Marcin(y)

Dziś ważna dla mnie rocznica…

—–

Latem 2009 roku w bazie Giro w Afganistanie stacjonowała nieco ponad setka żołnierzy Wojska Polskiego, w większości spadochroniarzy. Na terenach wokół posterunku roiło się od talibów, de facto więc Polacy żyli w oblężonej twierdzy. Zaopatrzenie dostarczały helikoptery, rzadziej samoloty, które dokonywały zrzutów. Ale w Giro nie chodziło o trwanie, a o „projekcję siły” – patrole regularnie wypuszczały się do okolicznych wiosek. Za dnia paradowali w nich Polacy, nocą wracali talibowie. Tam, gdzie pierwsi bywali częściej, drudzy z czasem pojawiali się rzadziej, nie była to zatem zabawa w kotką i myszkę, a rozłożona w czasie strategia budowania stref wpływów. Kręgów bezpieczeństwa, jak mówiono w Giro, numerując poszczególne pierścienie, gdzie jeden oznaczało najbliższe okolice bazy. Ta strategia wymagała ciągłej mobilności niewielkiego garnizonu, z czym wiązała się intensywna eksploatacja używanego sprzętu. Tymczasem zaplecze logistyczne, w tym serwis rosomaków, znajdowały się w głównej polskiej bazie, „Gazowni”, ulokowanej na obrzeżach miasta Ghazni. Popularne „rośki” – przez Afgańczyków zwane „zielonymi diabłami” – docierały tam na własnych kołach, w ramach powtarzanych co jakiś czas konwojów logistycznych. I właśnie taki konwój, składający się z czterech wozów, rankiem 4 września 2009 r. wyruszył do „Gazowni”.

Oddział dotarł na miejsce po pięciu godzinach, by po kolejnych trzech udać się w drogę powrotną. Tuż przed osiemnastą, trzy kilometry od celu, w drugim kręgu (sic!) doszło do eksplozji miny-pułapki.

– Chłopaki drzemały, ja nie mogłem zasnąć. Czytałem „Apokalipsę według pana Jana” Roberta Szmidta – opowiadał mi kilka dni później jeden z rannych wówczas żołnierzy. – I wtedy walnęło. Nie wiem, co działo się przez następne sekundy. Gdy wróciła świadomość, zobaczyłem kłębowisko ciał. I zacząłem zastanawiać się, dlaczego kolega, Waldi, leży na mnie. Ale to ja leżałem na nim.

Mariusz Mazur, dowódca trafionego wozu, tak wspominał ów moment:

– Dojechaliśmy do wioski, po obu stronach były jakieś zabudowania. Dłużej opłotkami jechać się nie dało, musieliśmy więc wrócić na drogę, co zawsze wiązało się z większym ryzykiem. Maszyna już się prostowała i wtedy pod przedostatnim kołem pierdyknęło. „Mój Boże, oby urwało tylko koło!”, modliłem się w duchu. Ale siadło mi całe auto, wszystkie systemy się wyłączyły. W środku było pełno kurzu i dymu, z tyłu słyszałem czyjeś jęki. „Marcin nie żyje!”, krzyknął któryś z chłopaków. „Który?!”, spytałem, bo na desancie było dwóch Marcinów.

Mazur nie otrzymał odpowiedzi. Wydostał się z wieży rosomaka zaraz po działonowym.

– Uniosłem właz kierowcy i pytam, czy wszystko z nim w porządku. Potwierdził, więc pobiegłem na tył wozu. Jeden z kolegów już wysiadał, za nim zobaczyłem kłębowisko ciał i sprzętu. Zaczęliśmy wyciągać chłopaków.

Pod transporterem eksplodował ładunek formowany kinetycznie. Prosta, chałupnicza konstrukcja, składająca się z pojemnika na materiał wybuchowy, nakryty plastrem miedzi. Eksplozja używanej zwykle przez talibów saletry wyrzucała w górę ów kawałek stopu, a oddziaływujące nań siły formowały go w stożek. Prędkość i gęstość takiego pocisku sprawiały, że przechodził on przez podwozie niczym przez masło. Ktoś, kto znalazł się na jego drodze, nie miał szans na przeżycie. Tym kimś był Marcin Poręba, saper. Siedzących obok kolegów poraziła fala uderzeniowa.

—–Ewakuacja—–

Gdy jedni ewakuowali poszkodowanych ze zniszczonego pojazdu, reszta przygotowywała grunt pod lądowanie śmigłowca medycznego. W ruch poszły karabiny, granatniki RPG, działka rosomaków. Żołnierze przez kilka minut prowadzili ogień zaporowy, strzelając do miejsc, w których mogliby chronić się bojownicy. Helikopter tymczasem zawisł im nad głowami, po czym poleciał dalej i usiadł na lądowisku przy bazie Giro. W Afganistanie każdy patrol utrzymywał łączność z własnym „tokiem” (od ang. TOC, Tactical Operation Center – Centrum Operacji Taktycznych). W tym przypadku sytuację komplikował fakt, że konwój prowadził „tok” w Giro. Wezwanie o pomoc dotarło najpierw tam, a dopiero potem do TOC w Ghazni, gdzie stacjonowały amerykańskie śmigłowce medyczne. Centrum w Giro dostało prawidłowe namiary od dowódcy konwoju – i takie dane przekazało „tokowi” w Ghazni. Stamtąd współrzędne, w niezmienionej formie, trafiły do Amerykanów. Ci prawdopodobnie założyli, że skoro do ataku doszło tak blisko bazy, ranni zostali do niej dowiezieni. Szczęściem w nieszczęściu, szybko naprawili swój błąd, a siedem minut zwłoki nie kosztowały czyjegoś życia. Ale stan pięciu poszkodowanych i tak był poważny. Jeden z żołnierzy, ze zmiażdżoną u dołu prawą nogą, wiele tygodni później niemal ją stracił. Zawziął się, nie pozwolił na amputację. Po kilkudziesięciu operacjach kończyna wróciła do dawnej sprawności.

