„Pacyfik”

Weekend, więc będzie dziś nieco lżej – choć nie do końca. Zresztą sami oceńcie.

Kilka dni temu – po panelu, w którym brałem udział – podszedł do mnie mężczyzna deklarujący się jako stały czytelnik i obserwator. „Widziałem w pańskich relacjach, że kilka miesięcy temu ponownie oglądał pan ‘Pacyfik’, a niedawno ‘Kompanię braci’”, zaczął. „Ja jestem fanem tego drugiego serialu, a pan to ‘team Pacyfik’ czy ‘team Kompania’?”, zapytał.

„Oczywiście, że ‘team Pacyfik’”, odparłem z przekonaniem.

„Hmm”, zafrasował się mój rozmówca. „Nie sądziłem, że wskaże pan opowieść o egzotycznej wojnie”, przyznał.

Cóż, po prawdzie to mój wybór nie był od razu oczywisty – nie wystarczyło mi pojedyncze obejrzenie każdej z serii. Minęło kilka lat, nim doszło do sytuacji, w której – chcąc odświeżyć sobie oba filmy – najpierw sięgałem po ten opowiadający o pacyficznych zmaganiach Amerykanów i Japończyków. Historia „amerykańsko-niemiecka” – jakkolwiek geograficznie, kulturowo i mentalnie bliższa – nie grzała mnie aż tak bardzo.

Żeby nie było wątpliwości – oba seriale są znakomite. Po ćwierć wieku od premiery „Kompanii…” i 16 latach od ukazania się „Pacyfiku”, to wciąż niedoścignione wzorce batalistycznego widowiska. Skręconego „jak żywo”, jakby nie w konwencji fabuły a dokumentu. Nadal ogląda się je z dupą wbitą w fotel, a świadomość, że widzimy na ekranie losy prawdziwych ludzi tylko potęguje owo poczucie realizmu.

Nieodmiennie czapki z głów wobec ekip, które zrealizowały oba przedsięwzięcia.

Lecz jako się rzekło, „Pacyfik” jest dla mnie ciut wyżej. Zastanawiałem się, z czego to wynika, i doszedłem do wniosku, że chodzi o sympatie do głównych bohaterów. A źródłem tejże jest przekonanie, że chłopcy na Pacyfiku przeżyli więcej niż ci w Europie. Ich wojna była dużo bardziej intensywna, okrutniejsza, prowadzona w koszmarnych warunkach klimatycznych. Co widać przez wszystkie epizody obu seriali, a czego symbolicznym zwieńczeniem są ostatnie sekwencje ostatnich odcinków. Z nich bowiem dowiadujemy się, że weterani pacyficznej młócki żyli krócej o kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat, niż ich koledzy, którzy lądowali na naszym kontynencie.

Przypadek – mógłby rzec ktoś – nie sprowadzajmy doświadczeń pojedynczych osób do historii całej generacji. Czyżby?

Zacznijmy od charakteru samych walk. Na Pacyfiku Amerykanie mierzyli się z przeciwnikiem, dla którego kapitulacja była hańbą, a śmierć w boju – spełnieniem żołnierskiego obowiązku. Japończycy potrafili bronić beznadziejnych pozycji niemal do ostatniego człowieka, przeprowadzać samobójcze ataki, walczyć mimo odniesionych ran. Nie oznacza to, że żaden z nich nie składał broni, ale w porównaniu z frontem europejskim takie sytuacje zdarzały się znacznie rzadziej. Amerykanie szybko nauczyli się, że nawet pokonany przeciwnik może być śmiertelnie niebezpieczny. Odpowiadali na to własną bezwzględnością, nierzadko odmawiając Japończykom możliwości poddania się. Wojna przybierała charakter walki na wyniszczenie, w której coraz mniej było miejsca na jakiekolwiek reguły.

Ta brutalność przekładała się na intensywność starć. Na Tarawie, Peleliu, Iwo Jimie czy Okinawie amerykańskie oddziały ponosiły ogromne straty, niekiedy w ciągu zaledwie kilku dni. Japończycy wykorzystywali naturalne ukształtowanie terenu, budowali rozległe systemy umocnień, ukrywali stanowiska ogniowe w jaskiniach i bunkrach. Marines musieli zdobywać kolejne pozycje metr po metrze, wiedząc, że za następnym wzgórzem czeka ich dokładnie to samo. Na Peleliu operacja, która miała potrwać kilka dni, zamieniła się w wielotygodniową rzeź. Na Okinawie walki ciągnęły się niemal trzy miesiące, a żołnierze tygodniami żyli pośród błota, rozkładających się ciał i nieustannego ostrzału. Oczywiście, podobne piekło znali Amerykanie walczący w Normandii, Ardenach czy lesie Hürtgen. Tyle że na Pacyfiku do bezwzględności przeciwnika dochodziły jeszcze inne czynniki.

Przede wszystkim klimat. Upał, wilgoć i tropikalne ulewy potrafiły doprowadzić człowieka do skrajnego wyczerpania, nawet jeśli akurat nie musiał walczyć. Mundury nie wysychały, skóra pokrywała się bolesnymi zmianami, drobne skaleczenia łatwo ulegały zakażeniom. W dżungli roiło się od owadów, woda bywała niezdatna do picia, a utrzymanie elementarnej higieny stanowiło nie lada wyzwanie. Do tego dochodziły choroby – malaria, czerwonka, denga czy rozmaite zakażenia pasożytnicze. Potrafiły wyłączyć z walki całe grupy żołnierzy, a niektórym pozostawiały dolegliwości także po zakończeniu służby. Europa również dawała Amerykanom w kość, zwłaszcza podczas mroźnej zimy, ale na wielu pacyficznych wyspach nieprzyjazne środowisko było wrogiem równie uporczywym jak japońska armia.

Nie bez znaczenia pozostawała izolacja. Żołnierze walczący w Europie, nawet jeśli tkwili na pierwszej linii, funkcjonowali w przestrzeni, w której istniały drogi, miasta, szpitale i rozbudowane zaplecze. Na Pacyfiku wszystko to trzeba było często stworzyć od podstaw. Ewakuacja rannych, dostarczanie zaopatrzenia, zapewnienie odpoczynku – każda z tych czynności mogła stanowić ogromne przedsięwzięcie logistyczne. A kiedy wreszcie udało się zdobyć wyspę, wcale nie oznaczało to końca wojny. Po okresie odtwarzania sił przychodził rozkaz kolejnego desantu. I znów trzeba było przedzierać się przez plaże, dżunglę i umocnienia, patrzeć na śmierć kolegów, samemu próbując przeżyć.

Wszystko to musiało pozostawiać ślady, których nie dało się pozbyć wraz ze zdjęciem munduru. Dziś powiedzielibyśmy, że wielu weteranów zmagało się z zespołem stresu pourazowego, choć w latach czterdziestych nie posługiwano się jeszcze takim rozpoznaniem. Koszmary, bezsenność, drażliwość, trudności z powrotem do zwyczajnego życia, ucieczka w alkohol – były doświadczeniem wielu byłych żołnierzy. A przewlekły stres, jak wiemy ze współczesnych badań, może zwiększać ryzyko chorób układu krążenia i innych problemów zdrowotnych. Nie chodzi więc wyłącznie o psychiczne wspomnienia wojny. Jej konsekwencje mogą być jak najbardziej fizyczne.

I tu dochodzimy do rzeczy najciekawszej. W 2009 roku na łamach naukowego czasopisma „Research on Aging” opublikowano wyniki wieloletniego badania, w którym analizowano między innymi losy amerykańskich uczestników II wojny światowej. Okazało się, że w badanej grupie weterani służący na Pacyfiku byli obciążeni o około 50 procent wyższym względnym ryzykiem zgonu niż ci, którzy służyli na innych zagranicznych teatrach działań. Co istotne, różnicy tej nie dało się w pełni wyjaśnić samym uczestnictwem w walkach.

Oczywiście, nie znaczy to, że każdy weteran Pacyfiku żył krócej od kolegi walczącego w Europie. Badanie obejmowało stosunkowo niewielką i niereprezentatywną grupę, a jego autorzy nie ustalili, jakie dokładnie mechanizmy odpowiadały za zaobserwowaną różnicę. Nie sposób więc naukowo rozstrzygnąć, ile lat życia odbierały żołnierzom malaria, tropikalny klimat czy wspomnienia wyjątkowo brutalnych starć. Niemniej sam wynik jest wymowny. Sugeruje bowiem, że miejsce, w którym przyszło człowiekowi walczyć, mogło wpływać na jego los jeszcze długo po zakończeniu wojny.

A propos tychże – jest w ostatnim odcinku „Pacyfiku” scena, w której Eugene Sledge (grany przez Josepha Mazzello) – po powrocie do domu – wyrusza z ojcem na polowanie na ptaki. Idąc wzdłuż strumienia przysiada, odkłada strzelbę i zaczyna płakać. „Przepraszam. Nie mogę”, wydusza z siebie. Starszy mężczyzna tuli młodszego i mówi: „W porządku. Nie musisz mnie przepraszać, Eugene. Myślę, że populacja gołębi będzie dziś bardzo szczęśliwa”. Dla mnie to najmocniejsza sekwencja w serialu, nie znam lepszej filmowej ilustracji (po)wojennej traumy – tak oszczędnej w słowach i obrazie, a zarazem tak przejmującej. Wzrusza mnie za każdym razem.

W rzeczywistości to zdarzenie wyglądało nieco inaczej, co wiemy ze wspomnień Sledga, który podczas polowania dobił rannego ptaka, skręcając mu kark. Wtedy się załamał. Powiedział ojcu, że nie może już znieść widoku cierpienia kolejnej żywej istoty. Ten zasugerował mu, żeby zamiast polować, zajął się obserwowaniem ptaków.

I rzeczywiście Sledge został później biologiem, zajmował się m.in. ornitologią.

Umarł w wieku 77 lat. Robert Leckie – inny bohater „Pacyfiku” – odszedł, mając 81 lat. Richard Winters – jedna z głównych postaci „Kompanii Braci” – dożył 92 lat. Frank Perconte i Donald Malarkey – żołnierze walczącej w Europie kompanii E – przeżyli 96 lat.

Oczywiście, to tylko kilka metryk. Ale ilekroć oglądam oba seriale, trudno mi oprzeć się wrażeniu, że dla chłopaków z Pacyfiku wojna trwała dłużej. Nie ta z karabinami, artylerią i japońskimi bunkrami. Ta, którą zabrali ze sobą do domów. I właśnie dlatego ich historia porusza mnie bardziej.

Stąd „team Pacyfik”.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Kadr z „Pacyfiku” – opisana powyżej scena.

Autor

Marcin

I am a journalist (working for Polska Zbrojna magazine), writer, blogger, and the author of the military-themed blog bezkamuflazu.pl. During my journalistic career, I have covered multiple conflicts and humanitarian crises in Iraq, Afghanistan, Ukraine, Georgia, Lebanon, Uganda and Kenya. Between 2009 and 2014, I ran the blog zafganistanu.pl, dedicated to the war in Afghanistan, the deployment of Polish forces and veterans’ affairs. I am also the author or co-author of non-fiction books and political fiction novels, including Międzyrzecze and Stan wyjątkowy.