Ratownik

Na początku 2025 roku wydawało się, że rosja jest bliska wyczerpania swoich możliwości prowadzenia wojny. Sankcje dusiły gospodarkę, armia ponosiła gigantyczne straty, a Zachód deklarował długoterminowe wsparcie dla Ukrainy. Dziś widzimy, że Kreml nie tylko przetrwał ten trudny moment, ale i odzyskał sporo strategicznego komfortu. Pomogła mu w tym polityka Donalda Trumpa – pełna sygnałów o zmęczeniu wojną, nacisków na „szybki pokój” i działań podważających trwałość amerykańskiego wsparcia dla Kijowa. Dodatkowo wojna z Iranem wywindowała ceny ropy, rozproszyła uwagę USA i dała rosji kolejny gospodarczy i polityczny oddech.

Moskwa już w 2022 roku zrozumiała, że nie wygra wojny błyskawicznie – dlatego zmieniła jej charakter. Zamiast operacji manewrowych pojawiła się strategia wyniszczenia, a wraz z nią odbudowa armii kosztem jakości, rozbudowa przemysłu zbrojeniowego i stopniowe podporządkowywanie gospodarki potrzebom frontu. Wydatki wojskowe rosji wzrosły do poziomu nienotowanego od czasów zimnej wojny. Według SIPRI i rosyjskiego ministerstwa finansów w 2025 roku na obronność i bezpieczeństwo przeznaczano już około 40 proc. wydatków budżetowych państwa.

Co istotne, sama rosyjska gospodarka okazała się znacznie bardziej odporna na sankcje, niż zakładano na Zachodzie. rosja utrzymała eksport surowców dzięki sprzedaży ropy do Chin i Indii, rozbudowała tzw. „flotę cieni”, a część technologii nadal pozyskiwała przez państwa pośredniczące.

Najważniejsza zmiana dotyczyła jednak politycznej kalkulacji Kremla. Zamiast oczekiwania na szybkie zwycięstwo pojawiło się przekonanie, że Zachód może nie wytrzymać wojny politycznie i ekonomicznie. W Moskwie uznano, że demokratyczne państwa prędzej czy później zaczną spierać się o koszty wsparcia dla Ukrainy, a kolejne kryzysy międzynarodowe rozproszą uwagę Stanów Zjednoczonych. Z rosyjskiej perspektywy wystarczyło więc przeczekać przeciwnika.

Koniec strategicznej stałej

To właśnie w tym momencie na scenie pojawił się Donald Trump, który zaczął tę rosyjską kalkulację wzmacniać. Jeszcze w kampanii wyborczej przekonywał, że zakończy wojnę „w 24 godziny”, przedstawiając konflikt jako efekt nieudolności administracji Joe Bidena. Coraz częściej pojawiały się też sugestie, że Ukraina będzie musiała zaakceptować jakieś formy ustępstw terytorialnych. Jednocześnie Trump otwarcie krytykował skalę amerykańskiej pomocy wojskowej, przedstawiając ją jako nadmierne obciążenie dla USA.

Dla Kremla najważniejsze nie było nawet to, co dokładnie mówił przyszły prezydent USA. Istotniejsze było samo pojawienie się politycznej niepewności wokół amerykańskiego wsparcia dla Ukrainy. Szczególnie ważne były też sygnały dotyczące NATO i relacji z Europą. Trump wielokrotnie podważał sens dotychczasowego modelu amerykańskiego zaangażowania w bezpieczeństwo europejskie, sugerując, że USA nie powinny ponosić głównego ciężaru obrony sojuszników. W Moskwie odbierano to jako potwierdzenie tezy, że jedność Zachodu jest coraz bardziej krucha.