Gdy śmigłowiec ewakuacji medycznej zabrał rannych do szpitala w Ghazni, na niebie pojawiły się następne maszyny. Dowództwo polskiego kontyngentu wycofało z innej operacji dwa szturmowe Mi-24, które przez dwie godziny strzegły bezpieczeństwa unieruchomionego konwoju. To były bardzo niebezpieczne chwile, gdyż Polacy stali w pełni księżyca. Gdyby talibowie zorganizowali regularną zasadzkę, użyto by przeciw nim moździerzy. Kilka strzałów wystarczyłoby do zadania wojskowym kolejnych strat. Trudno powiedzieć, czy Afgańczycy mieli takie plany, czy przestraszyły ich huczące nad głowami „diabelskie rydwany”, znane im jeszcze z czasów radzieckiej interwencji. Faktem jest, że do kolejnego ataku nie doszło. A na miejscu wylądował kolejny helikopter, który przywiózł amerykańskich saperów. To oni sprawdzili grunt pod trafionym pojazdem, bez czego nie było mowy o wzięciu rosomaka na hol. Miny-pułapki często podkładano w parach, tak, by uniemożliwić kolejne ruchy uszkodzonej maszyny. „Dobić” ją w razie potrzeby. W tym przypadku pomoc saperów była niezbędna także z innego powodu – Polacy utknęli w terenie, z którego wyjazd prowadził nad przepustem. Tam również mogła kryć się mina.

Przepust okazał się czysty, wozy wróciły do bazy. Następnego dnia na lądowisku dla helikopterów w Ghazni kilkuset żołnierzy pożegnało ciało Marcina Poręby. Nastrojowi powagi towarzyszyło wyraźne poruszenie. „Zielone diabły” już wcześniej wjeżdżały na miny, co kończyło się na urwanych kołach i urazach „wytrzęsionej” załogi – czasem poważnych, nigdy śmiertelnych. Poprzedniego wieczoru nieprzyjaciel przełamał psychologiczną barierę. „Próbowali, próbowali, aż wreszcie im się udało” – podsumował wysiłki talibów jeden z moich mundurowych kolegów.

—–Saper—–

Marcin Poręba służbę w armii rozpoczął w 1997 r., w chwili śmierci miał 31 lat. Postanowieniem prezydenta Lecha Kaczyńskiego został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Krzyża Wojskowego i Gwiazdą Afganistanu. Minister Klich awansował go do stopnia sierżanta. I właśnie taki stopień widnieje na grobie Marcina w rodzinnym Szczecynie, wiosce w województwie lubelskim. Pochowano go tam 9 września 2009 r., przy zachowaniu wojskowego ceremoniału. W pogrzebie udział wzięli przedstawiciele władz państwowych i dowództwa armii – minister obrony, stojący na czele BBN Aleksander Szczygło oraz szef Sztabu Generalnego WP, gen. Franciszek Gągor.

– Tylu ważnych gości nasza wioseczka nigdy jeszcze nie gościła – zauważyła po latach Zofia Poręba, mama poległego sapera.

Marcin miał trzy siostry i dwóch braci. Ze wspomnień matki wyłania się obraz wesołego i wiecznie zajętego dziecka. Gdy wyrósł z podwórka, dołączył do harcerstwa, a później do ochotniczej straży pożarnej. Wiecznie na zbiórkach i wyjazdach, z których przynosił do domu kolejne dyplomy i wyróżnienia. Udzielał się też artystycznie – był członkiem zespołu ludowego w pobliskim Gościeradowie. Przygodę z wojskiem zaczął od służby zasadniczej. Najpierw trafił do Koszalina, a potem do Szczecina, do tamtejszej jednostki przeciwlotniczej. Mimo początkowych wahań, zdecydował się na służbę nadterminową, a w 2001 r. przeniósł się do szczecińskiego pułku saperów. Latem 2003 r. wyjechał do Iraku, jako żołnierz pierwszej zmiany polskiego kontyngentu. Wcześniej ożenił się z dziewczyną, którą poznał będąc już w wojsku. Para doczekała się syna, Szymona, ale związek nie przetrwał próby czasu.

– Dla Marcina syn był pierwszą miłością, zaraz potem było wojsko – wspominał poległego przyjaciela chor. Jarosław Kościelak. – Niektórzy traktują armię jako miejsce pracy, lecz nie Poręba. Pamiętam, jak jeździł na urlop w rodzinne strony. Co drugi dzień dzwonił i pytał, czy w jednostce wszystko okej. Ze Szczecyna do Szczecina jest siedemset kilometrów, a on w każdej chwili gotów był wracać.

– Chciał jechać do Afganistanu? – spytałem chorążego.

– Oczywiście. Marcin lubił wyzwania. Przed wylotem doszkalał się w saperce, jeździł na różne kursy. Naprawdę tym żył.

Poręba wyleciał pod Hindukusz wiosną 2009 r. Najpierw trafił na posterunek Karabach, a później do bazy Giro. Dowodzona przez Marcina sekcja saperska odnalazła wiele zaimprowizowanych ładunków wybuchowych, nazywanych przez żołnierzy „ajdikami”.

– Gdy wychodził sprawdzić przepust, na przód kolumny, odsłonięty, mógł liczyć na wsparcie reszty patrolu – mówił o Porębie Mariusz Mazur. – Ale to on ryzykował najwięcej. Wiele mu zawdzięczamy, był naszym aniołem stróżem.

—–Dom—–

– Dla mnie to był trudny czas – w słowach matki Marcina groza mieszała się ze smutkiem. – Któregoś razu rozmawiam z synem przez telefon i słyszę: „mamo, pamiętajcie ogrodzić moją działkę”. Mówię mu: „synku, przyjedziesz, sam ogrodzisz”. A on: „nie, zróbcie to teraz, proszę”. Jakby jakieś przeczucia miał. Parę dni później, trochę pod wpływem tej rozmowy, zaczęliśmy z młodszym synem i synową budować huśtawkę. Dla Marcina i Szymona, bo przecież jak już będzie huśtawka, to Marcin musi wrócić. Tak zaklinaliśmy rzeczywistość.

Huśtawka nie pomogła. Wieczorem 4 września 2009 r. Zofia Poręba wyszła właśnie z obrządku.

– Zobaczyłam w dole wojskowy samochód. Zaraz za naszym gospodarstwem kończy się droga, ale ja miałam nadzieję, że to nie do nas, że auto pojedzie dalej. Zatrzymało się koło domu…

Domu, z którego jeszcze kilka lat temu można było dojrzeć pobliski cmentarz. I upewnić się, że znicze na grobie Marcina nadal się palą. Później widok przesłoniły drzewa – wąziutki zagajnik nasadzony wzdłuż cmentarnego płotu dla lepszego wydzielenia sacrum od profanum. Wzrastające drzewa to dobra ilustracja mijającego czasu – tego, że życie toczy się dalej. Zresztą, gdzieżby indziej szukać lepszego przykładu, jak nie w Szczecynie. Miejscu-symbolu, które 2 lutego 1944 r. zostało spacyfikowane przez kilkutysięczną ekspedycję niemiecką. Okupanci zamordowali 368 osób – w tym wiele kobiet i dzieci. Spalili też szkołę i 142 gospodarstwa wraz z żywym inwentarzem. I choć nie został kamień na kamieniu, wioska się odrodziła.

