Natowscy

Współczesny żołnierz świadomie wybiera służbę, akceptuje jej rygory, ale oczekuje profesjonalizmu, wskazania sensu, rozwoju i poszanowania własnej podmiotowości.

Kmdr ppor. Damian Przybysz jest starszym oficerem flagowym w dowództwie 3 Flotylli Okrętów. „Pochodzę z wojskowej rodziny. Mój ojciec jest chorążym, służy w Darłowie, w bazie lotnictwa marynarki wojennej. A ja dorastałem w jej sąsiedztwie, po części w samej bazie”, wspomina. Jako dziecko zaliczał praktycznie wszystkie imprezy organizowane przez jednostkę, chodził na wojskową pływalnię, zajęcia karate, siatkówki. Mnóstwo czasu spędzał w towarzystwie rówieśników – podobnie jak on, dzieci żołnierzy. Inaczej być nie mogło, skoro mieszkał w „wojskowym” bloku. Decyzję o włożeniu munduru podjął jeszcze w liceum. Najpierw myślał o lotnictwie, ostatecznie stanęło na marynarce; tak czy inaczej, armia była dla niego oczywistym wyborem.

„Od zawsze szukałam drogi, która miałaby sens i pozwoliła robić coś ważnego dla innych”, opowiada por. Magdalena Trzebińska-Gawin, oficer prasowy 6 Brygady Powietrznodesantowej. „Przed rozpoczęciem służby studiowałam na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie, ale gdy pojawiła się szansa związania swojej przyszłości z Brygadą, wiedziałam, że to jest miejsce dla mnie. To była świadoma decyzja i nigdy jej nie żałowałam”, zapewnia nasza rozmówczyni.

Z danych Sztabu Generalnego Wojska Polskiego wynika, że na koniec czerwca 2026 roku w Siłach Zbrojnych RP służyło ponad 220 tys. żołnierzy – 27,4 tys. oficerów, 73,9 podoficerów oraz 119 tys. szeregowych. Blisko 38 tys. z nich – 17% – stanowiły kobiety. Miażdżąca większość wszystkich mundurowych – 155 tys. – pełniła zawodową służbę wojskową, niemal 39 tys. terytorialną. Ponad 14 tys. osób odbywało właśnie dobrowolną zasadniczą służbę wojskową. Na początku 2026 roku – kiedy w szeregach armii pozostawało 217 tys. osób – średni wiek żołnierza wynosił 34,1 roku (w przypadku kobiet były to 33 lata, mężczyzn 35,2 roku). Oznacza to, że przeciętny mundurowy urodził się już w wolnej Polsce, dorastał w kraju należącym do NATO, a do wojska trafił po zawieszeniu obowiązkowej służby wojskowej. „Nie zna armii z poboru ani wojska sprzed akcesji Polski do NATO. Mundur nie był dla niego obowiązkiem, lecz świadomym wyborem. Należy do pokolenia żołnierzy, dla których zawodowa służba i funkcjonowanie według standardów NATO nie są celem reform, lecz naturalnym i jedynym znanym środowiskiem”, konkluduje dr Marcin Sińczuch, socjolog, zastępca kierownika Wojskowego Biura Badań Społecznych, które jest komórką wewnętrzną Wojskowego Centrum Edukacji Obywatelskiej.

Zrozumieć rozkaz

To poczucie naturalności nie ogranicza się do procedur czy standardów szkolenia. Jeszcze kilkanaście lat temu polscy żołnierze często wyjeżdżali na manewry z sojusznikami z poczuciem, że mają się od kogo uczyć i co nadrabiać. Dziś taka perspektywa – za sprawą nabytego doświadczenia oraz ogromnej skali prowadzonej od kilku lat modernizacji – w dużej mierze zniknęła. „Nasi żołnierze nie mają już kompleksów wobec kolegów z armii NATO”, przekonuje ppłk dr Artur Zielichowski, kierownik Zakładu Teorii Przywództwa Akademii Wojsk Lądowych we Wrocławiu. „Nie wstydzą się ani swojego wyszkolenia, ani wyposażenia. Wiedzą, że są partnerami, a nie ubogimi krewnymi z Europy Wschodniej”.

Ale zmiana jest znacznie głębsza, bo inny jest sam człowiek noszący mundur. To skutek procesów społeczno-demograficznych, napędzanych przez milenialsów – osoby urodzone między 1981 a 1996 rokiem – oraz pokolenie Z, które na świat przyszło w latach 1997–2012. Zwłaszcza ci drudzy, tzw. zetki, mają w sobie potrzebę redefinicji zasad rządzących życiem społecznym. „A armia pozostaje wiernym odbiciem społeczeństwa”, zauważa Joanna Łatacz, kierownik WBBS. „To truizm, ale o tyle ważny, że zmiany następujące w społeczeństwie, zachodzą też w wojsku”.

