Skrypt

To było dobre 20 lat temu, ale dziś – z perspektywy czasu – postrzegam to wydarzenie jako istotne. Spotkałem się z weteranem walk o Kołobrzeg z marca 1945 roku. Zgorzkniałym, starszym panem, działaczem stowarzyszenia zrzeszającego żołnierzy Wojska Polskiego walczących na wschodzie. Wtedy jeszcze nie było takiego szaleństwa przekreślającego wysiłki Polaków, którym przyszło bić się z Niemcami u boku sowietów, ale trend został już wyznaczony – postrzegano ich jako mniej godnych; stąd owo zgorzknienie. Odnotowuję, choć nie na tym chciałbym się dziś skupić.

Podczas naszej rozmowy ów oficer opowiedział mi o pewnym skrypcie, który wpadł w jego ręce tuż przed rozpoczęciem zmagań o „festung Kolberg”. Był to zbiór instrukcji dotyczących zasad walki w mieście, opracowany przez uczestników Powstania Warszawskiego. Jego akowski rodowód sprawiał, że skrypt krążył wśród żołnierzy na poły konspiracyjnie – oficerowie polityczni byli mu niechętni, sowieccy dowódcy również. Tu pozwolę sobie na pewną dygresję, budującą kontekst. Peerelowska propaganda wyrządziła wielką krzywdę wizerunkowi przedwojennego Wojska Polskiego – symboliczna scena z „Lotnej”, kawalerzysty bijącego szablą w czołg, była ucieleśnieniem tego kłamstwa. W rzeczywistości bowiem armia II RP nie była archaiczną strukturą, choć miała swoje ograniczenia. Definiowały je przede wszystkim możliwości finansowe państwa, ale też słabość intelektualna istotnej części kadry dowódczej. Mimo to na poziomie doktrynalnym z jednej, i taktycznym z drugiej, mieliśmy do czynienia z działaniami i refleksją, całkowicie odbiegającymi od potocznych wyobrażeń o przestarzałej armii. Przede wszystkim zaś z nawykiem opracowywania doświadczeń, przekładania ich na konkretne procedury. Sprawne organizmy społeczne funkcjonują w oparciu o jasno zdefiniowane zasady, gdzie zasad brak, jest bezhołowie, co dotyczy także wojska. Ten nawyk, i ta filozofia, stały za wspomnianym skryptem.

Idźmy głębiej w tej dygresji. Rozbicie Wojska Polskiego w 1939 roku (będące przede wszystkim efektem ilościowej i materiałowej przewagi Wehrmachtu), uczyniło coś na miarę edukacyjnej wyrwy, jeśli idzie o kompetencje kadry oficerskiej. Jej część trafiła do obozów, gdzie z oczywistych powodów nie dało się szlifować warsztatu, część zaś trafiła do armii podziemnej, która obok wielu innych słabości, nie miała też sposobności do zdobywania nowych doświadczeń (innych niż ograniczone działania dywersyjne). Dysproporcja w kompetencjach między Niemcami a Polakami była zatem ogromna, zwłaszcza że – najoględniej mówiąc – sztuka wojowania mocno się po 1939 roku zmieniła. Ten brak teoretycznego przygotowania – obok rażących niedostatków broni i amunicji – odpowiadał za hekatombę oddziałów powstańczych w sierpniu 1944 roku.

Ale wojsko w działaniu to organizacja „ucząca się”. Patrząc z poziomu taktycznego, te powstańcze oddziały, którym udało się przetrwać pierwsze tygodnie walk, we wrześniu prezentowały już zupełnie inny poziom. Było to wojsko obyte z zagadnieniem walki w terenie zurbanizowanym, szczególnie w przypadku elitarnych formacji AK – „straży pożarnych” rzucanych do gaszenia pożarów na froncie. I to w oparciu o informacje zebrane od takich żołnierzy i ich dowódców powstał wspomniany na wstępie skrypt.

– Myśmy nie mieli pojęcia, jak się za to miasto zabrać – przyznał mój rozmówca, zimą 1945 roku młodziutki oficer. – Do tej pory, jeśli wchodziliśmy do jakichś miejscowości, to były to wsie czy małe miasteczka. Szła tyraliera, wielu ginęło, ale ktoś w końcu dobiegał do pozycji Niemców. Ci zresztą często w ogóle się nie bronili, tylko uciekali albo się poddawali. W Kołobrzegu każdy dom był twierdzą, punkty ogniowe szachowały ulice i podwórka. Rozwinąć szerokiego natarcia, którego widok mógłby wywołać popłoch, nie było jak. Zresztą w takich warunkach byłoby to samobójstwo – relacjonuję z pamięci, zastrzegając, że oddaję sens wypowiedzi, a nie jej dosłowne brzmienie.

W czasie bitwy o Kołobrzeg (4-18 marca) poległo tysiąc dwustu żołnierzy WP, dwa razy tyle zostało rannych. Skrypt przydał się pojedynczym pododdziałom, niektórym liniowym oficerom; nie znalazł przełożenia na działania wyższego dowództwa. Miasto wzięto bez taktycznej finezji, nie zważając na straty ludzie. Po sowiecku.

Również 20 lat wstecz na ekrany wszedł genialny serial „Kompania braci” – niemalże paradokumentalny zapis szlaku bojowego oddziału amerykańskich spadochroniarzy. Oglądałem to (nadal oglądam!) ze szczeną w podłodze z uwagi na realizm scen. Lecz podczas pierwszego oglądania coś jeszcze przykuło moją uwagę. Kompania E wchodziła do walki niczym dobrze zaprogramowana maszyna. Bój nie był serią przypadkowych zdarzeń, znać było, że opiera się o jakiś taktyczny zamysł. Nie było tam „łopatologicznego” hurra i do przodu, zdawania się wyłącznie na los i „boga, co to kule nosi”. Dowódcy mieli pomysł, żołnierze całe spektrum rozmaitych technik poruszania się, strzelania, wzajemnego osłaniania, zinternalizowanych do tego stopnia, że stały się ruchowym, mięśniowym nawykiem. Olśniło mnie, gdy zdałem sobie z tego wszystkiego sprawę. Dotąd myśląc o intensywności walk, stopniując ją w wyobraźni, patrzyłem na liczbę ofiar – stąd brało się przekonanie, że najcięższe starcia II wojny światowej miały miejsce na wschodzie. Nagle zdałem sobie sprawę, że rozstrzeliwanie przez małe niemieckie oddziały całych sowieckich pułków, szturmujących dobrze zorganizowane linie/punkty oporu „do upadłego”, nie tyle świadczy o intensywności boju, co o bezlitosności, bestialstwie i braku hamulców etycznych u dowódców armii czerwonej (ponieważ przywołałem tu Powstanie Warszawskie, u części z Was pojawią się w głowach analogie – w mojej też się pojawiły i tak, naczelne dowództwo Powstania, rzucając do walki kiepsko uzbrojoną młodzież, wykazało się podobną bezwzględnością).

A potem pojechałem do Iraku i Afganistanu i na własne oczy przekonałem się, że zabudowania przemienione w punkt oporu można wziąć bez strat własnych (niekoniecznie sięgając po wsparcie artylerii czy lotnictwa) – gdy zajmowali się tym Amerykanie czy Polacy – i można też wytracić przy tym masę ludzi, nic nie osiągając, gdy za „robotę” brali się zwykle nisko wykwalifikowani w wojennym rzemiośle rebelianci.

I już do brzegu (wybaczcie mi te historyczne zacięcie, ale ja ze szkoły „kontekst ma znaczenie”).

Po pierwsze, trochę śmieszą mnie opinie o „całkowicie zachodnim” ukraińskim wojsku, zwłaszcza gdy dodaje się do tego przymiotnik „wysokotechnologiczne”. Poziom nasycenia nowoczesną techniką jest w ukraińskiej armii stosunkowo wysoki, to prawda. Ale prawdą jest też, że nadal mierzy się ona z posowieckimi złogami mentalnymi – oficerami różnych szczebli, którzy w swym wyobrażeniu o wojnie posługują się radzieckim schematem masy i brutalności. Kto trochę uważniej przygląda się sytuacji na froncie, bez trudu dostrzeże przykłady bezsensownych, kosztownych działań podejmowanych przez obrońców. Tym niemniej to nie ów wschodniacki balast stanowi o całościowym obrazie armii ukraińskiej. Odstępstwa nie zmieniają faktu, że zarówno na poziomie strategii (doktryny), jak i taktyki jest to wojsko zachodnie.

Po drugie, przez niemal dwie dekady obawialiśmy się, że szumnie oznajmiana reforma armii rosyjskiej zbliży ją do wzorców zachodnich. Widok solidnie wyekwipowanych ruskich sołdatów – prezentowany w propagandzie – gruntował przekonanie o zachodzącej zmianie. Bałem się i ja, że w tej masie wykluwa się jakość, która kiedyś zagrozi i nam. Aż przyszła wojna i obnażyła prawdę. Która dziś wygląda tak, że świeżo zmobilizowani rosyjscy poborowi bez należytego wyszkolenia, zgrania, a często i podstawowego wyposażenia wysyłani są na front. Gdzie giną jak bezwolna, pozbawiona świadomości sytuacyjnej mięsna pulpa.

Dla mnie jest to jeden z wielu dowodów, że mamy do czynienia z wojną cywilizacji. Gdzie naprzeciw siebie stają dwie filozofie – jedna, w której liczy się każde pojedyncze życie, i druga, w której los jednostki nie ma żadnego znaczenia. Tak Szanowni Państwo, szkolenie żołnierza, troska o to, by elementy rzemiosła weszły mu w ruchową/mięśniową pamięć, to coś więcej niż tylko zabiegi o zwiększanie efektywność armii.