Żałoba nie złamała rodziców Marcina, ale wpłynęła na ich dalsze życie. Odtąd istotna jego część wiąże się z pielęgnowaniem pamięci o synu. Poręba stał się miejscowym bohaterem, jego grób regularnie odwiedzają uczniowie i harcerze. Przyjeżdżają wojskowe delegacje i weterani, na przykład w ramach motocyklowych rajdów dedykowanych poległym. Rokrocznie to co najmniej kilka różnych okazji, każda staje się pretekstem do odwiedzin w domu Porębów. A ci chętnie przyjmują gości, szczególnie kolegów, z którymi Marcin służył w Giro. Po latach można już mówić o tradycji zapoczątkowanej w pierwszą rocznicę śmierci. Wtedy na cmentarzu w Szczecynie zjawiła się większość uczestników feralnego konwoju. Tak było rok później i podczas kolejnych uroczystości.

– Wszyscy ciągle powtarzają, że przyjeżdżają „do Marcina” – relacjonowała mi swego czasu pani Zofia.

—–Reporter—–

Ja również chciałem pojechać do Marcina, brałem bowiem udział w opisanym konwoju. Nie wszystko widziałem na własne oczy – jechałem w czwartym wozie, Marcin w pierwszym. Wybuch, który wyrwał mnie z półsnu, usłyszałem jako przytłumiony odgłos.

– Moździerz!? – krzyknął wówczas Wojtek, dowódca sekcji desantowej, a jego podwładni zaczęli poprawiać hełmy i przeładowywać broń. Pamiętam te sekundy napięcia, nim wreszcie podano przez radio, że to „jedynka” wjechała na „ajdika”. Działonowy zaklął paskudnie, a eter wypełnił się kakofonią dźwięków. Z potoku meldunków i pytań trudno było wyłapać informację o tym, co stało się z ludźmi z trafionego pojazdu. Ale niebawem wiedzieliśmy już, że jeden żołnierz zginął, a co najmniej dwóch zostało rannych. – Spokojnie. Może panikują… – uspokajał kolegów Wojtek. Miał osobisty odbiornik i słuchawkę w uchu, słyszał i rozumiał więcej niż my. – Ajdik poszedł w desant – relacjonował. – Wzywają medevac.

Bałem się okrutnie. Na kilka minut mnie sparaliżowało – jakby mi ktoś przyspawał nogi do podłogi. Później ta chwila słabości długo we mnie pracowała, wstydziłem się jej. Chcąc ją unieważnić, pakowałem się w kolejne wyjazdy, w następne wojny, a w nich w sytuacje, w których trudno już mówić o odwadze, bo trzeba powiedzieć o głupocie. Lecz nie z tego powodu unikałem uroczystości w Szczecynie. 4 września 2009 r., na odprawie przed wyjazdem konwoju, przydzielono mnie do ekipy Wojtka. Ktoś jednak uznał, że dziennikarz nie powinien znajdować się w czołowym wozie – i „mojego” rosomaka przesunięto na koniec kolumny. Jako pierwszy miał jechać „rosiek” z Marcinem Porębą na pokładzie. Moim imiennikiem, co po wszystkim nabrało dodatkowego symbolicznego wymiaru. Obwinianie się o śmierć Marcina było procesem, początkowo subtelnym, uruchomionym jeszcze 4 września. Późnym wieczorem przypadkiem natknąłem się na inwentaryzację sprzętu ze zniszczonego rosomaka i na stole, pośród innych gratów, zobaczyłem zakrwawioną kamizelkę sapera. Potem było już tylko gorzej.

W 2016 r. przyjąłem propozycję Centrum Weterana i dołączyłem do grona autorów książki poświęconej Polakom poległym w Iraku i Afganistanie. Postanowiłem, że napiszę m.in. o Marcinie. Zadzwoniłem do pani Zofii.

– Ponad sześć lat czekałam na ten telefon – usłyszałem w słuchawce.

Mimo przyjaznego przyjęcia, nie byłem gotowy na rozmowę o moim poczuciu winy. Nadal też odrzucałem zaproszenia na uroczystości w Szczecynie. Pojawiłem się tam w 10. rocznicę śmierci Marcina. Godzinę rozmawiałem z panią Zofią i panem Genkiem, w pokoju pełnym pamiątek po ich synu.

– Tak widocznie musiało być – orzekli zgodnie. Bałem się tej rozmowy, a podczas niej poznałem ludzi, którzy potraktowali mnie jak bliską osobę. Niemal jak syna. – Jesteś Marcin, to nie przypadek – stwierdziła pani Zofia. Twarz miała pogodną, mnie zaszkliły się oczy. Potrzebowałem 10 lat, by zakończyć tamten konwój, ale wreszcie się udało. Rana pokryła się blizną.

– Usiądź z nami – usłyszałem tuż przed wyjazdem do domu. Usiadłem więc między Zosią i Genkiem, ściskając mocno ich spracowane dłonie. Na ławeczce przygotowanej przed laty dla mojego imiennika.

—–

Wspomniana w tekście książka nosi tytuł „W naszej pamięci. Irak, Afganistan 2003-2014” (Warszawa 2016, wyd. Centrum Weterana Działań Poza Granicami Państwa). Część zawartych we wpisie wypowiedzi pochodzi z rozdziału pt.: „Marcin Poręba”, bądź jest efektem rozmów prowadzonych przeze mnie podczas zbierania materiału.

Nz. Grób Marcina Poręby w rodzinnej wiosce/fot. własne

„Utylizacja”

Leciałem kiedyś „wesołym śmigłowcem” z Ghazni do Bagram. Wesołym, bo jakkolwiek na pokładzie ulokowano istne siedem nieszczęść, nastroje towarzystwu dopisywały. Kontuzjowanych żołnierzy, których rotowano z wysuniętej bazy do wielkiej logistycznej placówki, czekało kilkanaście dni oddechu od wojny.