Tych zmian jest sporo, na początek warto wspomnieć o jednej, dotykającej fundamentalnej dla sił zbrojnych kwestii – rozkazu. Wbrew obiegowym opiniom, współczesny żołnierz nie ma problemu z dyscypliną czy wykonywaniem poleceń. „Istota zmiany kryje się nie w samym rozkazie, lecz w tym, co go poprzedza”, tłumaczy dr Sińczuch. „Coraz więcej żołnierzy oczekuje, że przed podjęciem decyzji dowódca wysłucha opinii podwładnych, pozwoli im przedstawić argumenty i wspólnie przeanalizować możliwe rozwiązania. Dopiero później zapada decyzja, która – jako rozkaz – pozostaje bezdyskusyjna i podlega wykonaniu”. To samo zjawisko dostrzega ppłk Zielichowski. „Młodsi żołnierze nie oczekują zniesienia rygorów”, przekonuje. „Chcą natomiast rozumieć sens zadań. Kiedy wiedzą, czemu służy rozkaz i jaki cel ma przynieść, angażują się w jego realizację z pełnym przekonaniem”. Zmienia się więc nie istota dowodzenia, lecz sposób budowania autorytetu dowódcy – coraz częściej opartego na kompetencjach, komunikacji i zaufaniu, a nie wyłącznie na stopniu wojskowym.

Znaczenie rodziny

Według danych SG WP z początku 2026 roku, niemal co drugi żołnierz (47%) pozostaje w związku małżeńskim, a 44% wychowuje co najmniej jedno dziecko. W rodzinach wojskowych dorasta dziś niemal 170 tys. dzieci, przy czym blisko 6% żołnierzy ma troje lub więcej potomstwa, a 459 wojskowych co najmniej pięcioro dzieci. Ów rodzinny kontekst nie pozostaje bez wpływu na sposób funkcjonowania armii. Jeszcze dwie–trzy dekady temu od żołnierza oczekiwano, że podporządkuje wojsku właściwie całe swoje życie. Kolejne przeniesienia i rozłąki z rodziną były naturalnym elementem wojskowej rzeczywistości. Dziś służba nadal wymaga tego rodzaju wyrzeczeń. „Zdarzają się długie szkolenia, ćwiczenia, kursy”, przyznaje por. Trzebińska-Gawin. „Trzeba dobrze organizować swój czas i doceniać każdą wspólną chwilę”, konkluduje.

Zarazem i tu zachodzą zmiany. „Na przestrzeni kilkunastu lat obserwujemy wzrost znaczenia rodziny w systemie wartości żołnierza”, relacjonuje Joanna Łatacz. Kiedyś decyzja o przeniesieniu do innej jednostki była czymś oczywistym. Żołnierz akceptował jej skutki, a wraz z nim jego najbliżsi, co zwykle oznaczało dwa scenariusze – przenosiny całej rodziny bądź życie „na dwa domy”. Dziś wojskowi są bardziej asertywni – oczekują od armii, że ta uwzględni takie czynniki jak miejsce pracy współmałżonka, edukację dzieci czy możliwość pozostania blisko rodzinnego domu. Negocjują swoje przenosiny, a czasami potrafią zrezygnować ze służby, gdy ich zabiegi nie przynoszą skutku. „Współczesna armia – podobnie jak inni pracodawcy – musi brać pod uwagę życie swojego personelu poza miejscem pracy”, mówi kierownik WBBS.

Znaczenie rodziny wybrzmiewa z opowieści innych naszych rozmówców. Mateusz, podoficer z 16 Brygady Zmotoryzowanej [nie podajemy nazwisk żołnierzy na prośbę jednostki], mówi o tym tak: „Przez osiem lat służyłem w Braniewie i tam się przeniosłem. Kiedy powstała jednostka w Wielbarku, od razu się do niej zgłosiłem, bo mogłem wrócić w rodzinne strony. Teraz już nie muszę mieszkać dwieście kilometrów od domu. To dla mnie duży komfort – mam pół godziny do pracy i pół godziny z powrotem”. Jego imiennik, szeregowy z 15 Brygady Zmechanizowanej, ma podobne refleksje. „Wojsko dało mi stabilizację”, podkreśla. „To okazało się bardzo ważne, kiedy musiałem pogodzić życie zawodowe z obowiązkami wobec syna wymagającego szczególnej opieki. Po służbie wracam do domu i mam czas dla dziecka”.

Niewykluczające się motywacje

Gdzie w tym wszystkim patriotyzm? Nie za dużo pragmatyzmu? „Patriotyzm i pragmatyzm nie wykluczają się, lecz wzajemnie uzupełniają”, twierdzi Joanna Łatacz. Jak pokazują badania WBBS, współczesny żołnierz najczęściej wymienia kilka motywów podjęcia służby jednocześnie. Chce wykonywać pracę ważną dla państwa i służyć społeczeństwu, ale ceni sobie również stabilność zatrudnienia i uposażenie pozwalające na utrzymanie rodziny. Ppłk dr Artur Zielichowski zwraca uwagę, że motywacje prowadzące do włożenia munduru nie muszą być tożsame z tymi, które pozwalają wytrwać w służbie przez kolejne lata. „Kandydatów przyciągają możliwość wykonywania ciekawej pracy, stabilne zatrudnienie, perspektywa rozwoju i poczucie celu. Ale w momencie zwątpienia, w sytuacjach trudnych, pieniądze przestają być istotnym motywatorem. Tylko motywacja ideologiczna i egzystencjalna pozwalają pojechać na kolejne ćwiczenie, znowu znosić rozłąkę z rodziną”, podkreśla wykładowca AWL.

