Drapaty

Zmiana na stanowisku głównodowodzącego Sił Zbrojnych Ukrainy nie jest zwykłą roszadą personalną. Nie wynika też wyłącznie z sytuacji na froncie. Aby zrozumieć, dlaczego Wołodymyr Zełenski zdecydował się odwołać gen. Ołeksandra Syrskiego i powierzyć dowodzenie gen. Mychajłowi Drapatemu, trzeba cofnąć się o kilka dni – do wydarzeń, które rozegrały się nie na linii frontu, lecz na ulicach ukraińskich miast.

Chodzi o protesty, dla których bezpośrednim impulsem była dymisja ministra obrony Mychajła Fedorowa. Dla wielu Ukraińców odwołany przez prezydenta minister nie był kolejnym politykiem odpowiedzialnym za resort siłowy. To właśnie z jego nazwiskiem kojarzono większość najważniejszych reform ostatnich lat – cyfryzację armii, rozwój technologii wojskowych, wsparcie dla krajowego sektora dronowego oraz otwarcie resortu na współpracę z prywatnym przemysłem. Fedorow stał się symbolem nowoczesnego państwa prowadzącego nowoczesną wojnę. Jego odwołanie wielu Ukraińców odebrało jako sygnał, że proces reform może wyhamować.

—–

Choć zaczęło się od Fedorowa, demonstracje szybko sprowokowały znacznie szerszą debatę o sposobie prowadzenia wojny. Coraz częściej pojawiały się zarzuty pod adresem kierownictwa armii, a przede wszystkim gen. Ołeksandra Syrskiego. Krytykowano nadmierną centralizację dowodzenia, powolne wdrażanie zmian wynikających z doświadczeń frontowych oraz wysokie straty ponoszone przez ukraińskie oddziały. Już wcześniej wielu ukraińskich wojskowych i komentatorów zarzucało Syrskiemu przywiązanie do kultury dowodzenia wywodzącej się z sowieckiej doktryny, opartej na silnej centralizacji procesu decyzyjnego i ograniczonej samodzielności dowódców niższych szczebli. Tymczasem wojna z Rosją od dawna premiuje rozwiązania odwrotne – decentralizację, inicjatywę oraz błyskawiczne przenoszenie doświadczeń z pola walki do codziennej praktyki armii.

W tym kontekście nominacja Mychajła Drapatego wydaje się wyborem dość oczywistym. Czterdziestotrzyletni generał należy do pokolenia oficerów ukształtowanych już nie przez radzieckie wzorce dowodzenia, lecz przez trwającą od 2014 roku wojnę z Rosją. Walczył pod Mariupolem, dowodził na najtrudniejszych odcinkach frontu, a w armii wyrobił sobie opinię dowódcy, którego wysyła się tam, gdzie sytuacja wymaga szybkiego opanowania kryzysu. Równie ważna jest jednak jego reputacja. Drapaty od dawna uchodzi za zwolennika większej samodzielności dowódców niższych szczebli, szybkiego wdrażania doświadczeń z frontu i ograniczania nadmiernej centralizacji procesu decyzyjnego. Innymi słowy – reprezentuje model dowodzenia, którego od miesięcy domaga się znaczna część ukraińskiego środowiska wojskowego, a dziś także społeczeństwa.

—–

Co warte podkreślenia – protestujący Ukraińcy nie wyszli na ulice z hasłami nawołującymi do zakończenia wojny czy zawarcia pokoju za wszelką cenę. Domagali się lepiej prowadzonej wojny. To wiele mówi o kondycji ukraińskiego społeczeństwa po ponad czterech latach pełnoskalowej wojny. Jest ono zmęczone, coraz bardziej wymagające wobec własnych władz i armii, ale nie utraciło przekonania, że walka z Rosją musi być kontynuowana.

Taka postawa nie pozostawia władzom wielkiego pola manewru. Państwo prowadzące długotrwałą wojnę nie może pozwolić sobie na utratę zaufania ani własnych obywateli, ani własnej armii. W tym sensie nominacja gen. Mychajła Drapatego jest czymś znacznie więcej niż zmianą personalną. To odpowiedź na wyraźny sygnał płynący ze społeczeństwa i zarazem dowód, że Ukraina – mimo ogromnych kosztów wojny – nadal potrafi reagować na krytykę, korygować własne decyzje i szukać nowych sposobów prowadzenia walki.