Jeden z chłopaków miał mikroodłamki w oku; oczodół wymagał specjalistycznej interwencji w bagramskim szpitalu, ale w gruncie rzeczy nie było to nic poważnego. Podobnie jak urazy rąk dwóch innych żołnierzy. Tylko jeden z wojskowych miał większy problem – skomplikowanie złamane ramię, wymagające wielotygodniowej rekonwalescencji. Ten pechowiec leciał do Bagram na chwilę – stamtąd wkrótce wywieziono go do Polski. Po prawdzie on jeden nie był wesoły – nie chciał wracać, ale wojsko nie potrzebowało go „na teatrze” w sytuacji tak długiej niedyspozycji. „Kalekami patroli opędzić się nie da”, ten argument dowódcy połamańca nie był do podważenia.

Jakiś czas później wracałem do kraju amerykańskim samolotem ewakuacji medycznej (droga wiodła zatem przez niemieckie Ramstein, gdzie znajdował się wielki kompleks szpitalny; obsłużył on i „Irak” i „Afganistan”, z obu wojen łącznie trafiło tam około 80 tys. rannych żołnierzy koalicji). Tu już wesoło nie było, leciałem bowiem w towarzystwie solidnie poszkodowanych żołnierzy. Pośród których znalazło się kilkunastu chłopaków z połamanymi czy w inny sposób uszkodzonymi kończynami dolnymi. Żaden nie był w ciężkim stanie, ale jak wspomniany wcześniej Polak, wielotygodniowa niezdolność do służby wykluczała ich dalszy udział w misji. Niektórzy zapewne zdołali później wrócić do Afganistanu – Amerykanie uskuteczniali roczne tury, 3-4 miesiące na tyłach/w domu, oznaczało na tyle krótką przerwę, że dało się wrócić do swoich pododdziałów.

Tak robiły to, robią, cywilizowane armie.

Ale jest jeszcze coś takiego, jak siły zbrojne federacji rosyjskiej, które funkcjonują wedle odmiennego schematu.

Pierwsze doniesienia o tym, że poszkodowanym żołnierzom nie pozwala się wrócić na tyły, pochodzą z pierwszych tygodni wojny. „Póki dychasz, póty masz walczyć”, wyrokowali rosyjscy lekarze i nawet solidnie kontuzjowanych odsyłali z punktów medycznych na pierwszą linię.

Dziś ten proceder jeszcze się nasilił. Filmik przedstawiający „selekcję” rannych rosjan – który wypłynął kilka dni temu – szokuje niewprawnych obserwatorów konfliktu. Ilustruje aberrację? Z pewnością, ale zarazem nie o incydentalnym charakterze. Dość poczytać rosyjskie fora i opinie uczestników spec-operacji oraz członków ich rodzin, gdzie mowa jest o powszechnym „utylizowaniu kalek” (dosłowny cytat).

Na wspomnianym filmie mężczyźni o kulach i w temblakach, jako wystarczająco sprawni, kierowani są ponownie na front. A tam czeka ich los jak żołnierza ze zdjęcia (oryginalną fotografię wykonaną z drona – jako że naruszałaby moje własne standardy – przerobiłem na komiks; i zdjęcie, i film, o którym piszę, bez trudu można znaleźć w otwartym źródłach).

Dlaczego tak się dzieje? Kontekst kulturowy (brak poszanowania dla ludzkiego życia), to raz. Dwa, jest to też efekt zużywania się zasobów finansowych rosyjskiej machiny wojennej. Ochotnicy, poza relatywnie wysokim żołdem, otrzymują jednorazowe premie za wstąpienie do armii. Każdy kolejny wojskowy to wydatek, a państwo ma coraz mniej pieniędzy. Z dostępnych informacji wynika, że akcja rekrutacyjna dramatycznie wyhamowała – w niektórych regionach rosji powołuje się o dwie trzecie mniej mężczyzn, nie dlatego, że ich brakuje, ale dlatego, że nie ma im z czego wypłacić premii („kasa misiu, kasa”; z patriotycznego obowiązku rosjanin do wojska nie idzie). Taki stan rzeczy powoduje konieczność maksymalnego wykorzystania już dostępnych zasobów ludzkich. A że mówimy o armii opartej o zwyrodniałe reguły, której dowódcy są przekonani, że wojna musi się rozstrzygnąć w ciągu najbliższych kilkunastu tygodni, mamy to co mamy.

Kaleka nie pójdzie do szturmu. Ale wciąż ma karabin i stanowi dla przeciwnika potencjalne zagrożenie. I doczłapie się do strefy operowania ukraińskich dronów. I tam zginie, zużywając wrogowi amunicję. Której na zdrowych rosjan może Ukraińcom zabraknie.

Darwin przewraca się w grobie…

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – osoby zainteresowane nabyciem mojej ostatniej pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Fot. ZSU

Złudzenie

Będzie o Trumpie, ale zacznę od rosji – rosji, która wojny na Wschodzie nie wygra. Doprowadzenie do całkowitego upadku państwa ukraińskiego jest bowiem poza zasięgiem sił zbrojnych federacji. A tylko takie realia – okupacja większości terytorium Ukrainy i wasalizacja reszty – uzasadniałyby twierdzenia Moskwy o zwycięstwie. Scenariusze mniej lub bardziej „zgniłego kompromisu” oznaczają rosyjską porażkę. Nie tylko w relacji do celów, jakie przyświecały interwencji w 2022 roku. Przede wszystkim z powodu kosztów.

Jest bowiem rosja na wielu płaszczyznach zdruzgotana. Trzy z nich są najbardziej oczywiste:  militarna, gospodarcza i demograficzna.

Wojna w Ukrainie skasowała efekt niemal 15-letniej modernizacji armii putina. Straciła ona najwartościowszy sprzęt, mnóstwo najlepszego personelu, a co najważniejsze, wydrenowała do spodu posowieckie zapasy amunicyjne i jest dziś coraz bliżej równie finalnego drenażu zasobów sprzętowych z tamtego okresu.  „Renta po ZSRR” przechodzi do historii, co jest o tyle dokuczliwe, że bieżące moce produkcyjne nie są w stanie skompensować tych ubytków.