Nie każdy więc może być żołnierzem na dobre i na złe – co widać również w statystykach. W 2025 roku 94,5% żołnierzy zawodowych pozostało w służbie – i był to najwyższy poziom retencji od początku XXI wieku. Ale spośród blisko 7,8 tys. tych, którzy w tamtym czasie pożegnali się z mundurem, 46% nie nabyło jeszcze uprawnień emerytalnych. Co więcej, znacząca część decyzji o odejściu zapadła w ciągu pierwszych pięciu lat służby. Innymi słowy, armię przedwcześnie opuściło kilka tysięcy wyszkolonych żołnierzy, niektórzy z nich mogliby nosić mundur jeszcze przez wiele lat. „Pozostaje to przedmiotem szczegółowych analiz oraz działań ukierunkowanych na wzmacnianie motywacji do długoterminowej służby”, tak do sprawy odniósł się Sztab Generalny WP.

Co mogłoby wzmocnić motywacje żołnierzy? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który stworzyłem we współpracy z redakcyjnymi kolegami Łukaszem Zalesińskim i Jakubem Zagalskim. Został on opublikowany w sierpniowym numerze miesięcznika „Polska Zbrojna” – jako materiał czołówkowy. W magazynie są także dwa inne moje artykuły – zachęcam do ich lektury. „Papier” jest nadal w sprzedaży, cyfrową wersję magazynu znajdziecie pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Żołnierze 16 DZ podczas służby na wschodniej granicy/fot. 16DZ

Rekruci

O wpływie kryzysu demograficznego na możliwości obronne państwa, rozmawiam z dr Anetą Baranowską, socjolożką wojska z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego. Wywiad ukazał się w najnowszym numerze miesięcznika „Polska Zbrojna”. Poniżej jego obszerny fragment, całość znajdziecie w papierowej wersji magazynu. Zapraszam do lektury!

„(…) Jak kryzys demograficzny wpłynie na możliwości militarne Polski?

Chcielibyśmy w 2035 roku mieć 300-tysięczną armię, ale przy takiej demografii to pomysł trudny do zrealizowania. Z prostej przyczyny – kolejne roczniki są coraz mniej liczne. A przecież obok armii i innych instytucji publicznych mamy gospodarkę, która również potrzebuje dopływu świeżej krwi. O młodych, którzy wejdą na rynek pracy, trzeba będzie stoczyć ostrą bitwę.

Ostrzejszą niż teraz?

Dziś wojsko jest we względnie dobrej sytuacji jako pracodawca, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach i na wschodzie Polski. Ale na rynek pracy coraz liczniej wchodzi pokolenie Z, którego wartości i oczekiwania są częściowo rozbieżne z tym, co oferuje wojsko. Mam tu na myśli hierarchiczną strukturę, dyspozycyjność, częste zmiany miejsca zamieszkania. Wielu młodych nie chce w ten sposób pracować, więc armia będzie musiała wykazać się wielką elastycznością, by zdobyć ich zainteresowanie. To nie jest niemożliwe, ale na pewno trudne.

Równolegle konieczne staną się też inne działania, na przykład wydłużenie czasu trwania służby.

Amerykanie już od jakiegoś czasu prowadzą badania, by ustalić, do jakiego wieku można być wydajnym żołnierzem. Nasze wyobrażenia o tym, że po pięćdziesiątce nie da się już „zasuwać w polu” zapewne zostaną zweryfikowane. Ale oprócz dłuższej służby wojsko zostanie zmuszone do szukania innych rozwiązań. Na pewno do korzystania w coraz większym stopniu z nowych technologii – co już dziś widzimy w Ukrainie. Dronizacja i robotyzacja pola walki będzie tylko postępować. Szerokie zastosowanie autonomicznych systemów i sztucznej inteligencji pozwoli częściowo zniwelować problemy wynikające z demografii, ale na końcu i tak potrzebny będzie człowiek.

To może powinniśmy rozważyć budowanie formacji zaciężnych, w których nie służyliby obywatele RP, a cudzoziemcy z obcymi paszportami?

Przyznam, że się nad tym zastanawiałam. I przekonał mnie argument gen. Rajmunda Andrzejczaka, na „nie”. Były szef sztabu podkreślał kwestię kompetencji językowych, bez których nie ma mowy o sprawnym działaniu. A ilu znajdziemy cudzoziemców odpowiednio dobrze władających polskim i chcących służyć w takich jednostkach?

(…)

Może zatem wojsko powinno szerzej otworzyć bramy koszar dla kobiet?

Ale one są otwarte. Kobiety stanowią dziś niemal piątą część personelu sił zbrojnych, w WOT nawet czwartą. Jesteśmy armii niezbędne, realizujemy mnóstwo ważnych zadań i mogę sobie wyobrazić, że będzie nas w mundurach więcej. Ale nie zapominajmy o cechach fizycznych, które sprawiają, że nie jesteśmy w stanie równie efektywnie wykonywać części zadań. Oczywiście znam sporo żołnierek sprawniejszych i silniejszych od niejednego żołnierza, ale nie łudźmy się, że kobiety zastąpią mężczyzn jedna do jednego.

