Przedmowa

Z okazji premiery mojej najnowszej książki pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, publikuję jej fragment – „Przedmowę”. Mam nadzieję, że zachęci Was do lektury całości. „Starzy” Czytelnicy znają moje podejście do sprawy, ale w międzyczasie pojawiło się tu mnóstwo nowych osób – o czym wspominam, bo „Przedmowa” to zarazem moje „ukraińskie credo”; jasna i uczciwa deklaracja etyczno-merytoryczna.

Do rzeczy!

*          *          *

We wrześniu 1939 roku rodzina mojej babci od strony matki została wywieziona na wschód Rzeczypospolitej, na teren ówczesnego województwa wołyńskiego. Pradziadek Wunderlich pracował w Dyrekcji Okręgowej Kolei w Toruniu, a ewakuacja przygranicznych urzędników państwowych i ich rodzin była obligatoryjna. Ucieczka pociągiem odbyła się w niechcianej asyście samolotów Luftwaffe, które kilka razy ostrzelały cywilny skład. Zbombardowały również dworzec w Kowlu – babcia bardzo plastycznie opisywała akrobacje pilotów sztukasów. „Od tamtej chwili musieliśmy sobie radzić sami”, mówiła. 8 września był dla mojej rodziny piątym dniem podróży – to wtedy zaplecze ewakuacji przestało działać. Dziesiątki tysięcy ludzi rozproszyły się, szukając schronienia i pomocy na własną rękę. Nie tylko nie odbierano ewakuowanych, którzy dotarli do punktów zbornych. Liczne składy kończyły drogę w środku trasy, nierzadko gdzieś w polu. Tego samego dnia w Chełmie, podczas spotkania z pracownikami ministerstwa komunikacji, jego szef, płk Juliusz Ulrych, oznajmił: „Mam w dupie całą tę ewakuację”. Sam, z rodziną, był bezpieczny, a 17 września 1939 roku – jak większość sanacyjnej władzy – zdezerterował do Rumunii.

Wunderlichowie, wraz z innymi uchodźcami, ulokowali się w jednej z wiosek (której nazwy, niestety, nie poznałem). Lecz i tam nie zaznali długo spokoju. W miejscowości nie było już policji (uciekła), wojska nikt na oczy nie widział, a upadek państwa polskiego sprowokował miejscowych Ukraińców do rozliczeń z Lachami. Skrzyknięte ad hoc ukraińskie bandy polowały nie tylko na miejscowych, ale i na przyjezdnych Polaków. „Moich” w porę ostrzeżono, zdołali zbiec nocą, chowając się po rowach i zagajnikach. Nie zostali na Wołyniu – jeszcze jesienią 1939 roku wrócili do Torunia, na terytoria zajęte przez Niemców. Niewykluczone, że była to decyzja, która uratowała im życie (cała czwórka – pradziad, prababka, babcia i jej brat – doczekali końca wojny). Rzeź wołyńska z lat 1943-1944 nie była zatem ich osobistym doświadczeniem. Lecz traumatyczne przeżycia z września 1939 roku sprawiły, że temat ukraińskich mordów na Polakach wracał w moim domu przy różnych okazjach.

Babcia nie pielęgnowała nienawiści. Nie chciała jej przekazywać – przynajmniej intencjonalnie. Lecz dzieląc się swoim strachem, sprawiła, że wyszedłem z domu rodzinnego wyposażony w pewien myślowy schemat. Odkąd pamiętam, słowo „Ukrainiec” przywodziło skojarzenie z siekierą. Wracały babcine opowieści, do których z czasem dołączyły historie wyczytane z książek i wysłuchane od innych świadków tamtych wydarzeń. Tym łatwiej, że przez wiele lat nie miałem z Ukraińcami żadnych kontaktów.