Gospodarka żyje dziś dzięki chińskiej kroplówce i własnej produkcji zbrojeniowej. Która owszem, daje ludziom pracę, wyższe zarobki, ale jej efekty w całości są przepalane – dosłownie i w przenośni – w Ukrainie. Owo przepalanie finansowane jest z oszczędności, topniejących w zastraszającym tempie. Państwo putina przejada kapitał, który mogłoby zainwestować gdzie indziej. Jego stan dobrze ilustruje analogia z lisem biegającym za własnym ogonem. Jest ruch, jest energia, jest złudzenie życia. Tyle że zwierz nie pędzi naprzód, a kręci się w koło, de facto stoi w miejscu i co dla niego najgorsze, stopniowo pożera ten własny ogon. To rozłożone w czasie samobójstwo.

Samobójstwem jest posyłanie setek tysięcy mężczyzn na śmierć w Ukrainie. Skala wojennych ubytków jest zatrważająca, a przecież trzeba do niej dorzucić okołowojenną emigrację i poprzedzającą wojnę pandemiczną hekatombę. Wedle ostrożnych szacunków, w ciągu minionych pięciu lat rosja straciła 3,5 mln obywateli, w dużej części z grup wiekowych i kategorii zawodowych ważnych czy wręcz kluczowych dla gospodarki. A dodajmy do tego spadającą dzietność i średnią długością życia (ta jest obecnie o kilkanaście lat krótsza niż w krajach najbardziej rozwiniętych), oraz dramatyczny spadek jakości usług publicznych (wszak realnie do 60 proc. wydatków państwa idzie na sektor obronny) – w efekcie możemy mówić o poważnym kryzysie, który już trwa, a którego najpoważniejsze skutki czają się na horyzoncie.

A przecież są jeszcze realia państwa z „gówna i snopowiązałki” – cała ta wykonana byle jak infrastruktura, równie byle jak konserwowana, a ostatnio – bo heloł, spec-operacja – w ogóle niedoglądana. Wszystkie te drogi, mosty, sieci przesyłowe, wodociągi, fabryki, obiekty użyteczności publicznej. Kilka dni temu w Moskwie „wybuchł” kolektor ściekowy i fontanna fekaliów o wysokości kilkudziesięciu metrów przelewała się godzinami; znamienne to i symboliczne było.

To taki kraj, z taką armia i z takim zapleczem, prowadzi dziś wojnę z Ukrainą. Fakt, iż obecnie ma inicjatywę, nie wynika z jego siły, ale ze słabości przeciwnika. Relatywnej słabości, wszak gdyby rzeczywista asymetria była większa, już dawno „byłoby pozamiatane”.

I tak dochodzimy do nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Problem z nim – w kontekście Ukrainy, ale i szerzej, całej Europy Środkowo-Wschodniej – sprowadza się do tego, że Trump może putinowi i rosjanom (albo tylko rosjanom, ale putin to wykorzysta) dać złudzenie siły i sprawczości. Tak się stanie, jeśli USA porzucą Ukrainę, a w dalszej kolejności w ogóle odpuszczą sobie Europę. Porzucą, czyli przymuszą Kijów do zawarcia pokoju na warunkach bardziej komfortowych dla Kremla. Na przykład takich, że Ukraina nie tylko godzi się na status quo, ale też wycofuje z objętych putinowskimi roszczeniami obwodów zaporoskiego i chersońskiego. Co nadal będzie moskiewską porażką (bo rosja chciała więcej), zarazem mając postać na tyle poważnej zmiany granic, że da się ją sprzedać jako rosyjski sukces. Sprzedać rosjanom i światu.

„No dobra”, mógłby rzec ktoś, „niech sobie ruskie w tym złudzeniu sukcesu żyją; kij im w oko”. No nie. Na co dzień nie dostrzegamy, jak iluzje i wyobrażenia wpływają na nasze życie. Jako socjolog tak właśnie postrzegam funkcje kultów religijnych. Bogów nikt nie widział, ich istnienie przyjmuje się na wiarę, tymczasem ta wiara przenika wszelkie aspekty naszej codzienności. Porządkuje je, ma moc tworzenia wspólnot, instytucji, kodeksów, moralności. Jednoczy, ale ma też wymiar destrukcyjny, objawiający się religijnymi wojnami i prześladowaniami. Podobnie działają rozmaite ideologie – nawet najbardziej oderwane od rzeczywistości potrafią wykreować sprawny organizacyjnie reżim. A ten może się okazać toksyczny w relacjach z innymi wspólnotami.

No więc jeśli rosjanie uwierzą w opowieść o spektakularnym zwycięstwie w Ukrainie, nakarmią nią swój imperializm, nie tylko mogą uznać, że było warto. Mogą poczuć chęć na więcej.

I tu znów wracamy do Trumpa – prezydent nie wypisze USA z NATO, nie ma takich uprawnień. Lecz spokojnie może wycofać wojska Stanów Zjednoczonych z Europy, a Sojusz sparaliżować decyzyjną obstrukcją. Te lęki nie biorą się z niczego, ale z trumpowych deklaracji oraz z doświadczenia jego pierwszej prezydentury, kiedy dramatycznie ograniczył amerykańską obecność wojskową na kontynencie.

Co, jeśli znów to zrobi? Co, jeśli oleje NATO? Co, jeśli wcześniej da rosjanom poczucie siły, pomagając zakończyć wojnę w Ukrainie na bardziej moskiewskich warunkach?

Pamiętacie, na jakich warunkach rosja weszła do wojny w 2022 roku? Decyzja o agresji oparta była o trzy założenia: o własnej sile, o słabości Ukrainy i o słabości Zachodu, przede wszystkim Ameryki. To ostatnie miało zostać w pełni zweryfikowane latem 2021 roku, kiedy siły USA w popłochu wycofały się z Afganistanu. „Takie Stany nam nie przeszkodzą”, uznano na Kremlu. To i pozostałe dwa założenia okazały się złudzeniami.

Ale putin wcale nie musi ulegać iluzjom, może mieć rzetelne rozeznanie sytuacji. W tym przypadku świadomość, że wojna w Ukrainie przetrąciła kręgosłup jego armii. Mógłby zatem zamknąć się w norze, ale z drugiej strony kryzysy, jakie zafundował rosji, prędzej czy później „wybuchną mu w twarz”, wywołają fale społecznego niezadowolenia, pewnie i buntu. Lepiej „uciec do przodu”, wejść w jeszcze jedną „zwycięską wojnę”. Obywatele rosji są na takie bodźce podatni – powiedzą sobie „biedujemy, ale znów kogoś pobiliśmy!”. Agresją skompensują niedostatki. W którymś momencie rzeczywistość dobierze im się do skóry, ale putin nie potrzebuje dekad. Jest starcem, zostało mu najwyżej kilkanaście lat życia. Trump może dać mu komfort na najbliższe cztery.

