osiągnęła żadnego strategicznego celu. rosjanie zdobywali teren bardzo powoli, często licząc postępy w metrach, a nie kilometrach. Dobrym przykładem jest kierunek Bachmut–Pokrowsk. Przesunięcie linii frontu o niespełna 50 kilometrów zajęło im ponad 20 miesięcy i kosztowało około 300 tys. ofiar. To pokazuje skalę strat i cenę, jaką płaci rosja.

Jednocześnie Moskwa nie zmniejszyła presji. Wręcz przeciwnie – zintensyfikowała kampanię powietrzną. rosja regularnie używa pocisków balistycznych, manewrujących i dronów dalekiego zasięgu do ataków na infrastrukturę krytyczną, transport publiczny czy osiedla mieszkaniowe. Celem jest osłabienie odporności społeczeństwa i pozbawienie ludzi podstawowych usług.

A jednak Ukraina nadal się broni…

Jej odporność, zdolność adaptacji i determinacja robią ogromne wrażenie. Ta wojna pokazała jedną fundamentalną rzecz: tylko silne i dobrze wyposażone ukraińskie siły zbrojne mogą skutecznie odstraszać rosję i negocjować z pozycji siły. W tym właśnie miejscu pojawia się rola NSATU. Zaczynaliśmy półtora roku temu jako niewielki zespół pracujący w namiotach przy lotnisku. Dziś jesteśmy w pełni funkcjonującą strukturą liczącą ponad 300 osób z 31 państw. Pracujemy całodobowo razem z ukraińskimi oficerami łącznikowymi.

Naszym zadaniem jest koordynacja wsparcia dla Ukrainy – od logistyki i dostaw sprzętu po szkolenia i rozwój zdolności. W praktyce jesteśmy centralnym węzłem łączącym potrzeby Ukrainy z możliwościami państw sojuszniczych. To bardzo złożony proces. Wspólnie z ukraińskimi partnerami prowadzimy katalog obejmujący ponad 30 tys. różnych pozycji sprzętowych i logistycznych. Lista jest stale aktualizowana zgodnie z sytuacją na froncie. To na jej podstawie określamy priorytety i koordynujemy wsparcie.

Proszę wskazać te priorytety.

Najpilniejsze potrzeby są dziś trzy. Pierwsza to obrona przeciwlotnicza, szczególnie systemy zdolne do zwalczania pocisków balistycznych i manewrujących. Zapotrzebowanie jest ogromne, a globalna podaż ograniczona. Druga kwestia to amunicja 155 mm o zwiększonym zasięgu i precyzyjne systemy rażenia dalekiego zasięgu. Ukraina potrzebuje ich, by osłabiać rosyjskie zdolności bojowe i ograniczać swobodę działania przeciwnika.

Trzeci obszar to drony. Ukraina ma dziś bardzo rozwinięty sektor produkcji systemów bezzałogowych. W wielu przypadkach nie brakuje technologii czy kompetencji, lecz finansowania. Bardzo ważna jest też przejrzystość dotycząca dostaw. Wczesne deklaracje i jasne informacje o przekazywanym sprzęcie mają ogromne znaczenie dla ukraińskiego planowania operacyjnego. Jeśli chodzi o szkolenia, obecnie zaspokajamy około 75 proc. potrzeb Ukrainy. Wspólnie z partnerami przeszkoliliśmy już ponad 43 tys. ukraińskich żołnierzy.

Ale dziś nie chodzi już wyłącznie o liczby. Najważniejsze jest to, by szkolenia odpowiadały realiom wojny o wysokiej intensywności. W wielu państwach podstawowe szkolenie wojskowe przez lata było projektowane pod zupełnie inne konflikty.

Dlatego coraz szerzej korzystamy z doświadczeń ukraińskich żołnierzy mających bezpośredni kontakt z frontem. Wprowadzamy szybkie mechanizmy informacji zwrotnej i stale aktualizujemy programy szkoleniowe. Krótko mówiąc: NSATU stało się głównym mechanizmem koordynującym wsparcie dla Ukrainy. Nasza misja ewoluuje razem z wojną, ale cel pozostaje niezmienny – zapewnić Ukrainie zdolności, szkolenie i wsparcie potrzebne do obrony oraz budowy trwałego pokoju.