Momentem przełomowym okazał się kryzys z 2025 roku, gdy administracja Trumpa czasowo ograniczyła część pomocy wojskowej oraz wsparcie wywiadowcze dla Ukrainy. Szczególne znaczenie miało ograniczenie dostępu do danych ISR, czyli informacji rozpoznawczych pochodzących z satelitów, samolotów i systemów elektronicznych USA. To właśnie dzięki nim Ukraina mogła skuteczniej planować uderzenia dalekiego zasięgu i reagować na ruchy rosyjskich wojsk.

Dla ukraińskiej armii był to poważny problem operacyjny. Dla Kremla – być może najważniejszy sygnał polityczny od początku wojny. rosja po raz pierwszy mogła uznać, że amerykańskie wsparcie dla Ukrainy przestało być strategiczną stałą…

Definitywny koniec programów

W kolejnych miesiącach coraz wyraźniej było też widać, że administracja Trumpa próbuje odbudować kanały komunikacji z Moskwą nawet kosztem relacji z Kijowem. Symbolem tej polityki stał się szczyt Trump–putin na Alasce. Oficjalnie miał on otworzyć drogę do rozmów pokojowych i „deeskalacji napięć”, ale w praktyce zakończył się serią ogólnikowych deklaracji bez żadnych realnych ustępstw ze strony rosji. Kreml otrzymał natomiast coś znacznie cenniejszego – sygnał, że po latach izolacji znów jest traktowany przez USA jako równorzędny partner do rozmów o nowym porządku bezpieczeństwa.

W Kijowie i europejskich stolicach szczególnie źle odebrano fakt, że rozmowy prowadzono praktycznie ponad głowami Ukraińców. Niezrażony tym Trump coraz częściej przedstawiał wojnę jako problem, który należy „zamknąć politycznie”, nawet jeśli oznaczałoby to utrwalenie rosyjskich zdobyczy terytorialnych. W amerykańskiej administracji pojawiały się też sugestie dotyczące „zamrożenia konfliktu”, odłożenia kwestii okupowanych terenów na później i stopniowego ograniczania skali amerykańskiego zaangażowania.

Jednocześnie rosja nie doświadczała realnej presji ze strony Waszyngtonu. Nie doszło do gwałtownego zaostrzenia sankcji, nie pojawiły się nowe jakościowe pakiety uzbrojenia dla Ukrainy, a kolejne decyzje administracji coraz częściej sprawiały wrażenie podporządkowanych logice szybkiego politycznego „dealu”. Kreml wiedział, że taka sytuacja działa na jego korzyść. Im bardziej Biały Dom koncentrował się na zakończeniu wojny za wszelką cenę, tym mniej powodów miała rosja, by rzeczywiście iść na kompromis.

Dla Ukrainy oznaczało to coraz trudniejsze położenie strategiczne. Kijów nadal potrzebował zachodniej pomocy do utrzymania frontu, ale jednocześnie coraz częściej słyszał sygnały sugerujące, że cierpliwość USA ma swoje granice. Moskwa mogła natomiast obserwować, jak główny sponsor ukraińskiego wysiłku wojennego zaczyna traktować stabilizację relacji z rosją jako cel ważniejszy niż dalsze wspieranie Ukrainy. Jesienią 2025 roku Waszyngton definitywnie zakończył część programów wojskowego wsparcia uruchomionych jeszcze za administracji Bidena, ograniczając kolejne pakiety uzbrojenia do minimum niezbędnego dla utrzymania podstawowych zdolności obronnych Ukrainy.

Pragmatyczne podejście do sankcji

Wiosną 2026 roku Trump zrobił putinowi kolejny prezent. Po atakach USA i Izraela na Iran ceny ropy gwałtownie wzrosły, a analitycy zaczęli ostrzegać przed ryzykiem poważnych problemów z globalnymi dostawami surowców.

