Doniesienia o demolce rosyjskiego zaplecza, zastój na froncie, ofensywa dyplomatyczna Kijowa (zwłaszcza to granie w nieswojej mocarstwowej lidze) oraz postawa Europy w coraz większym stopniu finansującej ukraiński wysiłek obronny – wszystko to sprawia, że otacza nas medialny szum. Jest niczym kokon, tworzący ułudę zwyciężania, wywołujący wrażenie, że najgorsze już minęło, że rosja jest na kolanach, że wojna lada moment się skończy. Wystarczy wytrwać jeszcze kilka miesięcy i zadać moskalom kilka dodatkowych dotkliwych ciosów.
W tej optyce nie ma nic o ukraińskich kosztach – jakby była to zmienna nieistotna. Jakby kondycja ukraińskiego państwa i społeczeństwa pozostawała w trybie constans – nieczuła i odporna na rosyjskie uderzenia.
Tymczasem Ukraina się wykrwawia…
Armia ponosi bardzo wysokie straty, akcja rekrutacyjno-mobilizacyjna kuleje, gospodarka – mimo innowacji w sektorze zbrojeniowym – pozostaje nieefektywna, uzależniona od zachodniej kroplówki.
Kraj w takiej kondycji nie powinien angażować się w wojnę na wyniszczenie. Bo jakkolwiek przeciwnik też obrywa, to wciąż może więcej; tej asymetrii Ukraina nie zniesie tradycyjną wymianą ciosów. Zniwelowanie rosyjskich przewag musi mieć postać rewolucyjnych rozwiązań – takiego zorganizowania pola walki, by rosjanie ponosili nie większe straty (o to nietrudno), ale by były one drastycznie wyższe – kilku, a docelowo kilkunastokrotnie. W tej śmiertelnej multiplikacji kryje się klucz do zwycięstwa, rozumianego jako zmuszenie rosjan do zaprzestania wojny.
Jeśli Ukraina będzie zabijać i ranić 35-40 tys. rosjan miesięcznie, tracąc przy tym 15-20 tys. własnych żołnierzy, to daleko nie pociągnie. Nawet w sytuacji, w której struktura strat – odsetek bezpowrotnych i powrotnych – będzie korzystniejszy dla Kijowa (jak ma to miejsce obecnie i przez większość wojny). Po prostu Ukraina ma tych ludzi cztery razy mniej (a właściwie pięć, uwzględniając realny zasób, do którego mają dostęp władze w Kijowie).
Tę bezwzględną arytmetykę wojny dobrze rozumiał dotychczasowy minister obrony Ukrainy Mychajło Fedorow. Stąd jego pomysły na dronizację i robotyzację, czyli większą efektywność bojową. Nade wszystko jednak na reorganizację przemysłu i logistyki armii. Ucyfrowienie ich gdzie się tylko da. Po to, by wyeliminować „czynnik ludzki”, obciążony niekompetencją, nadmierną decyzyjnością lub jej brakiem, pokusą korupcyjną i innymi słabościami.
Ale Fedorow przestał być szefem MON – taką decyzję podjął prezydent Zełenski. Tym samym punkt ciężkości w „projektowaniu pola bitwy” znów przesuwa się na ludzi związanych z ukraińskim naczelnym dowództwem i jego szefem gen. Ołeksandrem Syrskim. A ten „walczy po rosyjsku” – co piszę świadom pewnego uproszczenia – wchodząc w buty wojny na wyniszczenie. Jego sukcesy w stabilizacji frontu zawsze oznaczają dla ZSU ogromne straty. W manewrach Syrskiego zwykle mało jest finezji, innowacji, operacyjnej i taktycznej zręczności. Dużo sowieckiej sztuki wojennej, z jej fiksacją na „mięsny szturm”. I przekonaniem, że brutalność – także wobec własnych żołnierzy – kiedyś w końcu złamie przeciwnika.
Znać w tym pewną logikę, ale czy zadziała ona wobec wroga, który jest równie bezkompromisowy, a ma większe zasoby? Obawiam się, że nie.
Więc smutkiem napawają mnie wieści płynące z Kijowa.
—–
A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.
Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.
Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:
Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.
