Głębia

Rozległość terytorialna pozostaje militarnym atutem, ale jej znaczenie nie jest już kluczowe. Wojna w Ukrainie dobrze to pokazuje.

W klasycznym ujęciu głębia strategiczna wiązała się z przestrzenią. Ten sposób myślenia wyrasta z epoki wojen manewrowych i przemysłowych. Historia dostarcza tu klasycznych przykładów. Kampania Napoleona w rosji w 1812 roku czy niemiecka operacja „Barbarossa” w 1941 roku pokazały, że ogromne terytorium może działać jak swoisty amortyzator – pochłaniać impet ofensywy i prowadzić do wyczerpania agresora. W obu przypadkach przeciwnik wciągnięty w głąb państwa tracił zdolność do skutecznego działania, a obrońca zyskiwał czas na mobilizację i odbudowę sił. W tym sensie głębia strategiczna była nierozerwalnie związana z możliwością oddawania terenu w zamian za czas. Im większe państwo, tym ma większą zdolność do przetrwania pierwszego uderzenia przeciwnika. Ten klasyczny model miał jednak swoje ograniczenia – i jak pokazuje XX wiek, z czasem zaczął się kruszyć.

„Wraz z upowszechnieniem samolotu, a później rakiet dalekiego zasięgu, nastąpiło załamanie tradycyjnej głębi strategicznej”, mówi dr Łukasz Przybyło z Akademii Sztuki Wojennej w Warszawie. „Po raz pierwszy w historii przeciwnik zyskał zdolność oddziaływania na całe terytorium państwa”. Fabryki, węzły komunikacyjne, centra dowodzenia – wszystko to mogło zostać zaatakowane bez konieczności przełamywania linii frontu. W drugiej połowie XX wieku ten proces tylko przyspieszył i obecnie, w XXI wieku, osiągnął punkt kulminacyjny. Już nie tylko rakiety, ale także bezzałogowe systemy uderzeniowe pozbawiają głębi strategicznej nawet najrozleglejsze mocarstwa. rosja, której zaplecze znalazło się w zasięgu rażenia ukraińskich dronów, jest tego najlepszym przykładem.

—–

Mamy jednak doświadczenia Ukrainy, które zdają się potwierdzać wagę klasycznego rozumienia głębi strategicznej. Spore terytorium – niemal dwa razy większe od Polski – utrudniło rosjanom szybkie osiągnięcie celów. „Przy relatywnie niewielkim rosyjskim zaangażowaniu – rzędu 120–130 tys. żołnierzy – przestrzeń Ukrainy niejako rozpuściła nacierające wojska”, przekonuje dr Przybyło. „Rozciągnięte linie komunikacyjne i trudności z koncentracją sił sprawiły, że ofensywa szybko utraciła impet”. W tym sensie geografia odegrała istotną rolę. Dała Ukrainie czas – a ten został wykorzystany na mobilizację, reorganizację obrony i pierwsze skuteczne kontrataki.

Jednocześnie, co mocno podkreśla płk rez. Ireneusz Kulesza z Akademii Wojsk Lądowych we Wrocławiu, sama przestrzeń nie przesądziła o wyniku pierwszej fazy wojny w Ukrainie. Kluczowe okazały się inne czynniki: błędna ocena sytuacji przez rosjan, głównie niedoszacowanie militarnych możliwości przeciwnika oraz odporności ukraińskiego państwa i społeczeństwa. „Znaczenie głębi strategicznej było ograniczone w czasie”, twierdzi płk Kulesza. „Odegrała ona rolę przede wszystkim do momentu załamania rosyjskiego planu szybkiej operacji – czyli do pierwszych tygodni wojny. Gdy rosja zmieniła cele i przeszła do działań na wschodzie i południu Ukrainy, rola przestrzeni się zmieniła”. Front się ustabilizował, a wojna zaczęła przypominać realia znane z I wojny światowej: długie linie obronne i walki pozycyjne.

I tym samym głębia strategiczna ujawniła swoją mniej oczywistą stronę. Rozległość terytorium i długość frontu stały się dla Ukrainy poważnym wyzwaniem. Utrzymanie kilkusetkilometrowej linii styczności wojsk wymaga ogromnych zasobów – zarówno ludzkich, jak i sprzętowych. Jak zwraca uwagę dr Kulesza, w sytuacji ograniczonego potencjału każde przesunięcie sił na zagrożony odcinek oznacza osłabienie innego kierunku. W takim układzie głębia może działać na korzyść przeciwnika. W przypadku przełamania frontu daje mu przestrzeń do manewru, rozwinięcia natarcia i wejścia w głąb ugrupowania obronnego. Jeśli broniące się państwo nie dysponuje odpowiednimi odwodami operacyjnymi, może to prowadzić do szybkiej destabilizacji całego systemu obrony.