Obszerniejszą wersję tego tekstu opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Mychajło Drapaty/fot. kancelaria prezydenta Ukrainy

Arytmetyka

Doniesienia o demolce rosyjskiego zaplecza, zastój na froncie, ofensywa dyplomatyczna Kijowa (zwłaszcza to granie w nieswojej mocarstwowej lidze) oraz postawa Europy w coraz większym stopniu finansującej ukraiński wysiłek obronny – wszystko to sprawia, że otacza nas medialny szum. Jest niczym kokon, tworzący ułudę zwyciężania, wywołujący wrażenie, że najgorsze już minęło, że rosja jest na kolanach, że wojna lada moment się skończy. Wystarczy wytrwać jeszcze kilka miesięcy i zadać moskalom kilka dodatkowych dotkliwych ciosów.

W tej optyce nie ma nic o ukraińskich kosztach – jakby była to zmienna nieistotna. Jakby kondycja ukraińskiego państwa i społeczeństwa pozostawała w trybie constans – nieczuła i odporna na rosyjskie uderzenia.

Tymczasem Ukraina się wykrwawia…

Armia ponosi bardzo wysokie straty, akcja rekrutacyjno-mobilizacyjna kuleje, gospodarka – mimo innowacji w sektorze zbrojeniowym – pozostaje nieefektywna, uzależniona od zachodniej kroplówki.

Kraj w takiej kondycji nie powinien angażować się w wojnę na wyniszczenie. Bo jakkolwiek przeciwnik też obrywa, to wciąż może więcej; tej asymetrii Ukraina nie zniesie tradycyjną wymianą ciosów. Zniwelowanie rosyjskich przewag musi mieć postać rewolucyjnych rozwiązań – takiego zorganizowania pola walki, by rosjanie ponosili nie większe straty (o to nietrudno), ale by były one drastycznie wyższe – kilku, a docelowo kilkunastokrotnie. W tej śmiertelnej multiplikacji kryje się klucz do zwycięstwa, rozumianego jako zmuszenie rosjan do zaprzestania wojny.

Jeśli Ukraina będzie zabijać i ranić 35-40 tys. rosjan miesięcznie, tracąc przy tym 15-20 tys. własnych żołnierzy, to daleko nie pociągnie. Nawet w sytuacji, w której struktura strat – odsetek bezpowrotnych i powrotnych – będzie korzystniejszy dla Kijowa (jak ma to miejsce obecnie i przez większość wojny). Po prostu Ukraina ma tych ludzi cztery razy mniej (a właściwie pięć, uwzględniając realny zasób, do którego mają dostęp władze w Kijowie).

Tę bezwzględną arytmetykę wojny dobrze rozumiał dotychczasowy minister obrony Ukrainy Mychajło Fedorow. Stąd jego pomysły na dronizację i robotyzację, czyli większą efektywność bojową. Nade wszystko jednak na reorganizację przemysłu i logistyki armii. Ucyfrowienie ich gdzie się tylko da. Po to, by wyeliminować „czynnik ludzki”, obciążony niekompetencją, nadmierną decyzyjnością lub jej brakiem, pokusą korupcyjną i innymi słabościami.

Ale Fedorow przestał być szefem MON – taką decyzję podjął prezydent Zełenski. Tym samym punkt ciężkości w „projektowaniu pola bitwy” znów przesuwa się na ludzi związanych z ukraińskim naczelnym dowództwem i jego szefem gen. Ołeksandrem Syrskim. A ten „walczy po rosyjsku” – co piszę świadom pewnego uproszczenia – wchodząc w buty wojny na wyniszczenie. Jego sukcesy w stabilizacji frontu zawsze oznaczają dla ZSU ogromne straty. W manewrach Syrskiego zwykle mało jest finezji, innowacji, operacyjnej i taktycznej zręczności. Dużo sowieckiej sztuki wojennej, z jej fiksacją na „mięsny szturm”. I przekonaniem, że brutalność – także wobec własnych żołnierzy – kiedyś w końcu złamie przeciwnika.