—–

Fot. Połączone Dowództwo Sił Zbrojnych Ukrainy

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Niezapominanie

Już kilka miesięcy temu Netflix udostępnił serial dokumentalny pt.: „Einsatzgruppen – brygady śmierci”. Algorytm zaproponował mi go od razu, ale długo wzbraniałem się przed oglądaniem. Wiedziałem, że na to trzeba odpowiedniej psychicznej dyspozycji, a jakoś nie czułem się na siłach, by wracać do tematu zbrodni popełnionych przez SS.

Kilka dni temu odpaliłem pierwszy odcinek, ostatni obejrzałem dziś w nocy. Skończyłem wbity w kanapę.

„Einsatzgruppen…” oparto o klasyczną formułę. Składają się nań archiwalne filmy, zdjęcia, są relacje żyjących jeszcze świadków, ocaleńców i morderców (film powstał dziesięć lat temu), opatrzone komentarzami historyków. Niby większość faktów była mi już znana, sporą część kadrów i zdjęć widziałem przy innych okazjach, a mimo to film zostawił mnie z przerażającą, nową dla mnie konstatacją. Grupy specjalne SS liczyły sobie zaledwie 3000 osób – a odpowiadały za śmierć milionów ludzi, głównie Żydów. Tajemnicą ich zatrważającej skuteczności były oddziały pomocnicze, w których służyli ochotnicy z podbitych przez Niemców krajów. To głównie oni mordowali; esesmani zawiadywali zbrodniami, dokumentowali je, gdy trzeba było, dobijali rannych.

Prawdziwi architekci i inżynierowie zagłady. Teraz trochę lepiej rozumiem, jak można było podejść do ludobójstwa z urzędniczą skrupulatnością, jako do logistycznego wyzwania.

Ale zabijani nie byli cyferkami. Uświadomili to sobie nawet najbardziej zatwardziali naziści, gdy przed oczami stanęło im widmo klęski III Rzeszy. Wtedy nastąpił drugi akt dramatu z Einsatzgruppen w roli głównej – próby tuszowania zbrodni. I tu znów Niemcy nie brudzili sobie rąk – do otwierania masowych grobów, palenia ciał i mielenia kości ofiar wykorzystywali więźniów. Jeden z nich, Żyd, opowiada w filmie o koledze, który w opróżnionym z trupów dole znalazł legitymację wuja. Jego samego nie mógł zidentyfikować, zwłoki bowiem, po dwóch latach w ziemi, były już w stanie zaawansowanego rozkładu. Uznał więc ów kolega, że najpewniej zaniósł na stos krewnego, nawet o tym nie wiedząc. „Wtedy i ja zdałem sobie sprawę, że mogłem spalić własnych rodziców” – mówi do kamery starszy pan. „Bo nie rozpoznałem ich ciał”.

Niemniej poruszające są kadry zarejestrowane podczas procesu Adolfa Eichmanna w Izraelu. Piszę o fragmencie, w którym Leon Wells (zd. Weliczker), były żydowski więzień zmuszony do tuszowania zbrodni, relacjonuje, na czym polegała jego praca. W 1961 roku Wells jest już obywatelem USA. Po angielsku mówi z wyraźnym wschodnioeuropejskim akcentem. Wolno, prostymi zdaniami, bez aluzji i dygresji. Lecz to nie tak, że ocaleniec słabo zna ów język. Już po usłyszeniu kilku zdań staje się oczywiste, że mężczyźnie chodzi o to, by być do bólu konkretnym. Techniczne aspekty zbrodni brzmią wówczas jeszcze bardziej złowieszczo. I nie sposób ich zapomnieć…

A pamięć – czy jak kto woli niezapominanie – są dziś kluczowe. Bo żyjemy w czasach, kiedy państwowa ideologia coraz mocniej osadza się na wskazywaniu wrogów, kiedy wspiera ją w tym kościół, mówiący o „zagrożeniu dla kultury i wiary ojców”. I pisząc o skutkach tych działań, nie mam na myśli półgłówków urządzających w lesie „urodziny Hitlera”. Idzie mi o to, że postawy wyrażające nacjonalizm, ksenofobię, antysemityzm i homofobię, przestały być dziś powodem do obciachu. Coraz więcej Polaków, coraz częściej, publicznie, obnosi się z nimi, mając je za powód do dumy.

Od słów do czynów daleka droga, ale jest się czym niepokoić. Dlatego warto obejrzeć i nakłonić znajomych do obejrzenia „Einsatzgruppen – brygady śmierci”. A kto nie ma czasu, niech poświęci kilka minut na załączony fragment jednego z najlepszych seriali wojennych – „Kompanii braci”. Widać tam doskonale, do czego prowadzi szaleństwo społecznego wykluczania…

—–

Nz. Jedna z tysięcy egzekucji przeprowadzonych przez grupy specjalne na terenach okupowanych ZSRR/fot. domena publiczna

Postaw mi kawę na buycoffee.to