—–

Taki scenariusz na Wschodzie się nie ziścił. rosjanie nie dysponowali potencjałem wystarczającym do przełamania ukraińskiej obrony, przeszli więc do prowadzenia wojny na wyniszczenie. To unaoczniło znaczenie innych czynników niż sama przestrzeń, co prowadzi do zasadniczej rewizji pojęcia głębi strategicznej. Otóż coraz trudniej traktować ją wyłącznie jako kategorię geograficzną. „Po Ukrainie nie można mieć już złudzeń: głębia strategiczna to system”, mówi płk rez. Ireneusz Kulesza. „Obejmujący zarówno siły zbrojne, jak i całe zaplecze państwa: przemysł, logistykę, zdolności mobilizacyjne, strukturę dowodzenia czy odporność społeczną”. W tym ujęciu przestaje być istotne, ile kilometrów dzieli granicę od centrum państwa. Kluczowe jest to, czy państwo potrafi działać pod uderzeniami przeciwnika: odtwarzać straty, utrzymać system dowodzenia, zapewnić logistykę i mobilizować zasoby. Podobnie problem ujmuje dr Łukasz Przybyło, wskazując, że głębia strategiczna jest sumą wielu czynników – infrastruktury, demografii, odporności systemu państwowego i powiązań sojuszniczych. Geografia pozostaje jednym z elementów tej układanki, ale nie jest już dominująca.

Przyjrzyjmy się zatem pozostałym komponentom tak pojmowanej głębi. Podstawowym pozostają siły zbrojne – ale rozumiane szerzej niż tylko jako jednostki liniowe. „Kluczowe znaczenie mają odwody operacyjne i strategiczne, zdolność do prowadzenia manewru, integracja rozpoznania i środków rażenia, obrona przed środkami napadu powietrznego”, wylicza dr Kulesza. Szczególnego znaczenia nabiera zdolność do oddziaływania na ugrupowanie przeciwnika – także na jego zaplecze. Jak podkreśla naukowiec z AWL-u, nawet skuteczna obrona pierwszej linii nie wystarczy, jeśli przeciwnik zachowa możliwość wprowadzania do walki kolejnych odwodów. Dlatego zdolności do dalekiego rażenia stają się jednym z kluczowych elementów współczesnej głębi. W tym sensie nie jest ona już wyłącznie kategorią defensywną. Nie tylko się ją posiada – można ją także budować kosztem przeciwnika. Uderzenia w zaplecze logistyczne, system dowodzenia czy odwody operacyjne ograniczają wrogowi swobodę działania, „spłaszczając” mu jego głębię.

Wojna w Ukrainie brutalnie przypomniała, że konflikt o dużej skali pozostaje starciem potencjałów przemysłowych. Głębia strategiczna w tym wymiarze oznacza zdolność do produkcji amunicji i sprzętu, sprawny system napraw i odtwarzania strat, odporne łańcuchy dostaw, wydolną logistykę. „Armia jest jedynie narzędziem – wojny prowadzi państwo”, podkreśla Ireneusz Kulesza. „Jeśli zaplecze przemysłowe i logistyczne zawiedzie, nawet najlepiej wyszkolone wojsko szybko utraci zdolność do działania”.

—–

Jednym z najważniejszych elementów współczesnej głębi strategicznej jest społeczeństwo. Chodzi nie tylko o liczebność potencjalnych rezerw, ale też, przede wszystkim, o odporność psychiczną, gotowość do ponoszenia strat, zdolność do mobilizacji oraz zaufanie do instytucji państwa. Jak podkreśla dr Łukasz Przybyło, doświadczenie Ukrainy pokazuje, że to właśnie ten czynnik bezpośrednio przekłada się na zdolność prowadzenia wojny. „Zaufanie to nie jest kwestia emocji, tylko funkcjonalności państwa”, przekonuje naukowiec z ASzW. „Jeśli ludzie wierzą, że państwo działa, są skłonni podporządkować się decyzjom – stawić się do wojska, zaakceptować ograniczenia, wykonywać polecenia. Jeśli nie, system zaczyna się rozpadać od środka”.