Znać w tym pewną logikę, ale czy zadziała ona wobec wroga, który jest równie bezkompromisowy, a ma większe zasoby? Obawiam się, że nie.

Więc smutkiem napawają mnie wieści płynące z Kijowa.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

(Nie)obecna

Ministerstwo Obrony Białorusi poinformowało w minionym tygodniu o rozpoczęciu kolejnych ćwiczeń mobilizacyjnych. Manewry prowadzone są w obwodzie grodzieńskim i mają sprawdzić funkcjonowanie wojskowych komend uzupełnień, przebieg mobilizacji rezerwistów oraz współpracę administracji cywilnej z siłami zbrojnymi. Według oficjalnych komunikatów chodzi o rutynową kontrolę gotowości państwa do rozwinięcia armii w razie zagrożenia.

Podobne ćwiczenia nie są na Białorusi niczym wyjątkowym. Od rozpoczęcia pełnoskalowej wojny w Ukrainie Mińsk stara się utrzymywać podwyższoną gotowość sił zbrojnych oraz regularnie organizuje sprawdziany systemu mobilizacyjnego. Tym razem ich polityczne znaczenie jest jednak znacznie większe, ponieważ zbiegły się z wyjątkowo ostrą wymianą zdań między Kijowem a Mińskiem.

Kilka dni wcześniej Wołodymyr Zełenski publicznie oskarżył Białoruś o umożliwianie rosji prowadzenia ataków na Ukrainę przy wykorzystaniu naziemnych stacji retransmisyjnych sygnału, rozmieszczonych w dwóch przygranicznych obwodach. Według Kijowa urządzenia te wspomagają naprowadzanie rosyjskich dronów dalekiego zasięgu na cele w zachodniej i północno-zachodniej Ukrainie. Ukraiński prezydent dał władzom w Mińsku tydzień na ich usunięcie, zapowiadając, że w przeciwnym razie Ukraina zrobi to własnymi środkami. Było to jedno z najmocniejszych ostrzeżeń skierowanych pod adresem Aleksandra Łukaszenki od początku pełnoskalowej wojny.

Mińsk odrzucił te zarzuty, określając je jako bezpodstawne, a Kreml oskarżył Ukrainę o naruszanie suwerenności swojego najbliższego sojusznika. Kilka dni później Zełenski poinformował jednak, że wskazane urządzenia przestały działać. Nie wyjaśnił przy tym, czy zostały wyłączone przez stronę białoruską, czy też nastąpiło to z innych przyczyn.

Tak napięta wymiana komunikatów ponownie uruchomiła pytania o możliwość bezpośredniego zaangażowania armii białoruskiej w wojnę. To scenariusz, który powraca regularnie od lutego 2022 roku. Czy tym razem jest bardziej realny?

—–

Odpowiedź na pytanie o możliwe wejście Białorusi do wojny zależy od tego, jak zdefiniujemy samo uczestnictwo w konflikcie. Bo czy przypadkiem Białoruś już nie bierze w nim udziału? Jeśli za wyznacznik uznać wysłanie własnych żołnierzy na front, odpowiedź brzmi: nie. Jeśli jednak spojrzeć szerzej – na logistykę, przemysł zbrojeniowy i wsparcie udzielane rosji – trudno utrzymywać, że Mińsk pozostaje jedynie biernym obserwatorem.

Już pierwszego dnia pełnoskalowej inwazji rosyjskie wojska przekroczyły granicę Ukrainy także z terytorium Białorusi. To stamtąd ruszyło uderzenie na Kijów, a białoruskie lotniska, poligony i sieć kolejowa stały się zapleczem jednej z najważniejszych operacji pierwszych tygodni wojny. Z białoruskiego terytorium odpalano również rakiety i wykorzystywano je do przerzutu ludzi oraz sprzętu. Bez zgody Aleksandra Łukaszenki taki sposób prowadzenia działań nie byłby możliwy.