I znów ktoś może rzec: „pal licho, przecież Polski nie zaatakują”. No nie, na to rosja jest za krótka. Ale potrafię wyobrazić sobie scenariusz, w którym putin obiera za cel któreś z państw nadbałtyckich. Gra va banque, przekonany, że „Ameryki tu nie ma”, że „Trump nie kiwnie palcem”. Kiwnie czy nie, przekonamy się po fakcie. Gdy formalnie spełnione zostaną warunki, byśmy jako kraj poszli na wojnę. Takie mogą być skutki trumpowskiej dezynwoltury.

—–

Jak się przed nimi chronić? Co w najbliższym czasie winno podziać się w Ukrainie? O tym w kolejnym wpisie. Na dziś to wszystko, dziękuję za lekturę i polecam Waszej uwadze przyciski poniżej. Piszę bowiem dzięki Waszemu wsparciu, za które pięknie dziękuję.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Osoby zainteresowane nabyciem moją najnowszej książki pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Nz. Donald Trump, oficjalna prezydencka fotografia/fot. White House

(Bez)kosztowo

O interwencji w Afganistanie (1979-89) mówi się, że „dobiła Związek Radziecki”, ale ta popularna teza nijak ma się do rzeczywistości. Nie uwzględnia na przykład nakładów poniesionych przez sowietów. Pod Hindukuszem stacjonowało maksymalnie do 3 proc. personelu sił zbrojnych, a obciążenie budżetu wojskowego nie przekraczało 2,5 proc., co oznacza, że w skali całościowych wydatków oscylowało w granicach jednego procenta. Wszystkie straty sprzętowe – jakkolwiek w liczbach rzeczywistych imponujące – ledwie uszczknęły gigantyczne zapasy armii radzieckiej.

Wojna w Afganistanie zbiegła się z innymi problemami imperium – nade wszystko z zapaścią ekonomiczną i rosnącymi aspiracjami wolnościowymi mieszkańców poszczególnych republik (też skądinąd napędzanych kłopotami gospodarczymi). „Afganistan” w ich kontekście to co najwyżej „wisienka na torcie”; czynnik tyleż efektowny, co nieistotny.

Poza jednym wyjątkiem – straty i traumy będące skutkiem wojny zmobilizowały część społeczeństwa do wystąpień, które dotąd nie mieściły się w logice systemu. Matki żołnierzy publicznie żądały powrotu synów do domów, humanizacji służby, z czasem przechodząc na pozycje bardziej radykalne, domagając się zakończenia działań wojennych. Naiwnością byłoby założyć, że to właśnie te głosy skłoniły Kreml do wycofania wojska z Afganistanu, ale fakt, iż doszło do niego w zgodzie z oczekiwaniami społecznymi, dawał sowieckim obywatelom złudzenie sprawczości. Wzmacniał ich przekonanie, że presja ma sens, że „władza się z nami liczy”, co w połączeniu z rzeczywistymi oznakami słabnięcia reżimu doprowadziło do serii referendów niepodległościowych i rozpadu ZSRR.

Dlaczego o tym wspominam? Ano zwróćmy uwagę na statystyki. Podczas 10-letniej interwencji w Afganistanie sowieci stracili bezpowrotnie 15 tys. żołnierzy, ponad trzy razy więcej wojskowych odniosło rany. Armia radziecka liczyła wtedy 4 mln ludzi, imperium zamieszkiwało 290 mln obywateli. Współczesna rosja ma połowę tej populacji i 2,5 razy mniejsze wojsko. Wojna z Ukrainą (w pełnoskalowej odsłonie) trwa cztery razy krócej, straty zaś są 10-krotnie wyższe. I co? I nic, chciałoby się napisać. „Ukraina” nie rezonuje w społeczeństwie tak jak swego czasu „Afganistan” – i to mimo znacznie dotkliwszych kosztów. Coś sprawia, że rosjanie z obojętnością – a może tylko z nonszalancją – akceptują stan rzeczy, który dla obywateli schyłkowego ZSRR byłby najpewniej nie do zniesienia. Co?

—–

Przede wszystkim mówimy o różnych społeczeństwach. „Naród radziecki” składał się z wielu etnosów, współczesny rosyjski również, ale chodzi o poziom zróżnicowania. W latach 80. problem „naszych chłopców” na wojnie dotyczył także Bałtów, Białorusinów, Ukraińców, przedstawicieli mniejszości etnicznych z Kaukazu, ludów z centralnej i dalekiej Azji; wspólnot i społeczności mających dziś własne państwa. Ich identyfikacja z ideą ZSRR nie była taka sama – w krajach nadbałtyckich dla przykładu, mimo rusyfikacji i sowietyzacji, przetrwało przekonanie o okupacyjnym charakterze zależności od Moskwy. W takim ujęciu służba w Afganistanie oznaczała udział w nieswojej wojnie, co w sposób oczywisty sprzyjało postawom buntu.

Pod Hindukusz wysłano wielu Litwinów czy Łotyszy, standardem była nadreprezentacja Ukraińców (których w armii radzieckiej postrzegano jako świetnych żołnierzy), co trzeba podkreślić także z innego powodu. Sowieckie wojsko było bardziej „białe” i prawosławne niż współczesna armia rosyjska. I nie chodzi tylko o to, że rosja w porównaniu z ZSRR zajmuje mniejsze połacie Europy. Także wewnętrzne przeobrażenia sprawiły, że w wojsku służy nieproporcjonalnie mało etnicznych rosjan. Przeciętny rosjanin mieszka w Europie, w dużym bądź wielkim mieście, od lat 90. armia to dla niego „kanał”, od którego lepiej trzymać się z daleka. No i jest tych rosjan – a więc i rekrutów – coraz mniej z uwagi na dramatyczne wskaźniki dzietności. Tymczasem odmienna etnicznie prowincja rozmnaża się na potęgę. Jeśli przyjrzeć się potwierdzonym rosyjskim stratom, to dostrzeżemy odwróconą proporcję – u dwóch trzecich zabitych odnajdujemy cechy mniejszości (azjatyckie, ewentualnie kaukaskie pochodzenie i miejsce zamieszkania, wyznanie nieprawosławne oraz niskie parametry socjo-ekonomiczne, w rosji „zszyte” z nierosyjskim etnosem), choć realnie mniejszości stanowią jedną trzecią społeczeństwa. Innymi słowy, giną głównie przedstawiciele wspólnot tradycyjnie pozbawionych posłuchu u władzy i społecznego szacunku. Często rozdrobnionych i żyjących w realiach przestrzennej izolacji, co dodatkowo utrudnia konsolidację, władzy zaś ułatwia dławienie przejawów buntu.

