Archiwa tagu: USA

Relokacja

Przygotowując się do napisania „Międzyrzecza” rozmawiałem z wieloma osobami. Jedną z nich był dawno emerytowany generał, który szlify oficerskie otrzymał w środkowym PRL-u, a do grona wyższych dowódców WP dostał się w latach 80. Poruszaliśmy różne kwestie związane ze współczesną wojną manewrową i przy tej okazji zeszliśmy na temat hipotetycznego konfliktu „Układ Warszawski – NATO”. Usłyszałem wówczas bardzo wiele ciekawych informacji – część z nich pewnie wykorzystam w przyszłości (kusi mnie alternatywna historia, której tłem byłaby taka wojna…). Mniejsza jednak o to – patrząc z dzisiejszej perspektywy, istotą tego spotkania było następujące stwierdzenie mojego rozmówcy: te nasze plany ataku na Zachód to o kant dupy można było rozbić. Było w nich naiwne założenie, że stosunkowo łatwo uda się pokonać Amerykanów w Niemczech.

Dziś wiemy już znacznie więcej o tym, jak miała wyglądać amerykańska reakcja na ewentualny atak ze strony armii bloku wschodniego. Pomijam wcześniejsze koncepcje z lat 60. i 70., kiedy istotą obrony miało być zmasowane użycie broni nuklearnej (istotą ataku zresztą też). Najbardziej interesuje mnie ostatni okres zimnej wojny, kiedy to nad Europą wisiało widmo potężnego konfliktu konwencjonalnego (z warunkowym, ograniczonym użyciem taktycznych systemów broni A). Otóż Stany Zjednoczone ani myślały dopuścić do głębokiej penetracji terytoriów swoich europejskich sojuszników. Zachodnie Niemcy miały być twardo bronione, to po pierwsze. Po drugie, działania zbrojne miały zostać możliwie najszybciej przeniesione na tereny przeciwnika. Teatrem rozstrzygających pojedynków zostałyby wówczas Wschodnie Niemcy i Polska (w mniejszym stopniu ówczesna Czechosłowacja) – pójścia dalej na wschód ówczesne NATO nie rozważało, zakładając, że naruszenie „rdzennych” radzieckich terytoriów sprowokowałoby Moskwę do niepohamowanego nuklearnego odwetu.

Strach pomyśleć, co by to dla nas oznaczało. Ale ja nie o tym.

Pod plany obrony i kontrataku szkolono wówczas całe NATO. Tym też zajmowały się siły stacjonujące w Niemczech – amerykańskie, brytyjskie, no i rzec jasna miejscowa Bundeswehra (która, niezależnie od natowskich planów, miała jeszcze własne, związane z „uporczywą obroną”). I pod to szykowana była cała militarna i około militarna infrastruktura, której imponujący fragment – w postaci bazy Ramstein – widziałem kiedyś na własne oczy, wracając „naokoło” z Afganistanu. Za sto lat nie wybudujemy w Polsce takiego „fortu” (inna sprawa, że i po co? Są w kraju pilniejsze potrzeby).

Zimna wojna się skończyła, świat się zmienił, zagrożenia w Europie również. Dziś amerykański kontyngent w Niemczech jest znacznie mniejszy niż 40 lat temu. A żołnierze US Army – niemal pięć tysięcy osób – stacjonują rotacyjnie w Polsce. Polska bowiem jest członkiem NATO i ma sojusznicze gwarancje, ujęte w tak zwane plany ewentualnościowe. Zakładają one, że w razie rosyjskiego zagrożenia, na terytorium Rzeczpospolitej wysłanych zostanie pięć dodatkowych dywizji Sojuszu (tyle wiadomo z części jawnej). Bo choć ZSRR już nie ma, to po rosyjskiej agresji na Ukrainę jasnym stało się, że Moskwa dąży do odbudowy wcześniejszych stref wpływów. I jakkolwiek ryzyko – z uwagi na słabość gospodarczą Rosji – duże nie jest, warto dmuchać na zimne.

