Pretekst

Dziś będzie inaczej…

Redakcja, z którą współpracuję, zleciła mi napisanie tekstu w nieco lżejszej tematyce, co idzie po linii mojego postanowienia, by zafundować sobie delikatny odwyk od Ukrainy (i do papieru, nie tu, pisać o innych sprawach). Wziąłem więc na warsztat tegoroczne Nagrody Darwina, przyznawane za wyjątkową nieroztropność, której efektem była śmierć kandydata, ewentualnie pozbawienie się zdolności do płodzenia potomstwa. Więcej o tym poczytacie w przyszłym tygodniu, na tym etapie wystarczy stwierdzenie, że zacząłem risercz i… jeb! Oto jako pierwszy nagrodzony wymieniony został rosyjski żołnierz, którego ciało znaleziono w marcu ub.r. pod Irpieniem. „Bojec” wyjął z kamizelki kuloodpornej płytę balistyczną i w to miejsce włożył Macbooka, zabranego z opuszczonego przez Ukraińców domu. Gdy trafiła go karabinowa kula, wsad na piersi okazał się niewystarczający. Imperatyw moralny „nie kradnij!” w działaniu. A i ja najwyraźniej skazany na Ukrainę jestem, niezależnie od tego, gdzie zwrócę oczy…

Nie żebym narzekał, choć bywa trudno i zdarza się wdepnąć na minę. Jak i gdzie? Najpierw odrobina retrospekcji.

Kilka lat temu wziąłem udział w obrzydliwym medialnym szoł, w ramach którego przedwcześnie uśmiercono pewnego zasłużonego mężczyznę. A było tak: „koledze” włączyła się szwendaczka, poszedł w diabły, a ja zostałem na stanowisku wydawcy strony głównej wielkiego portalu sam, obrabiając poletko własne i „zaginionego w akcji”. Zdaje się, że dziesiąty albo jedenasty dzień z rzędu, po weekendowym dyżurze – przebodźcowany, zajechany i w konsekwencji nie dość uważny. Puściłem więc bez zastanowienia przygotowaną przez jedną z autorek informację o śmierci pana X. Inne redakcje też puszczały, zatem… sami wiecie; media to pogoń za sensacją, media internetowe to pogoń za sensacją na dopalaczach.

Rzecz w tym, że X żył, a pierwotnym źródłem informacji – która wykiełkowała wysypem żałobnych depesz na stronach największych polskich redakcji – był fejkowy wpis. Później próbowałem iść tym tropem, ale nie udało mi się ustalić, jakie motywy kierowały człowiekiem, który za tym wszystkim stał. Informacje o śmierci zniknęły z emisji, część redakcji – w tym moja – przeprosiła za wprowadzenie w błąd czytelników, część udała, że nic się nie stało. Ja zaś, w towarzystwie autorki „naszego” tekstu, chwyciłem za telefon. Zawstydzony i skruszony jak nigdy dotąd, zamierzałem osobiście przeprosić rodzinę X.

Wiele lat wcześniej, w Afganistanie, brałem udział w patrolu, który został zaatakowany przez talibów. Poległ wówczas jeden żołnierz, kilku zostało rannych. Mnie włos z głowy nie spadł, ale bardzo nie chciałem, by żona dowiedziała się o zdarzeniu z mediów. Tylko nijak nie mogłem jej złapać (była wówczas na konferencji naukowej w Portugalii). Wiedziałem, że za chwilę już się nie dodzwonię (standardowo odcinano wówczas łączność kontyngentu z krajem – do czasu aż rodziny ofiar zostaną oficjalnie poinformowane), poprosiłem więc o pomoc ówczesną szefową. I tej udało się dodzwonić do żony. „Odebrałam telefon i słyszę: ‘w Afganistanie był wypadek, ale Marcin żyje’. Zamarłam. ‘Żyje, ale bez ręki albo nogi’, pomyślałam”, relacjonowała mi po wszystkim Ania. Tak podana wiadomość bardziej ją przeraziła niż uspokoiła.