Na tym jednak współpraca się nie zakończyła. Gdy rosyjska armia zaczęła odczuwać braki sprzętu i amunicji, z białoruskich magazynów wywożono tysiące ton uzbrojenia. Obejmowało ono zarówno amunicję artyleryjską, jak i działa samobieżne 2S3 „Akacja”, moździerze samobieżne 2S9 „Nona-S”, haubice D-20 i D-30 oraz czołgi T-72A znajdujące się wcześniej w rezerwie. Część tego wyposażenia trafiła bezpośrednio na front w Ukrainie.

Z czasem współpraca weszła na kolejny poziom. Białoruskie zakłady rozpoczęły remonty rosyjskiego sprzętu uszkodzonego lub wycofanego z magazynów długotrwałego przechowywania, a tamtejszy przemysł coraz mocniej włączano w rosyjski kompleks wojskowo-przemysłowy. Dotyczy to zarówno produkcji komponentów, jak i dostaw specjalistycznych wyrobów wykorzystywanych przy produkcji uzbrojenia.

Szczególnie istotna okazała się rola Białorusi w obchodzeniu zachodnich sankcji. Dzięki ścisłej integracji gospodarczej z rosją stała się ona kanałem, którym do rosyjskiego przemysłu trafiają komponenty sprowadzane z państw trzecich, przede wszystkim z Chin. Dotyczy to między innymi obrabiarek, urządzeń przemysłowych, specjalistycznej chemii czy elementów elektronicznych, które następnie znajdują zastosowanie przy produkcji rakiet, amunicji i innego uzbrojenia.

Nie zmieniło się także znaczenie białoruskich przedsiębiorstw dla rosyjskiego przemysłu obronnego. Ciężkie podwozia produkowane przez Miński Zakład Ciągników Kołowych (MZKT) nadal wykorzystywane są jako platformy dla systemów rakietowych Iskander-M oraz strategicznych zestawów Topol-M i Jars. Z kolei zakłady mikroelektroniczne dostarczają komponenty znajdujące zastosowanie w rosyjskich programach rakietowych.

To wszystko oznacza, że choć białoruskie brygady nie przekroczyły granicy Ukrainy, państwo Łukaszenki jest jednym z elementów rosyjskiego zaplecza wojennego. Dostarcza infrastrukturę, wspiera logistykę, pomaga utrzymać produkcję zbrojeniową i ułatwia obchodzenie sankcji. Z tego punktu widzenia teza o „neutralności” Białorusi już dawno przestała odpowiadać rzeczywistości.

—–

A gdyby Łukaszenka zdecydował się wysłać swoją armię do walki, czy rzeczywiście mogłaby ona zagrozić Ukrainie? Białoruskie siły zbrojne pozostają jednymi z największych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, liczą około 45–48 tys. żołnierzy służby czynnej i dysponują rozbudowanym systemem mobilizacyjnym. Na papierze ich potencjał wygląda więc całkiem poważnie. Problem polega na tym, że liczby nie oddają rzeczywistych zdolności bojowych.

Większość wyposażenia białoruskiej armii wywodzi się jeszcze z czasów Związku Radzieckiego. Trzon wojsk pancernych stanowią czołgi T-72B i ich zmodernizowane wersje, wojska zmechanizowane wykorzystują bojowe wozy piechoty BMP-2 oraz transportery BTR, a artyleria nadal opiera się przede wszystkim na systemach poradzieckiej konstrukcji. Białoruś prowadzi wprawdzie programy modernizacyjne, rozwija własne bezzałogowce i środki walki radioelektronicznej, lecz skala tych działań nie zmienia zasadniczego obrazu – armia pozostaje znacznie słabsza od rosyjskiej, której „wyczyny” w Ukrainie wszyscy znamy.

Najmocniejszym elementem wojsk Łukaszenki nie są jednak wojska lądowe, a obrona powietrzna. Białoruś dysponuje gęstą siecią zestawów przeciwlotniczych S-300 i S-400 oraz nowoczesnymi środkami radiolokacyjnymi, które od lat funkcjonują we wspólnym z rosją systemie obrony powietrznej. W praktyce oznacza to, że przestrzeń powietrzna obu państw jest coraz bardziej zintegrowana, a granica między rosyjskimi i białoruskimi zdolnościami wojskowymi stopniowo się zaciera.

