Obojętność

Ilja – właściciel taksówki – niespecjalnie przejmował się zagrożeniem, jakim była zawrotna prędkość wykręcana na dziurawej ukraińskiej drodze. Nie zapiął pasów w Dniepropietrowsku, nie przepasał się nimi, gdy wjechaliśmy w „dzikie pola”. Jednak w pewnym momencie zaklął paskudnie i nerwowo chwycił za sprzączkę. Właśnie wyprzedzała nas milicyjna łada, której załoga sygnalizowała, byśmy zjechali na pobocze.

Gdy oba auta już stały, z radiowozu wysiadł wąsaty funkcjonariusz w nieco operetkowym mundurze. Mężczyzna przeciągnął się, a potem – zwrócony twarzą do nas – splunął na jezdnię; gestem tak ostentacyjnym i tak obrzydliwym, że z miejsca poczułem odrazę. I złość – bo nie przywykłem do tego, by urzędnik w taki sposób okazywał mi brak elementarnego szacunku.

Tymczasem Ilja uchylił okno i od razu powiedział, że wiezie czterech dziennikarzy z Polski. A chwilę później z uśmiechem przyznał.

– Gdyby nie wy, daliby mandat za jazdę bez pasów. To znaczy wzięliby łapówkę, korzystając z pretekstu. A tak skończyło się na pouczeniu.

*         *        *

Kilka dni później, w Krasnoarmiejsku, spotkaliśmy się z działaczem organizacji pozarządowej, pomagającej uchodźcom z rejonów zajętych przez rebelię. Mężczyzna mówił sporo i z przejęciem o swoich planach i realnych przedsięwzięciach, lecz zakłopotał się nieco, gdy jeden z nas zapytał, jak wygląda pomoc państwa.

– Nooo, nie przeszkadza – odparł po chwili.

– Ja wam powiem – szczupły chłopak pochodził z Doniecka. Z DRL-u uciekł kilka dni wcześniej ze świeżo poślubioną żoną. – Jeszcze zanim tam poszedłem, słyszałem, że w obwodzie (administracji wojewódzkiej – dop. MO), rozdają pakiety z zagranicy. Z Europy i Ameryki – doprecyzował, a mówiąc o pakietach, miał na myśli paczki z produktami pierwszej potrzeby. – Poszedłem więc – kontynuował dwudziestoparolatek. – Wysłali mnie do jakiegoś pokoju, gdzie siedziała kobieta, która z miejsca kazała mi wyjść, tłumacząc, że nie ma już czego rozdawać. Wyszedłbym, ale na szafce za nią dostrzegłem jeden pakiet. „A to dla kogoś chowacie?”, spytałem, wskazując ręką na paczkę. Urzędniczka speszyła się. Jestem pewien, że trzymała to dla siebie…

Fotoradar

Piękne, długonogie dziewczyny zalotnie spoglądały znad szklanek wypełnionych kolorowymi drinkami. Wystrojone, z nienagannym makijażem, wyglądały jakby szły na pierwszą randkę. Nienachalny, elegancki wręcz wystrój klubu tylko podkreślał wyjątkowość i odświętność całego zdarzenia. Tymczasem nie działo się nic nadzwyczajnego – ot, sobotni wieczór w modnej pizzerni w Kramatorsku. Wesoła muzyka, dobre jedzenie, nienajgorszy alkohol.

Bal na „Titanicu”? Być może. Powstańcy przygotowują się do zamknięcia klina, wżynającego się w ich tereny. Kramatorsk co prawda znajduje się nieco wyżej, ale pewności nie ma, że miasto nie znajdzie się w zasięgu ofensywy. Smutna statystka ostatnich dziewięciu dni zdaje się potwierdzać rozmach, z jakim działają separatyści. Według danych ONZ, w tym czasie na wschodzie Ukrainy zginęło niemal 300 osób, w większości, niestety, cywilów.

Kramatorsk już był pod władaniem separatystów – latem 2014 roku, wraz z nieodległym Słowiańskiem, został odbity przez armię ukraińską. Przejeżdżając przez miasto nie widzieliśmy śladów toczonych tu walk, ale hotel, w którym się zatrzymaliśmy, w dużej mierze został zajęty przez wojsko. Tak naprawdę mieliśmy sporo szczęścia, że udało nam się znaleźć wolny pokój.

Do Kramatorska przywiózł nas Ilja – taksówkarz z Dniepropietrowska. W jego rozklekotanym lanosie spędziliśmy bite sześć godzin. Mając wrażenie, że nasze tyłki szorują po podłej, pełnej dziur jezdni. Trzech mężczyzn z tyłu, pasażer i kierowca z przodu – na każdym blok-poście (jak tutaj nazywa się punkty kontrolne obsadzone przez wojsko i milicję), zwracaliśmy na siebie uwagę. Co zwykle oznaczało konieczność opuszczenia auta i okazania paszportów.

Już niemal u kresu podróży – tuż po tym, jak przejechaliśmy kilkanaście kilometrów wzdłuż linii frontu – natknęliśmy się na lotny patrol drogówki.

– Tu Ukraina, tam DRL – tłumaczył nam milicjant, wskazując drogę odbijającą w prawą stronę. Po czym wrócił do zatrzymanego wcześniej samochodu na lokalnych numerach rejestracyjnych. W tym czasie jego kolega zwijał rozstawiony na trójnogu przenośny fotoradar…

—–

W lanosie było tak zimno, że szyby zamarzły od wewnątrz…/fot. Michał Zieliński

Postaw mi kawę na buycoffee.to