Aneksja

Choć dla wielu brzmi to jak fantazja czy prowokacja, wydarzenia ostatnich tygodni każą zastanowić się nad scenariuszem aneksji Grenlandii przez Stany Zjednoczone. Jakby to wyglądało, czy byłyby jakiś zewnętrzny i wewnętrzny sprzeciw, no i co by z tego wszystkiego wynikło? – zastanawiam się nad tym w tekście, który opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto jego obszerne fragmenty.

Ewentualna interwencja z dużym prawdopodobieństwem nie przybrałaby formy klasycznej wojny lądowej, lecz krótkiej, wielodomenowej operacji wymuszającej zmianę statusu terytorium. Trzon działań stanowiłyby siły morskie i powietrzne USA, wsparte przez ograniczone komponenty wojsk lądowych – przede wszystkim jednostki piechoty morskiej i sił specjalnych, przygotowane do działania w warunkach arktycznych. Nie byłaby to operacja masowa, lecz precyzyjna i punktowa.

Konflikt niskointensywny

Scenariusz działań mógłby przebiegać etapami. W pierwszej kolejności doszłoby do zamknięcia morskich podejść do Grenlandii oraz przestrzeni powietrznej. Równolegle – w oparciu o siły, które Amerykanie już mają na miejscu – zabezpieczone zostałyby kluczowe węzły infrastrukturalne – porty, lotniska oraz obiekty o znaczeniu strategicznym, w tym amerykańska baza Pituffik Space Base. Dopiero w dalszej kolejności możliwy byłby ograniczony desant powietrzno-morski, i to wyłącznie w sytuacji, gdyby wcześniejsze działania napotkały opór.

Istotnym elementem operacji byłoby postępowanie wobec lokalnej administracji Grenlandii. Zamiast jej fizycznego usuwania bardziej prawdopodobny byłby scenariusz „zamrożenia” kompetencji w obszarze bezpieczeństwa i polityki zagranicznej, przy jednoczesnym pozostawieniu władz autonomicznych odpowiedzialnych za sprawy wewnętrzne. W praktyce oznaczałoby to utrzymanie ciągłości funkcjonowania instytucji cywilnych przy równoczesnym przejęciu realnej kontroli nad kluczowymi decyzjami przez stronę amerykańską.

Równolegle prowadzone byłyby działania osłonowe o charakterze politycznym i dyplomatycznym. Obejmowałyby one intensywną komunikację z sojusznikami w ramach NATO, akcentowanie wyjątkowego charakteru sytuacji oraz argumentację opartą na bezpieczeństwie Arktyki i interesach całego Zachodu. Celem byłoby opóźnienie lub rozmycie ewentualnej reakcji sojuszniczej, zanim powstałyby podstawy do uruchomienia formalnych mechanizmów odpowiedzi.

Całość miałaby charakter szybkiej „operacji faktu dokonanego”: zakończonej zanim doszłoby do jednoznacznej, wspólnej reakcji międzynarodowej. Z wojskowego punktu widzenia byłby to scenariusz niskointensywny, lecz obciążony ogromnym ryzykiem politycznym i strategicznym.

Równi czy jednak nie?

Ewentualny spór o Grenlandię od początku miałby charakter asymetryczny. USA i Dania pozostają formalnie równoprawnymi członkami NATO, jednak ich realne możliwości polityczne i wojskowe są nieporównywalne. USA dysponują globalnym potencjałem militarnym, zdolnością do samodzielnego prowadzenia operacji we wszystkich domenach oraz dominującą pozycją wewnątrz Sojuszu. Dania, mimo wysokiego poziomu interoperacyjności i aktywnego udziału w misjach NATO, nie posiada narzędzi pozwalających na samodzielne przeciwstawienie się presji ze strony Waszyngtonu.

Z punktu widzenia USA kluczowe znaczenie miałaby kalkulacja kosztów politycznych, a nie militarnych. Otwarta konfrontacja z Danią – nawet ograniczona – niosłaby ryzyko kryzysu wewnątrz NATO, osłabienia wiarygodności sojuszniczej oraz napięć z innymi państwami europejskimi – o czym szerzej w dalszej części tekstu. Z drugiej strony Waszyngton mógłby zakładać, że żaden z sojuszników nie byłby gotów na eskalację konfliktu z USA w obronie Grenlandii, zwłaszcza w sytuacji, gdy działania zostałyby przedstawione jako wyjątkowe, związane z bezpieczeństwem Arktyki i rywalizacją globalnych mocarstw.

Dla Kopenhagi scenariusz ten oznaczałby ograniczone pole manewru. Odpowiedź stricte wojskowa byłaby nierealna, a presja dyplomatyczna – zależna od zdolności zbudowania szerokiego poparcia wśród sojuszników. Jednocześnie Dania znalazłaby się w trudnej sytuacji politycznej: z jednej strony jako państwo odpowiedzialne za terytorium Grenlandii, z drugiej – jako członek NATO, starający się uniknąć otwartego konfliktu z jego najsilniejszym uczestnikiem.