To zresztą znacznie szerszy proces. Od kilku lat oba państwa budują tzw. Regionalne Zgrupowanie Wojsk, prowadzą wspólne ćwiczenia, ujednolicają systemy dowodzenia i rozwijają wspólną logistykę. Na Białorusi stale przebywają rosyjscy żołnierze, a po 2022 roku pojawiły się tam również elementy rosyjskiej infrastruktury wojskowej, w tym systemy rakietowe oraz broń jądrowa, która – choć formalnie rozmieszczona na terytorium Białorusi – pozostaje pod kontrolą rosji.

Największą słabością armii Łukaszenki pozostaje jednak brak doświadczenia bojowego. W przeciwieństwie do rosjan czy Ukraińców białoruscy żołnierze od dziesięcioleci nie uczestniczyli w wojnie o dużej intensywności. Nie sprawdzono ich dowódców, procedur ani zdolności do prowadzenia skomplikowanych operacji połączonych (z którymi nadal nie radzą sobie rosjanie).

Dlatego większość zachodnich i ukraińskich analityków ocenia, że samodzielne uderzenie Białorusi na Ukrainę miałoby ograniczone szanse powodzenia. Nawet jeśli Mińsk zdołałby zmobilizować kilkadziesiąt tysięcy dodatkowych rezerwistów, musiałby prowadzić działania na wyjątkowo trudnym kierunku operacyjnym. Północ Ukrainy jest dziś znacznie lepiej przygotowana do obrony niż w 2022 roku – rozbudowano umocnienia, zaminowano potencjalne kierunki natarcia, a ukraińskie dowództwo od dawna uwzględnia możliwość ponownego zagrożenia z terytorium Białorusi.

Nie oznacza to jednak, że armia białoruska byłaby dla Ukrainy nieistotna. Już sama groźba jej użycia zmusza Kijów do utrzymywania na północnym kierunku znacznych sił, których nie można skierować na Donbas czy południe kraju. Z militarnego punktu widzenia byłaby to więc przede wszystkim operacja wiążąca – niekoniecznie nastawiona na zdobywanie Kijowa, lecz na odciążenie rosyjskich wojsk walczących na głównych odcinkach frontu. To właśnie taki efekt mógłby okazać się dla Moskwy najcenniejszy.

—–

Skoro Białoruś od lat jest najbliższym sojusznikiem rosji, a jej armia pozostaje zintegrowana z rosyjskim systemem wojskowym, nasuwa się pytanie: dlaczego Aleksander Łukaszenka wciąż nie wysłał swoich żołnierzy do Ukrainy? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału. W artykule próbuję również odpowiedzieć na pytanie, co opisana sytuacja oznacza dla Polski i szerzej, całej wschodniej flanki NATO. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. ZSU, chce czy nie, musi trzymać część sił w rejonie ukraińsko-białoruskiej granicy. Zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Samowystarczalni?

W 2026 roku Ukraina produkuje więcej uzbrojenia niż kiedykolwiek wcześniej. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że kraj stopniowo uniezależnia się od zagranicznych dostaw. Rzeczywistość jest jednak bardziej skomplikowana.

Weźmy armatohaubicę Bogdana, jeden z największych sukcesów ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego. To konstrukcja opracowana przez ukraińskich inżynierów i produkowana przez ukraińskie przedsiębiorstwa. Nie oznacza to jednak, że wszystkie elementy niezbędne do jej złożenia powstają nad Dnieprem.

Pierwszy prototyp osadzono na ukraińskim podwoziu KrAZ, ale kolejne serie wykorzystują podwozia zachodnie, przede wszystkim czeskie Tatry. Dotyczy to również części materiałów, komponentów oraz wyposażenia przemysłowego używanego w produkcji.