Dla rosji oznaczało to finansowy oddech w bardzo trudnym momencie wojny. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej rosyjski budżet znajdował się pod rosnącą presją. Ukraina coraz skuteczniej atakowała rafinerie i terminale paliwowe, spadały dochody energetyczne, a Kreml był zmuszony zwiększać wydatki wojenne do poziomu nienotowanego od czasów zimnej wojny. Wojna z Iranem nagle odwróciła jednak sytuację. Reuters wylicza dziś, że rosyjskie dochody z ropy i gazu mogą wzrosnąć w maju br. aż o 39 proc. rok do roku właśnie dzięki skutkom kryzysu na Bliskim Wschodzie.

To szczególnie ważne, ponieważ eksport surowców pozostaje podstawą rosyjskiej gospodarki wojennej. Kreml może ograniczać wydatki socjalne, zwiększać represje i przerzucać przemysł na produkcję zbrojeniową, ale bez wpływów z ropy finansowanie wieloletniej wojny byłoby znacznie trudniejsze. Tymczasem globalny kryzys energetyczny ponownie zwiększył znaczenie rosji jako jednego z największych eksporterów surowców na świecie.

Wojna z Iranem pokazała też ograniczenia zachodniej polityki sankcyjnej wobec Moskwy. W sytuacji gwałtownego wzrostu cen ropy administracja Trumpa zdecydowała się przedłużyć część wyjątków pozwalających wybranym państwom nadal korzystać z rosyjskiej ropy transportowanej drogą morską. Oficjalnym powodem była konieczność stabilizowania rynku i ograniczania skutków kryzysu energetycznego.

Dla Kremla był to kolejny sygnał, że pełna izolacja gospodarcza rosji ma swoje granice. Dopóki światowa gospodarka pozostaje uzależniona od stabilnych dostaw energii, każdy większy kryzys geopolityczny automatycznie zwiększa pole manewru Moskwy. rosja nie musi więc dziś odnosić spektakularnych sukcesów militarnych. Wystarczy, że kolejne konflikty podnoszą ceny surowców i zmuszają Zachód do bardziej pragmatycznego podejścia wobec sankcji.

Bliski Wschód przyniósł rosji jeszcze jedną korzyść – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Grafika ilustracyjna, wygenerowana przez AI

Rozkazy…

Spytali mnie dziś w radio (w Jedynce), czy odetchnąłem z ulgą po decyzji Trumpa, że nie tylko nie będzie redukcji sił amerykańskich w Polsce, ale wręcz kontyngent zostanie powiększony o kolejne 5 tys. żołnierzy. Co łącznie da 15 tys. wojskowych, ekwiwalent dywizji – nie lada siłę. Odrzekłem, że tak, i nie – że jest ulga, ale jest też niepokój. A po prawdzie, to tego drugiego jest nawet więcej. Dlaczego?

Nim odpowiem na to pytanie, ustalmy, do czego w ogóle potrzebne są amerykańskie wojska w Polsce. Przede wszystkim po to, by odstraszać Rosję – tak brzmi najpopularniejsza interpretacja. Zgodnie z nią, sama obecność żołnierzy USA oznacza, że ewentualny atak na Polskę automatycznie staje się problemem Waszyngtonu, a nie wyłącznie Warszawy. To polityczny i wojskowy „bezpiecznik”, który ma zmniejszać ryzyko agresji. To zarazem prawda i naiwność. Bez trudu wyobrażam sobie sytuację, w której rosjanie atakują Polskę, robiąc wszystko, by nie skrzywdzić ani jednego Amerykanina – o ile ci sami nie wejdą do wojny. W tym właśnie zawiera się istota efektywnej dla nas obecności sił USA – w ich gotowości, lub nie, do włączenia się do walki. Innymi słowy, to, że dodatkowy zawodnik jest na ringu, o niczym jeszcze nie przesądza, ważne, czy rzeczony użyje pięści czy oprze się o liny, albo wręcz zejdzie z maty.