Czyli nie mamy wyjścia i wracamy do służby obowiązkowej?

To mogłoby być jakieś rozwiązanie, pod warunkiem, że szkolenie nie wyglądałoby jak w PRL-u. Gdy dziś rozmawia się z młodymi ludźmi o służbie obowiązkowej, to oni częściej są na „nie”. Nie z zasady, ale dlatego, że panuje pośród nich przekonanie o nudnej i nieefektywnej służbie. Mówią o „betonie”, „fali” i nicnierobieniu; nie chcą tego dla siebie, szkoda im czasu. Pokolenie Z musi się realizować, stawać przed wyzwaniami, zdobywać dodatkowe kompetencje, w tym przypadku takie, które byłyby przydatne także poza wojskiem.

(…)

Z naszej dotychczasowej rozmowy wynika, że bezpieczeństwo Polski w istotnej mierze zależy od tego, czy uda nam się rozwiązać problem niskiej dzietności.

Obecny współczynnik dzietności – 1,1 – jest najniższym od czasów II wojny światowej. By zapewnić zastępowalność pokoleń, musi być na poziomie 2,1. To jest skala naszego dramatu. Oczywiście w obiegu jest mnóstwo mniej lub bardziej uprawnionych wyjaśnień spadku dzietności, ale jeśli chcemy solidnych odpowiedzi, na podstawie których zaplanujemy sensowną politykę społeczną, potrzebujemy pogłębionej diagnozy społecznej.

Co już wiemy na pewno?

Że młodzi decydują się na dzieci po spełnieniu co najmniej trzech warunków. Pierwszy to bycie w związku, który daje poczucie bezpieczeństwa. Drugi – posiadanie mieszkania. Trzeci – stałej pracy. Zaspokojenie tych potrzeb może sprawić, że dzietność wzrośnie.

Państwo może pomóc w zakupie pierwszego mieszkania, częściowo regulować rynek pracy, ale problem z nawiązywaniem stałych relacji przez młodych ludzi wykracza poza jego kompetencje.

Ta trudność w budowaniu stałych związków w dużej mierze wynika z tego, że młodzi są zanurzeni w rzeczywistości wirtualnej. Trzeba ich odkleić od smartfonów. Mam tu na myśli na przykład administracyjne ograniczenia dla najmłodszych w dostępie do mediów społecznościowych. Z drugiej strony nie możemy wszystkiego zwalać na państwo. Przyjrzyjmy się współczesnej rodzinie. Badania pokazują, że statystyczny ojciec spędza pół godziny dziennie na bezpośredniej rozmowie czy zabawie z dzieckiem. Jak ono ma się uspołeczniać, gdy na tym podstawowym poziomie brakuje mu przestrzeni do okazywania emocji?

Czyli problem naszej demografii w taki czy inny sposób ogniskuje się wokół domu?

W dużej mierze w domu w znaczeniu dosłownym. Konkludując, możemy zaryzykować takie stwierdzenie: będą mieszkania, będą dzieci, będą też rekruci.

Dr Aneta Baranowska jest adiunktem w Katedrze Polityki Bezpieczeństwa Wydziału Nauk o Polityce i Administracji Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Specjalizuje się w socjologii wojska i wojny, obszar jej zainteresowań badawczych obejmuje również demografię społeczną, politykę społeczną i politykę bezpieczeństwa.

—–

Szanowni, gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełna oferta pod tym linkiem.

Nz. Żołnierz 6 Brygady Powietrznodesantowej, zdjęcie ilustracyjne/fot. 6BDP

Pokolenie

W wiek dorosły coraz liczniej wkracza pokolenie, którego oczekiwania i wartości odbiegają od dotychczas uznawanych norm. To wyzwanie dla wielu instytucji, także dla armii. Stawką jest nie tylko dopływ świeżej krwi, lecz także unikatowe kompetencje młodych ludzi.

Media co rusz przekonują, że Polacy, zwłaszcza młodzi, są raczej sceptycznie nastawieni do obowiązku służby wojskowej. I niezbyt chętni do obrony Polski, gdyby wybuchła wojna. Specyfika pokolenia Z, nazywanego generacją egoistów? A może stawiamy złe pytania, a młodzież nie kwestionuje powinności, tylko nie widzi siebie w tradycyjnych rolach? Może czas budować większą świadomość obronną obywateli i system powszechnej obrony, w którym każdy znajdzie miejsce dla siebie?

—–

Zacznijmy od ustalenia, czym jest pokolenie Z. Przyjmuje się, że to osoby urodzone między 1995 a 2012 rokiem. Dr Anna Chabasińska z Wydziału Prawa i Bezpieczeństwa Akademii im. Jakuba z Paradyża w Gorzowie Wielkopolskim nazywa je: „pierwszym globalnym pokoleniem uformowanym przez technologię”. „Zetki są w tej technologicznej zupie zatopione”, potwierdza gen. Rajmund Andrzejczak, były szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. To za jego kadencji wojsko zaczęło uważniej przyglądać się generacji Z. „Tak mocno żyją w świecie wirtualnym, że zaniedbują część kompetencji niezbędnych do funkcjonowania w realnej rzeczywistości. Mają problemy z budowaniem relacji i nienajlepszą kondycję fizyczną”, dodaje gen. Andrzejczak.

„Pokolenie Z żyje w świecie dramatycznych zmian: klimatycznych, kulturowych, związanych z bezpieczeństwem”, kontynuuje opis dr Chabasińska. „Akceptuje taki stan, bo innego świata nie zna. Ale ma to swoje konsekwencje, bo skoro wszystko jest na chwilę i może się zmienić, skoro technologia skraca dystans, zetki potrzebują szybkiej informacji zwrotnej. Nie można ich pozbawić reakcji na działanie, bez tego tracą zainteresowanie, odchodzą. W relacjach zawodowych i w dużych zespołach to trudny do spełnienia wymóg. Szczególnie że zetki chcą przywództwa służebnego, w którym lider nie tylko chwali i gani osobiście, ale generalnie stawia dobro i rozwój podwładnych na pierwszym miejscu”.

Owo „ja” nad „my” ma też inne oblicze. „Dla młodych z generacji Z takie wartości jak solidarność czy sprawiedliwość są ważne, ale ważny jest też święty spokój”, twierdzi Anna Chabasińska. „Jako dobro deficytowe cenią sobie stałość, niezmienność, co dotyczy także mobilności. Zetki oczekują pracy w miejscu zamieszkania, nie chcą wyjeżdżać czy dojeżdżać. I obsesyjnie dbają o zachowanie balansu między życiem zawodowym a prywatnym. Starsi postrzegają to jako wygodnictwo czy wręcz lenistwo”. Co jeszcze? Zetki nie mają tradycyjnie pojmowanych autorytetów. Bohaterowie narodowi nie są dla nich żadnym wzorcem. Młodzi z pokolenia Z wzorują się na tych, którzy są do nich podobni, zwykle na rówieśnikach.

„To najlepiej wykształcone pokolenie w historii Polski”, dodaje gen. Andrzejczak. „I pierwsze, w którym odsetek osób z wykształceniem wyższym jest większy u kobiet – 51%, niż u mężczyzn – 30%”, podkreśla były szef SGWP. To z jego inspiracji w Centrum Doktryn i Szkolenia Sił Zbrojnych uruchomiono projekt badawczy, którego celem było poznanie postaw i wartości zetek. Upubliczniony w marcu 2025 roku raport napawa optymizmem, wszak ponad dwie trzecie ankietowanych wyraziło chęć zaangażowania się – bezpośrednio lub pośrednio – w wysiłek obronny państwa. 48% ankietowanych w wieku 18–25 lat zgłosiłoby się do armii, by wziąć udział w walce. Niemal co piąty (19%) działałby w organizacjach charytatywnych i humanitarnych. 26% młodych zadeklarowało chęć wyjechania z kraju.

Lecz projekt CDiS SZ był zaledwie wstępem do pogłębionych badań i objął specyficzną próbę – głównie uczniów klas mundurowych. Trudno więc pozyskane wyniki uogólniać na całą generację Z. „Przygotowujemy badania w skali ogólnopolskiej, z wielotysięczną, reprezentatywną próbą”, zapewnia gen. bryg. Rafał Miernik, szef Zarządu Szkolenia SGWP. „Poprowadzi je Centrum Doktryn i Szkolenia, przy wsparciu cywilnych ekspertów, oczywiście odbędą się one we współpracy z ministerstwem edukacji i kuratoriami. Ruszą we wrześniu”, zapowiada Miernik.

—–

Tymczasem odwołajmy się do innych ustaleń. W 2024 roku Centrum Badania Opinii Publicznej (CBOS) opublikowało raport pt. „Gotowość do obrony kraju”. Respondentów poproszono o wskazanie, jakie byłyby ich zachowania w sytuacji napaści na Polskę. Pytania dotyczące konkretnych postaw zadawano rozłącznie – wybór jednej z opcji nie wykluczał możliwości wyboru pozostałych. I tak aż 55% narażając własne życie, brałoby udział w obronie kraju, podejmując walkę zbrojną z napastnikiem, na przykład służąc w siłach zbrojnych lub uczestnicząc w zbrojnym ruchu oporu. 72% narażając własne życie, brałoby udział w obronie kraju bez podejmowania walki zbrojnej z napastnikiem, na przykład poprzez zaangażowanie w akcje ratownicze na terenach objętych walkami. 85% bez ryzykowania dla własnego życia i bez podejmowania walki zbrojnej wspierałoby obronę, na przykład w różnych formach pomocy poza obszarem walk. Co czwarty badany przyznał, że w takiej sytuacji starałby się jak najszybciej wyjechać z Polski. Co istotne, gotowość do otwartej walki wyraźnie jest związana z wiekiem, a największą skłonność do udziału w zbrojnej konfrontacji wyrażały osoby między 45. a 64. rokiem życia (67%). Jedyną grupą, w której większość (56%) stanowili deklarujący, że nie podjęliby się tego zadania, były osoby w wieku 25–34 lata – skłonnych do udziału w walce zbrojnej w obronie ojczyzny było w tej grupie tylko 38% badanych.