Armatohaubica to nie tylko lufa (też częściowo zachodnia…) i podwozie. O jej skuteczności decydują m.in. system kierowania ogniem, środki łączności i komputery balistyczne. Ukraina rozwija własne rozwiązania w tym zakresie, ale nadal pozostaje uzależniona od importu wielu zaawansowanych podzespołów elektronicznych i optoelektronicznych. Dotyczy to choćby układów scalonych, modułów komunikacyjnych, odbiorników nawigacji satelitarnej, kamer czy elementów termowizji.

Do tego dochodzi kwestia amunicji. Bogdana wykorzystuje standardowe dla NATO pociski kalibru 155 mm. Ukraina uruchomiła ich własną produkcję, jednak nadal nie jest w stanie samodzielnie zaspokoić potrzeb frontu. Innymi słowy, udana ukraińska konstrukcja artyleryjska pozostaje częścią znacznie większego, międzynarodowego systemu produkcji i zaopatrzenia.

Jeszcze wyraźniej widać to w przypadku dronów, które stały się symbolem tej wojny. Ukraina projektuje własne konstrukcje, rozwija oprogramowanie i organizuje produkcję seryjną, jednak znaczna część wykorzystywanych podzespołów pochodzi spoza kraju. Dotyczy to silników elektrycznych, kontrolerów lotu, kamer, modułów transmisji danych, baterii czy elementów optoelektroniki.

Większość z tych produktów powstaje w Chinach. Wraz z zaostrzaniem przez Pekin kontroli eksportowych dotyczących technologii mogących znaleźć zastosowanie wojskowe, bezpośredni zakup komponentów przez ukraińskie firmy stał się znacznie trudniejszy niż na początku wojny. W efekcie kluczową rolę odgrywają pośrednicy, centra logistyczne i magazyny zlokalizowane poza Ukrainą.

Komponenty trafiają najpierw do państw Unii Europejskiej lub innych krajów trzecich, gdzie są kompletowane, magazynowane i kierowane do ukraińskich producentów. A więc i dron – zaprojektowany, zmontowany i używany przez Ukraińców – pozostaje produktem międzynarodowego łańcucha dostaw rozciągającego się od Azji po Europę Środkową.

W tym systemie szczególną rolę odgrywa Polska. To przez polską infrastrukturę logistyczną i przez polskie firmy przechodzi znaczna część towarów wykorzystywanych przez ukraiński przemysł obronny. Polska pomaga nie tylko dostarczać Ukrainie broń. Pomaga również tworzyć broń powstającą w Ukrainie. Ukraińska samowystarczalność w tym zakresie to mit.

—–

Mitem jest też opowieść o wtórnym znaczeniu innych systemów uzbrojenia. Wojna w Ukrainie jest wojną dronów, ale same bezzałogowce jej nie rozstrzygną. Owszem, kontrolują strefę śmierci, utrudniając przeciwnikowi manewr, ale pozycje obronne wciąż obsadzane są przez ludzi. Tych zresztą – po obu stronach – jest obecnie na froncie najwięcej w historii pełnoskalowego konfliktu – mimo postępującej dronizacji. A ludzie potrzebują m.in. amunicji strzeleckiej, kamizelek kuloodpornych, hełmów, środków łączności, noktowizorów, termowizorów i całej masy innego wyposażenia. Ukraina zaspokaja tylko część tych potrzeb we własnym zakresie.

Co więcej, dron nie tylko nie zajmie i nie utrzyma terenu. Nie przejmie też wszystkich zadań artylerii dalekiego zasięgu. Ukraińcy rozwijają własne konstrukcje, lecz nadal nie są w stanie zastąpić amerykańskich pocisków GMLRS wykorzystywanych do precyzyjnych uderzeń na głębokość 80 km. Kijów może produkować tysiące dronów, ale nie produkuje pocisków Patriot, IRIS-T czy NASAMS, które zestrzeliwują rosyjskie rakiety i pociski manewrujące. Nie wytwarza wyrzutni do tych systemów oraz radarów, które decydują o ich skuteczności. Bez tej broni ukraińskie miasta, infrastruktura energetyczna i zaplecze przemysłowe byłyby znacznie bardziej narażone na rosyjskie ataki.