Gdy po raz pierwszy pojechałem do Ukrainy – w styczniu 2015 roku – byłem rusofilem. I więźniem narracji „sezonowego państwa”, które, w jakiejś mierze, zasłużyło na los, jaki je spotykał w 2014 roku. Nie dawałem temu wyrazu w swoich relacjach, ale wciąż, jakby podświadomie – w zwykłych ludzkich historiach – starałem się znaleźć zrozumienie dla (pro)rosyjskich racji. Szybko jednak przejrzałem na oczy, zobaczyłem, czym jest „ruski mir”/rosyjski świat. Zrozumiałem wolę większości Ukraińców, by wyrwać się z tej mentalnej, społecznej i politycznej pułapki. I taką Ukrainę, zdecydowanie walczącą o wolność, na swój sposób pokochałem.

Ale nim do tego doszło, w głowie wciąż miałem te przeklęte siekiery. Tak było latem 2005 roku, w Iraku, gdy w Al-Kut trafiłem na ukraińskich żołnierzy – sojuszników, lecz mimo to moją pierwszą reakcją na ich widok było zjeżenie się. I mimowolne budowanie dystansu. Kolejny raz spotkałem ukraińskich żołnierzy w Donbasie, niemal 10 lat później. Pamiętam, jak zdrętwiałem, gdy jeden z nich, ze słowem brat na ustach, objął mnie gdzieś na linii frontu pod Debalcewem. Ukraina toczyła wojnę z rosyjskim najeźdźcą, wtedy nie miałem już złudzeń, że wrogim także nam, Polakom. I mimo tej świadomości wciąż ciążyłem ku siekierom. To siekiery – chyba bardziej niż przywiązanie do potrzeby zachowania dziennikarskiego obiektywizmu – napędzały moje oburzenie widokiem polskich reporterów w geście solidarności owijających się ukraińskimi flagami. Więc gdy wiosną 2016 roku pod Mariupolem zobaczyłem Ukraińców w pobliżu prawdziwych siekier – wbitych w pieńki, na których rąbano drewno – nie mogłem się powstrzymać. Zwolniłem migawkę, rejestrując przyfrontowe obozowisko ukraińskiego oddziału i własne uprzedzenia.

Tak, uprzedzenia – bo w istocie o coś złego tutaj szło. O paskudne uproszczenie, które uwiodło mnie przed laty. Które sprawiło, że tak bardzo bałem się filmu Wołyń. Tego, że znów poczuję niemal fizyczną obecność siekier. I tak też się stało. Wyszedłem z seansu utwierdzony w przekonaniu, że tak długo, jak stanowią etniczną wspólnotę genetycznie związaną ze sprawcami mordów, Ukraińcy winni czuć się odpowiedzialni za wołyńską zbrodnię. Zawstydzeni, skruszeni i przepraszający – podobnie jak Niemcy w odniesieniu do Holocaustu i piekła II wojny światowej. Że choć sytuacja na Wołyniu czarno-biała nie była (bo Polacy swoje za uszami mieli), nie może być mowy o „symetrycznym dzieleniu winy”. Kat był jeden i ofiara jedna. To kwestia dla mnie niedyskutowalna – ani wtedy, ani dziś.

Tylko, u licha, co dalej? Prof. Maria Janion – nieżyjąca już wybitna historyczka literatury – nawoływała do przemiany żałoby w empatię. Pisała szerzej – o całościowym stosunku do polskiej historii – lecz jej radę można wykorzystać i w tym kontekście. Empatia to między innymi zrozumienie, zrozummy zatem, skąd się bierze ukraińskie wyparcie wołyńskiej rzezi, co decyduje o tym, że znienawidzony u nas Stefan Bandera w Ukrainie zyskuje status bohatera narodowego. Przecież większość Ukraińców nie ma pojęcia o wołyńskich wyczynach UPA, dla innych ważniejszy jest fakt, że formacja ta walczyła z Sowietami. Część wierzy w radzieckie prowokacje, niektórych przekonuje argument o rzekomo masowej współpracy Polaków z Niemcami – przeciw Ukraińcom. Znamy te schematy znoszenia odpowiedzialności, prawda? Dość przypomnieć sprawę mordu w Jedwabnem i pełne histerii reakcje rodzimych „patriotów”, pragnących wymazania pamięci o zbrodni.