No więc świadom trochę bardziej niż inni, jak rujnujące mogą być nieprawdziwe czy źle sformułowane komunikaty, złapałem za słuchawkę. Nie udało mi się porozmawiać z uśmierconym – wysłuchała mnie jego żona. Wspaniałomyślna kobieta o rzadko spotykanym takcie. „Dziękuję”, usłyszałem na koniec. „O rzekomej śmierci męża napisało tyle redakcji, a tylko pan i pański kolega (tu padła nazwa redakcji – dop. MO), zadzwoniliście z przeprosinami”. Westchnąłem. Dziś – pisząc ów tekst – również wzdycham, bo w tych słowach kryje się miażdżąca recenzja współczesnych polskich mediów, którym powycierało się sporo hamulców.

Nie chciałem być „wytarty” wtedy, nie chcę być dziś – więc znów pragnę przeprosić, bo znów kogoś uśmierciłem. Szczęściem w nieszczęściu to ZUPEŁNIE inna sytuacja, bo nie muszę kierować przeprosin w stronę uśmierconego i jego bliskich. Mowa bowiem o rosyjskim generale, którego sylwetkę zgłębiłem wczoraj i dziś, i włos jeży mi się na głowie. Andriej Nikołajewicz Mordwiczew to wyjątkowa kanalia, ludobójca, jeden z oprawców Mariupola. Miał zginąć 18 marca ub.r. na stanowisku dowodzenia w słynnej Czarnobajiwce, trafiony w ukraińskim ostrzale. Pisały o tym media w Ukrainie, Polsce, w całej Europie, ja umieściłem go na liście zabitych ruskich generałów w jednym ze swoich tekstów. Ale Mordwiczew przeżył, a kilka dni temu wyłonił się na afiszu jako nowy dowódca jednego z rosyjskich okręgów wojskowych. Uznany przez Ukraińców za przestępcę wojennego, obłożony zachodnimi sankcjami, być może dokona żywota w reżimie sprawiedliwej kary, ale jak na razie ma się drań dobrze. O czym informuję Czytelników, jednocześnie przepraszając za wprowadzenie w błąd.

I ja uczę się tej wojny. Bo choć relacjonuję konflikty od dwóch dekad, ciągle coś mnie zaskakuje. Najnowsza odsłona rosyjsko-ukraińskiej wojny cechuje się nieprawdopodobnym natężeniem informacyjnym. Trudno się w tym poruszać, zwłaszcza że wiele bodźców to elementy kampanii dezinformacyjnej, prowadzonej przez obie strony. Nie da się z perspektyw zewnętrznego obserwatora wyłuskać wszystkich fejków – lecz próbuję i, mam wrażenie, idzie mi to łatwiej niż przed rokiem.

Fejków – intencjonalnych czy nie – jest w obiegu za dużo. Co gorsza, niektóre się zakorzeniają, co jest pokłosiem narzuconej mediom „prędkości”, która sprawia, że wiele informacji zostaje w tyle, znika z pola widzenia. Nie ma możliwości, potrzeby, bywa że i chęci (siły) do ich ponownej weryfikacji. Sam łapię się na tym, że odpuszczam „stare sprawy”, bo nowych jest za dużo. Ale to pułapka, bo odpuszczanie to dostarczanie amunicji tamtym w ich wojnie informacyjnej. Jeden z gamoni – proruskich aktywistów medialnych – ze sprawy Mordwiczewa czyni pretekst do podważania wiarygodności wszystkich doniesień nierosyjskich mediów dotyczących wojny w Ukrainie. „Ha ha, tyle są warte sensacje na temat rosyjskich strat i porażek, ha ha”, cieszy pałę.

Niech cieszy. Tymczasem niezależni rosyjscy publicyści mówią o kilkunastu zabitych generałach putina, a amerykański wywiad szacuje, że jest dwudziestu (szerzej tematem zajmę się w książce). Co oznacza, że w 12 miesięcy rosja straciła więcej najwyższych rangą dowódców niż całe NATO łącznie przez ponad 70 lat swojego istnienia.