Podobnie rzecz się ma w przypadku lotnictwa, które nie tylko pełni niebagatelną rolę w osłonie ukraińskiego zaplecza, ale realizuje też misje uderzeniowe na cele lądowe, w tym zadania porażenia rosyjskiej obrony przeciwlotniczej. Nie byłoby ostatnich spektakularnych akcji na Krymie, gdyby wcześniej ukraińskiemu lotnictwu nie udało się wyeliminować rosyjskich systemów radiolokacyjnych. To samoloty załogowe wyrąbały ukraińskim dronom wolną drogę na półwysep. Ukraina może remontować i modernizować ocalałe posowieckie maszyny – których ma coraz mniej – ale nie produkuje F-16 i Miraży, pocisków powietrze-powietrze czy bomb kierowanych.

Tych przykładów można by wymienić znaczenie więcej, dość powiedzieć, że o skuteczności ZSU wciąż w znacznym stopniu decydują „klasyczne” rodzaje uzbrojenia, a te najbardziej efektywne pochodzą z Zachodu. Podobnie jak istotna część wojskowej drobnicy. Wszystko to, w zdecydowanej większości, nim trafi do Ukrainy idzie przez Polskę. O czym wspominam w kontekście rozpalającego emocje orderowego sporu, mam bowiem wrażenie, że Ukraińcy zapominają o wkładzie Polski. W reakcji na decyzję prezydenta Nawrockiego podkreślają rolę Ukrainy, która w ich percepcji urasta do rangi obrońcy Polski. Polski jako obrońcy Ukrainy w tej opowieści nie ma.

I nie chodzi mi o ukraińską wdzięczność i podkreślanie polskich zasług. Mnie osobiście wystarczy, że Ukraińcy łoją ruskich. Nie zmienia to faktu, że jako chłodny analityk nie potrafię przejść do porządku dziennego nad krótkowzrocznością Wołodymyra Zełenskiego. Wszak ukraiński prezydent i jego otoczenie doskonale wiedzą, jak wygląda geografia wojny. Że Polska pozostaje najważniejszym lądowym łącznikiem Ukrainy z zachodnim zapleczem wojskowym i gospodarczym – i że szybkiej i funkcjonalnej alternatywy dla tego układu nie ma. Trudno mi zrozumieć gotowość do podejmowania działań, które w oczywisty sposób bolą polską opinię publiczną i wzmacniają środowiska opowiadające się za ograniczeniem wsparcia dla Kijowa.

Nie chodzi o to, że Polska nagle odwróci się od Ukrainy. Nie chodzi nawet o to, że Warszawa dysponuje jakimś politycznym „wyłącznikiem” ukraińskiego wysiłku wojennego. Chodzi o coś znacznie prostszego. Prowadząc wojnę o przetrwanie, nie warto igrać z państwem, przez które prowadzi najważniejsza droga łącząca front z jego zapleczem. Zwłaszcza gdy alternatywy istnieją głównie na mapie.

Ten tekst, w rozszerzonej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Order…

20 czerwca 2026 roku

Co pan sądzi na temat zamieszania z Orderem Orła Białego? – pytają mnie Czytelnicy.

Cóż, jest mi zwyczajnie smutno. Oto bowiem zamiast dojrzałego realizmu, obie strony – ukraińska poprzez prowokacje historyczne, a polska poprzez widowiskowe gesty odwetowe – postawiły na emocje.

Nie zmienia to faktu, że imperatywem dla Polski pozostaje przetrwanie ukraińskiej państwowości – ze względu na nasze bezpieczeństwo – a owo przetrwanie z oczywistych powodów jest również imperatywem samej Ukrainy. Dlatego obie strony muszą jak najszybciej „schować szable” i wytrwać w twardej, pragmatycznej współpracy – militarnej i gospodarczej – odcinając się od wizerunkowych wojen.

Ufam, że zwycięży ów rozsądek.