Przy takim sposobie myślenia przestaje mieć znaczenie, ilu faktycznie Amerykanów u nas stacjonuje. Czy jest to 5, 10 czy 15 tys. O czym piszę nie dla siana defetyzmu, ale po to, byśmy przestali fetyszyzować liczby. Bo nawet 100-tysięczny kontyngent – jeśli zabraknie  politycznej zgody na jego użycie – przed niczym nas nie uchroni. I tu właśnie są źródła mojego niepokoju. Trump i jego administracja zrobili już tak wiele, by podważyć swoją wiarygodność, że trudno im ufać „z automatu”. I nawet nie chodzi o to, że w Waszyngtonie mogę sobie przekalkulować, że wojowanie im się nie opłaca; to, jakkolwiek złe dla Polski, broniłoby się jeszcze swoją racjonalnością. Problem w tym, że w amerykańskiej administracji po lutym 2025 roku panuje koszmarny bałagan, nie ma jasnych, wypracowanych polityk i strategii. Uproszczając, w czym nie ma wielkiej przesady, dużo – zbyt dużo – zależy od tego, w jakim humorze danego dnia obudzi się amerykański przywódca. Często wiedziony nie chłodną kalkulacją, ale emocją, impulsem i osobistymi obsesjami. Przeraża mnie fakt, jak bardzo jesteśmy – cały świat jest – uzależnieni od kaprysu tego człowieka.

Ale dobrze, załóżmy, że w sytuacji poważnej próby administracja Trumpa stanie na wysokości zadania. Albo że będzie to już inna, posttrumpowska administracja (czytaj – normalna) – czy to coś zmienia w naszych rozważaniach na temat obecności sił USA w Polsce? Czy kwestia liczebności ma znaczenie? Otóż Szanowni, dla Polski drugorzędne, Amerykanie nie są tu bowiem tylko dla nas, a precyzyjniej rzecz ujmując, są przede wszystkim dla Bałtów. Powiedzmy to wprost, na przekór dominującej retoryce – Rzeczpospolitej w dającej się przewidzieć perspektywie nie grozi fizyczny rosyjski najazd. Armia putina jest na to „za krótka”, zbyt zdemolowana przez Ukraińców; nie stać jej na próbę inwazji tak dużego państwa jak Polska, z tak dużym i stosunkowo silnym wojskiem (póki ono duże i relatywnie silne jest – nie zapominajmy o tym!). Na marginesie warto zauważyć, że w tej diagnozie kryje się niebagatelna rola ukraińskich sił zbrojnych. Prawdę mówiąc, są one dziś większym i efektywniejszym gwarantem bezpieczeństwa dla naszego kraju niż armia amerykańska, realnie bowiem upuszczają rosji krew. Warto o tym pamiętać, gdy mówimy o naszych priorytetach bezpieczeństwa.

Wracając zaś do sedna – „oni” tu nie przyjdą, ale mogą spróbować wejść do któregoś z maleńkich państw bałtyckich; to jakoś sobie ogarną mimo poniesionych w Ukrainie strat. Dla Litwy, Łotwy i Estonii głębią strategiczną jest Rzeczpospolita – to tu, w razie W, będzie zaplecze logistyczne dla operacji obronnej NATO na wschodniej flance. Stąd ruszą sojusznicze siły, jeśli pojawi się groźba rosyjskiego ataku na któreś z trzech państw. Im więcej będzie tu gotowych do szybkiego działania Amerykanów, tym lepiej. Im więcej będą mieli zmagazynowanego na miejscu sprzętu, tym większa to będzie siła.

Byle tylko przyszły odpowiednie rozkazy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

(Nie)wygrana

Rozejm między Stanami Zjednoczonymi a Iranem jest kruchy – i to w sposób aż demonstracyjny. Jeszcze dobrze nie zaczął obowiązywać, a już pojawiają się oskarżenia o jego naruszanie, spory o interpretację zapisów, niejasności co do zakresu. To nie wygląda jak zakończenie wojny, a jak pauza, którą obie strony wykorzystują, żeby złapać oddech.

