„Zetki”

„Czy ‘zetki’ nas obronią?”, zastanawiały się kilka dni temu media. Temat wjechał na tapet za sprawą Centrum Doktryn i Szkolenia Sił Zbrojnych (CDiS SZ), które przyjrzało się postawom i wartościom pokolenia „Z”, istotnym w kontekście rekrutacji i służby wojskowej. CDiS SZ prowadziło badania przez dwa lata (2023-2024), niedawno opublikowało raport końcowy – i to on stanowił źródło medialnych dociekań.

No więc „czy ‘zetki’ nas obronią?” – moim zdaniem, to nie jest właściwie postawione pytanie. Zakłada bowiem, że obowiązek obrony spoczywa wyłącznie na młodych, a to jest oczywista nieprawda. Jest sytuacją za wszech miar pożądaną, by do służby wojskowej zgłaszali się przede wszystkim 20-parolatkowie, ale taki stan rzeczy dotyczy armii czasu pokoju. W przypadku pełnoskalowej wojny i powszechnej mobilizacji „w kamasze” pójdzie kilkadziesiąt roczników. Spójrzmy na Ukrainę, gdzie średni wiek żołnierza przekracza 40 lat, gdzie dolny próg obowiązkowej mobilizacji ustanowiono najpierw na poziomie 27., a potem 25. roku życia. Wielokrotnie pisałem, że chodzi tu o potrzebę zachowania najcenniejszego rezerwuaru ludnościowego, nie będę zatem rozwijał wątku. Warto wszak podkreślić, że ta sama zależność dotyczyłaby i Polski, również mierzącej się z deficytem demograficznym.

A mamy w tym zakresie jeszcze polską specyfikę. 16 lat temu przeszliśmy na model niedużej, zawodowej armii i zawiesiliśmy zasadniczą służbę wojskową (ZSW). To oznacza, że najmłodsi absolwenci ZSW mają dziś 37 lat. A musimy pamiętać, że w ostatnich latach obowiązkowej służby do wojska szedł niewielki odsetek męskiej populacji, że masowe szkolenia ustały w latach 90. Stąd bierze się mediana polskiego rezerwisty, która wynosi obecnie… 50 lat. Dopiero powrót do masowych szkoleń sprawi, że ta zacznie się obniżać. Na dziś, gdyby doszło do wojny, w pierwszym rzucie wystawilibyśmy do walki zawodowe wojsko – a mediana żołnierza w służbie czynnej to prawie 40 lat – zaś mobilizacja najpierw objęłaby przede wszystkim wyszkolonych rezerwistów, czyli panów w mocno średnim wieku.

Czy pojawiliby się też młodsi ochotnicy? Z badań Centrum Doktryn i Szkolenia Sił Zbrojnych wynika, że tak. Gdyby wybuchła wojna, 48 proc. Polaków w wieku 18-25 lat zgłosiłaby się do wojska, by wziąć czyny udział w konflikcie. Co czwarty młody (26 proc.) deklaruje w takiej sytuacji chęć wyjechania z kraju. Co piąty (19 proc.) udzielałby się w organizacjach charytatywnych i humanitarnych.

Czy to są dobre wyniki? Niezłe. A tym, którzy na widok tych cyfr popadają w czarnowidztwo, polecam garść statystyk z Ukrainy. W połowie grudnia 2021 roku Kijowski Międzynarodowy Instytut Socjologii opublikował wyniki badań, z których wynikało, że 55 proc. Ukraińców jest gotowych stawić opór w wypadku rosyjskiej agresji. Z czego 33 proc. z bronią w ręku, a 22 proc. uczestnicząc w akcjach obywatelskiego sprzeciwu. Reszta albo nie zrobiłaby nic, albo uciekła w bezpieczniejsze rejony kraju lub wyjechała za granicę. Co się wydarzyło później, wiemy – przez pierwsze miesiące „pełnoskalówki” Ukraina miała nadmiar ochotników, z których większość stanowili mężczyźni w wieku 20-35 lat. Potem – na skutek przedłużającej się wojny i wysokich strat – entuzjazm przygasł, a z czasem mieliśmy do czynienia z poważnym kryzysem mobilizacyjnym. Dziś jednak problem niedostatku „siły żywej” można uznać za rozwiązany, choć – gwoli rzetelności – odtwarzanie stanów osobowych ZSU odbywa się głównie poprzez pobór, nie ochotniczy zaciąg. W Polsce zapewne mielibyśmy do czynienia z podobną sytuacją – falującym entuzjazmem i finalną koniecznością oparcia się o przymus (poboru).