W tym sensie potencjalny kryzys wokół Grenlandii byłby nie tylko testem relacji dwustronnych USA–Dania, lecz także sprawdzianem realnych mechanizmów solidarności sojuszniczej. Pokazywałby, w jakim stopniu NATO funkcjonuje jako wspólnota równych państw, a w jakim jako struktura oparta na przywództwie jednego dominującego aktora.

„Jeden za wszystkich…”, ale…

Choć artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego bywa postrzegany jako automatyczny mechanizm zbiorowej obrony, w praktyce jego uruchomienie ma charakter polityczny, a nie techniczny. Każdorazowo wymaga jednomyślnej decyzji państw członkowskich NATO, poprzedzonej oceną sytuacji i uznaniem, że doszło do zbrojnej napaści na jedno z nich. W przypadku Grenlandii proces ten od początku byłby obarczony poważnymi wątpliwościami interpretacyjnymi.

Po pierwsze, potencjalne działania USA mogłyby zostać przeprowadzone poniżej progu otwartego konfliktu zbrojnego. Ograniczona blokada morska, przejęcie kontroli nad infrastrukturą czy zmiany administracyjne, nawet jeśli byłyby postrzegane jako naruszenie suwerenności Danii, nie musiałyby jednoznacznie spełniać kryteriów „zbrojnego ataku” w rozumieniu Traktatu. To z kolei otwierałoby pole do sporów prawnych i politycznych wewnątrz Sojuszu.

Po drugie, podmiotem potencjalnych działań byłyby same USA – państwo pełniące kluczową rolę w strukturach NATO i stanowiące filar jego zdolności wojskowych. Dla wielu sojuszników oznaczałoby to realny dylemat: poparcie formalnego uruchomienia art. 5 przeciwko USA wiązałoby się z ryzykiem głębokiego kryzysu sojuszniczego, którego konsekwencje mogłyby wykraczać poza sam spór o Grenlandię.

Po trzecie, reakcja NATO byłaby uzależniona od tempa rozwoju wydarzeń. W scenariuszu szybkiej, punktowej operacji – zakończonej zanim Rada Północnoatlantycka zdołałaby wypracować wspólne stanowisko – Sojusz mógłby znaleźć się w sytuacji faktu dokonanego. Historia pokazuje, że w takich przypadkach mechanizmy kolektywne reagują wolniej niż działania jednostronne, zwłaszcza gdy brak jest jednoznacznego obrazu sytuacji w pierwszych godzinach i dniach kryzysu.

W efekcie NATO mogłoby zostać zepchnięte do roli forum konsultacyjnego, a nie bezpośredniego instrumentu odpowiedzi wojskowej. Nie oznaczałoby to jednak bierności Sojuszu, lecz raczej przeniesienie ciężaru reakcji na dyplomację, presję polityczną oraz próby mediacji – przynajmniej w początkowej fazie kryzysu.

Zarządzanie ryzykiem

W hipotetycznym scenariuszu działań wobec Grenlandii kluczową rolę odgrywałaby postawa amerykańskich sił zbrojnych. Armia USA jest strukturą silnie sprofesjonalizowaną, opartą na cywilnej kontroli władzy, ale jednocześnie głęboko zakorzenioną w myśleniu sojuszniczym i wielostronnym. Z tego punktu widzenia ewentualna operacja wymierzona w terytorium państwa NATO mogłaby spotkać się z wyraźnym oporem części kadry dowódczej, zwłaszcza na poziomie strategicznym.

Ten opór nie musiałby jednak mieć charakteru otwartego sprzeciwu. W realiach amerykańskiego systemu dowodzenia wojsko wykonuje decyzje legalnie wybranych władz cywilnych, nawet jeśli są one postrzegane jako politycznie kontrowersyjne lub obarczone wysokim ryzykiem strategicznym. W praktyce oznacza to, że sprzeciw armii mógłby przybrać formę prób ograniczania skali operacji, nacisku na warianty minimalizujące eskalację lub opóźniania decyzji, a nie odmowy wykonania rozkazów.

Nie można przy tym wykluczyć, że część środowiska wojskowego mogłaby zaakceptować taki scenariusz, jeśli zostałby on przedstawiony jako działanie o charakterze wyjątkowym, związane z długofalowym bezpieczeństwem USA w Arktyce oraz rywalizacją z innymi mocarstwami. W takim ujęciu operacja na Grenlandii mogłaby być postrzegana nie jako konflikt sojuszniczy, lecz jako rozszerzenie istniejącej obecności i odpowiedzialności strategicznej.