Gdy zacząłem poznawać Ukraińców, łatwiej mi było przetwarzać żałobę (i wynikłe z niej uprzedzenia) w empatię. Zwłaszcza że widziałem ich w sytuacjach granicznych, na wojnie, gdzie łatwo o podziw. Ale do przepędzenia z mojej głowy siekier znacząco przyłożyli się też Rosjanie. Rosyjskie bestialstwo, rasizm, nacjonalizm i imperializm. Fakt, iż nie istnieją żadne moralne, polityczne, psychologiczne czy materialne intencje, które usprawiedliwiałyby atak na Ukrainę. Gdy zdamy sobie z tego sprawę, wojna u naszego sąsiada zaczyna jawić się jako starcie Dobra ze Złem, a w tak radykalnej perspektywie nie ma miejsca na wątpliwości, po czyjej stawać stronie. O czym wspominam także w kontekście tej książki i jej zawartości. Tworząc Alfabet…, wykorzystałem swój dziennikarski warsztat, wiedzę kontekstową i rozległe kontakty. Pracowałem w reżimie fact-checkingu, starając się dochować rzetelności (co w przypadku takiej materii jak wojna nie zawsze daje gwarancje dotarcia do prawdy). Ale nie oczekujcie ode mnie emocjonalnego obiektywizmu – na kartach tej opowieści go nie znajdziecie.

A co znajdziecie? W 2017 roku obiecałem sobie, że już nigdy nie pojadę na żadną wojnę. Po Iraku, Afganistanie i „wczesnej” Ukrainie miałem dość takich „przygód”, długo mierzyłem się z konsekwencjami stresu pourazowego. Był więc 24 lutego 2022 roku dla mnie trudnym momentem – tuż obok rozpętał się konflikt o nieznanej mi wcześniej intensywności i skali, w dodatku w miejscu, które nie było mi obojętne. Trzymanie się z dala wymagało zawzięcia – i zmierzenia się z poczuciem bezużyteczności. Bo jeśli nie mogę relacjonować z frontu i jego zaplecza, to czy jestem w stanie zrobić coś wartościowego? „Znasz DNA wojny, objaśniaj ją Czytelnikom”, doradziła żona. Zacząłem pisać – na blogu i Facebooku – z roli reportera przechodząc na pozycje analityka, komentatora. Z czasem wracając i do reportażu, ostatecznie bowiem uznałem, że nie sposób uczciwie opowiadać o wojennej Ukrainie i do niej nie jeździć. W styczniu 2023 roku wybrałem się do Bachmutu i dalej jakoś poszło… Ta książka to esencja moich niemal dwuletnich zapisków. Publikowanych na bieżąco – w mediach społecznościowych, w Tygodniku Przegląd, portalu Interia.pl, w wydawnictwie Instytutu Europy Środkowej – oraz dotąd niepublikowanych. W obu przypadkach przeredagowanych, uporządkowanych, gdzieniegdzie rozszerzonych i zaktualizowanych. W dużej mierze poświęconych Rosjanom, bo to oni są dla mnie kluczem do zrozumienia tej wojny. Ufam, że sposób, w jaki postrzegam sprawy, przypadnie Wam do gustu, skłoni do refleksji, rozjaśni wątpliwości.

Wracając zaś do siekier – choć całym sercem jestem za Ukrainą, nie oznacza to „wyczyszczenia” mojej pamięci. Wojna na Wschodzie zmusiła nasze kraje do współpracy, a miliony Ukraińców pchnęła do Polski jako uchodźców. Nigdy po 1945 roku nie byliśmy tak blisko, stąd moja wiara, że gdy minie rosyjskie zagrożenie, porozmawiamy jak przyjaciele nie tylko o wspólnej przyszłości, ale i o tragicznej przeszłości.

—–

24 lutego 2022 roku, 19 minut po północy, napisałem na Facebooku: „Wszystko na to wskazuje, że to TA noc. Слава Україні!”. Chwilę wcześniej rozmawiałem z koleżanką z Kijowa – z jej relacji wynikało, że Ukraina mierzy się z atakiem cybernetycznym, a na pasy startowe lotnisk wyjechały ciężkie strażackie wozy, by uniemożliwić ewentualne lądowanie rosyjskich samolotów transportowych. Brzmiało to upiornie, byłem pełen złych przeczuć – stąd mój krótki wpis – lecz mimo wszystko szedłem spać z nadzieją, że nie dojdzie do najgorszego. Obudziły mnie słowa córki: „Zaczęło się”. Wyjrzałem przez okno – niebo było pogodne, a osiedle krzątało się w porannych, rutynowych czynnościach. Jakby nic złego się nie wydarzyło…