—–

Wróćmy jednak do pokolenia „Z” i wspomnianych badań CDiS SZ. Piszę o nich więcej w tekście dla „Polski Zbrojnej” (oto link do tego materiału), na użytek tego wpisu chciałbym zacytować garść ciekawych danych. Seria pytań wprost związana z rekrutacją do sił zbrojnych zaczęła się od zachęt do służby. W ocenie młodych, najważniejsze w tym kontekście jest stałe zwiększanie wysokości wynagrodzeń (27 proc. odpowiedzi), możliwość pełnienia służby w pobliżu miejsca zamieszkania (25 proc.), perspektywa rozwoju indywidualnego (20 proc.) oraz dodatkowe przywileje (20 proc.). Na pytanie o to, czy byliby gotowi do przeprowadzki w razie podjęcia służby w armii (lub innej służbie mundurowej), „nie” odparło 57 proc. ankietowanych. Odpowiedzi na „tak” stanowiły 41 proc. całości. Poproszeni o wskazanie czynników zniechęcających do służby w armii badani wymienili: ciągłą dyspozycyjność (29 proc.), częstą zmianę miejsca zamieszkania (21 proc.) oraz hierarchiczną strukturę organizacyjną wojska (14 proc.).

Przedmiotem kolejnego pytania była motywacja kandydatów do służby w wojsku. Zdaniem ankietowanych, ochotników zachęca głównie: stabilność finansowa (24 proc.), możliwość uzyskania wcześniejszych praw emerytalnych (19 proc.) i możliwość rozwoju indywidualnego (11 proc.).

W kontekście ewentualnego wstąpienia do służby wojskowej, biorący udział w badaniu, w swojej subiektywnej ocenie uważają się za: sprawnych fizycznie (23 proc.), zdyscyplinowanych i lojalnych (19 proc.), zdolnych do działania pod presją czasu (12 proc.) i posiadających cechy przywódcze (11 proc.). 57 proc. przedstawicieli pokolenia „Z” sądzi, że regularne ćwiczenia wojskowe powinny dotyczyć wszystkich obywateli, 29 proc. ma na ten temat odmienne zdanie.

—–

Co te wyniki mówią nam o młodych Polakach i ich gotowości do służby? Jak armia winna się do tego ustosunkować? Przedstawiciele pokolenia „Z” cenią sobie indywidualizm, rozwój osobisty, elastyczność, tzw. work-life balance. Tradycyjne wartości wojskowe, jak hierarchia, dyscyplina i bezwzględne podporządkowanie, są dla nich mniej atrakcyjne.

– Zaskoczyła mnie potrzeba bliskości miejsca zamieszania, bo to ostro kontrastuje z wizerunkiem młodych jako mobilnych, często wręcz niezakorzenionych – przyznaje ppłk Arkadiusz Czaplewski z CDiS SZ, jeden ze współautorów badania. – A zarazem trudno mi wyobrazić sobie wojsko, które nie byłoby strukturą hierarchiczną, wymagającą dużej dyspozycyjności. Dlatego w strategiach rekrutacyjnych trzeba podkreślać inne atuty służby, jej unikatowość. Podbijajmy fakt, że wojsko się zmienia, kupuje mnóstwo nowoczesnej broni – radzi oficer, zwracając uwagę na łatwość w przyswajaniu nowinek, jaka cechuje młodych Polaków (co również wynika z badań, a o czym więcej w tekście dla „PZ”).

Przedstawiciele generacji „Z” cenią sobie organizacje, które promują elastyczne godziny pracy i pracę zdalną. Stąd konieczność położenia nacisku na promowanie takich modeli służby jak Wojska Obrony Terytorialnej, Dobrowolna Zasadnicza Służba Wojskowa, ale też rozmaitych działań podejmowanych przez resort obrony w zakresie edukacji wojskowej i proobronnej (jak program „Trenuj z wojskiem”).

W strategiach rekrutacyjnych uwzględniających cechy pokolenia „Z”, koniecznym jest prezentowanie wojska jako miejsca, gdzie tradycyjna hierarchia nie wyklucza otwartości na dialog, kreatywności, inicjatywy czy współpracy. No i w ostatecznym rozrachunku wojsko takie musi być – z czym w rzeczywistości bywa różnie i co stanowi poważne wyzwanie na przyszłość.

– Z naszych badań wynika, że młodzi są gotowi podporządkować się jasnym regułom. Że potrafią działać wspólnie, jeśli widzą sens. Że są tolerancyjni wobec różnorodności kulturowej, religijnej i społecznej, co sprzyja budowaniu zespołów opartych na wzajemnym zaufaniu – wylicza ppłk Czaplewski i dodaje jeszcze jedną istotną cechę – wyższy od poprzednich pokoleń wskaźnik kompetencji w zakresie znajomości języków obcych. – Młodzież ma mnóstwo atutów, z których armia może czerpać garściami – konkluduje oficer.