Idźcie dalej tą drogą, towarzysze.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Plakat „Rosja – światowy lider w dezinformacji”. Podrzucam, by nie tworzyć wrażenia symetrii w zakresie praktyk dezinformacyjnych/graf. Spravdi

Dekapitacje

Wojskowi z całego świata przecierali oczy ze zdumienia, gdy w styczniu 2008 r. generał i pięciu wyższych rangą oficerów Polskich Sił Powietrznych nie przeżyło katastrofy samolotu CASA, który rozbił się pod Mirosławcem. Dwa lata później, gdy doszło do tragedii pod Smoleńskiem, szok był jeszcze większy – oto w pojedynczym wypadku śmierć poniosło aż dziewięciu najwyższych rangą dowódców Sił Zbrojnych RP. Tak jak w przypadku CASY, tak i Tupolewa, wojskowa międzynarodówka zachodziła na głowę, jakim cudem tak wielu ważnych ludzi wepchnięto na pokład pojedynczych maszyn. Szczęściem w nieszczęściu, obie tragedie wydarzyły się w czasie pokoju, lecz i tak polski „jakoś-tam-będzizm” (w innej odmianie „tupolewizm”), do dziś omawiany jest jako przykład skrajnej nieodpowiedzialności. Od kilkunastu dni wyrasta mu poważna konkurencja – rosyjska nonszalancja w traktowaniu życia własnych generałów i pułkowników, ginących na ukraińskim froncie.

Zemsta po latach

Do momentu złożenia tego numeru PRZEGLĄDU potwierdzono informacje o śmierci siedmiu rosyjskich generałów i co najmniej kilkunastu pułkowników. To pogrom, dla którego trudno znaleźć stosowne odniesienie, tak rzadko na współczesnych wojnach giną tak wysocy dowódcy, tak licznie, w tak krótkim czasie. Dla porządku wspomnę, że talibom udało się zabić pierwszego natowskiego generała – Amerykanina Harolda Greene’a – po niemal 13 latach wojny (w 2014 r.), podczas zamachu w szkole wojskowej w Kabulu. Nie była to zatem klasyczna sytuacja bojowa, wszak typowa dla asymetrycznego konfliktu, w którym większość poległych stanowiły ofiary zamachów i zasadzek. Rosyjskie wysokie szarże zaczęły ginąć już w pierwszym tygodniu inwazji. Listę otwiera Magomied Tuszajew, Czeczeniec, bliski współpracownik Razmana Kadyrowa. Tuszajew to generał tytularny (w armii rosyjskiej dosłużył się pułkownika), ale Witalij Gierasimow, pierwszy zastępca dowódcy 41. Armii, to już generał „prawdziwy”. Ten sam stopień w chwili śmierci nosił Andriej Kolesnikow, dowódca 29. Armii, oraz Andriej Suchowiecki, kolejny zastępca dowódcy 41. Armii. Następny zabity przez Ukraińców generał to Oleg Mitiajew, dowódca elitarnej 150 Dywizji Strzeleckiej. Jego los podzielił także Andriej Mordwiczew, stojący na czele 8. Armii Gwardii. Śmierć dopadła również gen. Jakowa Riezancewa ze sztabu 49. Armii. Warto też odnotować śmierć płk Siergieja Suchariewa, dowódcy 331 pułku spadochronowego, który podpadł Ukraińcom jeszcze w 2014 r., stał wówczas bowiem za masakrą oddziałów ukraińskich wycofujących się z kotła w Iłowajśku. Podczas walk pod Charkowem 252 pułk strzelców – oprócz utraty 30% stanów osobowych – pozbył się także dowódcy, płk Igora Nikołajewa. Właściwie każdy dzień przynosi podobne informacje i choć rosyjskie MON ich zwykle nie potwierdza, lokalne media w Rosji donoszą o pogrzebach wysokich przedstawicieli sił zbrojnych.