Ale władza ma nie tylko narzędzia opresji – ma też zachęty. Większość radzieckich żołnierzy w Afganistanie to byli chłopcy z poboru – przymusowe wojsko z marnym żołdem. W Ukrainie walczą przede wszystkim kontraktorzy, skuszeni wysokim – jak na realia prowincji wręcz ogromnym – uposażeniem. I jakkolwiek większość z nich ginie lub zostaje ranna, a system wypłat – jak wszystko w rosji – obciążony jest korupcją i oszustwami, w generalnym rozrachunku pójście na wojnę się opłaca. W najgorszym razie państwo zapewnia rodzinie poległego lub rannego odszkodowanie, które w większości przypadków i tak przekłada się na znaczącą poprawę warunków życiowych. Gdy żyje się byle jak, niewiele trzeba do poprawy losu – reżim doskonale tę zależność wykorzystuje i nadal ma na ten cel finansowe środki.

Milczeniu sprzyja także inna cecha rosyjskiego modelu rekrutacji. „Zmieszali nas z motłochem. 40 proc. z nich ma ponad 50 lat. A wśród nowych żołnierzy trzy czwarte to starsi mężczyźni”, skarży się oficer wojsk powietrznodesantowych. Jego słowa cytuje „Wiorstka”, opozycyjna rosyjska redakcja, której dziennikarze od dawna opisują kondycję armii putina. Z ustaleń „Wiorstki” wynika, że w ostatnich miesiącach nasiliła się tendencja, której skutkiem jest starzenie się wojska. Ten problem dotykał rosjan już wcześniej (Ukraińców też), ale czym innym jest średnia wieku poborowych oscylująca w okolicy czterdziestki, a czym innym sytuacja, gdy żołnierze mają 10 lat więcej.

„I co z tego? Są energiczni, są ojcami. Są doświadczeni”, przekonywał „Wiorstkę” jeden z rozmówców z ministerstwa obrony. Jednak żołnierze, z którymi rozmawiali reporterzy, nie zgadzają się z takim stawianiem sprawy. Według nich, starsi koledzy nie radzą sobie z noszeniem ciężkich plecaków, kopaniem rowów i okopów. „Chorują. Wszyscy są chorzy. Bolą ich nogi, boli ich głowa, są powolni”, relacjonuje jeden z wojskowych.

O czym wspominam, bo to nie pierwszy raz, kiedy rosjanie posiłkują się ludźmi z jakiegoś powodu zbytecznymi. W tym przypadku chodzi o mężczyzn u kresu aktywności zawodowej, z „odchowanymi” dziećmi, niewykluczone (wziąwszy pod uwagę parametry zdrowotne), że wszelkiej maści życiowych rozbitków, dla których kontrakt to szansa, by wreszcie się odkuć/odkupić winy wobec bliskich.

Najbardziej skrajnym przykładem strategii „zagospodarowywania zbytecznych” było masowe powoływanie więźniów w zamian za anulowanie wyroków. Jeśli znów spojrzymy na strukturę rosyjskich strat, to dostrzeżemy kolejny wymiar specyficznej nadreprezentacji – bo jedna trzecia zabitych to właśnie dawni więźniowie.

Te 50 tys. amnestionowanych trupów to kolejny dowód, że putin stara się prowadzić wojnę jak najniższym społecznym kosztem. A póki mu się udaje, póty ludzie będą milczeć.

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli tekst Wam się spodobał, udostępniajcie go proszę.

Zachęcam też do wspierania mojego raportu – piszę bowiem głównie dzięki Waszym subskrypcjom i „kawom”. Stosowne linki znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi i Arkowi Drygasowi. A także: Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Piotrowi Rucińskiemu, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze i Marcinowi Barszczewskiemu.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Zbigniewowi Cichańskiemu, Patrykowi Borzystowskiemu i Michałowi Baszyńskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, „Międzyrzecze. Cena przetrwania” i „(Dez)informacji” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Zdjęcie ilustracyjne/fot. ZSU

„Malcziki”

„Przecież to dzieci…”, pisze Czytelniczka pod jednym ze zdjęć rosyjskich jeńców, wziętych do niewoli w obwodzie kurskim. Ano dzieci; jest ich tam nadreprezentacja po moskalskiej stronie. 18-19 latków, wcielonych do armii wiosną, mających za sobą ledwie podstawowe (unitarne) szkolenie. Albo i nie.

Gdy zaczęła się pełnoskalowa wojna, szybko wyszło na jaw, że w szeregach armii inwazyjnej znaleźli się żołnierze z poboru. Zapewne nie byłoby z tego wielkiej chryi, gdyby „specjalna operacja wojskowa” przebiegła po myśli Kremla. Chłopcy przejechaliby się przez Ukrainę, odbębnili parady w kilku największych miastach i wrócili do domu. Czy nawet zostali jako część kontyngentu okupacyjnego, ale w kraju spacyfikowanym, nieprzejawiającym żadnych form „twardego”, zorganizowanego oporu. Wyszło jak wyszło – Ukraińcy sprawili rosjanom krwawą łaźnię; zdjęcia i filmy przedstawiające przerażonych gołowąsów masowo poddających się do niewoli, wypłynęły już w pierwszym dniu pełnoskalówki.

W rosji zawrzało, putin zwalił winę na wojskowych i ministerstwo obrony, twierdząc, że zgodnie z jego wolą, poborowych w Ukrainie miało nie być. „To nieporozumienie, chłopcy wrócą do rosji, gdzie dokończą służbę”, obiecał. I w sumie słowa dotrzymał, choć w następnych miesiącach nie brakło doniesień o przypadkach rozmaitych nadużyć, w wyniku których poborowi i tak na front trafiali. Tym niemniej, formalnie, działo się to wbrew woli „cara” i oficjalnych dekretów. Wojna (która wojną nie jest…) powinna być domeną ochotników (żołnierzy kontraktowych), no i „mobików” 30 plus; młodzież z przymusowego poboru miała się od niej trzymać z daleka.