—–

Na dziś to tyle. Do tematyki ściśle ukraińskiej wrócę jutro. Zachęcam Was do wsparcia mojego ukraińskiego raportu, który w znaczniej mierze powstaje dzięki Wam – Waszym subskrypcjom i „kawom”. Piszę ostatnio rzadziej, gdyż coraz trudniej zbilansować ów projekt (a to naprawdę angażująca praca). No ale ufam, że sprawy się naprostują.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Adamowi Andrzejowi Jaworskiemu i Arkadiuszowi Wiśniewskiemu (za „wiadro kawy”!) oraz Małgorzacie Łukaszewskiej.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

(De)motywacja

„Pierdolę, nie po to szedłem do wojska!”, Jarek był wyraźnie wzburzony i zirytowany. Kilkanaście minut wcześniej nasz patrol ostrzelali iraccy rebelianci. Nic złego się nie stało, ale serie z kałaszy co poniektórym napędziły stracha. Podoficer, którego wspominam, był jednym z nich. Wówczas po trzydziestce, wojsko traktował jako stabilne miejsce pracy. Nie do końca dające satysfakcję materialną, bo Jarek po służbie dorabiał u szwagra. „Wypracuję emeryturę i na serio zajmę się stolarką”, mówił. Wyjazd do Iraku burzył jego rutynę, ale dawał też szansę na większe pieniądze w stosunkowo krótkim czasie. Problem w tym, że „tamci” strzelali…

Działo się to w 2005 roku, bohater opowieści ostatecznie wytrwał do końca zmiany. Odszedł z wojska, gdy tylko nabył podstawowe świadczenia. Widzieliśmy się kilka lat temu – dawny wojskowy rzeczywiście „robił w drewnie”. Za armią nie tęsknił, choć dało się wyczuć, że przesadnie heroizuje swój misyjny epizod. Lubiłem go; miał mnóstwo sympatycznych cech, ale zarazem rozczarowywał mnie jego stosunek do munduru. Nie było w nim etosu, nie było nawet zgody na „turbo-męską przygodę” i związane z nią ryzyko. Armia była pracą „od-do” – wystarczyło odbębnić poligony, a potem „mieć wyjebane”. Przez pięćdziesiąt lat po wojnie tak to właśnie wyglądało – w efekcie w „zardzewiałym wojsku” roiło się od „Jarków”. Facetów, którzy zakładali mundur z wygody, z przypadku, dla społecznego awansu, mieszkania, lepszej opieki medycznej; z wielu różnych powodów, pośród których często nie było gotowości, by pójść na wojnę.

Zdziwionych, gdy okazało się, że do nich strzelają. No bo przecież „nie po to szli do wojska”.

Misje w Iraku i Afganistanie – przez które przewinęło się ponad 50 tys. żołnierzy WP – zakończyły erę powojennego wygodnictwa, w jakim żył personel sił zbrojnych. Odtąd jasne stało się, że wybór armii jako drogi życiowej tożsamy jest z ryzykiem trafienia na wojnę. Lecz ile by o tym mówić i pisać, do koszar nadal trafiają przypadkowi ludzie, dobór negatywy wciąż ma się dobrze. Tym bowiem należy tłumaczyć relacje, wedle których służba na granicy to jakieś wielkie poświęcenie. Bo daleko od domu, bo długo, bo liche zakwaterowanie, bo micha nie zawsze na czas. Mój boże, co ci biedni chłopcy (i dziewczęta) zrobiliby na prawdziwej wojnie?

—–

Dlaczego o tym piszę? Ano staram się zracjonalizować postawę szefa sztabu generalnego WP, gen. Wiesława Kukuły – jego głośną opinię sprzed kilku dni. Rzekł mianowicie pierwszy oficer RP: „Wszystko wskazuje na to, że jesteśmy tym pokoleniem, które stanie z bronią w ręku w obronie naszego państwa. I nie zamierzam, ani ja ani nikt z was, przegrać tej wojny. Wygramy ją”.

Innymi słowy, wojna jest tuż-tuż, zaś z kontekstu całej wypowiedzi jasno wynika, że agresorem będzie rosja.

Generalska zapowiedź wpisuje się w cały szereg pesymistycznych prognoz, wieszczących nieuchronność konfrontacji rosja-NATO czy „tylko” rosja-Polska. Celują w nich wszelkiej maści publicyści, nie brakuje polityków, także tych czołowych, oraz emerytowanych wojskowych. Ci w służbie czynnej – co dotyczy Polski i innych krajów Sojuszu – zwykle pozostają bardziej powściągliwi. Owszem, ostrzegają przed możliwymi zakusami Moskwy, ale nie stwarzają wrażenia, że sprawy są już przesądzone.

W tym kontekście gen. Kukuła mocno wychodzi przed szereg. Dlaczego?