A co się dzieje po drugiej stronie? Ukraińcy przyznali się do utraty co najmniej kilku pułkowników (głównie pilotów), lecz nie wiemy nic o poległych generałach. Z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że bezpośrednio na froncie nie zginął żaden z nich – Rosjanie wykorzystaliby takie zdarzenie z jeszcze większą premedytacją niż Ukraińcy. Byłby to dla ich propagandy dowód na zwycięską kampanię i postępującą dezintegrację struktur dowódczych przeciwnika. Oczywiście, można założyć, że jakiś oficer poległ, a podwładni zdołali uchronić jego ciało przed przejęciem przez wrogów. No i pamiętajmy, że agresorzy, przy użyciu rakiet i bomb lotniczych, zaatakowali setki rozmaitych instalacji militarnych, w tym centra dowodzenia. Niewykluczone, że udało im się zabić któregoś z najwyższych rangą ukraińskich dowódców. Służby prasowe rosyjskiej armii nie informują o tym, bo nie mają pewności, Ukraińcy z kolei tylko w obliczu niepodważalnych dowodów potwierdzą stratę. Cała ich kampania informacyjna służy budowaniu morale, złe wieści przyniosłyby odwrotny skutek. Jeśli giną generałowie, to znak, że z wojskiem jest coś nie tak.

Pogarda dla życia

W teorii, dowodzenie oddziałami zaangażowanymi w walkę odbywa się na dwóch poziomach: organizacyjnym i bezpośrednim. W pierwszym przypadku dowódcy od majora wzwyż są od zapewnienia podwładnym wysokiej świadomości sytuacyjnej i wsparcia innych rodzajów broni. Odpowiadają m.in. za współpracę z sąsiadami, łączność i zabezpieczenie logistyczne. Na pierwszej linii angażują się dowódcy kompanii i niżej (kapitanowie, porucznicy, przy wydatnej pomocy podoficerów).

„Wodzowie” nie walczą już od dawna. Pouczająca może być historia, jaka wydarzyła się podczas ataku rebeliantów na bazę w Ghazni w Afganistanie w 2013 r. Dowodzący polskim kontyngentem gen. Marek Sokołowski – postać niezwykle barwna – w chwili pierwszego uderzenia siedział na fotelu dentystycznym. Zerwał się i z pistoletem w dłoni pobiegł na pierwszą linię – w miejsce, gdzie doszło do przerwania umocnień. Post factum pojawiły się głosy, że „Sokół” powinien był udać się do centrum dowodzenia. Na poziomie merytorycznym łatwo było ów zarzut odeprzeć – tak jak admirał floty nie jest dowódcą okrętu flagowego, a dowódca sił powietrznych nie powinien wydawać rozkazów kapitanowi samolotu, tak od organizacji obrony bazy był jej dowódca i jego sztab. Inna sprawa, czy generał mógł sobie pozwolić na ryzyko utraty życia i czy nie byłoby właściwsze udanie się do schronu.

To na gruncie zachodniej tradycji wojskowej elementem kanonu stało się przekonanie o niewalczących „wodzach”. W armii rosyjskiej sprawy przed długi czas miały się inaczej. Pogarda dla żołnierskiego życia nie dotyczyła tylko szeregowych, a wyjątkowe kompetencje wysokich szarż nie dawały immunitetu na nietykalność. Dość wspomnieć absurdalne czystki w korpusie oficerskim z końca lat 30. XX w., które tak brutalnie osłabiły Armię Czerwoną w przededniu starcia z Wehrmachtem. „Ludzi u nas mnóstwo”, mawiał Stalin, mając na myśli także kandydatów na generałów. Trzeba było milionów ofiar, by ilość przerodziła się w jakość, co i tak nie przyniosło zmiany paradygmatu, bo na czele Armii Radzieckiej w 1945 r. stał Gieorgij Żukow, bezwzględny wobec podwładnych niezależnie od stopnia. Na to wszystko nakładał się istotny rys kulturowy – zakorzenione przekonanie o wadze osobistego przykładu. Podrywanie żołnierzy do boju wymagało wielkiej odwagi – to kwestia bezdyskusyjna – lecz wchodząc głębiej, dostrzeżemy mniej chwalebne składowe tej postawy. Rosyjskiemu wojsku często brakowało motywacji do narażania życia. Miliony czerwonoarmistów, które poddały się Niemcom w 1941 r., nie zrobiły tego wyłącznie ze strachu, ale też z niechęci do walki za państwo i ustrój, które kojarzyły im się z terrorem, wyzyskiem, biedą, śmiercią i powszechną nieufnością. Dopiero gdy Niemcy okazali się nie lepsi, przysłowiowy „Iwan” stał się dla nich śmiertelnym zagrożeniem.