A emocje? Cóż, pozostaję lojalnie zakochany w swojej ojczyźnie, jaka by ona nie była (Polskę pisowską też kochałem). Ale nie zapominam, kto w wojnie z rosją jest tym dobrym, a kto tym złym. Nie wyprę się zachwytu ukraińskim hartem, determinacją, oddaniem, odwagą. Ta opowieść o umiłowaniu wolności – niepozbawiona brzydkich epizodów (wszelkich posowieckich i porosyjskich kulturowych złogów) – nieodmiennie angażuje moje serce. Jestem więc z Tobą, Ukraino. Rozumem – bo tego wymaga mój polski patriotyzm – i sercem. Trwaǰ i grom ruSSkich – ja na froncie medialnym dalej będę robił swoje.

21 czerwca 2026 roku

Kto jest tu ze mną dłużej, ten wie, co sądzę o prezydencie Nawrockim. Kto nie wie, temu pokrótce wyjaśnię – zmartwił mnie jego wybór i martwi jego prezydentura.

Ale nie o tym chciałbym dziś pisać – wspominam Nawrockiego, by zastrzec, że nie przyłączę się do chóru krytyków jego decyzji o odebraniu Orderu Orła Białego Zełenskiemu. Uważam ją za złą, ale wieszanie psów TYLKO na prezydencie RP, to fatalna postawa. Przysłania nam bowiem coś istotniejszego, mianowicie nieodpowiedzialność Wołodymyra Zełenskiego, który sprawę z Polską pokpił dokumentnie.

To nie jest randomowy Ukrainiec, który nie ma pojęcia o zbrodniach UPA, a gość, który słyszał o tym wielokrotnie. I co ważniejsze – dobrze wiedział, że wynoszenie na piedestał upowskich bandytów wybuchnie w Polsce niczym granat w szambie. On tymczasem olał to i dramatycznie naraził Ukrainę – i tego nie potrafię mu wybaczyć.

Przez Polskę idzie 90 proc. pomocy wojskowej, Rumunia jako alternatywa to wolne żarty – mają tam 30 proc. naszej przepustowości (a po ukraińskiej stronie jest jeszcze gorzej). Tego stanu nie da się zmienić z tygodnia na tydzień czy nawet z miesiąca na miesiąc; na to trzeba lat – czasu, którego Ukraina nie ma. Słowacja, Węgry? Jeszcze mniejsze możliwości i, nade wszystko, brak społecznej zgody na uczynienie tych krajów hubami.

Idźmy dalej. Wszyscy się zafiksowali na dronach i na tym, że Ukraina większość z nich wytwarza sama (co też nie jest prawdą…), ale fakty są takie, że bez wsparcia wojskowego z zewnątrz ZSU by się nie utrzymały. Broń, amunicja, mundury, smary, paliwo – to wszystko niemal w całości idzie przez Polskę. Zaraz putin przypierdzieli w odwecie za Moskwę, z jednej strony wyżywając się na cywilach, z drugiej atakując wrażliwe ukraińskie cele. Na przykład infrastrukturę paliwową. W efekcie sprowadzanie paliwa stanie się jeszcze większym wyzwaniem i koniecznością. Skąd Ukraina je ściągnie – z Białorusi?

Zełenski to wszystko wie i dramatycznie ryzykuje. Nie będę teraz szedł w autokrytykę, poprzestanę na stwierdzeniu, że Polacy mają skłonność do unoszenia się honorem. Kto nas zatrzyma, gdy wypiszemy się z roli hubu? Trump? Ten baran przyklaśnie. Europa? Obecny rząd jeszcze jej słucha, ale za progiem wybory, a języczkiem u wagi będzie elektorat nacjonalistyczny, antyukraiński; jak długo Tusk wytrwa w ignorowaniu tej siły?

I Zełenski też to wie, a przynajmniej powinien wiedzieć – jak nie on, to jego doradcy. I co? I nic; ukraiński prezydent wybrał igranie z naszymi słabościami i traumami. Nieodpowiedzialną zabawę z ogniem, bo przecież bez nas Ukraina zginie.

Jezu, jakbym chciał, by to był jakiś plac zabaw, by przyszedł starszy pan i zabrał gówniarzom (z obu stron) krzesiwo…