A mimo to Donald Trump orzekł już, że wygrał. I to bezdyskusyjnie. Czyżby?

Faktem jest, że Ameryka zrobiła wszystko to, co robi od dekad: weszła w konflikt z ogromną przewagą militarną, zdominowała przestrzeń operacyjną, była w stanie razić cele w całym Iranie, niszczyć infrastrukturę, eliminować dowódców. Na poziomie wojskowym zapewnić sobie niemal pełną kontrolę.

A mimo to USA nie były w stanie przełożyć tej przewagi na rozstrzygnięcie polityczne.

Ameryka nie wymusiła zmiany zachowania Teheranu. Nie zamknęła irańskiego programu nuklearnego. Nie rozbiła regionalnej sieci wpływów Iranu. Ba, nawet nie narzuciła warunków zakończenia konfliktu. Rozejm nie jest amerykańskim dyktatem, a efektem negocjacji, presji zewnętrznej, gry wielu aktorów. To nie Waszyngton zdecydował, kiedy i na jakich warunkach konflikt się zatrzymuje.

Ta wojna pokazała granice odstraszania. Jeśli państwo średniej wielkości jest w stanie przyjąć uderzenia, ponieść ogromne straty – i mimo to nie ulec, nie zmienić zasadniczo swojej polityki, nie wycofać się z kluczowych projektów – to znaczy, że klasyczna logika presji przestaje działać. A jeśli przestaje działać wobec Iranu, to trudno oczekiwać, że będzie działać wobec innych.

Ten konflikt przyspiesza proces, który i tak jest w toku: rozchodzenie się świata w stronę większej wielobiegunowości. Im wyraźniej widać ograniczenia USA, tym więcej aktorów jest gotowych je testować. To nie jest spektakularny „upadek” – to erozja. Ale erozja, która działa kumulatywnie.

Równocześnie warto powiedzieć jasno: to nie jest historia o irańskim triumfie. Iran zapłacił za tę wojnę bardzo wysoką cenę. Jego infrastruktura wojskowa została poważnie uszkodzona, systemy obrony powietrznej i część zdolności rakietowych – osłabione, kadra dowódcza – przetrzebiona. Straty ludzkie są poważne, gospodarka – już wcześniej licha – jeszcze bardziej nadwyrężona. To państwo wychodzi z tego konfliktu słabsze niż do niego wchodziło.

Tyle że w geopolityce można przegrać wojnę – i jednocześnie nie dać wygrać jej przeciwnikowi.

Ale dla mnie najciekawsze jest to, jak bardzo Trump przegrał na płaszczyźnie ideologicznej. I nie chodzi tylko o upadek mitu „Ameryki (znów) wielkiej”. Wojna z Iranem uwypukliła wszystkie negatywne cechy amerykańskiego prezydenta – jego nieprzewidywalność, małostkowość, złośliwość, chwiejność. A Stany to taka trochę monarchia, gdzie cechy lidera szybko stają się cechami państwa. I tak kraj, który przez dekady sprzedawał się światu jako synonim stabilności, zaczął być postrzegany jako źródło ryzyka.

I to jest zmiana dużo głębsza niż wynik jednej wojny.

Bo w polityce międzynarodowej nie chodzi tylko o siłę, ale o przewidywalność jej użycia. Sojusznicy muszą wiedzieć, czego się spodziewać. Przeciwnicy – gdzie są granice. Tymczasem w tej wojnie granice były ruchome, deklaracje sprzeczne, a eskalacja – momentami sprawiała wrażenie improwizowanej.

Na tym tle rośnie konkurent USA – Chiny. Nie dlatego, że są bardziej atrakcyjne ideologicznie, ale dlatego, że wydają się bardziej przewidywalne. A w świecie permanentnego kryzysu przewidywalność zaczyna być walutą cenniejszą niż wartości. To być może najważniejszy efekt tej wojny: przesunięcie punktu odniesienia. Już nie między demokracją a autorytaryzmem, tylko między chaosem a stabilnością.

I jeśli taki wybór zaczyna się rysować w głowach elit politycznych na świecie, to nie jest to problem Iranu. To jest problem Ameryki, która zamiast znów stać się wielka, skarleje.

Zwłaszcza że kryzys wokół cieśniny Ormuz działa jak przypomnienie, że globalna gospodarka wciąż ma wąskie gardła, które można zablokować jednym konfliktem. Dla wielu państw to nie będzie argument za „większą obecnością USA”, tylko za uniezależnieniem się – od regionu, od surowców, od samej logiki tej zależności. Przyspieszenie inwestycji w energetykę jądrową i odnawialną – zwłaszcza odnawialną – nie będzie efektem ideologii, tylko kalkulacji ryzyka. Trump chcący powrotu do świata kopalin, tylko przyśpieszy proces dekarbonizacji.

I wreszcie Europa. Dla niej to kolejny sygnał, że zależność od amerykańskiej projekcji siły ma swoje granice – nie tylko polityczne, ale i praktyczne. Proces uniezależniania się – powolny, pełen napięć – dostaje właśnie kolejny argument.

To wszystko nie wydarzy się jutro. Ale będzie się wydarzać.

Dlatego ta wojna nie zapisze się w historii jako spektakularna porażka ani jako zwycięstwo. Zostanie zapamiętana jako moment, w którym coraz więcej państw zaczęło zachowywać się tak, jakby Ameryka nie była już w stanie narzucać reguł gry.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Groźba

Wpisem opublikowanym w serwisie Truth Social Donald Trump sięgnął dziś po jedną z najbardziej alarmistycznych figur retorycznych swojej kariery. „Cała cywilizacja umrze tej nocy”, napisał, sugerując, że brak porozumienia z Teheranem może doprowadzić do katastrofy o skali egzystencjalnej. Wpis ten można odczytywać jako próbę wywarcia maksymalnej presji psychologicznej na Iran i element komunikacji odstraszającej, ale też – co podnoszą krytycy prezydenta – jako kolejny przykład hiperbolicznej, emocjonalnej retoryki, charakterystycznej dla jego stylu komunikacji, która nie musi oznaczać realnej zmiany w kalkulacjach strategicznych USA.

Innymi słowy, amerykańskie siły zbrojne zaatakują dziś mocniej niż zwykle – choćby dla zachowania resztek powagi imperium (czyli wojskowi zrobią coś, by ich szef nie brzmiał jak ostatni idiota). Niewykluczone jednak, że nie wydarzy się nic nadzwyczajnego (co i tak oznacza ciężkie naloty, na które Iran jest wystawiony już od kilku tygodni), a Trump z typową dla siebie nonszalancją przejdzie do porządku dziennego nad niezrealizowaną groźbą, co podczas tej wojny czynił już kilkakrotnie.

Reakcje rynków i światowych przywódców zdają się potwierdzać drugi ze scenariuszy (jak to ujął jeden z moich kolegów „kolejnego trumpowego pierdololo”). Tym niemniej nie brakuje opinii, że w nocy wydarzy się coś naprawdę strasznego. „Trump zrzuci na Iran atomówkę…”, pisze mi jeden z moich Czytelników, przerażony takim obrotem spraw.

Stawiam dolary przeciw orzechom, że trumpowska „śmierć cywilizacji” – choć kojarzy się z atomowym armegedonem – wcale go nie oznacza. Zarazem mam wielką nadzieję, że i w przyszłości nikt poważny w Waszyngtonie nie pomyśli o bombardowaniu Iranu „atomówkami”. Nie dlatego, że to fajne państwo – bo nim nie jest, a jego strukturom życzę jak najgorzej. Potencjalne użycie broni jądrowej na Bliskim Wschodzie martwi mnie z innego powodu – i jest nim Ukraina. Bo gdyby Amerykanie przełamali tabu, putin zyskałby alibi do podobnych działań.

