Opieka

Żołnierze coraz odważniej mówią o stresie, lęku i traumie, i coraz częściej szukają pomocy, także u psychologów. Wizyta w gabinecie przestaje być powodem do wstydu, a armia uczy się dbać o psychikę swoich ludzi.

Zmiana nie dokonała się z dnia na dzień, ale widać ją wyraźnie – kontakt żołnierzy z psychologami wychodzi ze strefy tabu, zmieniając się w coraz bardziej oczywisty element dbania o siebie. To przesunięcie akcentów, które za murami koszar latami było trudne do wyobrażenia, ma konkretne źródła.

„W 2019 roku, gdy zaczynałam pracę, sytuacja wyglądała inaczej”, wspomina ppor. Sylwia Biardzka, psycholog z 18 Dywizji Zmechanizowanej. „Żołnierze obawiali się psychologa, o psychiatrze już nie wspominając. Zmiany przyszły wraz z pandemią. Izolacja, rozłąka z rodziną – to były dla wielu bardzo trudne doświadczenia. Wtedy moja praca polegała na tym, że dzwoniłam do żołnierzy i pytałam: co słychać, jak się czują, czego potrzebują. I nagle się okazało, że rozmowa ze mną jest dla nich ważna. A potem przyszła wojna w Ukrainie. Nawet doświadczeni żołnierze zaczęli pytać: czy to normalne, że ja – w mundurze od dwudziestu lat – boję się tego, co może nastąpić? Oczywiście, że było to normalne, ale ta diagnoza musiała wybrzmieć. Ulga, jaką przynosiła, przekonywała żołnierzy do kontaktu z psychologiem”, dodaje specjalistka.

To, co wydarzyło się w wojsku, nie jest zjawiskiem oderwanym od szerszego kontekstu. W ostatnich latach w całym społeczeństwie zmieniło się podejście do zdrowia psychicznego – korzystanie z pomocy psychologa czy psychiatry przestaje być jednoznacznie kojarzone ze słabością. Potwierdzają to dane: liczba wizyt u specjalistów rośnie dynamicznie (w 2024 roku o ponad 60 proc. rok do roku), zaś doświadczenie terapii deklaruje już ok. 20 proc. dorosłych Polaków. A żołnierze nie funkcjonują w próżni: mają rodziny, dzieci, znajomych mierzących się z własnymi problemami, szukających wsparcia, mówiących o terapii. Widzą też konsekwencje jej braku – w historiach przemocy, załamań, tragedii, które przebijają się do opinii publicznej. To wszystko sprawia, że psycholog przestaje być kimś „od problemów, do których się nie przyznajemy”, a zaczyna być kimś „od spraw, które trzeba załatwić”.

A przecież armia ma jeszcze własny bagaż doświadczeń. Misje w Iraku i Afganistanie wiązały się z ogromnym obciążeniem psychicznym żołnierzy. Brakuje zbiorczych danych na ten temat, ale szacuje się, że co najmniej kilkuset weteranów przypłaciło te doświadczenia objawami zespołu stresu pourazowego [post-traumatic stress disorder, PTSD], na co wojsko nie mogło pozostać obojętne. Ale nawet bez wojny służba w armii wiąże się z dużymi obciążeniami, co sprawia, że siły zbrojne nie mogą funkcjonować bez systemu opieki psychologicznej. Systemu, przed którym konflikt w Ukrainie stawia kolejne wyzwania, pokazując, że odporność psychiczna staje się jednym z kluczowych elementów zdolności bojowej.

Aktywna obecność

Zmiany, jakie zaszły w zakresie opieki psychologicznej, nie sprowadzają się tylko do tego, że żołnierze zaczęli częściej sięgać po pomoc. Widać je także w roli, jaką pełni w jednostce psycholog. Jeszcze niedawno kojarzony głównie z sytuacjami kryzysowymi, dziś coraz częściej funkcjonuje jako ktoś obecny w codziennym życiu pododdziału. „Jesteśmy w tym środowisku razem z żołnierzami”, mówi Anna Chacewicz, psycholog z 1 Warszawskiej Brygady Pancernej. „To nie jest tak, że widzimy się raz w tygodniu w gabinecie, w jakiejś odseparowanej przestrzeni. Zdarza się, że ktoś po prostu podchodzi do mnie i zaczyna rozmowę. Czasem to jest zwykłe »co słychać«, a czasem coś poważniejszego. Ta granica jest płynna, ale to właśnie dzięki temu taki kontakt w ogóle się pojawia. Gdybyśmy byli tylko ludźmi »od problemów«, wielu z żołnierzy nigdy by do nas nie trafiło”, podkreśla specjalistka.