We wnioskach z raportu CBOS czytamy również, że największe poparcie zyskała zawodowa służba wojskowa – jej zwolennikami okazało się 92% badanych. Na drugim miejscu znalazła się dobrowolna zasadnicza służba wojskowa z wynikiem 90%. Co ciekawe, znacznie więcej zwolenników niż przeciwników uzyskała obowiązkowa zasadnicza służba wojskowa dla mężczyzn w okresie pokoju (52% wobec 44%). Ale wśród najmłodszych respondentów dominowali jej przeciwnicy – 59% w grupie wiekowej 18–24 lata i 50% wśród osób w wieku 25–34 lata. Najwięcej zwolenników było wśród respondentów w wieku 65+ (61% w tej grupie).

„W publicznej debacie obowiązek obrony definiowany jest w kategoriach wojskowocentrycznych”, zauważa dr Weronika Grzebalska z Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk. „Podkreślana jest dostępność różnorodnych form służby w siłach zbrojnych, z bronią w ręku. Na to nakłada się specyficzny rys kulturowy, hołubiący ideę umierania, znów z bronią w ręku, za ojczyznę. W efekcie młodych, którzy żyją w świecie nieco innych wartości, stawia się przed alternatywą: albo zostanę żołnierzem i najprawdopodobniej polegnę na froncie, albo nie zrobię nic, ale przeżyję”. Tymczasem uwarunkowania geopolityczne wymuszają na Polsce budowanie systemu powszechnej obrony, obejmującego nie tylko silną armię, ale też liczną i wydajną obronę cywilną. „Nie każdy nadaje się do zabijania, co nie oznacza przecież, że jest nieprzydatny w systemie obrony”, przekonuje Grzebalska. „Gdy w Polsce zbudujemy już obronę cywilną z prawdziwego zdarzenia, więcej osób będzie miało pojęcie, co powinno zrobić w sytuacji zagrożenia. Dziś często to niewiedza i brak kompetencji skutkują wycofaniem, automatycznym »nie« dla poważnych zobowiązań. A jest na czym budować i system powszechnej obrony, i świadomość proobronną. Z bronią w ręku chce walczyć zdecydowana mniejszość, dość jednak liczna, by stworzyć armię zdolną odeprzeć atak rosji. Co więcej, notujemy bardzo wysoki odsetek deklaracji dotyczących działań cywilnych”, socjolożka ma na myśli cytowane badania CBOS, gdzie aż 85% ankietowanych zadeklarowało wsparcie obrony poza bezpośrednim obszarem walk (93% w najmłodszej grupie wiekowej 18–24).

—–

Niezależnie od tego, jak istotne jest zaplecze, to wojsko i jego potrzeby rozbudowy, także rezerw, mają w wysiłku obronnym państwa kluczowe znaczenie. „W sztabie generalnym patrzymy na to długofalowo i widzimy, że problemy demograficzne nakładają się na zmiany pokoleniowe”, mówi gen. Rafał Miernik. „Z jednej strony mamy spadającą dzietność i wizję narodu do 2060 roku mniejszego o 9 mln, z drugiej młodzież, która sądzi, że zawodowa służba wojskowa załatwi problemy związane z bezpieczeństwem. A przecież zewnętrznych zagrożeń nie ubywa, przeciwnie. Zadaniem starszych pokoleń jest to młodym uświadomić, przygotować ich. Nie ma sensu się na nich obrażać”, apeluje szef Zarządu Szkolenia SG WP.

Miernik mówi o koncepcji międzypokoleniowego mostu, za czym kryje się stworzenie takich warunków służby, które byłyby atrakcyjne dla generacji Z i jej następców. Stąd konieczność pogłębionych badań zetek, przy czym nie chodzi w nich o odkrywanie koła – wszak fenomen pokolenia Z doczekał się już wielu opracowań socjologicznych – ale o gruntowne rozpoznanie potrzeb i oczekiwań młodych Polaków w odniesieniu do armii, państwa i obywatelskich powinności.

„Interesują nas na przykład regionalne zróżnicowania”, przyznaje generał, zapowiadając, że na podstawie takich danych możliwe będzie projektowanie form służby pod konkretne województwa. „Już dziś wiemy, że wschód Polski jest bardziej wdzięcznym miejscem do rekrutacji, ale nie chcemy odpuszczać żadnego województwa”, zapewnia Miernik.

Trudno przewidywać wyniki badań, które przeprowadzi Centrum Doktryn, ale warto wskazać na doświadczenia z innych krajów. Dr Anna Chabasińska – członkini zespołu, który wziął pod lupę rodzime zetki – przywołuje przykład z USA. Gdy przyjrzano się rekrutacji do marynarki wojennej prowadzonej w stanie Kalifornia, okazało się, że młodzi bardzo liczą się z opiniami rodziców. To właśnie oni bardzo często stali za decyzjami dzieci o wstąpieniu do US Navy. „Gdyby z naszych badań wyszła taka zależność, rekomendowałabym oddziaływanie komunikacyjne na rodziców”, mówi Chabasińska, mając na myśli kampanie rekrutacyjne.

Wspomniane badania potrwają około roku, ale niezależnie od ich wyników trudno wyobrazić sobie armię, która nie byłoby strukturą hierarchiczną, wymagającą dużej dyspozycyjności. Jak ów wymóg pogodzić z oczekiwaniami zetek?

O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w miesięczniku „Polska Zbrojna”. Jego elektroniczną wersję znajdziecie pod tym linkiem.