Rząd PiS, i realizujący jego politykę prezydent, zakłada, że zwiększenie amerykańskiej obecności wojskowej w Polsce, połączone z zakupami sprzętu w USA, jeszcze bardziej zredukuje ryzyko rosyjskiej agresji. Założenie skądinąd słuszne, ale…

No właśnie. Nie dajcie sobie wmówić, że relokacja amerykańskich oddziałów z Niemiec do Polski, to krok w dobrą stronę. Europejskie zaplecze logistyczne armii amerykańskiej, zdolne obsłużyć poważny konflikt zbrojny, znajduje się w Niemczech. Mimo przesunięcia NATO na wschód, niewiele się w tym zakresie zmieniło przez ostatnie 40 lat. Redukcja amerykańskiej obecności w RFN jest więc de facto działaniem na szkodę Rzeczpospolitej. Mówiąc wprost, możemy pomarzyć o sprawnej realizacji planów ewentualnościowych, jeśli za Odrą nie będzie odpowiedniej infrastruktury, zdolnej obsłużyć idące nam na odsiecz wojska. Jej zbudowanie w Polsce wiązałoby się z gigantycznymi nakładami, na które nas nie stać. I w których nikt, włącznie z Amerykanami, nie zamierza partycypować.

Inna sprawa to zasadność takich inwestycji w kraju frontowym; przykre to, ale niezależnie od aliansów, głębią operacyjną dla wojsk sojuszniczych może być w najlepszym razie tylko połowa naszego kraju. W obecnym układzie ta położona na zachód od Wisły. Reszta (jeśli nie całość…), posłuży do łomotania się z wrogiem.

Całą sytuację można porównać do rozbiórki szpitala położonego w sąsiedniej miejscowości. Co z tego, że weźmiemy do siebie trochę sprzętu i kilka osób personelu? Per saldo nasze zdrowotne bezpieczeństwo na tym utraci. Bo choć nasza przychodnia zyska sposobność gipsowania prostych złamań, z udarem czy rozległym zawałem i tak sobie nie poradzi.

—–

Amerykanie nie zbudują w Polsce potężnej bazy logistycznej. Nz. lotnisko w Bagram/fot. Marcin Ogdowski

Asymetria

Komentując na Facebooku zabójstwo Sulejmaniego napisałem, że teraz Irańczycy na dobre rozkręcą asymetryczny konflikt ze Stanami Zjednoczonymi. Nie zmienia to faktu, że hybrydowa wojna na linii Teheran-Waszyngton trwa już od dawna. Zabity generał był jednym z jej dowódców, bodaj najistotniejszym po stronie Iranu. I dlatego zginął.

Jego śmierć dowodzi, że i Amerykanie sięgają po środki asymetryczne. W błędzie jest ten, kto oczyma wyobraźni widzi żołnierzy Trumpa szturmujących irańską stolicę. Albo roje samolotów z białymi gwiazdami obracających w pył istotne elementy perskiej infrastruktury. Na taką eskalację konfliktu nie stać ani Irańczyków, ani Amerykanów.

Szykujmy się na wojnę na zamachy. Jedni sięgną w niej po samochody pułapki, inni po drony.

Owszem, trzeba sporych nakładów finansowych na utrzymanie flotylli bezzałogowców, zdolnych operować na gigantycznych dystansach. Stany Zjednoczone są tu absolutnym hegemonem, zostawiającym daleko w tyle armie Chin, Rosji, europejskich potęg czy Izraela. Ale to i tak broń relatywnie tania, gdy porównujemy ją z konwencjonalnymi typami uzbrojenia i rodzajami prowadzenia działań zbrojnych. Wyobraźmy sobie, ile kosztowałoby posłanie grupy komandosów, którzy na obcym terenie mieliby zabić jednego z dowódców przeciwnika. Ileż zachodu wymagałoby wsparcie logistyczne takiej akcji. I jaki byłby – to kwestia nie do przecenienia – negatywny efekt społeczny, gdyby któryś z operatorów zginął i/bądź operacja poniosłaby klęskę. W takim ujęciu dron „nie kosztuje nic”. Jest tanią bronią dla bogatych.

Tak jak tanią bronią dla biednych są auta-pułapki, zamachowcy-samobójcy czy przenośne wyrzutnie rakietowe.

Tak będzie wyglądała ta hybrydowa wojna – asymetryczna w swojej asymetrii.