I wtedy przypomniałem sobie pewne zdanie, będące niczym poetycka fraza (po polsku chyba nawet bardziej niż po rosyjsku). Padło one z ust kobiety spotkanej w 2015 roku w pociągu z Kramatorska do Dniepropietrowska[1]. Wieńczyło gorącą dyskusję moich ukraińskich współpasażerów, mieszkańców Donbasu, którzy opuścili domy na skutek rebelii tak zwanych separatystów. Jedna z pań była prorosyjska, druga, wraz z męskim towarzyszem, proukraińska. Spałem na górnej pryczy, gdy obudziły mnie podniesione głosy. Później przysłuchiwałem się wymianie argumentów, a puenta zwyczajnie mnie wzruszyła. Zwłaszcza że poszła za nią wymiana poczęstunków i wódeczka lana do kubeczków – z której i ja ostatecznie skorzystałem. Za oknem było piękne popołudnie, a rozbuchana wiosenna przyroda cieszyła oko. Pociąg jechał przez sielankowy wiejski krajobraz, coraz dalej i dalej od miejsca, gdzie grzmiała artyleria.

– Słonko świeci, ptaszki śpiewają, ludzie się zabijają – skwitowała rozmowę jedna z pań. Trudno o bardziej lapidarny, a zarazem tak bardzo treściwy opis sytuacji Ukrainy. Dlatego wybrałem go na motto tej książki.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Michałowi Strzelcowi, Joannie Marciniak i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Adamowi Cybowiczowi, Jakubowi Dziegińskiemu, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Aleksandrowi Stępieniowi, Maciejowi Ziajorowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Tomaszowi Jakubowskiemu, Karolowi Woźniakowi, Jackowi Otffinowskiemu, Monice Duszyńskiej, Krzysztofowi Rasiewiczowi, Oliwii Musze, Pawłowi Ilcewiczowi, Arkadiuszowi Wiśniewskiemu i Katarzynie Milewskiej.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały, także ta książka. O czym nie zapomniałem, umieszczając w niej stosowną adnotację:

Przypis:

[1] Od 2016 roku i wejścia w życie ustawy dekomunizacyjnej miasto nazywa się Dnipro.

Nz. Screen wkładki zdjęciowej do „Alfabetu…”.

Skrypt

To było dobre 20 lat temu, ale dziś – z perspektywy czasu – postrzegam to wydarzenie jako istotne. Spotkałem się z weteranem walk o Kołobrzeg z marca 1945 roku. Zgorzkniałym, starszym panem, działaczem stowarzyszenia zrzeszającego żołnierzy Wojska Polskiego walczących na wschodzie. Wtedy jeszcze nie było takiego szaleństwa przekreślającego wysiłki Polaków, którym przyszło bić się z Niemcami u boku sowietów, ale trend został już wyznaczony – postrzegano ich jako mniej godnych; stąd owo zgorzknienie. Odnotowuję, choć nie na tym chciałbym się dziś skupić.

Podczas naszej rozmowy ów oficer opowiedział mi o pewnym skrypcie, który wpadł w jego ręce tuż przed rozpoczęciem zmagań o „festung Kolberg”. Był to zbiór instrukcji dotyczących zasad walki w mieście, opracowany przez uczestników Powstania Warszawskiego. Jego akowski rodowód sprawiał, że skrypt krążył wśród żołnierzy na poły konspiracyjnie – oficerowie polityczni byli mu niechętni, sowieccy dowódcy również. Tu pozwolę sobie na pewną dygresję, budującą kontekst. Peerelowska propaganda wyrządziła wielką krzywdę wizerunkowi przedwojennego Wojska Polskiego – symboliczna scena z „Lotnej”, kawalerzysty bijącego szablą w czołg, była ucieleśnieniem tego kłamstwa. W rzeczywistości bowiem armia II RP nie była archaiczną strukturą, choć miała swoje ograniczenia. Definiowały je przede wszystkim możliwości finansowe państwa, ale też słabość intelektualna istotnej części kadry dowódczej. Mimo to na poziomie doktrynalnym z jednej, i taktycznym z drugiej, mieliśmy do czynienia z działaniami i refleksją, całkowicie odbiegającymi od potocznych wyobrażeń o przestarzałej armii. Przede wszystkim zaś z nawykiem opracowywania doświadczeń, przekładania ich na konkretne procedury. Sprawne organizmy społeczne funkcjonują w oparciu o jasno zdefiniowane zasady, gdzie zasad brak, jest bezhołowie, co dotyczy także wojska. Ten nawyk, i ta filozofia, stały za wspomnianym skryptem.