—–

Szanowni, gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewick, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia – Jarkowi Rycykowi oraz Agacie Lenard.

To dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełna oferta pod tym linkiem.

Nz. Żołnierze 6 Brygady Powietrznodesantowej, zdjęcie ilustracyjne/fot. 6BDP

„Zetki”

„Czy ‘zetki’ nas obronią?”, zastanawiały się kilka dni temu media. Temat wjechał na tapet za sprawą Centrum Doktryn i Szkolenia Sił Zbrojnych (CDiS SZ), które przyjrzało się postawom i wartościom pokolenia „Z”, istotnym w kontekście rekrutacji i służby wojskowej. CDiS SZ prowadziło badania przez dwa lata (2023-2024), niedawno opublikowało raport końcowy – i to on stanowił źródło medialnych dociekań.

No więc „czy ‘zetki’ nas obronią?” – moim zdaniem, to nie jest właściwie postawione pytanie. Zakłada bowiem, że obowiązek obrony spoczywa wyłącznie na młodych, a to jest oczywista nieprawda. Jest sytuacją za wszech miar pożądaną, by do służby wojskowej zgłaszali się przede wszystkim 20-parolatkowie, ale taki stan rzeczy dotyczy armii czasu pokoju. W przypadku pełnoskalowej wojny i powszechnej mobilizacji „w kamasze” pójdzie kilkadziesiąt roczników. Spójrzmy na Ukrainę, gdzie średni wiek żołnierza przekracza 40 lat, gdzie dolny próg obowiązkowej mobilizacji ustanowiono najpierw na poziomie 27., a potem 25. roku życia. Wielokrotnie pisałem, że chodzi tu o potrzebę zachowania najcenniejszego rezerwuaru ludnościowego, nie będę zatem rozwijał wątku. Warto wszak podkreślić, że ta sama zależność dotyczyłaby i Polski, również mierzącej się z deficytem demograficznym.

A mamy w tym zakresie jeszcze polską specyfikę. 16 lat temu przeszliśmy na model niedużej, zawodowej armii i zawiesiliśmy zasadniczą służbę wojskową (ZSW). To oznacza, że najmłodsi absolwenci ZSW mają dziś 37 lat. A musimy pamiętać, że w ostatnich latach obowiązkowej służby do wojska szedł niewielki odsetek męskiej populacji, że masowe szkolenia ustały w latach 90. Stąd bierze się mediana polskiego rezerwisty, która wynosi obecnie… 50 lat. Dopiero powrót do masowych szkoleń sprawi, że ta zacznie się obniżać. Na dziś, gdyby doszło do wojny, w pierwszym rzucie wystawilibyśmy do walki zawodowe wojsko – a mediana żołnierza w służbie czynnej to prawie 40 lat – zaś mobilizacja najpierw objęłaby przede wszystkim wyszkolonych rezerwistów, czyli panów w mocno średnim wieku.

Czy pojawiliby się też młodsi ochotnicy? Z badań Centrum Doktryn i Szkolenia Sił Zbrojnych wynika, że tak. Gdyby wybuchła wojna, 48 proc. Polaków w wieku 18-25 lat zgłosiłaby się do wojska, by wziąć czyny udział w konflikcie. Co czwarty młody (26 proc.) deklaruje w takiej sytuacji chęć wyjechania z kraju. Co piąty (19 proc.) udzielałby się w organizacjach charytatywnych i humanitarnych.

Czy to są dobre wyniki? Niezłe. A tym, którzy na widok tych cyfr popadają w czarnowidztwo, polecam garść statystyk z Ukrainy. W połowie grudnia 2021 roku Kijowski Międzynarodowy Instytut Socjologii opublikował wyniki badań, z których wynikało, że 55 proc. Ukraińców jest gotowych stawić opór w wypadku rosyjskiej agresji. Z czego 33 proc. z bronią w ręku, a 22 proc. uczestnicząc w akcjach obywatelskiego sprzeciwu. Reszta albo nie zrobiłaby nic, albo uciekła w bezpieczniejsze rejony kraju lub wyjechała za granicę. Co się wydarzyło później, wiemy – przez pierwsze miesiące „pełnoskalówki” Ukraina miała nadmiar ochotników, z których większość stanowili mężczyźni w wieku 20-35 lat. Potem – na skutek przedłużającej się wojny i wysokich strat – entuzjazm przygasł, a z czasem mieliśmy do czynienia z poważnym kryzysem mobilizacyjnym. Dziś jednak problem niedostatku „siły żywej” można uznać za rozwiązany, choć – gwoli rzetelności – odtwarzanie stanów osobowych ZSU odbywa się głównie poprzez pobór, nie ochotniczy zaciąg. W Polsce zapewne mielibyśmy do czynienia z podobną sytuacją – falującym entuzjazmem i finalną koniecznością oparcia się o przymus (poboru).