A teraz sięgnijmy na moment do przeszłości. Na Adolfa Hitlera zasadzano się wielokrotnie. Miażdżąca większość zamachów była efektem spisku samych Niemców – w tym dwa najpoważniejsze, przeprowadzone przez Georga Elsera i Clausa von Stauffenberga. Alianci, zwłaszcza ci zachodni, mieli pewne pomysły w tej materii, zwyciężyło jednak przekonanie, że fuhrera ruszać nie warto. Jednym z argumentów był lęk, że świat uzna skrytobójstwo za działanie nikczemne, niegodne „uczciwie grającego” przeciwnika.

Te etyczne opory wydają się dziś absurdalne, zwłaszcza gdy uświadomimy sobie, że po ostatniej spektakularnej próbie zabicia Hitlera – w Wilczym Szańcu – III Rzesza weszła w fazę „po nas tylko potop”. W efekcie, choć wynik wojny był już przesądzony, zginęło dodatkowych kilkanaście milionów więźniów, jeńców, cywilów i żołnierzy.

Przywódców nie zabijano także później. Nawet w najgorętszych okresach zimnej wojny radzieccy liderzy bardziej obawiali się pałacowych przewrotów, a amerykańscy własnych, prawicowych oszołomów, niż tego, że Waszyngton czy Moskwa wyśle swoje komanda śmierci. Przy czym bezkarne pozostawały nie tylko głowy państw, ale też rzesze ich najbliższych współpracowników.

W tym ujęciu Amerykanie interesują nas bardziej, zauważmy zatem, że ani Kim Ir Sen – odpowiedzialny za śmierć 90 tys. żołnierzy US Army – ani Ho Chi Minh – który walnie przyczynił się do śmierci 51 tys. amerykańskich wojskowych – nie odeszli na skutek działań CIA czy innej agencji USA. Włos z głowy nie spadł także ich współpracownikom.

Śmierć Sulejmaniego – wysokiego rangą członka irańskiego reżimu – jest tu więc pewnym przełomem. Ta w istocie terrorystyczna praktyka utwierdza USA na pozycji gracza asymetrycznego.

Tylko czy to naprawdę coś złego?

Wojenni podżegacze zwykle nie słyną z osobistej odwagi – w końcu to nie oni walczą, kto inny robi to za nich i w ich imieniu. Wspomniany Hitler funkcjonowanie całej swojej kancelarii – i nie tylko – podporządkował własnym lękom przed przedwczesną śmiercią (a i tak zginął jak tchórz, strzelając sobie w łeb, gdy oczywiste było, że nie ma już ratunku). Od kilku dni iluś tam gości („skurwysynów” – w znaczeniu, w jakim mówił o tym Harry Kissinger), którym marzył się lokalny czy regionalny „dym”, ma nie lada zagwozdkę. Oto Waszyngton posłał im czytelną wiadomość: jeśli zechcemy, dojadą was nasze drony.

Strach takich gnojków (przypominam, że Iran to kraj programowo dążący do zniszczenia innego państwa – w tym przypadku Izraela), winien nas cieszyć, nie martwić. Dlaczego? Bo dziś mają gęby pełne gróźb, ale na dłuższą metę spuszczą z tonu. Nie da się spędzić życia w podziemiu…

Konferencja

Na początku 2003 roku, kiedy w świat poszła informacja o tym, że Polska poprze działania zbrojne przeciwko Irakowi, Jacques Chirac – ówczesny prezydent Francji – nie przebierał w słowach. „Stracili dobrą okazję, aby siedzieć cicho” – skomentował, mając na myśli nas, Polaków.

Nad Wisłą odebrano to jako policzek, wręcz ingerencję w politykę zagraniczną Warszawy. Dominowało pośród nas przekonanie, że inwazja to jedyne rozwiązanie. Co więcej, gdy kilka tygodni później wyszło na jaw, że biorą w niej udział także nasi żołnierze, w kraju zapanowała nacjonalistyczno-imperialna euforia. „Flaga na maszt, Irak jest nasz!” – śpiewał Lech Janerka, drwiąc sobie nieco z tego wzmożenia. Jednak fakt, iż miało ono miejsce, czynił wypowiedź Chiraca jeszcze bardziej irytującą.