Na ile armia ukraińska zbliżyła się już do standardów NATO? W jakich obszarach postęp jest największy, a gdzie nadal potrzebne są zmiany?

Postęp jest naprawdę znaczący, szczególnie, jeśli pamiętamy, że Ukraina prowadzi tę transformację w czasie pełnoskalowej wojny. Kijów oczywiście koncentruje się przede wszystkim na potrzebach frontu, ale równolegle konsekwentnie wdraża standardy interoperacyjności NATO. Dotyczy to bardzo wielu obszarów – od dowodzenia i logistyki po systemy wsparcia i zarządzanie personelem. Oceniamy to na podstawie wspólnego planu interoperacyjności NATO–Ukraina. To szczegółowy dokument określający konkretne cele i wymagania.

Jednym z najlepszych przykładów postępu jest system zarządzania polem walki DELTA. Został opracowany zgodnie ze standardami NATO i pozwala ukraińskim siłom bardzo szybko wymieniać informacje, skracać cykl namierzania celów i podejmować decyzje praktycznie w tempie walki. System wzbudza duże zainteresowanie wśród sojuszników, ponieważ został sprawdzony w realnych warunkach bojowych. Jest szybki, stosunkowo tani, łatwy do skalowania i kompatybilny z wieloma rozwiązaniami używanymi przez państwa NATO.

Oczywiście nadal istnieją wyzwania, szczególnie w logistyce i utrzymaniu sprzętu. Ukraina korzysta jednocześnie z systemów poradzieckich oraz bardzo szerokiej gamy uzbrojenia dostarczanego przez różnych partnerów. Taka różnorodność utrudnia interoperacyjność. Ale trzeba też uczciwie powiedzieć, że samo NATO również stale pracuje nad poprawą interoperacyjności między własnymi armiami.

Jak dużym wyzwaniem pozostaje szkolenie kadry dowódczej?

Sporym. Chodzi przede wszystkim o przejście do modelu „mission command”, czyli dowodzenia opartego na intencji dowódcy. W takim systemie dowódca określa cel działania, ale pozostawia podwładnym większą swobodę podejmowania decyzji. Ukraina robi w tym obszarze duże postępy, choć nadal jest miejsce do dalszego rozwoju. Dlatego szkolenie przywódcze – od poziomu korpusu po najmniejsze pododdziały – pozostaje jednym z naszych priorytetów.

Z jakimi trudnościami spotykacie się podczas wspólnych z Ukrainą projektów, ćwiczeń i prac nad innowacjami?

Największym wyzwaniem jest dziś tempo zmian na polu walki. Ta wojna zmienia się szybciej niż wiele instytucji wojskowych potrafi się dostosować. Ukraina bardzo szybko wdraża nowe rozwiązania, a nasze procedury, procesy zakupowe czy cykle planowania ćwiczeń często są po prostu wolniejsze.

Widać to szczególnie w obszarze technologii. Jeszcze w 2022 roku wojna miała przede wszystkim charakter manewrowy. Potem przeszła w konflikt pozycyjny, a dziś coraz bardziej przypomina walkę opartą na danych, oprogramowaniu i przewadze w spektrum elektromagnetycznym. To fundamentalna zmiana.

Oprogramowanie, algorytmy i zdolność szybkiego przetwarzania informacji mają dziś znaczenie porównywalne z tradycyjnym uzbrojeniem. Drony całkowicie zmieniły pole walki – taktycznie, operacyjnie i organizacyjnie. Ukraina bardzo szybko się do tego dostosowała. Tworzy wyspecjalizowane jednostki bezzałogowe, integruje systemy walki elektronicznej i błyskawicznie wdraża innowacje. Skala tego procesu jest ogromna. W 2022 roku Ukraina praktycznie nie miała dużego przemysłu dronowego. Dziś działa tam ponad 500 firm produkujących systemy bezzałogowe.

Dalszą część tej rozmowy – opublikowanej w portalu „Polska Zbrojna” – przeczytacie pod tym linkiem. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Grafika ilustracyjna, wygenerowana przez AI