Reinterpretacje

Ostatnim ministrem komunikacji II RP był niejaki Juliusz Ulrych – pułkownik WP, piłsudczyk, zwolennik sanacji i niezła kanalia (zainteresowanych odsyłam do lektury źródeł w tzw. sprawie Józefa Wójcika). Urzędnik ten we wrześniu 1939 roku był odpowiedzialny za ewakuację kolejową – wywózkę z terenów przygranicznych urzędników państwowych i ich rodzin. Tym sposobem historia tego pana splata się z historią mojej rodziny.

Pradziadek pracował w Dyrekcji Okręgowej Kolei w Toruniu – i 4 września 1939 roku, wraz z żoną i dwójką nastoletnich dzieci, wsiadł do pociągu, który ruszył w kierunku Kowla na Wołyniu. Ewakuacja była obligatoryjna, nie dało się z niej „wypisać”. Jak się później okazało, wiązała się nie tylko z koszmarem podróży pod ogniem niemieckich samolotów, które za nic miały cywilny charakter transportu. Wunderlichowie dotarli do Wołynia, gdzie zetknęli się z ukraińską przemocą – na długo przed pogromami z 1943 roku. Ale też ryzykowali w inny sposób – niemieckie władze okupacyjne postanowiły bowiem ukarać uciekinierów (zarówno tych ze zorganizowanych, jak i spontanicznych ewakuacji), konfiskatą opuszczonych nieruchomości. Moja rodzina uniknęła tego losu i gdy pod koniec 1939 roku wróciła do Torunia, mieszkanie wciąż na nią czekało. Pradziad miał bohaterską kartę z czasów służby w Reichswerze na froncie zachodnim I wojny światowej – i to uratowało bliskich przed wywłaszczeniem.

Bombardowanie stacji kolejowej w Kowlu to jedno ze wspomnień, które przekazała mi Babcia. Z przerażającą plastycznością opisywała podniebne „akrobacje” pilotów Sztukasów. „Od tamtej chwili musieliśmy sobie radzić sami” – mówiła. Zaplecze ewakuacji przestało działać, dziesiątki tysięcy ludzi rozproszyły się, szukając schronienia i pomocy na własną rękę. „Moi” trafili na jakąś wołyńską wieś, której nazwy, niestety, nie poznałem.

I tu znów wracamy do pana Ulrycha. 8 września ewakuacja kolejkowa została zatrzymana. Nie tylko nie odbierano ewakuowanych, którzy dotarli do punktów zbornych. Liczne składy kończyły drogę w środku trasy, nierzadko gdzieś w polu. Tego samego dnia w Chełmie, podczas spotkania z pracownikami resortu komunikacji, pan minister oznajmił, że „ma w dupie całą ewakuację”. Sam, z rodziną, był bezpieczny, a 17 września – jak większość sanacyjnej władzy – dał nogę do Rumunii. Niemniej zauważmy – 8 września i „mam w dupie”. Sytuacja Polski była wówczas dramatyczna, ale nie beznadziejna. Tymczasem już wówczas rzekoma sprawność i determinacja administracji okazały się fikcją. „Radźta se sami” i „jakośtambędzizm” w najczystszej formie.

Zupełnie jak dziś. Też mamy wojnę – z podstępnym wirusem. Też umieramy tysiącami. I tak jak w schyłkowej II RP, również mamy władzę, która rzekomo troszczy się o obywateli. A tak naprawdę ma nas w dupie – bo nie liczy się nasze życie i zdrowie, a chęć zachowania władzy, co oznacza tragiczne w skutkach ukłony w stronę antyszczepów i ich politycznej reprezentacji.

Dlaczego łączę obie historie? Bo wiem, że prędzej czy później pojawi się pokusa „racjonalizacji”, „spojrzenia z dystansu”, co będzie sprzyjać rehabilitacji osób, które na rehabilitację nie zasługują. Dziś nie ma już w zasadzie ciągłości w postaci „żywej pamięci” z czasami II RP. Pojawiają się zatem (zawsze pojawiały, ale teraz o to łatwiej) opinie usprawiedliwiające tak szybkie załamanie się struktur państwowych we wrześniu 1939 roku. Bo „niespotykana skala agresji”, bo „blitzkrieg”, bo „V kolumna”, bo „państwo przygotowywało się do wojny na wschodzie, a nie na zachodzie”, bo „fatalna sytuacja geopolityczna”, itp., itd. I to samo będzie z oceną działań podjętych przez władze III RP w czasach pandemii – gdy miną już „polityczne emocje”, „czas pozwoli na bardziej adekwatne spojrzenie”, lockdowny będą historią, a nie teraźniejszością. Obawiam się całego wysypu racjonalizacji – że „ostatecznie nie było tak źle, bo inni mieli gorzej”, że pandemia „wpisała się w czas natężonej politycznej walki”, że „społeczeństwo wyparło zagrożenie dla własnego zdrowia psychicznego, na co administracja, po prostu, nie mogła znaleźć odpowiednich metod”.

A chuja tam.

Jakoś Niemcy byli w stanie jeszcze w kwietniu 1945 roku realizować wypłaty dla urzędników państwowych, choć świat w stopniu nieporównywalnym z doświadczeniem września ‘39 walił im się na łby. Jakoś inne kraje potrafią poradzić sobie z antyszczepami, dramatycznie redukując statystyki umieralności. Coś jest w naszej polskiej kulturze organizacyjnej, w naszej percepcji państwa i jego powinności, co sprzyja bylejakości, porzuceniu odpowiedzialności, wspomnianemu „jakośtambędzizmowi”. Sklejam więc klamrą obie historie i zastanawiam się, czy my w ogóle zasługujemy na odrębną państwowość? Czy do niej dorośliśmy?

Nz. Skład PKP z czasów 20-lecia międzywojennego/fot. domena publiczna

Postaw mi kawę na buycoffee.to