Rzecz w tym, że francuski polityk miał rację…

Płonne nadzieje

Poszliśmy na wojnę, której wybuch poprzedziła zmasowana akcja dezinformacyjna amerykańskich służb specjalnych. Waszyngton stworzył kłamliwy pretekst do ataku, mamiąc nas dodatkowo wizją intratnych kontraktów po zakończeniu działań zbrojnych.

Wysłaliśmy do akcji GROM, potem znacznie większe siły stabilizacyjne. Polacy ginęli, odnosili rany, Irak – już po „wyzwoleniu” – stał się areną koszmarnie brutalnej wojny domowej.

W międzyczasie z wieluset milionowego kontraktu zbrojeniowego z nowymi władzami w Bagdadzie Amerykanie wyeliminowali polski Bumar. Szybko stało się jasne, że na irackiej awanturze nie zarobimy. Nadzieje, że wykorzystamy know-how pozyskany jeszcze w latach 70 i 80. – kiedy wiele polskich firm działało w Iraku – okazały się płonne. Ucierpiał przy tym wizerunek Polski pośród części krajów arabskich – stygmatu okupanta nie zmazaliśmy właściwie do dziś.

Przedziwne mediacje

Minęło kilkanaście lat i znów weszliśmy do tej samej rzeki. Na szczęście nie „na bojowo”, nie w tak angażującym materialnie zakresie – ale jednak. Mam na myśli zaczynającą się dziś konferencję bliskowschodnią w Warszawie.

Miast zachować korzystną dla naszych relacji z Iranem neutralność, w sposób zdecydowany opowiedzieliśmy się po jednej ze stron. Bo nie, warszawska konferencja nie jest próbą mediacji – do czego przekonują nas rodzimi politycy. Stałaby się nią, gdyby to Polska była jedynym organizatorem. Tymczasem współorganizatorem wydarzenia są Stany Zjednoczone – geograficznie odległe od przedmiotowego regionu, lecz politycznie, ekonomicznie i wojskowo głęboko weń zaangażowane. A od kiedy to mediacji podejmuje się strona konfliktu?

Warunek niezależnego mediatora to nie wszystko – obowiązkiem tego ostatniego jest zabiegać, by do stołu zasiedli wszyscy zainteresowani. Tak naprawdę irańska odmowa winna zamknąć sprawę, skłonić polski MSZ do przyznania, że inicjatywa pojednania już na wstępie się nie udała. Mamy zaś, co mamy – rozmowy o pokoju na Bliskim Wschodzie bez udziału jednego z głównych graczy, postrzeganego przez pozostałych uczestników jako źródło problemów.

Wróg naszego wroga naszym…

Co rzuca światło na rzeczywiste intencje, stojące za zorganizowaniem konferencji. Otóż wszystko wskazuje na to, że ma być ona pretekstem do kolejnej prezentacji amerykańsko-izraelskiej wizji stosunków bliskowschodnich. Gdzie problemem nie jest imperializm rządu USA i bezkompromisowe nastawienie władz Izraela, a próba zwiększenia swoich wpływów przez Iran.

Bym nie został źle zrozumiany – nie recenzuję tu żadnej z tych polityk (a pytany o własne zdanie odpowiem, że bliżej mi do racji Tel-Awiwu niż Teheranu). Wskazuję tylko na zabieg, który ma utwierdzić opinię publiczną w konkretnej narracji.

Tylko po co nam, Polakom, „bawić się w te klocki”?

Waszyngton narzucił Warszawie pomysł konferencji. Uczynił to w sposób skandaliczny, sprowadzając Polskę do roli usłużnego podwykonawcy. Nasi politycy przełknęli zniewagę, licząc na amerykańską wdzięczność. Znów górę wziął klientelizm.

Nie bez znaczenia jest również przekonanie, o którym publicznie nie powie żaden z rodzimych polityków władzy. Proizraelski wydźwięk konferencji pozwoli na symboliczne zakończenie dyplomatycznego sporu na linii Tel-Awiw – Warszawa, wywołanego idiotyczną nowelizacją ustawy o IPN.

A że koniec końców kolejny wróg naszego przyjaciela zostanie i naszym wrogiem? Cóż, tak się kończy, gdy „tracimy dobre okazje, aby siedzieć cicho”…

—–

Nz. Polscy żołnierze w Iraku, jesień 2005/fot. Marcin Ogdowski

Teatr

Nocne naloty zachodniej koalicji na Syrię mogłyby przejść do historii wojskowości jako dowód skrajnej nieskuteczności. Amerykanie mieli wystrzelić ponad sto pocisków, nieznaną, ale zapewne nie mniejszą liczbę bomb zrzucili Brytyjczycy i Francuzi. W efekcie wartej kilkaset milionów dolarów operacji… nikt nie zginął.

Lecz o to w tym wszystkim chodziło – druga strona (Zachód wykorzystał do tego Rosję), została o celach ataku uprzedzona. Personel ośrodka badawczego i fabryki produkującej bojowe chemikalia zdołał się ewakuować. Również w wojskowych magazynach nikt nie ucierpiał. Kwintesencją „dokuczliwości” nalotu były zdjęcia z syryjskiej telewizji, przedstawiającej prezydenta Baszszara Assada, udającego się, jak gdyby nic, w sobotni poranek do pracy.

Syryjska „wojna zastępcza”?

Tymczasem jeszcze kilkadziesiąt godzin temu sytuacja wyglądała dużo groźniej. Po tym, jak Syryjczycy po raz kolejny użyli wobec własnych cywilów broni chemicznej, Trump zagroził karnymi bombardowaniami. W odpowiedzi na to Rosjanie – których kontyngent od kilku lat wspiera władze w Damaszku – zapowiedzieli, że będą zestrzeliwać amerykańskie rakiety. Biorąc pod uwagę zebrany na miejscu potencjał (rosyjskie systemy S-400 są zdolne do strącania zachodnich rakiet samosterujących), chęć odwetu Moskwy za masakrę rosyjskich najemników, jakiej kilka tygodni temu dopuściły się siły powietrzne Stanów Zjednoczonych, starcie dwóch mocarstw wisiało na włosku. Tak to przynajmniej wyglądało.

Jednak twitterowe prężenie muskułów przez Donalda Trumpa oraz pomruki dochodzące z rosyjskiego MSZ i sztabu generalnego od początku należało traktować jako… teatrzyk. Mówiąc wprost, ani Zachód, ani Rosja nie będą umierać za Syrię. Koncepcja „wojny zastępczej” – miejsca, gdzie można się bezkarnie mierzyć, nie narażając własnych terytoriów i żywotnych interesów – ma wobec Syrii ograniczone zastosowanie. Syria nie stała się i nie stanie bliskowschodnią Koreą czy Wietnamem. Na taki scenariusz (swoistej wojny totalnej), nie stać nie tylko Moskwy – Waszyngton, Londyn czy Paryż też nie mogą sobie na niego pozwolić.

Tego już „nie widzimy”

Jednak gdy w świat poszły kolejne wstrząsające zdjęcia zagazowanych ofiar, Zachód coś zrobić musiał. Demokratyczne rządy działają bowiem pod presją opinii publicznych. Te co prawda nie zaakceptują długotrwałych działań zbrojnych wobec syryjskiego dyktatora (a zwłaszcza skutków jego obalenia; iracka lekcja wciąż jest żywa w USA i Wielkiej Brytanii), niemniej dla spokoju sumienia oczekują ograniczonej reakcji. I właśnie ją dostały.

Wojskowi załatwili rzecz w taki sposób, by nie razić Rosjan (częściowo koordynując z nimi działania), Moskwa zatem nie ma powodów, by zrobić coś więcej poza wyrażeniem rytualnego oburzenia. Ostatecznie przecież jej prestiż nie ucierpiał. Assadowcy też specjalnie nie oberwali, operacja zatem nie stworzyła ryzyka, że będą naciskać na rosyjskich sojuszników, by ci przeprowadzili jakąś akcję odwetową. Innymi słowy, media mają swoje show, a status quo zostało zachowane. Co w tym przypadku oznacza, że w syryjskiej wojnie domowej wciąż ginie dziennie co najmniej kilkadziesiąt osób. Ale tego już „nie widzimy”…

—–

Łatwo zapominamy, kto najbardziej cierpi w syryjskim konflikcie. Nz. uchodźcy w jednym z obozów w Libanie/fot. Paweł Krawczyk