Pluton, który 4 września 2009 roku wyjechał z bazy Giro, odprowadzał do Ghazni wymagającego napraw Rosomaka. Odstawioną do serwisu maszynę miał zastąpić inny, naprawiony już wóz. Patrol bez przeszkód dotarł do głównej polskiej bazy i popołudniu wyruszył w drogę powrotną.
Dramat rozegrał się niespełna trzy kilometry od celu, tuż przed godziną 18.00.
– Dojechaliśmy do wioski, po obu stronach były jakieś zabudowania – wspomina Mariusz Mazur, dowódca prowadzącego kolumnę wozu. – Chcąc nie chcąc, musieliśmy wrócić na drogę.
– Dlaczego wcześniej z niej zjechaliście? – chcę znać więcej szczegółów.
– W Afganistanie większość min podkładano w drogach, jazda „grządkami” – jak nazywaliśmy pobocza, opłotki i temu podobne – była bezpieczniejsza – odpowiada wojskowy. I kontynuuje opowieść. – Maszyna już się prostowała i wtedy pod przedostatnim kołem pierdyknęło. „Mój Boże, oby tylko koło urwało!” – modliłem się w duchu. Ale siadło mi praktycznie całe auto, wszystkie systemy się wyłączyły. W środku było pełno kurzu i dymu, z tyłu słyszałem czyjeś jęki. „Marcin nie żyje!” – krzyknął któryś z chłopaków. „Który?!” – spytałem, bo na desancie było dwóch Marcinów.
Mazur nie otrzymał odpowiedzi. Wydostał się z wieży Rosomaka tuż za działonowym.
– Uniosłem właz kierowcy i pytam, czy wszystko z nim w porządku – relacjonuje Mazur. – Potwierdził, więc pobiegłem na tył wozu. Jeden z kolegów już wysiadał, zobaczyłem za nim kłębowisko ciał i sprzętu. Zaczęliśmy wyciągać rannych i połamanych chłopaków.
– Marcin już wtedy nie żył? – dopytuję.
– To w niego poszła energia wybuchu, zginął od razu – odpowiada mój rozmówca. – Wynieśliśmy ciało Marcina i ułożyliśmy je na śpiworze. Potem zaczęliśmy wyciągać Waldka, wciśniętego w kosz oddzielający desant od wieży. Trochę nam zeszło, nim udało się chłopa wyratować.
Tego dnia medevac podjął aż pięciu rannych.
* * *
– Wyszłam właśnie z obrządku – wspomina Zofia Poręba. – I zobaczyłam w dole wojskowy samochód. Tuż za naszym gospodarstwem kończy się droga, ale ja miałam nadzieję, że to nie do nas, że auto pojedzie dalej. Zatrzymało się koło domu…
– Dzień wcześniej rozmawialiśmy na Skypie – opowiada chorąży Kościelak. – Marcin kazał mi szykować grilla na swój powrót. Następnego dnia zadzwonił kolega ze służby dyżurnej pułku – zanim jeszcze poszła w mediach oficjalna informacja. Poczułem się tak, jakby mnie ktoś uderzył młotkiem w głowę.
* * *
Marcin Poręba został pochowany 9 września 2009 roku w rodzinnym Szczecynie. Mowę pogrzebową miał wygłosić Jarosław Kościelak.
– Nikomu tego nie życzę – wzdycha chorąży. – Powiedziałem tylko jedną trzecią tego, co napisałem. Więcej nie byłem w stanie. „Straciłeś bardzo bliską osobę” – usłyszałem wówczas od żony. Miała rację – Marcin był mi jak brat.
W uroczystościach pogrzebowych – poza bliskimi i przyjaciółmi – udział wzięli przedstawiciele władz państwowych i dowództwa armii – stojący na czele BBN Aleksander Szczygło, minister obrony Bogdan Klich oraz szef Sztabu Generalnego WP, generał Franciszek Gągor. Podczas mszy odczytano list ówczesnego prezydenta RP do rodziny poległego: „Wiem, że żadne słowa nie są w stanie ukoić bólu po stracie najbliższej osoby. Bo czy można powiedzieć, że taki jest żołnierski los? Że ryzyko, nawet najwyższe, wpisane jest w żołnierską służbę? Odpowiedź na to pytanie dla każdego z nas będzie odmienna, niemniej musimy pamiętać, że sensem służby żołnierza jest poświęcenie dla innych” – pisał Lech Kaczyński.
– Zawsze gdy wychodził sprawdzić przepust, na przód kolumny, odsłonięty, mógł liczyć na nasze wsparcie – mówi o Porębie Mariusz Mazur. – Ale to on ryzykował najwięcej. Wiele mu zawdzięczamy.
* * *
W pierwszą rocznicę śmierci Marcina na cmentarzu w Szczecynie zjawiła się większość uczestników feralnego patrolu. Tak było rok później i w kolejnych latach. 4 września przy grobie poległego nie brakuje też kolegów ze szczecińskiego pułku.
Podczas tych wizyt rodzinny dom Porębów zamienia się w małe koszary.
– Chłopcy ze Szczecina mają dalej, nocują więc dwie noce, ci z Bielska – jedną – opowiada pani Zofia. – I wie pan co – kobieta wyraźnie się wzrusza. – Oni wszyscy mówią, że przyjeżdżają „do Marcina”.
—–
Nz. Pożegnanie Marcina Poręby w bazie Ghazni, 5 września 2009 roku/fot. Marcin Ogdowski