Cały porządek bezpieczeństwa od 1945 roku opiera się nie tylko na traktatach, lecz także na niepisanej zasadzie: broni jądrowej się nie używa. Jej złamanie przez państwo takie jak USA oznaczałoby faktyczną delegitymizację tej normy. W takiej rzeczywistości Moskwa mogłaby argumentować, że „skoro oni mogli, my też możemy” – czy to wobec Ukrainy, czy w innym scenariuszu eskalacyjnym.

Co więcej, rosyjska doktryna już dziś dopuszcza ograniczone użycie taktycznej broni jądrowej w sytuacji zagrożenia strategicznego. Do tej pory barierą pozostaje właśnie koszt polityczny i ryzyko międzynarodowej izolacji. Jeśli jednak ten koszt zostałby wcześniej „zapłacony” przez Waszyngton, próg decyzyjny na Kremlu realnie by się obniżył.

Tymczasem kilkanaście sensownie użytych ładunków taktycznych zmiotłoby ukraińską armię z planszy. Kilka wykorzystanych łopatologicznie większych głowic, zrzuconych na miasta, załamałoby morale ukraińskiego społeczeństwa. I Ukrainy, jaką znamy, by już nie było.

My zaś, Polska, mielibyśmy rosjan na całej północno-wschodniej granicy. I świat, w którym nie ma już granic w stosowaniu przemocy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Pośmiewisko

Amerykanie znów robią to samo. Wchodzą w konflikt, po czym zaczynają opowiadać, kiedy z niego wyjdą. Dla własnych obywateli (i wyborców!) to uspokajający komunikat, ale dla przeciwnika – cenna wskazówka operacyjna.

W 2009 roku Barack Obama podjął decyzję o znaczącym zwiększeniu liczby amerykańskich żołnierzy w Afganistanie – o około 30 tysięcy. Chodziło o przełamanie impasu i uderzenie w talibów z większą siłą. Ale tej projekcji siły towarzyszyło coś jeszcze – deklaracja, że po kilkunastu miesiącach – od lipca 2011 roku – rozpocznie się wycofywanie wojsk. A cała operacja bojowa w Afganistanie ma swój horyzont czasowy, przewidziany na kilka lat (w 2014 roku zamierzano oddać kwestie bezpieczeństwa władzom afgańskim).

Nie trzeba było być strategiem, żeby zrozumieć przekaz – Amerykanie zwiększają presję, ale tylko na chwilę. Talibowie wyciągnęli z tego prosty wniosek: nie musimy wygrywać, wystarczy, że przetrwamy.

I tak też się stało, a finał wszyscy znamy.

Mijają lata i na tronie w Waszyngtonie zasiada geniusz szachów 5D. Wielokrotnie deklarujący, że nie będzie popełniał błędów swoich poprzedników. I tyle z tego gadania…

Wczoraj Donald Trump powiedział dziennikarzom w Białym Domu, że wojna z Iranem potrwa jeszcze „dwa tygodnie, może kilka dni dłużej”. Oczywiście, można argumentować, że to typowy chaos komunikacyjny w stylu Trumpa, który często plecie, co mu ślina na język przyniesie. Problem w tym, że nawet największe brednie tego zidiociałego staruszka należy traktować poważne, bo często „słowo staje się ciałem”; posłuszna administracja realizuje wytyczne „wodza”.

Więc Teheran słucha i ma powody, by dojść do wniosku – trzeba wytrzymać jeszcze chwilę.

Bo wiadomo, że przez dwa tygodnie Amerykanie żadnego przełomu nie osiągną. Nie z tym, co mają na miejscu i co byliby w stanie na szybko dosłać.

Ehhh…

USA mają najpotężniejszą armię świata. I przywódcę, który czyni z niej pośmiewisko…

Mem z geniuszem biznesu i geopolityki tak bardzo a propos…