Istotnym elementem współczesnej głębi strategicznej są sojusze. W warunkach, w których większość państw nie jest w stanie samodzielnie zbudować pełnego spektrum zdolności, głębia coraz częściej ma charakter ponadnarodowy. W praktyce oznacza to, że zaplecze państwa nie kończy się na jego granicach… – o czym więcej przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w majowym numerze „Polski Zbrojnej”. Miesięcznik wciąż dostępny jest w wersji papierowej, e-wydanie – gdzie przeczytacie także inne moje teksty – znajdziecie pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Grafika ilustracyjna, wygenerowana przez AI

Masa

Często słyszę pytanie, skąd we mnie wiara w to, że rosja wojny w Ukrainie nie wygra (nie zajmie dużej części kraju, nie zwasalizuje jego reszty)? Czy nie jest to przypadkiem hurraoptymizm, bo przecież „sam pan widzi, jak jest”.

Widzę, jak jest. Zerkam też w przeszłość i dziś chciałbym się z Wami podzielić wnioskami wywiedzionymi z historycznego oglądu. Otóż wynika z niego jasno, że rosyjskie/sowieckie zwycięstwa były efektem ilościowej przewagi. Zwykle miażdżącej. I towarzyszącego jej okrucieństwa wobec własnych żołnierzy, żołnierzy przeciwnika oraz ludności cywilnej, tak rodzimej, jak i wrogiej. To brutalna masa zmiażdżyła hitlerowskie Niemcy, masą pokonano w 1940 roku Finlandię. Rzeki czołgów wjechały w 1956 roku na Węgry, 12 lat później sterroryzowały Czechosłowację. W 1990 roku Związek Sowiecki miał w linii 55 tysięcy (!) tanków, a we łbach generalicji noszącej czerwone gwiazdy na mundurach nie było cienia złudzeń, że większość z nich spłonie w walce. Ale – kalkulowano – kilka, może kilkanaście tysięcy dojedzie do Kanału La Manche. „Ludzi u nas dużo”, mawiał Stalin, dezawuując alianckie wysiłki na Zachodzie. Dla dyktatora nie było problemu – poświęciłby życie jeszcze kilku milionów czerwonoarmistów, gdyby jednak nie otwarto drugiego frontu, a pokonanie Rzeszy wiązało się z koniecznością pójścia dalej za Wezerę i Ren.

Oczywiście, masy nie zawsze wystarczały. Liczna armia rosyjska z czasów I wojny i tak dostała wciry od Niemców. Bolszewicka nawała w 1920 roku wlała się aż pod Warszawę, ale ostatecznie popędzono ją daleko na wschód.

Gdy siły były bardziej wyrównane, rosjanom zdarzało się wygrać – wtedy jednak do głosu dochodził inny atut w postaci ogromnych przestrzeni i pogody, czego najdonioślejszym przykładem jest porażka kampanii napoleońskiej z 1812 roku. Gdy walka koncentrowała się na relatywnie małym obszarze – jak podczas wojny z Japonią w 1905 roku – kończyła się porażką.

Trudno bowiem doszukiwać się w rosyjskiej/sowieckiej sztuce wojowania jakiegoś wyjątkowego kunsztu. Wiem, wiem, są tacy, których właśnie zjeżyłem. Swego czasu obserwowałem niby dziennikarza, przekonującego czytelników do opinii o wyjątkowej rosyjskiej biegłości strategicznej, operacyjnej i taktycznej. Niegdyś opiewał on sowieckiego marszałka Koniewa, którego rzekomo wybitny manewr z 1945 roku uratował przed zniszczeniem Kraków. Od kilkunastu lat mieszkam w Krakowie, dlatego o tym wspominam – my tu dobrze wiemy, czym ów manewr był. Wymysłem komunistycznej propagandy, nijak mającym się do rzeczywistości. Miasto przetrwało, bo Niemcy nie zamierzali go bronić, a za sprawą sowieckiego nieogaru udało im się z niego uciec. Ot i cały manewr.

Tacy jak rzeczony piewca rosyjskiej myśli wojennej wchodzą teraz na wyżyny retorycznych zdolności, by wykazać, że to, co dzieje się w Ukrainie po rosyjskiej stronie, zasługuje na miano czegoś więcej niż prymitywne młotkowanie. Znać w tym sznyt literatury propagandowej czasów komuny – a piszę to jako jej „dziecko”, wychowanek popularnej serii Tygrysów, zatem z pełnej autopsji. Radzieccy, których wynoszono na piedestały za wyzwolenie Polski spod hitlerowskiego jarzma, nic nie robili bez pomyślunku, gruntownego przygotowania, doskonałego rozpoznania i doskonałej anałoga-w-miru-niet broni w arsenale („najlepsze” czołgi II wojny T-34, „najlepsza” artyleria w postaci katiusz czy „najlepsze” szturmowce Ił-2; od podkreślania tej najlepszości puchły książki). Tylko skąd brały się te miliony zabitych krasnoarmiejców i dziesiątki tysięcy sztuk spalonego sprzętu?

Podczas bitwy kurskiej – uchodzącej za największe starcie pancerne w dziejach – w zmaganiach pod Prochorowką sowieci stracili kilkaset czołgów, Niemcy… kilkanaście. Zmagania na łuku kurskim ostatecznie wygrała armia sowiecka, tak liczna, że hitlerowcy nie mieli szans przedrzeć się przez jej pozycje.

Gdy zaraz po wojnie jednostki Wojska Polskiego, tego ze Wschodu, przeniosły się do miejsc stałego stacjonowania, okazało się, że sprzęt, który trafił do oddziałów jeszcze podczas działań zbrojnych, nie wytrzymuje realiów czasu pokoju. Silniki stawały, lufy „kwitły”, spawy nie trzymały – czołgi, działa samobieżne czy samochody masowo się rozsypywały. Tak fatalnie zostały wykonane – na szybkości, byle były, w końcu i tak nie przewidziano dla nich (i dla załóg…) długiej żywotności. Liczyła się masa (podczas II wojny światowej z sowieckich fabryk wyjechało ponad 50 tysięcy czołgów T-34).

Wróćmy do teraźniejszości. O jakości rosyjskiego sprzętu napisałem już sporo – na potrzeby tego wpisu wystarczy stwierdzenie, że jest ona niska. Względnie niezłe typy broni – jak na przykład samoloty czy śmigłowce – tracą dużo swych atutów na skutek nieumiejętnego wykorzystania. Co przywodzi nas do kwestii jakości materiału ludzkiego, także jego kompetencji. Po ponad dwóch latach widać jak na dłoni, że rosjanie nie potrafią w nowoczesną wojnę. Uczą się, zmieniają, ale w tempie, dla którego nie starczy jednego pełnego życia, by przełożyło się to na zwycięstwo w Ukrainie. Źle rozpoznali przeciwnika, nadal nie mają trwałych zdolności do precyzyjnych uderzeń, z trudem przeprowadzają kombinowane (z jednoczesnym użyciem różnych komponentów sił zbrojnych) operacje wojskowe. Wyszkolenie taktyczne jest lepsze niż w 2022 roku, ale wciąż dalekie od przyzwoitych standardów, bardziej niż kuleje medycyna pola walki. O terytorialnych sukcesach zadecydowały pierwsze momenty wojny, przy czym czynnik zaskoczenia wzmocniony został, a jakże, skoncentrowanym na kilku kierunkach masowym uderzeniem kolumn pancernych. Zatem znów masa, tym razem żelastwa.

Niemal wszystkie rosyjskie operacje, o których można by powiedzieć, że prezentowały coś więcej niż uderzenia brutalnej masy, skończyły się niepowodzeniem. Nieudany rajd wojsk powietrznodesantowych na lotnisko w Hostomelu najlepszym tego przykładem.

Dziś – przy zastrzeżeniu, że nadal istnieje kilka „gorących punktów” – można już orzec, że obserwujemy ostatnie akordy trwającej od jesieni ub.r. rosyjskiej ofensywy. Nieudanej i okupionej ogromnymi stratami – ludzkimi i przede wszystkim sprzętowymi – z powodu których potencjał bojowy wojsk inwazyjnych uległ znaczącemu obniżeniu. Zarazem – na co zwracałem uwagę kilka dni temu – putin nadal rozbudowuje ilościowo swój ukraiński kontyngent. W połowie czerwca br. w „specjalną operację wojskową” zaangażowanych było 700 tys. rosyjskich żołnierzy, 3,5 razy więcej niż w lutym 2022 roku. Temu przyrostowi nie towarzyszy odpowiedni poziom usprzętowienia, co poza katastrofalnymi stratami wynika z jeszcze dwóch powodów. Po pierwsze, nominalnie potężny rosyjski przemysł zbrojeniowy nie radzi sobie „z obsługą” pełnoskalowej wojny, po drugie, kończy się już „renta po ZSRR”, czyli pokaźne sowieckie zapasy, gromadzone na okoliczność wojny z NATO. Innymi słowy, rosyjski przywódca – niczym jego radzieccy poprzednicy – usiłuje niedostatki jakości zniwelować ludzką masą.

Teoretycznie 140-milionowa rosja mogłaby zalać przeciwnika „ludzkim mięsem”. 200-milionowy ZSRR rzucił do walki podczas II wojny ponad 40 mln ludzi (13 mln poległo, 7 mln służyło w maju 1945 roku, reszta to jeńcy i ranni odesłani do domów). Stalin traktował żołnierzy jak bydło, racje poborowych nie miały znaczenia, sprzeciw wobec wcielenia każdorazowo spotykał się z brutalną reakcją. putin nie ma nawet połowy narzędzi opresji, jakimi dysponował jego idol. Stąd wabienie ochotników wysokimi pensjami (motywacja finansowa to najważniejszy element strategii rekrutacyjnej), stąd lęk Kremla przed masową mobilizacją, która zapewne zakończyłaby się masową obstrukcją. Bo rosjanie za „rosyjską Ukrainę” umierać nie chcą.

Ale nawet gdyby chcieli i gdyby jakimś cudem putinowi udało się zbudować półtoramilionowe siły inwazyjne (co dałoby rosjanom istotną przewagę) – w coś trzeba byłoby je wyposażyć. Niesamowita skuteczność Ukraińców pozbawiła rosjan ogromnej części ich najlepszej broni. A jako się rzekło, wielkie zapasy dramatycznie się skurczyły.

A rozwińmy jeszcze kwestię możliwości przemysłu zbrojeniowego. Niemiecka produkcja zbrojeniowa osiągnęła swój szczyt we wrześniu 1944 roku – nieco ponad pół roku przed upadkiem III Rzeszy. W realiach niezwykle destrukcyjnej kampanii bombowej aliantów, potężnych braków surowcowych i kadrowych. A jednak Albert Speer dokonał cudu, a skoro jemu się udało, to dlaczego miałoby się nie udać rosjanom. Ostatecznie „czym są sankcje wobec nalotów?”. Zewsząd słyszymy, że putin przestawił już rosyjską gospodarkę na wojenne tory. I co z tego? Kilka lat temu w fabryce, która produkowała (trochę za mocne słowo, wiem…) czołgi T-14 Armata, na wiele miesięcy wstrzymano pracę części załogi, gdy wyszło na jaw, że dyrektor sprzedał za granicę suwnicę używaną w jednej z kluczowych hal. Sprzedał, by poprawić wynik finansowy. Dziś w tym samym przedsiębiorstwie nie pracuje 90 proc. nowoczesnych obrabiarek, bo są z Zachodu, nie są serwisowane, brakuje do nich części zamiennych, a software mówi „niet” przy próbach odpalenia. Praca na starych urządzeniach jest zaś skrajnie nieefektywna. Słabość „niemieckiej analogii” wynika choćby z faktu, że większość maszyn hitlerowskiej zbrojeniówki była w 1944 roku nowa, zaś rdzennie rosyjski park maszynowy pamięta czasu sowietu.

A przecież to nie wszystko. Pisałem już wielokrotnie o zachodnich komponentach używanych w najlepszych rosyjskich rodzajach broni. Sankcje sprawiły, że rosjanie nie mają do nich łatwego dostępu, w efekcie nie są w stanie wyprodukować dostatecznej ilości nowoczesnej i precyzyjnej amunicji.

I mógłbym tak dużo i długo, ale – sądzę – wystarczy. Nie ma masy i nie ma kunsztu, który mógłby jej brak skompensować. Jest bezwzględność wobec ukraińskich cywilów, lecz pozostaje – z perspektywy rosjan – kontrproduktywna, bo tylko nasila wolę oporu. Czas zaś nie działa na korzyść najeźdźców, bo armia ukraińska znów krzepnie. Bo Zachód otrząsnął się z letargu i wziął na poważniej za wspieranie Ukrainy. Bo zaciska się sankcyjna pętla. Co prawda gdzieś tam w oddali czai się widmo Trumpa, ale i on może okazać się dla Kremla koszmarnym zmartwieniem…

…o czym więcej w kolejnym wpisie.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Czekamy na potwierdzenie doniesień z ukraińskich źródeł. Wynika z nich, że obrońcom udało się zniszczyć radar systemu S-500, najbardziej hiper-super spośród rosyjskich broni. Byłoby to znamienne i doskonale wpisujące się w przesłanie mojego tekstu…/fot. MOFR