Przykład wojny secesyjnej pokazuje, że armia USA ma doświadczenie funkcjonowania w warunkach głębokiego napięcia politycznego i niejednoznaczności lojalności, co pozostaje ważnym, choć pośrednim punktem odniesienia. Współcześnie bardziej prawdopodobny byłby nie rozłam, lecz wewnętrzna debata o granicach odpowiedzialności wojska w realizacji decyzji politycznych. Kończąc wątek najrozsądniej uznać, że armia USA nie byłaby ani jednolitym hamulcem, ani bezrefleksyjnym narzędziem eskalacji. Jej rola sprowadzałaby się raczej do zarządzania ryzykiem, ograniczania kosztów politycznych i militarnych oraz realizacji decyzji władz cywilnych w możliwie najbardziej kontrolowany sposób.

A czy NATO by przetrwało taki kryzys? O tym w dalszej części tekstu – oto link do tego materiału.

—–

Po weekendzie wracam do tematyki ukraińskiej. A gdybyście chcieli już dziś wesprzeć mój wschodni raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne, wykonane przeze mnie zimą 2012 roku w Afganistanie/fot. własne

(Nie)realny

Nie cichną kontrowersje wokół Grenlandii. W USA jeden z republikańskich kongresmenów złożył projekt ustawy, upoważniającej prezydenta do… aneksji wyspy. Ale czy są powody do paniki (a w takim tonie sprawę relacjonuje część polskich mediów)?

Za złożonym w Izbie Reprezentantów projektem ustawy stoi kongresmen Randy Fine z Florydy. W ocenie autora, to inicjatywa wzmacniająca bezpieczeństwo narodowe USA. Przewiduje ona stworzenie ram prawnych umożliwiających prezydentowi podjęcie działań zmierzających do włączenia Grenlandii do Stanów Zjednoczonych. W najbardziej radykalnym wariancie dokument zakłada, że wyspa mogłaby w przyszłości uzyskać status pełnoprawnego stanu USA.

Inicjatywa kongresmena, znana jako Greenland Annexation and Statehood Act, nie ogranicza się do jednego, jasno zdefiniowanego scenariusza, takiego jak wykup wyspy. Projekt ma charakter szerokiej autoryzacji politycznej i prawnej dla prezydenta USA: upoważnia go do podjęcia „wszelkich niezbędnych kroków” w celu aneksji Grenlandii lub „innego jej nabycia” przez Stany Zjednoczone. W praktyce oznacza to otwarcie drogi zarówno do prób negocjacji z Danią (np. w formie umowy międzypaństwowej, porozumienia finansowego czy innego mechanizmu prawnego), jak i do zastosowania innych instrumentów władzy wykonawczej, bez wskazania jednego preferowanego modelu.

Projekt nie zawiera precyzyjnych zapisów dotyczących użycia siły zbrojnej, nie wyklucza jej jednak wprost – zastosowane w nim sformułowania są na tyle pojemne, że w debacie publicznej budzą obawy o możliwość ich bardzo szerokiej interpretacji.

Autor projektu argumentuje, że Grenlandia ma kluczowe znaczenie strategiczne: leży na styku Ameryki Północnej i Europy, pozwala kontrolować dostęp do północnoatlantyckich szlaków komunikacyjnych oraz znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie Arktyki, regionu coraz intensywniej penetrowanego przez mocarstwa globalne. W jego ocenie formalne związanie wyspy z USA miałoby zapobiec rozszerzaniu wpływów rosji i Chin. „Kto kontroluje Grenlandię, ten kontroluje kluczowe arktyczne szlaki żeglugowe oraz architekturę bezpieczeństwa chroniącą Stany Zjednoczone. Ameryka nie może pozostawić tej przyszłości w rękach reżimów, które gardzą naszymi wartościami i dążą do podważenia naszego bezpieczeństwa.”, przekonuje Randy Fine.

Inicjatywa ta nie jest jednak pierwszym przypadkiem, gdy w amerykańskiej polityce pojawiają się pomysły dotyczące „pozyskania” Grenlandii. Już w przeszłości, również podczas poprzedniej prezydentury Donalda Trumpa, Waszyngton sygnalizował zainteresowanie wyspą. Tym razem jednak projekt ma formę konkretnego aktu legislacyjnego, co nadało sprawie większy ciężar polityczny.

No więc jak to jest z tymi powodami do paniki?

Projekt został formalnie zarejestrowany i skierowany do dalszych prac w komisji spraw zagranicznych Izby Reprezentantów, gdzie może zostać poddany analizie, wysłuchaniom i ewentualnym poprawkom. Dopiero po uzyskaniu akceptacji komisji mógłby trafić pod głosowanie całej Izby, a następnie – w przypadku przyjęcia – do Senatu, gdzie musiałby przejść analogiczną ścieżkę. Na końcu procesu konieczny byłby podpis prezydenta USA. W praktyce jednak szanse na „przepchnięcie” projektu są oceniane jako bardzo niewielkie: nie cieszy się on poparciem kierownictwa Partii Republikańskiej. Warto w tym kontekście przytoczyć publiczną wypowiedź partyjnego kolegi Finea, kongresmena Dona Bacona z Nebraski: „To jest oburzające. Grenlandia należy do sojusznika z NATO. Dania jest jednym z naszych najlepszych przyjaciół… sposób, w jaki ich traktujemy, jest upokarzający i nie przynosi żadnych korzyści. Nie przejmiemy Grenlandii. Wiem, że większość mieszkańców Grenlandii chce pozostać niezależna”, komentuje Bacon.

Co więcej, Demokraci zapowiadają inicjatywy mające blokować finansowanie jakichkolwiek działań zmierzających do przejęcia Grenlandii. Dodatkowo projekt stoi w sprzeczności z obowiązującym prawem międzynarodowym, jednoznacznym sprzeciwem Danii i władz grenlandzkich oraz interesami sojuszniczymi USA w ramach NATO, co sprawia, że jest postrzegany raczej jako gest polityczny i element wewnętrznej debaty w USA niż realny scenariusz legislacyjny.

Ten tekst, w obszerniejszej wersji – zawierającej także informacje o europejskich reakcjach na amerykańskie zakusy (w tym planowanych wojskowych) – opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna”. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Grenlandia na zdjęciu satelitarnym/fot. NASA

Grenlandia

Największa wyspa świata, formalnie autonomiczne terytorium Danii, przez dekady pozostawała w cieniu wielkiej polityki. Aż nastał Donald Trump i zażądał wyspy dla swojego kraju, uzasadniając to względami bezpieczeństwa USA. Rzecz w tym, że gdyby chodziło wyłącznie o kwestie militarne, nic nie musiałoby się zmieniać.

Grenlandia leży w miejscu szczególnym. Jest wysuniętym na północ pomostem między kontynentami. To położenie sprawia, że wyspa od dawna znajduje się w centrum amerykańskiego myślenia strategicznego – nawet jeśli rzadko przebija się to do politycznych deklaracji.

– Grenlandia nadaje się do ulokowania stacji radiolokacyjnych oraz baz morskich i lotniczych pozwalających na obserwację sytuacji w Arktyce – mówi dr Michał Piekarski z Polskiego Towarzystwa Bezpieczeństwa Narodowego. – Innych potencjalnych korzyści wojskowych w zasadzie nie ma – podkreśla mój rozmówca i od razu dodaje, że te instalacje już tam są. Amerykanie korzystają z grenlandzkiej infrastruktury od dziesięcioleci, a symbolem tej obecności jest baza lotniczo-kosmiczna w Pituffik (dawniej Thule), pełniąca ważną rolę w systemie wczesnego ostrzegania przed atakiem rakietowym.

Jak wyjaśnia dr Piekarski, trajektorie międzykontynentalnych pocisków balistycznych wystrzelonych z Azji w kierunku Stanów Zjednoczonych prowadzą najkrótszą drogą przez biegun północny. To czyni Grenlandię idealnym miejscem do rozmieszczenia radarów i sensorów. Równie istotny jest aspekt morski – w miarę ocieplania klimatu możliwe staje się coraz szersze operowanie sił nawodnych na Oceanie Arktycznym.

W tym kontekście pojawia się GIUK Gap, czyli pas akwenów między Grenlandią, Islandią i Wielką Brytanią. To naturalna „brama”, przez którą rosyjskie okręty – zwłaszcza podwodne – muszą przejść, by wyjść z Arktyki na Atlantyk. Kontrola tego obszaru oznacza możliwość wczesnego wykrywania i śledzenia rosyjskiej aktywności morskiej, a w konsekwencji ochronę transatlantyckich linii komunikacyjnych łączących Amerykę z Europą. Grenlandia stanowi skrajny, północno-zachodni element tej bariery. I znów: nie jest to nowość. Systemy obserwacyjne, bazy lotnicze i morskie funkcjonowały tam już w czasach zimnej wojny, a po 1991 roku zostały zredukowane, nie zlikwidowane.

– Znaczenie Grenlandii w obszarze GIUK jest istotne tylko wtedy, gdy zakładamy aktywną politykę wojskową USA w Europie – zauważa dr Piekarski. – Nie jest więc logiczne wszczynanie konfliktu z sojusznikiem o Grenlandię, chyba że jedyne, co się liczy dla ekipy Trumpa, to efekt wizerunkowy.

A może jednak coś jeszcze – na przykład surowce? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. baza lotniczo-kosmiczna w Pituffik (dawniej Thule), rok 2005/fot. domena publiczna