Idźmy głębiej w tej dygresji. Rozbicie Wojska Polskiego w 1939 roku (będące przede wszystkim efektem ilościowej i materiałowej przewagi Wehrmachtu), uczyniło coś na miarę edukacyjnej wyrwy, jeśli idzie o kompetencje kadry oficerskiej. Jej część trafiła do obozów, gdzie z oczywistych powodów nie dało się szlifować warsztatu, część zaś trafiła do armii podziemnej, która obok wielu innych słabości, nie miała też sposobności do zdobywania nowych doświadczeń (innych niż ograniczone działania dywersyjne). Dysproporcja w kompetencjach między Niemcami a Polakami była zatem ogromna, zwłaszcza że – najoględniej mówiąc – sztuka wojowania mocno się po 1939 roku zmieniła. Ten brak teoretycznego przygotowania – obok rażących niedostatków broni i amunicji – odpowiadał za hekatombę oddziałów powstańczych w sierpniu 1944 roku.

Ale wojsko w działaniu to organizacja „ucząca się”. Patrząc z poziomu taktycznego, te powstańcze oddziały, którym udało się przetrwać pierwsze tygodnie walk, we wrześniu prezentowały już zupełnie inny poziom. Było to wojsko obyte z zagadnieniem walki w terenie zurbanizowanym, szczególnie w przypadku elitarnych formacji AK – „straży pożarnych” rzucanych do gaszenia pożarów na froncie. I to w oparciu o informacje zebrane od takich żołnierzy i ich dowódców powstał wspomniany na wstępie skrypt.

– Myśmy nie mieli pojęcia, jak się za to miasto zabrać – przyznał mój rozmówca, zimą 1945 roku młodziutki oficer. – Do tej pory, jeśli wchodziliśmy do jakichś miejscowości, to były to wsie czy małe miasteczka. Szła tyraliera, wielu ginęło, ale ktoś w końcu dobiegał do pozycji Niemców. Ci zresztą często w ogóle się nie bronili, tylko uciekali albo się poddawali. W Kołobrzegu każdy dom był twierdzą, punkty ogniowe szachowały ulice i podwórka. Rozwinąć szerokiego natarcia, którego widok mógłby wywołać popłoch, nie było jak. Zresztą w takich warunkach byłoby to samobójstwo – relacjonuję z pamięci, zastrzegając, że oddaję sens wypowiedzi, a nie jej dosłowne brzmienie.

W czasie bitwy o Kołobrzeg (4-18 marca) poległo tysiąc dwustu żołnierzy WP, dwa razy tyle zostało rannych. Skrypt przydał się pojedynczym pododdziałom, niektórym liniowym oficerom; nie znalazł przełożenia na działania wyższego dowództwa. Miasto wzięto bez taktycznej finezji, nie zważając na straty ludzie. Po sowiecku.