Cytowane słowa skierowane były do młodych podchorążych i padły podczas rozpoczęcia roku akademickiego w Akademii Wojsk Lądowych. Mowa zatem o specyficznym audytorium, wobec którego przemawiający może sobie pozwolić na więcej. Rozpoczynający służbę żołnierz musi (ma prawo) wiedzieć, że czekają go „pot i łzy”, a w razie potrzeby także „krew”. To niby oczywiste, ale – no właśnie, patrz wyżej na pierwszą część tekstu… Lepiej postawić sprawę jasno, nie tworzyć złudzeń, którymi wojsko karmiło się przez kilka dekad. I nie ma lepszej osoby, która mogłaby to zakomunikować „młodym” niż najwyższy rangą oficer. Realia są takie, że armia szykuje się do wojny z rosją – idzie to jak idzie, ale samej intencji nie sposób zaprzeczyć. Nie będzie miało znaczenia, ile sprzętu kupimy, jeśli jego użytkownicy nie dopuszczą myśli, że przyjdzie im użyć tych wszystkich czołgów, haubic i wyrzutni „na bojowo”. W budowaniu takiej świadomości przesada nie jest „grzechem”. W robieniu odsiewu pośród przyszłej kadry (gdy jest jeszcze czas zmienić życiowe wybory) – również. Byłoby idealnie, gdyby w armii służyli tylko ci, którzy w razie potrzeby gotowi są pójść bić ruskich (czy kogokolwiek innego, kto będzie do nich strzelał). To oczywiście nieosiągalny stan rzeczy, ale warto w jego kierunku zmierzać.

—–

Problem w tym, że słowa generała miały szerszy wydźwięk. Ba, wręcz skierowane były poza wspomniane audytorium. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że sztab generalny WP udostępnił wypowiedź Wiesława Kukuły w mediach społecznościowych? Po co?

Rozbudowa sił zbrojnych nie idzie najlepiej. Pomijając skutki wieloletnich zaniedbań oraz bałagan pozostawiony przez poprzednią ekipę (choćby te nieszczęsne „umowy ramowe”, które niczego nie wnosiły, a które teraz trzeba urealniać), podstawowym problemem pozostaje odzew młodzieży. A ta nie dość, że nie garnie się do służby zawodowej, to jeszcze reaguje alergicznie na pomysły obowiązkowych szkoleń. Tymczasem bez przywrócenia powszechnej zasadniczej służby wojskowej nie zbudujemy rezerw, które pozwoliłyby nam przetrwać w razie poważnej wojny; przykład ukraiński obnaża to po całości. Co w tej sytuacji zrobić? Ano można straszyć, mobilizować strachem, co staje się coraz wyraźniejszym elementem polityki informacyjnej wielu instytucji państwa. Gen. Kukuła i jego wypowiedź idealnie wpisują się w ten trend.

Szkodliwy i na dłuższą metę kontrproduktywny.

Ryzyko, że rosja zaatakuje którykolwiek kraj NATO jest minimalne – „nie dla psa kiełbasa”, o czym wielokrotnie pisałem, a do czego, w razie potrzeby, mogę wrócić. Los Ukrainy, zwłaszcza okupowanych terytoriów, winien nas motywować do redukcji tego ryzyka, uczynienia go jeszcze mniej prawdopodobnym. Taki efekt osiąga się poprzez budowanie potencjału odstraszania, doprowadzenie do sytuacji, w której przeciwnikowi nie opłaci się nas atakować. To zadanie na miarę możliwości Rzeczpospolitej – tyle że nie do zrealizowania na dziś czy jutro. Potrzebujemy co najmniej dekady, która musi upłynąć pod znakiem potężnych inwestycji – w armię, przemysł, w całkowicie zapomniany sektor obrony cywilnej – ale i rozważnej polityki informacyjnej. Nieopartej o strach, bo ten mobilizuje tylko na chwilę, a w perspektywie długoterminowej jest demobilizujący. Sprzyja myśleniu: „po co się spinać, skoro do wojny i tak dojdzie? Polska jest tak mała, że nieważne – wygramy czy przegramy – i tak ucierpimy wszyscy”. Skutkiem takich refleksji w najlepszym razie będzie wiara w „jakoś-to-będzizm”, w najgorszym masowa emigracja.

Naszym zwycięstwem nie będzie wygranie wojny, tylko sprawienie, że do niej nie dojdzie – taki winien być przekaz płynący z ust polityków i wojskowych.

—–

Szanowni Czytelnicy, piszę dzięki Wam, Waszym subskrypcjom i „kawom”. Zbieram na dalsze funkcjonowanie blogu i liczę na Waszą hojność. Za którą pięknie dziękuję! Stosowne przyciski znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, „Międzyrzecze. Cena przetrwania” i „(Dez)informacji” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Screen z profilu SzGWP