Czuwające fatum

Dziś naczelną ideologią państwa rosyjskiego jest imperializm, rozumiany jako odbudowa (należnych!) wpływów. I jakkolwiek jest to intelektualnie atrakcyjna opcja dla Rosjan, chłopcy w mundurach nie bardzo garną się, by za to umierać. Zwłaszcza w Ukrainie, z którą związki kulturowe są tak bliskie. Moskwa każe żołnierzom wierzyć, że walczą z faszystami, niczym ich dziadkowie i pradziadkowie. Tymczasem wojskowi wchodzą na przedmieścia Charkowa i widzą, że to świat tak bardzo podobny do tego, który znają. Jeden z drugim nawet nie ma szans poczuć się wyobcowany kulturowo, jak czuł się wspomniany „Iwan”, idąc przez Polskę i rdzennie niemieckie ziemie. To wyobcowanie, ci ludzie „z innej planety”, miały istotny wpływ na mobilizowanie „radzieckich” do walki.

Dziś znów o mobilizację chodzi. Rosjanom nie udało się osiągnąć żadnego strategicznego celu. Kręcą się więc na pierwszej linii generałowie, by zmotywować podwładnych do działania. Przykład osobistej odwagi, ale i zastraszenie, tak istotne w armii ułożonej na radzieckich wzorcach, mają działać jak kopniak. Efekty są, jakie są, a Ukraińcy tylko korzystają z okazji. Andriej Suchowiecki zginął w trakcie walk o lotnisko w Hostomelu pod Kijowem. Zastrzelił go snajper. Skąd strzelec wiedział o obecności generała? Światło na sprawę rzuca śmierć Andrieja Mordwiczewa, który zginął po tym, jak użył niezabezpieczonego telefonu. Tajemnicą poliszynela jest, że Rosjanie mają gigantyczne problemy z łącznością, dowódcy więc sięgają po cywilne komórki, łatwe do namierzenia, albo starają się kompensować braki poprzez osobiste dowodzenie. W obu przypadkach wystawiają się na strzał. Nie bez znaczenia jest też fakt, że służą w armii, w której odpowiedzialność za porażki ma nie tylko dyscyplinarny czy karny charakter. Rosja jest krajem, gdzie nawet w czasie pokoju wielu generałów ginie w wypadkach lotniczych, wypada przez okno, popełnia samobójstwa bądź umiera na skutek szybko postępującej choroby alkoholowej. Każdy wysłany do Ukrainy dowódca wie, że czuwa nad nim fatum.

—–

Nz. Zniszczony rosyjski czołg w Ukrainie/fot. Ukraińskie Siły Zbrojne

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 14/2022

Szanowni Czytelnicy! Na swoim profilu facebookowym prowadzę relację z ukraińskiego frontu. Staram się codziennie wrzucić posty zawierających coś więcej niż informacje, które moglibyście przeczytać gdzie indziej. Śledzą mnie tysiące ludzi, polecam się zatem także uwadze Czytelników blogu.

Doceniasz moją pracę? Proszę zatem:

Postaw mi kawę na buycoffee.to