Ta obecność nie ogranicza się do czekania na żołnierza, który zapuka do drzwi. Coraz częściej oznacza wychodzenie do niego – dosłownie. „Umówiłem się z dowódcą, że raz w tygodniu idę do pododdziałów, sprawdzam, co u nich słychać”, relacjonuje Marcin Tymoszuk, psycholog z 18 Batalionu Rozpoznawczego. „Dzięki temu oni wiedzą, że jestem obecny, że mogą do mnie przyjść. I wtedy rzeczywiście przychodzą – nie dlatego, że muszą, tylko dlatego, że wcześniej już się spotkaliśmy, pogadaliśmy, zbudowała się jakaś relacja między nami”. W tym modelu psycholog widzi żołnierzy nie tylko w sytuacji, kiedy mają problem, ale także w ich codziennym funkcjonowaniu. I może wychwycić to, co w klasycznej, gabinetowej relacji łatwo umyka. Zmiany nastroju, narastające napięcie, wycofanie, które nie są jeszcze powodem do formalnej interwencji, ale mogą być pierwszym sygnałem, że coś zaczyna się dziać. „Ktoś mniej się odzywa, jest bardziej nerwowy, unika ludzi. Gdy jesteśmy na miejscu, możemy zareagować wcześniej, zanim problem się rozwinie. Bo najgorsze, co można zrobić, to czekać, aż ktoś sam powie, że sobie nie radzi. Bardzo często on tego nie powie”, podkreśla Tymoszuk.

Kultura samowystarczalności

Bo tuż za widoczną zmianą – rosnącą otwartością na pracę z psychologiem – wciąż funkcjonuje coś przeciwnego: bariery, które sprawiają, że wielu żołnierzy po pomoc jednak nie sięga. Nie dlatego, że jej nie potrzebuje, ale dlatego, że przez długi czas nie jest w stanie uznać takiej potrzeby. To napięcie między dostępnością a gotowością dobrze opisują specjaliści pracujący z weteranami. „Wsparcie zaczyna się w drugim człowieku”, podkreślał płk dr Jarosław Świstak z Centrum Leczenia Weteranów Działań poza Granicami Kraju w Wojskowym Instytucie Medycznym – Państwowym Instytucie Badawczym. „Ale żeby do niego doszło, ktoś musi zrobić pierwszy krok”, mówił podczas posiedzenia parlamentarnego zespołu ds. weteranów, które odbyło się w połowie kwietnia 2026 roku. Z tym pierwszym krokiem bywa jednak trudno, także za sprawą silnej kultury samowystarczalności. Przekonania, że trzeba sobie poradzić samemu, że proszenie o pomoc to ostateczność. W warunkach służby taka postawa jest czymś naturalnym, wręcz koniecznym. „Samodzielność, odporność i zdolność działania pod presją są w wojsku wartościami podstawowymi”, zwraca uwagę dr hab. Justyna Klingemann, socjolog zdrowia i medycyny z WIM – PIB. „Problem pojawia się wtedy, gdy te same cechy zaczynają działać przeciwko człowiekowi – utrudniając mu rozpoznanie własnych ograniczeń i przyjęcie pomocy”.

Społeczny kontekst w tym nie pomaga – w Polsce, mimo postępujących zmian kulturowych, wciąż popularne jest przekonanie, że problemy psychiczne są czymś, co należy ukrywać. „Przykładowo uzależnienie postrzegane jest nie jako poważna choroba, która wiąże się z ogromnym cierpieniem i wymaga wsparcia, ale jako coś, co należy piętnować, przejaw słabości”, rekonstruuje potoczne wyobrażenia Justyna Klingemann. W środowisku wojskowym, gdzie znaczenie ma ocena, zaufanie, pozycja w grupie, taka stygmatyzacja może mieć szczególnie silne konsekwencje. Oznacza bowiem realne ryzyko utraty wiarygodności – w oczach przełożonych, kolegów, a często także w ocenie samego siebie. „Nakładają się na to jeszcze kulturowe normy tradycyjnie rozumianej męskości”, dodaje Klingemann. „Zgodnie z nimi trzeba być twardym, nie okazywać słabości, nie mówić o emocjach, nie zawracać innym głowy swoimi problemami. To jest silnie zakorzenione, zarówno w kulturze wojskowej, jak i szerzej, w społeczeństwie, tymczasem wyrażanie uczuć to przecież też akt odwagi”.

W efekcie dochodzi do bagatelizowania objawów, odsuwania rozmowy, prób przeczekania. „Mężczyźni rzadziej mówią o swoich problemach i rzadziej szukają pomocy”, mówi Klingemann. „Częściej próbują radzić sobie sami, a jednym ze sposobów regulowania napięcia staje się alkohol lub inne substancje psychoaktywne”. W takich okolicznościach decyzja o sięgnięciu po pomoc nie zapada w momencie, w którym pojawia się problem, a dopiero wtedy, gdy nie sposób go już ukryć – przed sobą i przed innymi.

Dostępny antydepresant

Ten mechanizm – odkładania, wypierania, prób poradzenia sobie samemu – dobrze widać w historiach weteranów z Iraku i Afganistanu. Piotr Kurpas wrócił z drugiej zmiany misji w Iraku, mając za sobą udział w patrolach i konwojach oraz wspomnienie samobójczego ataku na bazę w Al-Hilli. Widok ludzkich szczątków przemieszanych z fragmentami wraku samochodu pułapki wrył mu się w pamięć szczególnie. Kurpas przez długi czas nie nazywał tego, co czuł, żadnym słowem. Po prostu zaczął unikać tłumów i nieutwardzonych dróg, trzymał się tylko sprawdzonych tras. Napięcia gromadziły się w nim tygodniami, aż wystarczała iskra, by wybuchnąć. Alkohol pojawił się jako ucieczka od gonitwy myśli. Bliscy mówili, że przesadza, pije za dużo. Przez długi czas nie przyjmował tego do wiadomości. „Stawałem okoniem, zakładałem maskę twardziela”, przyznaje. „Dopiero partnerka, która konsekwentnie wierciła mi dziurę w brzuchu, nakłoniła mnie do spotkania z psychologiem”.

Rolę najbliższych, którzy pierwsi widzą zmianę, podkreśla inna historia. „Mąż mówił, że wszystko jest w porządku, że sobie radzi. A ja widziałam, że w nocy się rzuca, ma koszmary, a za dnia sięga po alkohol”, opowiada Aneta Cichosz, żona weterana III zmiany PKW Irak. Joanna Szymańska, której partner zaliczył w sumie trzy misje, wspomina o drżeniu rąk. „To przychodziło, gdy mąż się denerwował. Wcześniej takich objawów nie miał…”.

Szymon Mutwicki po powrocie z Afganistanu został sam – minął się z żoną, którą wyjechała do pracy za granicę. On tymczasem przywiózł do domu bagaż niechcianych emocji. „Zaczęło się 14 sierpnia 2007 roku, od patrolu, w którym zginął kpt. Łukasz Kurowski”, wspomina. „Mogłem po tym wydarzeniu od razu wracać do kraju, ale zostałem, czułem, że powinienem dokończyć misję”, opowiada. Już następnego dnia zaczął żałować tej decyzji. „Dopadał mnie paniczny strach”, relacjonuje. „Każdy mijający samochód wyglądał jak wóz zamachowców, każdy człowiek na drodze był zagrożeniem. Przez miesiąc spałem po dwie–trzy godziny dziennie”. W kraju nie było lepiej, za to w sklepiku nieopodal domu na półce stał „najbardziej dostępny antydepresant”, jak Szymon nazywa alkohol. Przez dwa miesiące pił do nieprzytomności i budził się z podwójnym kacem. „Ten moralny był chyba większy niż fizyczny”, opowiada. Pewnego piątku stanął przed lustrem – nieogolony, w dresie, który włożył w poniedziałek – i po raz pierwszy pomyślał, że potrzebuje pomocy. „Poszedłem do psychiatry i tam usłyszałem, że sam nie dam sobie rady”.

Element służby

Za tym, co widać w historiach weteranów, kryją się konkretne mechanizmy psychologiczne. Nie chodzi tylko o trudne wspomnienia, ale o sposób, w jaki organizm reaguje na skrajne doświadczenia. „Najprościej mówiąc, mózg nie wie, że zagrożenie się skończyło”, tłumaczy Bartosz Cichocki, przyjaciel i wolontariusz Fundacji SPRZYMIERZENI z GROM. „Nadal działa tak, jakby ono trwało. Jest w ciągłej gotowości, reaguje szybciej i intensywniej. Rzecz w tym, że to, co w warunkach zagrożenia było potrzebne, po powrocie do codzienności zaczyna przeszkadzać”, wyjaśnia Cichocki, który jako psycholog prowadzi konsultacje dla podopiecznych Fundacji, w tym weteranów. Pojawiają się objawy, które dla wielu żołnierzy są trudne do zrozumienia. Problemy ze snem, drażliwość, wybuchy złości, unikanie ludzi czy miejsc, które mogą się z czymś kojarzyć. „Wystarczy bodziec – dźwięk, zapach, sytuacja – i człowiek wraca do traumatycznego momentu”, relacjonuje nasz rozmówca. „Czasem na ułamek sekundy, czasem na dłużej”.

Jednocześnie – jak podkreślają specjaliści – nie każda reakcja na trudne doświadczenie musi skutkować rozwinięciem zespołu stresu pourazowego. „Sam fakt przeżycia sytuacji zagrożenia nie musi się wiązać z PTSD”, zwraca uwagę Małgorzata Rymkiewicz, psycholog do niedawna pracująca w armii, obecnie w policji. „Bardzo dużo zależy od tego, jakie ktoś ma zasoby, jakie wsparcie, w jakich warunkach wraca do normalnego funkcjonowania”. To ważne zastrzeżenie, bo pokazuje, że PTSD nie jest doświadczeniem zarezerwowanym wyłącznie dla żołnierzy czy uczestników misji. Może dotyczyć każdego, kto znalazł się w sytuacji skrajnego stresu – ofiar przemocy, wypadków czy katastrof.

Istnieją jednak grupy, które ze względu na charakter swojej pracy są na takie doświadczenia szczególnie narażone. „Żołnierze stanowią jedną z nich”, podkreśla ppor. Sylwia Biardzka. „I to nie tylko w kontekście misji bojowych. Choćby służba na granicy wiąże się z długotrwałym napięciem i podwyższonym ryzykiem utraty zdrowia, a nawet życia. Mamy też doświadczenia z pandemii, kiedy żołnierze wspierali służby medyczne i ratunkowe. Wchodzili do miejsc, gdzie były ofiary, dla wielu z nich stanowiło to pierwszy kontakt ze śmiercią. Co się dzieje!?, pytali. Nie ma wojny, a ludzie masowo umierają… To był ogromny szok”. Jak zaznacza Biardzka, takie doświadczenia często nie są od razu rozpoznawane jako coś, co może mieć długofalowe konsekwencje. „Nie jest tak, że ktoś wychodzi z takiej sytuacji i mówi: to mnie zmieniło. Emocje odkładają się w głowie. Wracają w snach, w reakcjach na różne sytuacje. I dopiero z czasem zaczynają stanowić problem”. W tym sensie PTSD nie jest „koszmarem z przeszłości”, związanym wyłącznie z misjami w Iraku czy Afganistanie. Jest realnym elementem współczesnej służby – również tej, która nie wiąże się bezpośrednio z wojną.

Dalszą część tego tekstu – czołówki majowego numeru „Polski Zbrojnej” – znajdziecie pod tym linkiem. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Nocny patrol podczas misji w Afganistanie/fot. Adam Roik, Combat Camera DORSZ

Autor

Marcin

I am a journalist (working for Polska Zbrojna magazine), writer, blogger, and the author of the military-themed blog bezkamuflazu.pl. During my journalistic career, I have covered multiple conflicts and humanitarian crises in Iraq, Afghanistan, Ukraine, Georgia, Lebanon, Uganda and Kenya. Between 2009 and 2014, I ran the blog zafganistanu.pl, dedicated to the war in Afghanistan, the deployment of Polish forces and veterans’ affairs. I am also the author or co-author of non-fiction books and political fiction novels, including Międzyrzecze and Stan wyjątkowy.