To element umowy społecznej między obywatelami a władzą. Część szerszego układu, w ramach którego zwykli rosjanie mają „święty spokój”, w zamian nie krytykując i nie sabotując potencjalnie niepopularnych działań Kremla.

„Dupochron” dla poborowych to efekt rosyjskiej, a wcześniej radzieckiej traumy – fatalnego losu „malczików” wcielanych do wojska, a potem rzucanych na niezwykle brutalne wojny w Afganistanie i Czeczenii, gdzie ginęło ich nieproporcjonalnie dużo, a jeszcze więcej zmagało się później z traumami. „Zmarnowany kwiat młodzieży”, mówiło się jeszcze w czasach sowieckich, a lata przełomu (upadku ZSRR i nastawania rosji) –postępującej brutalizacja życia społecznego, do czego walnie przyczynili się zdegenerowani weterani – tylko wzmocniły tę narrację. Niezależnie od opresyjności obu reżimów – sowieckiego i rosyjskiego – na gruncie tej narracji powstał chyba jedyny oddolny ruch obywatelski, otwarcie krytykujący władzę, stworzony przez matki poborowych. To najlepszy dowód, że los „naszych chłopców” był i jest dla rosjan niezwykle ważny. Na Kremlu nie mieli i nie mają odwagi otwarcie mierzyć się z tą emocją ludu.

Pobór do zasadniczej służby wojskowej odbywa się w rosji dwa razy do roku, wiosną i jesienią. W ostatnim czasie każda z rund skutkuje mobilizacją od 120 do 150 tys. nastolatków. Nim wybuchła wojna w Ukrainie, chłopcy ci przechodzili w miarę przyzwoite przeszkolenie, dziś – gdy z perspektywy generałów są mało bądź w ogóle nieprzydatni, bo nie można ich posłać w bój – karabin często zastępuje łopata. Pół biedy, jeśli ma to jakiś związek ze służbą wojskową – budowaniem koszar czy umocnień – często to po prostu tania siła robocza, na pracy której dorabiają się oficerowie i wszelkiej maści szemrani przedsiębiorcy.

6 sierpnia w obwodzie kurskim – poza nieszczęsnym czeczeńskim Achmatem – stacjonowali nade wszystko tacy właśnie poborowi. W żaden sposób bądź w niewielkim zakresie przygotowani do walki. Tymczasem naprzeciw nich stanęli zaprawieni w boju ukraińscy weterani, w dodatku znakomicie wyposażeni, no i działający w warunkach zaskoczenia. Efekt musiał być (dla rosjan) porażający.

Minęło kilkanaście dni, a „gówniarze” wciąż stanowią istotną większość rosyjskich sił w obwodzie. To ich bowiem w pierwszej kolejności ściąga się w rejon ukraińskiej operacji. Formalnej przeszkody nie ma – prawa (i wola „cara”) gwarantuje poborowym, że nie zostaną wysłani na wojnę za granicę, ale gdy wojna przyszła do nich, to już zupełnie inna sprawa…

Ukraińcy chyba trochę się przeliczyli, zakładając, że w obliczu zagrożenia własnego terytorium, Moskwa zacznie naprędce ściągać frontowe oddziały z Ukrainy. Tak się dzieje, ale poza nielicznymi przypadkami (dotyczącymi głównie „spokojniejszych” odcinków styku wojsk), rosyjskie dowództwo najpierw sięga po stacjonujące w Ukrainie rezerwy. Co docelowo osłabi te pierwszoliniowe formacje – bo ileż można funkcjonować bez uzupełnień i rotacji – ale nie nastąpi to od razu. W kluczowych dla rosjan miejscach w Donbasie jeszcze nie nastąpiło – tam nadal obserwujemy silną rosyjską presję (co wymaga oddzielnego tekstu, w którym zmierzę się z alarmistycznym tonem doniesień niektórych analityków; obiecuję taki materiał po weekendzie).

Wracając do sedna – fakt, iż w obwodzie kurskim nadal mamy nadreprezentację żołnierzy z poboru, oznacza, że Kreml prowadzi bardzo niebezpieczną dla siebie grę. Owszem, najpewniej krzyżuje jakąś część ukraińskich planów, ale zarazem w samym obwodzie ułatwia ZSU robotę. Bo „malcziki”, jakkolwiek wymieszane z przyzwoitym wojskiem, nie będą dla Ukraińców równorzędnym przeciwnikiem. Czyli stan ukraińskiego posiadania będzie się powiększał, w którymś momencie osiągając rozmiar wymagający nieproporcjonalnie dużej mobilizacji potencjału, by zniwelować zagrożenie.

Kolejny element ryzyka to „granie na nerwach” rosyjskiej opinii publicznej. W tamtejszej przestrzeni informacyjnej – mimo iż cenzurowanej – widać poważne emocjonalne wzmożenie. Mówiąc wprost, ruscy są oburzeni tym, że do „łatania dziur” rzuca się poborowych. Da się wyczuć rosnącą świadomość opłakanych skutków tej strategii rosyjskiego dowództwa. Z czego zresztą Ukraińcy zdają sobie sprawę i z premedytacją „dokładają do pieca”. Dziwią Was wypływające co rusz obrazki przedstawiające pojmanych gówniarzy? Mnie nie, to doskonała zagrywka psychologiczna (działania PSY-OPS, jak określa się je w natowskiej nomenklaturze), wykorzystująca rosyjską traumę i status poborowych. „Mamy ich!”, mówią Ukraińcy i więcej mówić nie muszą. Fakt, iż obiektywnie patrząc los rosyjskich jeńców w ukraińskich rękach bywa lepszy niż warunki służby w putinowskiej amii, nie ma tu znaczenia. „Obrobieni” przez propagandę rosjanie żyją w przeświadczeniu, że pojmanych czeka okrutny los.

Na razie proszą putina, by „malczikom” tego losu oszczędził, ale w końcu tego zażądają. Nie, nie spodziewam się jakichś gwałtownych protestów, ale wiem, że kropla drąży skałę. A tych kropel – wszelkich słabości rosji obnażonych przy okazji operacji kurskiej ZSU – sporo się zebrało.

—–

Dziękuję za lekturę! Widzimy się na łączach po weekendzie (no, chyba że wydarzy się coś nadzwyczajnego).

Jeśli tekst Wam się spodobał, udostępniajcie go proszę. Zachęcam też do wspierania mojego raportu – piszę bowiem głównie dzięki Waszym subskrypcjom i „kawom”. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Ukraiński czołg, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU