Zawód

Safi Landmark Hotel w Kabulu, sierpień 2007 roku.

Koszmarnie drogi przybytek, nawet jak na zachodniego reportera. Szczęśliwie było nas czterech i podzieliliśmy koszty na trzy redakcje (mina pana w recepcji, gdy poprosiliśmy o rozbicie opłat na trzy faktury – bezcenna). Nie chodziło nam o luksus – z Safi po prostu mieliśmy rzut beretem do budynków rządowych. Wrażenie bezpiecznego azylu również było złudne – hotel kilka razy stał się obiektem samobójczych zamachów bombowych.

Ale wtedy tętnił życiem, mieszkała w nim bowiem śmietanka świata muzułmańskiego, robiąca interesy w stolicy odrodzonego Kabulu. Sporo było też biznesmenów z Rosji, czy szerzej, z rosyjskojęzycznego postsowietu. Blichtr, pyszne jedzenie, bezproblemowy dostęp do alkoholu. I internet za free 😉

Nigdy nie miałem złudzeń, że w Afganistanie da się zbudować demokrację na wzór zachodni. Przez większość czasu sądziłem, że idzie o ustanowienie autokracji przyjaznej wobec Zachodu (na wzór Kissingerowskiej maksymy: „skur…, ale nasze skur…ny”). Dla wielu Afgańczyków oznaczało to lepsze życie, nawet w realiach tlącej się talibskiej rebelii. Owszem, był to program minimum, ale pozostawałem realistą.

Aż przyszedł czas, gdy zadałem sobie sprawę, że nawet owo minimum nie jest możliwe. Gdy zimą ubiegłego roku Amerykanie zawarli rozejm z talibami, uznałem, że Afganistan jest stracony. To, co dzieje się obecnie w Kabulu, nie stanowi więc dla mnie zaskoczenia. Lecz mimo wszystko serce trochę boli, bo gdzieś tam, w głębi ducha – jako człowiek Zachodu, który spędził w Afganistanie sporo czasu – czuję, że daliśmy ciała. Że zawiedliśmy tych Afgańczyków, którzy zapragnęli przynajmniej częściowo żyć tak, jak my. Z dala od pręgierza religijnych fundamentalistów.

14 lat temu miałem zgoła odmienne refleksje. Zaimponowała mi żywotność Kabulu, fakt, jak szybko podniósł się z gruzów po wieloletniej wojnie z ZSRR i bratobójczych zmaganiach. Sądziłem, że tak będzie już zawsze. Widokowa winda w Safi stanowiła symboliczny dowód dziejącej się wówczas zmiany. Mknęła ku górze, ciesząc oczy imponującym widokiem wnętrza hotelu.

Dziś są już w nim talibowie…

Fot. Damian Kramski