—–

Wróćmy jednak do pokolenia „Z” i wspomnianych badań CDiS SZ. Piszę o nich więcej w tekście dla „Polski Zbrojnej” (oto link do tego materiału), na użytek tego wpisu chciałbym zacytować garść ciekawych danych. Seria pytań wprost związana z rekrutacją do sił zbrojnych zaczęła się od zachęt do służby. W ocenie młodych, najważniejsze w tym kontekście jest stałe zwiększanie wysokości wynagrodzeń (27 proc. odpowiedzi), możliwość pełnienia służby w pobliżu miejsca zamieszkania (25 proc.), perspektywa rozwoju indywidualnego (20 proc.) oraz dodatkowe przywileje (20 proc.). Na pytanie o to, czy byliby gotowi do przeprowadzki w razie podjęcia służby w armii (lub innej służbie mundurowej), „nie” odparło 57 proc. ankietowanych. Odpowiedzi na „tak” stanowiły 41 proc. całości. Poproszeni o wskazanie czynników zniechęcających do służby w armii badani wymienili: ciągłą dyspozycyjność (29 proc.), częstą zmianę miejsca zamieszkania (21 proc.) oraz hierarchiczną strukturę organizacyjną wojska (14 proc.).

Przedmiotem kolejnego pytania była motywacja kandydatów do służby w wojsku. Zdaniem ankietowanych, ochotników zachęca głównie: stabilność finansowa (24 proc.), możliwość uzyskania wcześniejszych praw emerytalnych (19 proc.) i możliwość rozwoju indywidualnego (11 proc.).

W kontekście ewentualnego wstąpienia do służby wojskowej, biorący udział w badaniu, w swojej subiektywnej ocenie uważają się za: sprawnych fizycznie (23 proc.), zdyscyplinowanych i lojalnych (19 proc.), zdolnych do działania pod presją czasu (12 proc.) i posiadających cechy przywódcze (11 proc.). 57 proc. przedstawicieli pokolenia „Z” sądzi, że regularne ćwiczenia wojskowe powinny dotyczyć wszystkich obywateli, 29 proc. ma na ten temat odmienne zdanie.

—–

Co te wyniki mówią nam o młodych Polakach i ich gotowości do służby? Jak armia winna się do tego ustosunkować? Przedstawiciele pokolenia „Z” cenią sobie indywidualizm, rozwój osobisty, elastyczność, tzw. work-life balance. Tradycyjne wartości wojskowe, jak hierarchia, dyscyplina i bezwzględne podporządkowanie, są dla nich mniej atrakcyjne.

– Zaskoczyła mnie potrzeba bliskości miejsca zamieszania, bo to ostro kontrastuje z wizerunkiem młodych jako mobilnych, często wręcz niezakorzenionych – przyznaje ppłk Arkadiusz Czaplewski z CDiS SZ, jeden ze współautorów badania. – A zarazem trudno mi wyobrazić sobie wojsko, które nie byłoby strukturą hierarchiczną, wymagającą dużej dyspozycyjności. Dlatego w strategiach rekrutacyjnych trzeba podkreślać inne atuty służby, jej unikatowość. Podbijajmy fakt, że wojsko się zmienia, kupuje mnóstwo nowoczesnej broni – radzi oficer, zwracając uwagę na łatwość w przyswajaniu nowinek, jaka cechuje młodych Polaków (co również wynika z badań, a o czym więcej w tekście dla „PZ”).

Przedstawiciele generacji „Z” cenią sobie organizacje, które promują elastyczne godziny pracy i pracę zdalną. Stąd konieczność położenia nacisku na promowanie takich modeli służby jak Wojska Obrony Terytorialnej, Dobrowolna Zasadnicza Służba Wojskowa, ale też rozmaitych działań podejmowanych przez resort obrony w zakresie edukacji wojskowej i proobronnej (jak program „Trenuj z wojskiem”).

W strategiach rekrutacyjnych uwzględniających cechy pokolenia „Z”, koniecznym jest prezentowanie wojska jako miejsca, gdzie tradycyjna hierarchia nie wyklucza otwartości na dialog, kreatywności, inicjatywy czy współpracy. No i w ostatecznym rozrachunku wojsko takie musi być – z czym w rzeczywistości bywa różnie i co stanowi poważne wyzwanie na przyszłość.

– Z naszych badań wynika, że młodzi są gotowi podporządkować się jasnym regułom. Że potrafią działać wspólnie, jeśli widzą sens. Że są tolerancyjni wobec różnorodności kulturowej, religijnej i społecznej, co sprzyja budowaniu zespołów opartych na wzajemnym zaufaniu – wylicza ppłk Czaplewski i dodaje jeszcze jedną istotną cechę – wyższy od poprzednich pokoleń wskaźnik kompetencji w zakresie znajomości języków obcych. – Młodzież ma mnóstwo atutów, z których armia może czerpać garściami – konkluduje oficer.

—–

Na dziś to tyle. Do tematyki ściśle ukraińskiej wrócę jutro. Zachęcam Was do wsparcia mojego ukraińskiego raportu, który w znaczniej mierze powstaje dzięki Wam – Waszym subskrypcjom i „kawom”. Piszę ostatnio rzadziej, gdyż coraz trudniej zbilansować ów projekt (a to naprawdę angażująca praca). No ale ufam, że sprawy się naprostują.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Adamowi Andrzejowi Jaworskiemu i Arkadiuszowi Wiśniewskiemu (za „wiadro kawy”!) oraz Małgorzacie Łukaszewskiej.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.