Również 20 lat wstecz na ekrany wszedł genialny serial „Kompania braci” – niemalże paradokumentalny zapis szlaku bojowego oddziału amerykańskich spadochroniarzy. Oglądałem to (nadal oglądam!) ze szczeną w podłodze z uwagi na realizm scen. Lecz podczas pierwszego oglądania coś jeszcze przykuło moją uwagę. Kompania E wchodziła do walki niczym dobrze zaprogramowana maszyna. Bój nie był serią przypadkowych zdarzeń, znać było, że opiera się o jakiś taktyczny zamysł. Nie było tam „łopatologicznego” hurra i do przodu, zdawania się wyłącznie na los i „boga, co to kule nosi”. Dowódcy mieli pomysł, żołnierze całe spektrum rozmaitych technik poruszania się, strzelania, wzajemnego osłaniania, zinternalizowanych do tego stopnia, że stały się ruchowym, mięśniowym nawykiem. Olśniło mnie, gdy zdałem sobie z tego wszystkiego sprawę. Dotąd myśląc o intensywności walk, stopniując ją w wyobraźni, patrzyłem na liczbę ofiar – stąd brało się przekonanie, że najcięższe starcia II wojny światowej miały miejsce na wschodzie. Nagle zdałem sobie sprawę, że rozstrzeliwanie przez małe niemieckie oddziały całych sowieckich pułków, szturmujących dobrze zorganizowane linie/punkty oporu „do upadłego”, nie tyle świadczy o intensywności boju, co o bezlitosności, bestialstwie i braku hamulców etycznych u dowódców armii czerwonej (ponieważ przywołałem tu Powstanie Warszawskie, u części z Was pojawią się w głowach analogie – w mojej też się pojawiły i tak, naczelne dowództwo Powstania, rzucając do walki kiepsko uzbrojoną młodzież, wykazało się podobną bezwzględnością).

A potem pojechałem do Iraku i Afganistanu i na własne oczy przekonałem się, że zabudowania przemienione w punkt oporu można wziąć bez strat własnych (niekoniecznie sięgając po wsparcie artylerii czy lotnictwa) – gdy zajmowali się tym Amerykanie czy Polacy – i można też wytracić przy tym masę ludzi, nic nie osiągając, gdy za „robotę” brali się zwykle nisko wykwalifikowani w wojennym rzemiośle rebelianci.

I już do brzegu (wybaczcie mi te historyczne zacięcie, ale ja ze szkoły „kontekst ma znaczenie”).

Po pierwsze, trochę śmieszą mnie opinie o „całkowicie zachodnim” ukraińskim wojsku, zwłaszcza gdy dodaje się do tego przymiotnik „wysokotechnologiczne”. Poziom nasycenia nowoczesną techniką jest w ukraińskiej armii stosunkowo wysoki, to prawda. Ale prawdą jest też, że nadal mierzy się ona z posowieckimi złogami mentalnymi – oficerami różnych szczebli, którzy w swym wyobrażeniu o wojnie posługują się radzieckim schematem masy i brutalności. Kto trochę uważniej przygląda się sytuacji na froncie, bez trudu dostrzeże przykłady bezsensownych, kosztownych działań podejmowanych przez obrońców. Tym niemniej to nie ów wschodniacki balast stanowi o całościowym obrazie armii ukraińskiej. Odstępstwa nie zmieniają faktu, że zarówno na poziomie strategii (doktryny), jak i taktyki jest to wojsko zachodnie.

Po drugie, przez niemal dwie dekady obawialiśmy się, że szumnie oznajmiana reforma armii rosyjskiej zbliży ją do wzorców zachodnich. Widok solidnie wyekwipowanych ruskich sołdatów – prezentowany w propagandzie – gruntował przekonanie o zachodzącej zmianie. Bałem się i ja, że w tej masie wykluwa się jakość, która kiedyś zagrozi i nam. Aż przyszła wojna i obnażyła prawdę. Która dziś wygląda tak, że świeżo zmobilizowani rosyjscy poborowi bez należytego wyszkolenia, zgrania, a często i podstawowego wyposażenia wysyłani są na front. Gdzie giną jak bezwolna, pozbawiona świadomości sytuacyjnej mięsna pulpa.

Dla mnie jest to jeden z wielu dowodów, że mamy do czynienia z wojną cywilizacji. Gdzie naprzeciw siebie stają dwie filozofie – jedna, w której liczy się każde pojedyncze życie, i druga, w której los jednostki nie ma żadnego znaczenia. Tak Szanowni Państwo, szkolenie żołnierza, troska o to, by elementy rzemiosła weszły mu w ruchową/mięśniową pamięć, to coś więcej niż tylko zabiegi o zwiększanie efektywność armii.

—–

Fot. Ministerstwo Obrony Ukrainy

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to